*Jednym z obowiązków Harry’ego było otwieranie pubu o dwunastej, specjalnie dla tłumów przychodzących na lunch (lub tylko dla sporadycznych osób, jak mawiał Harry, ponieważ szczerze, dziennie przychodziło tam tylko około trzydziestu klientów), a Liam przyjeżdżał o drugiej.
Harry siedzi teraz za ladą, w ogóle nie przejęty tym, że jest sam. Dźwięk rozentuzjowanego tłumu wypełnia jego uszy, kiedy wyobraża sobie, jakby to było, gdyby na jego koncercie ludzie wypełnialiby całe stadiony, jak u Katy Perry i gdyby paparazzi napadało go jