środa, 19 marca 2014

*Następnego dnia Louisa obudziło głośne dudnienie. Jego powieki uniosły się do góry i natychmiast ponownie zamknęły, nieprzyzwyczajone do mocnego światła w pokoju. Jego sypialnia w domu była szara i ciemno purpurowa przez co tutaj trudniej mu było przyzwyczaić się do białych ścian.

Powoli usiadł i zaczął przecierać swoje oczy. Szara koszulka, którą miał ubraną, sięgała mu do ud. Na zewnątrz powoli zaczynało robić się zimno, więc Louis nie powiedział Harry’emu, że bierze jego koszulki i śpi w nich w nocy. Wolał je ubierać, niż zamarznąć na śmierć, ale mówienie o tym Harry’emu było już całkiem inną historią. Zmrużył oczy, czując się odrobinę zmęczony, a potem rozejrzał się po pokoju, który w tym świetle wydawał się być lekko niebieski. Spojrzał na niebo i zobaczył, że jest odrobinę fioletowe, a duże krople deszczu uderzają o podłogę przez otwarte okno. Zasłona tańczyła przez mocny wiatr i Louis zadrżał, rozumiejąc teraz dlaczego w środku było tak zimno.

Musiał dosłownie wytoczyć się z łóżka, by jakimś cudem się tam dostać, a gruba pościel owijała jego małe ciało, gdy wstawał. Po krótkiej chwili małej walki i paru przekleństwach udało mu się zamknąć okno, a jego twarz była mokra z deszczu. Zamruczał odrobinę i chciał wrócić do łóżka, gdy głośny huk wypełnił jego uszy, a on sam zobaczył błyskawicę. Nie lubił burzy. Nie bał się jej, ale na pewno nie uważał to za coś przyjemnego.

Westchnął i ponownie upadł na łóżko, słuchając przez chwilę deszczu, aż ponownie usłyszał głośne jęki. Słyszał jak Harry chodzi na dole i przeklina, co niosło się echem po całym domu, a prawdopodobnie nawet po całym lesie, który ich otaczał. Louis jęknął i spojrzał do góry, patrząc na otwarte drzwi sypialni. Tak bardzo nie chciało mu się wstawać i ich zamykać. Nie.

Wymamrotał coś do siebie i wyczołgał się z łóżka, klnąc przez pięć minut, dopóki nie stanął na nogach i nie pomaszerował w kierunku drzwi. Położył na nich swoją rękę, by je zamknąć, gdy chłopak w kręconych włosach pospieszył obok niego i wpadł do pokoju obok, a następnie wybiegł z niej z czymś co wyglądało jak miliard koców. Szatyn zmarszczył brwi.

- Co ty…?

- Wracaj do spania kochanie, wrócę za niedługo. – powiedział Harry, a chwilę później zbiegł po schodach na dół, prawie ślizgając się na jednym z koców, który Louis zamierzał podnieść i mu podać, ale Harry był już za drzwiami.

Szatyn popatrzył za nim z wyraźnym zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Nigdy wcześniej nie widział Harry’ego w takim pośpiechu i musiał przyznać, że to zaciekawiło go tak bardzo, że wciągnął na siebie parę spodni dresowych i jedną z bluz, po czym pobiegł w kierunku drzwi i tam zobaczył wyższego chłopaka, który wciąż zmagał się z kocami. Jak widać nie zaszedł daleko. Szatyn podbiegł do niego, poprawiając na sobie ubranie.

- Co się dzieje? – zapytał, łapiąc w ręce koc, który Harry właśnie upuścił – Co to za pośpiech?

- To Mary. – wydyszał Harry, przyspieszając kroku – Właśnie zaczęła rodzić.

Louis zamarzł i zatrzymał się, gdy Harry wciąż biegł w kierunku stajni. W końcu zrozumiał i natychmiast za nim pobiegł. Mary była jedną z krów. Gdy biegł deszcz wciąż uderzał o jego policzki i nos, który wycierał rękawem. Podbiegł do dużych drzwi i otworzył je.

Spojrzał na Harry’ego, który był już przy jednym boku krowy – Mary – oraz klepał ją, szepcząc jakieś słowa do jej ucha. Wyglądała jakby była w ogromnym bólu, a dźwięki, które wydawała sprawiały, że Louis miał ochotę płakać. Usiadł na sianie po drugiej stronie i obserwował ją przez chwilę.

- Skąd wiesz, że rodzi? – zapytał po krótkiej chwili, gdy Harry wciąż ją głaskał – Skąd wiesz, że coś jej po prostu nie boli?

Harry spojrzał na niego, a z jego ust wydobył się mały chichot. Musiał zagryźć swoje wargi i Louis pomyślał, że jest zdenerwowany.

- Ponieważ była w ciąży kiedy ją znalazłem. – powiedział – Musiała uciec z jakiejś innej farmy, nie wiem skąd. Znalazłem ją kilka miesięcy temu i wtedy była w ciąży, więc tak. Na pewno jest w ciąży.

Louis zaczął przygryzać swoje usta, a ręce położył na brzuchu Mary. Natychmiast je zabrał, gdy krowa zaczęła wyć, a Harry próbował ją uciszyć. Szatyn pogładził ją po plecach.

- Jak długo w takim razie krowy są… w ciąży? – zastanowił się – Może to wciąż nie jest to?

- Dziewięć miesięcy. Ten czas minął odkąd ją znalazłem. – odpowiedział i szatyn zamilkł, wciąż delikatnie głaszcząc ją po tyle.

Cztery godziny minęły zanim Mary zaczęła przeć, a Harry w tym czasie przez cały czas wentylował powietrze. Louis był do tego przyzwyczajony, ponieważ był ze swoją mamą zawsze, gdy rodziły się jego siostry, dlatego to wszystko nie różniło się za bardzo. Louis odwrócił się i zaczął śmiać do siebie, gdy zobaczył wyraz twarzy Harry’ego, który był po prostu bezcenny.

- To chłopiec. – powiedział brunet, gdy cielę wyszło i zostało owinięte w koce. Louis nieśmiało pogłaskał jego główkę, która leżała mu na kolanach. Ta natychmiast podniosła się do góry i zakwiliła, tuląc się to ręki. Louis nie do końca wiedział co powinien teraz zrobić, więc po prostu siedział tam i głaskał nowonarodzonego zwierzaka. Mary niemal natychmiast zapadła w sen, a Harry zaczął wycierać swoje ręce z czegoś, na co Louis nawet nie chciał patrzeć. To coś wyglądało jak worek, lub coś takiego.

- Wygląda na to, że cię lubi. – powiedział chłopak w kręconych włosach, a z jego ust wydobył się krótki śmiech. Usiadł na ziemi, przed Louisem i skrzyżował nogi. Szatyn nucił coś pod nosem, uśmiechając się trochę, gdy ciele spojrzało na niego dużymi, brązowymi oczami. Przesunął dłonią po jego główce.

- Może trochę. – odpowiedział cicho, z małym grymasem, odsuwając swoją rękę, gdy ciele zaczęło ją lizać. Wytarł ją na sianie obok niego, a później znów przesunął ręką po małym łebku. Harry zaśmiał się.

- Co ty na to żebyś ją jakoś nazwał? – zaproponował Harry – Nie jestem w tym zbyt dobry jak już pewnie zdążyłeś zauważyć.

Szatyn zaśmiał się cicho, pozwalając, by zwierzę w tym czasie lizało jego dłoń i wykonywało przy tym małe dźwięki.

- Rzeczywiście jesteś w tym okropny. – przyznał, przyciągając cielaczka jeszcze bliżej. Był ciężki, a Harry podciągnął go, pomagając mu ułożyć się na kolanach Louisa bardziej prawidłowo. Louis pogładził plecy zwierzęcia.

Zastanowił się chwilę, gdy jego język przejechał kilkakrotnie po suchych wargach. Nigdy wcześniej w swoim życiu nie nadawał niczemu imienia. No, może poza złotą rybką, ale to raczej nie było życiowe doświadczenie.

- Whiskey. – wyszeptał po chwili, przesuwając kciukiem po małej mordce. Whiskey trąciła go.

- Whiskey? – zastanowił się Harry – Dlaczego Whiskey?

- Dlaczego nie? – szatyn wzruszył ramionami, podnosząc wzrok na Harry’ego, który również wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

- Racja. – powiedział, znów patrząc na cielaczka. Wyciągnął swoją dłoń i również przejechał nią po małej główce. Whiskey wydawała się być zadowolona bo odchyliła łebek do tyłu i wydała z siebie przyjemny dźwięk. Louis ponownie się uśmiechnął, a później podniósł wzrok na Harry’egom który przysunął się bliżej i również się uśmiechnął, gdy zwierzę polizało jego rękę. Szatyn nie odezwał się. Patrzył jedynie na twarz Harry’ego, którego rzęsy delikatnie trącały kości policzkowe, gdy mrugał. Przełknął ślinę.

- Wiesz… - zaczął, patrząc na Harry’ego, który nawet nie podniósł na niego wzroku. Siedział naprzeciwko niego i wciąż głaskał zwierze - …nie nienawidzę cię mniej przez to wszystko. – dodał i zauważył, że Harry wciąż się uśmiecha, chociaż zmarszczki w rogu jego oczu zniknęły. Wciąż nie patrzył na Louisa.

- Wiem. – powiedział wraz z małym skinięciem – Nie oczekiwałem tego.

- Więc dlaczego pozwoliłeś mi tutaj przyjść? – zastanowił się Louis, odwracając wzrok na sekundę, gdy oczy Harry’ego poruszyły się. Myślał, że na niego spojrzy, ale gdy tak się nie stało znów ulokował na nim swoje spojrzenie.

Harry wzruszył ramionami.

- Widziałem jak bardzo lubisz zwierzęta, widziałem to, gdy pierwszy raz patrzyłeś na konie. – powiedział, delikatnie wzruszając ramionami.

- To jedyny powód? – zapytał niższy, a Harry powtórzył wcześniejszą czynność.

- Być może chciałem wywołać uśmiech na twojej twarzy.

Louis zamrugał, siedząc prosto. Przekręcił się odrobinę, gdy siano nagle zaczęło wydawać się wyjątkowo niekomfortowe.

- Uśmiech?

- Mhm. – mruknął – Nie uśmiechałeś się od lotniska, a to była pierwsza rzecz jaką zrobiłeś, gdy mnie zobaczyłeś. Chciałem jakoś to przywrócić.

Louis spojrzał na niego, a później na Mary, która wciąż spała.

- Dlaczego? – wymamrotał – Widziałeś już go wcześniej.

Harry wraz z powietrzem wypuścił z ust mały śmiech. Potrząsnął głową, a uśmiech spowodowany wcześniejszym chichotem wciąż malował się na jego twarzy i pulchnych wargach, które Louis obserwował z myślą, że jego własne muszą wyglądać na znacznie bardziej popękane.

- Lubię cię najbardziej, gdy się uśmiechasz. – skinął głową Harry, biorąc Whiskey na ręce i kładąc ją tuż obok Mary, po tym jak wyswobodził ją z koców.

Louis zaczerwienił się, chowając twarz w swoje rękawy, gdy jego palce zaczęły przeczesywać włosy. Jego oczy wpatrywały się gdzieś tępo, dopóki nie uznał, że wiadro stojące przy drzwiach jest czymś wyjątkowo ciekawym.

- Ja lubię cię najbardziej, gdy jesteś cicho. – mruknął i Harry zaczął się śmiać.

Większość tego dnia Harry spędził w szopie, a Louis został z nim tylko przez kilka godzin, aż jego żołądek zaczął domagać się czegoś do jedzenia. Pospieszył więc do domu, by móc coś zjeść i ucieszył się, gdy znalazł płatki kukurydziane, które wypił z mlekiem, szczęśliwy, że wszystko wciąż było świeże.

Usiadł przy kuchennym stole i patrzył w przestrzeń podczas gdy jadł swoje śniadanie. Albo lunch.

Harry wrócił dopiero wieczorem, gdy niebo zrobiło się żółto pomarańczowe, a drzewa wokół domu zaczęły rzucać cienie na cały ogród. Mruknął coś, że jest zmęczony i przygotował sobie jedynie spaghetti. Louis przesunął się na kanapie, gdy Harry przytulił się do prześcieradeł w koszulce i bieliźnie.

- Czy to tutaj śpisz od miesiąca? – zapytał, a Harry podniósł się na łokciu, obserwując go. Skinął głową, wzruszając lekko ramionami.

- To mi wystarcza. – odparł i ponownie opadł na poduszki, które były śmiesznie wciśnięte w róg kanapy.

- Dlaczego oddałeś mi swoje łóżko? – zapytał Louis, nie komentując wymiętych poduszek.

- Nie pozwoliłbym ci spać na kanapie. To co mogę dla ciebie zrobić to dać ci wygodne miejsce do spania.

- Moje łóżko w domu jest wygodniejsze. – stwierdził Louis. Harry nie odpowiedział, jedynie zamknął oczy, a jego przedramię zanurkowało pod poduszkę. Druga ręka pociągnęła materiał, przykrywając całe jego ciało i Louis westchnął. Był już zmęczony przypominaniem Harry’emu, że ma inny dom. Nie obchodziło go to.

Wstał, gdy Harry zapadł w sen i najciszej jak potrafił poszedł po schodach na górę, a później ubrał na siebie jedną z koszulek Harry’ego i ponownie położył się na łóżku. Gdy się leżał prawie w ogóle się nie ruszał. Zastanawiał się jak wygląda teraz Eleanor.

Następny dzień przyszedł szybciej niż można by się spodziewać i Louis obudził się, spoglądając do góry na Harry’ego, który wszedł do środka z tacą, na której był jogurt i jajka. Zmarszczył brwi.

- Nigdy wcześniej nie przyniosłeś mi do łóżka śniadania. – powiedział i usiadł, upewniając się, że jego ciało jest całe zakryte, mimo tego, że miał na sobie szarą koszulkę.

Harry zaśmiał się cicho, siadając na łóżku i kładąc na nim tacę.

- Kiedyś musi być pierwszy raz. – powiedział po prostu i dał Louisowi miskę jogurtu, oraz posiekane owoce. Louis chwycił je, mówiąc ciche „dziękuję”.

Wziął łyżkę i powoli zaczął jeść, spoglądając na Harry’ego, który wciąż tam siedział, opierając się ręką o łóżko i obserwując go z małym uśmiechem.

- Co? – zapytał szatyn.

- Miałbyś coś przeciwko, gdybyśmy zjedli śniadanie razem? – zastanowił się, a niższy spojrzał na niego, czując jakby minęło kilka lat, może nawet cała dekada. Harry chyba też to poczuł bo uśmiechnął się szerzej i pokręcił głową, poddając się – Domyślam się, że tak.

Wziął drugą miskę i jajko, którego Louis nawet nie zauważył i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Louis przeczesał swoje włosy, decydując, że nie będzie o tym myślał, a później przeciągnął się odrobinę i ziewnął.

Chwilę później wstał, zdjął koszulkę, którą miał na sobie i rzucił ją na podłogę, co robił bardzo często. Harry zawsze ją podnosił i prał, więc nie widział w tym żadnego problemu. Mimo wszystko czuł się przez to odrobinę winny, ale nie było szans na to, że Louis kiedykolwiek zrobi krok w stronę tego jeziora.

Zagryzł wargi, przeszukując ubrania Harry’ego, a następnie wciągnął coś na siebie i podszedł do lustra, trzymając przed sobą dwie koszulki. Jedna z nich była czerwona, a druga żółta, ale obydwie miały te same wzorki. Różniły się jedynie kolorem. Louis spojrzał na nie, a później nieśmiało wciągnął na siebie żółtą i spojrzał do lustra, decydując, że musi tak zostać. W końcu Harry powiedział, że w żółtym wygląda dobrze.

Nagle zatrzymał się, natychmiast ściągając z siebie koszulkę, którą założył chwilę wcześniej, a zamiast tego ubrał czerwoną. Nie będzie nosić żółtego, tylko dlatego, że Harry powiedział, że dobrze w tym wygląda. Nie, nie zadowoli go w taki sposób. Nigdy.

Tym sposobem skończył z czerwoną koszulką wraz z parą wąskich, czarnych jeansów i szarą czapką, którą ubrał ze względu na to, że było mu zimno w uszy. Była połowa października i to zdecydowanie zaczęło dawać się we znaki. Louis coraz częściej budził się, widząc na oknach i trawie mróz.

Z wyątkowo dobrym nastrojem, zszedł po schodach na dół i zobaczył jak Harry rozpala ogień w kominku. Udało mu się podpalić go zapalniczką w chwili, gdy stopy Louisa znalazły się na parterze. Spojrzał na niego, chowając przedmiot do kieszeni.

- Cześć. – powiedział, siadając na podłodze przy ogniu, do którego zbliżył stopy. Najwyraźniej również było mu zimno bo koc owijał się wokół jego ramion. Louis zanucił coś pod nosem, wciąż stojąc przed schodami – Spałeś dobrze?

- Tak mi się wydaje. – odpowiedział, podchodząc do kanapy i siadając na krawędzi. Podciągnął kolana do klatki piersiowej - …a ty?

- Niee – mruknął Harry, odwracając się w kierunku ognia. Jego ręka przeczesała loki – Myślę, że się przeziębiłem. Pociłem się przez całą noc.

Louis zamrugał, wydymając odrobinę wargi, gdy patrzył na tył głowy Harry’ego. Po tym również spojrzał na ogień, a opuszki jego palców zaczęły bębnić o jego kolana i uda.

- Nie powinieneś spać w ubraniu. – powiedział, odchrząkając niezręcznie.

Harry milczał przez chwilę i Louis pomyślał, że nie żyje, ale wtedy wymamrotał coś, czego nie mógł usłyszeć.

- Co? – zapytał tępo.

- …nie spałem w ubraniu. – powiedział Harry, odrobinę bardziej słyszalnie. Machnął rękami pod kocem, a Louis zarumienił się odrobinę.

- Ale byłeś ubrany, gdy przyniosłeś mi śniadanie. – powiedział.

- Cóż, ubrałem się. – powiedział wyraźnie Harry. Potem roześmiał się i spojrzał na Louisa – To czasami mi się zdarza, wiesz.

Szatyn zamruczał coś pod nosem i tym razem to on machnął ręką, by Harry przestał się gapić i wyższy tak właśnie zrobił, gdyż sekundę później się odwrócił. Niebieskooki czuł się przez chwilę głupio. Oczywiście. Mógł pomyśleć o tym wcześniej.

- Oh. – westchnął niższy w odpowiedzi i przesunął się odrobinę w miejscu. Harry wciąż wpatrywał się w ogień, a płomienie barwiły jego skórę na pomarańczowo i czerwono. Louis westchnął, odgarniając kosmyki włosów z czoła. Poczuł ciepłe powietrze na swoich stopach.

Harry milczał, a Louis zauważył, że nie często mu się to zdarzało. Zakaszlał parę razy i nawet pociągnął raz nosem, więc niższy przesunął się dalej na kanapie. Nie chciał być znowu chory, zwłaszcza, że dopiero co się wyleczył.

- Mógłbyś zrobić mi herbatę kochanie? – powiedział przez nos Harry, spoglądając na Louisa.

- Nie. – wymruczał szatyn – Zrób sobie sam tą cholerną herbatę i mówiłem ci milion razy nie mów do mnie kochanie.

- Myślę, że to do ciebie pasuje. – Harry uśmiechnął się ze znużeniem – Proszę zrób mi herbatę.

Niższy warknął coś pod nosem. Szczerze mówiąc zrobiłby ją, gdyby to nie był Harry. Może jednak był złym człowiekiem? W końcu Harry robił mu jedzenie, podawał herbatę, a nawet oddał łóżko. Dodatkowo nigdy go nie skrzywdził.

Louis spojrzał na swój nadgarstek, gdzie wciąż było pięć śladów z paznokci. Były niebieskie, fioletowe, a nawet odrobinę zielone i żółte, z rozcięciami, które zdążyły się już zagoić. Wyglądały gorzej niż Louis na początku pomyślał i zostawiły za sobą małe blizny.

No dobra. Prawie nigdy go nie skrzywdził, ale to nie było nic wielkiego. W końcu mogło być o wiele gorzej, mógł go uderzyć, a tego nie zrobił.

Szatyn westchnął i spojrzał na Harry’ego, który również obserwował jego nadgarstek, ale odwrócił wzrok, gdy tylko zobaczył, że Louis na niego spojrzał. Musiał czuć się winny. Louis jeszcze raz na niego spojrzał, a później wstał i poszedł do kuchni, otwierając jedną z szafek.

- Jaki smak chcesz? – zapytał. Harry odwrócił się do tyłu i spojrzał na Louisa, opierając swoje wargi o oparcie kanapy. Uśmiechnął się lekko.

- Cytrynę z miętą, proszę. – odpowiedział, a Louis przewrócił oczami, kopiąc wśród wszystkich pudełek, z najróżniejszymi smakami. W końcu otworzył pudełeczko, którego szukał. Odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że w środku są cztery torebeczki. Sięgnął niżej po garnek i umieścił go na piecu.

- Gdzie jest woda? – zapytał, odwracając się. Harry wskazał na drzwi.

- W jeziorze. – odpowiedział – Upewnij się, że dobrze ją przegotujesz.

Niższy skrzywił się.

- Masz działającą toaletę i niedziałający zlew. – powiedział na co Harry jedynie wzruszył ramionami. Uśmiechnął się lekko i zakaszlał.

- Przykro mi.

Louis warknął, wziął garnek i przeszedł obok Hary’ego, wychodząc na zewnątrz. Jęknął, gdy zanurzył garnek w niesamowicie czystej wodzie. Później ponownie wszedł do środka, ostrożnie, żeby nie rozlać wody, a później umieścił go na piecu. Zamknął pokrywkę i zaczął podgrzewać wodę, przez cały czas mrucząc pod nosem jakieś przekleństwa.

- Widzę, że sobie radzisz. – zaśmiał się Harry, a Louis odwrócił się w jego stronę.

- Ciesz się, że w ogóle to robię. – rzucił – Powinieneś sam sobie to zrobić.

- Wtedy ty mógłbyś robić sobie sam jedzenie. – zamruczał – Chyba, że wolałbyś jeść owocowe sałatki każdego dnia.

Louis zrozumiał aluzję i potrząsnął głową, wiedząc, że ze wszystkich ludzi na świecie nie powinien kłócić się z Harrym o taką głupotę. Kłóciłby się z Eleanor, ale jej tutaj nie było, więc nieważne. Westchnął ponownie, obserwując jak woda zaczęła parować, a na pokrywie garnka zaczęły osiadać kropelki wody.

- Czy w domu dużo gotujesz? – zapytał Harry, podnosząc się z kanapy i podchodząc do Louisa. Na szczęście wciąż był owinięty kocem. Louis pokręcił powoli głową.

- Nie, ja… ja nie umiem nic zrobić oprócz naleśników i tacos. – wymamrotał, wiedząc, że powinien robić w domu więcej. Eleanor zawsze dla niego gotowała. Proste, ale naprawdę dobre rzeczy jak makaron lub puree ziemniaczane, co było bardzo, bardzo dobre. Co prawda nie robiła takich pyszności jak kurczak curry, warzywa, lub zupa z kawałkiem nieba. Louis przygryzł wargę.

- To również wymaga jakiś umiejętności. – powiedział Harry, opierając biodra o blat kuchenny, tuż obok Louisa. Patrzył się na garnek, gdy szatyn zaśmiał się.

- Ach tak, wymaga przerzucania naleśników i krojenia warzyw. – powiedział.

- Nie każdy potrafi to zrobić.

Louis znów się roześmiał i sięgnął do szafki, wyjmując niebieski i czerwony kubek. Podał Harry’emu czerwony, gdy woda w końcu się zagotowała.

- Zrób sobie sam. – powiedział, podnosząc wieko garnka i ostrożnie napełniając wodą swój kubek. Później wziął torebkę herbaty, włożył ją do środka i odwrócił się, ruszając w stronę schodów. Nie zauważył małego uśmiechu na ustach Harry’ego, a chwilę później siedział w sypialni na łóżku i sam się uśmiechał bo naprawdę… kto w takij chwili by się nie śmiał?

Szatyn do końca dnia pozostał w pokoju, zwiedzając piętro, gdy usłyszał jak Harry wychodzi do stajni. Miał ochotę zrobić to samo, zobaczyć Mary i zwłaszcza Whiskey, ale jeśli Harry był w środku to on naprawdę nie chciał być tam z nim. Tym sposobem skończył na piętrze, zaglądając do pudełek w jednym pokoju. Możliwe, że nie powinien ich nawet znaleźć, ale cóż. Znalazł.

W środku nie było wiele. Kilka koców, grubsze swetry, które nie zostały wyjęte na zimę i jakieś książki, których Harry prawdopodobnie nie zmieścił w biblioteczce.

Zakaszlał, gdy strzepał ręką kurz, a później wytarł ją o swoje spodnie. „Zdjęcia” było napisane na jednej okładce, pogrubionymi i fantazyjnymi literami. Złota czcionka pasowała do niebieskiej okładki. Louis podniósł brwi, ponieważ zdziwił się czując jak dużo to waży. Zdjęcia i listy wystawały między stronami. Niebieskooki odwrócił się w stronę otwartych drzwi, by zobaczyć, że Harry’ego tam nie ma, a później powoli zza nich wyjrzał, jeszcze raz się upewniając.

Usiadł na jednym z pudełku i zaczął przeglądać fotografie. Nie było w środku nic specjalnego, jedynie kilka zdjęć drzew i kwiatków. Były też zdjęcia młodego Harry’ego. Louis zaśmiał się odrobinę, gdy na jednym zobaczył małe dziecko z rączkami uniesionymi do sufitu. Jego bródka i policzki były brudne z jedzenia dla dzieci, a na ustach widniał ogromny uśmiech, który przypominał Louisowi o swoich siostrach, które jako dzieci również były bardzo niechlujne. Tyle, że Louis je kochał.

Odwrócił stronę i ponownie się uśmiechnął, widząc piękną kobietę w ciąży, która zakrywała twarz, oczywiście nie chcąc by ktoś zrobił jej zdjęcie. Louis wyjął fotografię i obrócił ją, próbując znaleźć datę, ale jedyne co znalazł to niebieski tusz, który coś zamalował. Szatyn zdecydował nie zwracać na to uwagi, więc odłożył zdjęcie na swoje miejsce i odwrócił stronę.

Znów ta sama kobieta, tym razem siedząca przy stole w kuchni z ustami pełnymi jedzenia. Patrzyła w stronę aparatu, a jej ciemne włosy były spięte w kok na czubku głowy. Wciąż była w ciąży i Louis uznał, że wygląda wyjątkowo pięknie. Przypominała mu Harry’ego, może była jego siostrą, albo nawet mamą.

Przełknął ślinę, gdy odwrócił czwartą stronę. Poczuł mdłości. Nie wiedział czego powinien się spodziewać, może kolejnego zdjęcia dziecka, ale zdecydowanie nie siebie samego.

Gapił się na zdjęcie, które przedstawiało jego, Nialla i Josha – kolejnego przyjaciela z dzieciństwa. Wszyscy w trójkę siedzieli na trawie koło szkoły i śmiali się.

Louis odwrócił wzrok, a później zamknął książkę, wstając i odkładając ją do pudełka. Zrobił to najciszej jak potrafił, bojąc się, że kogoś obudzi lub coś podobnego. Chwilę później wyszedł, jakby nic się nie stało.

Drzwi zamknęły się za nim, a ręka szatyna pozostała na klamce, gdy tępo się na nie patrzył.

Ta cała sprawa Harry’ego, który znał jego życie była co najmniej dziwna. Przełknął ślinę, myśląc o nim jako o prawdziwym prześladowcy. Nie znał całej jego historii i tak jak Harry powiedział, nie miał prawa dawać mu żadnej etykietki, ale mimo wszystko… coś takiego nie było niczym przyjemnym.

Louis wiedział jednak jedną rzecz. Zawsze mogło być gorzej, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz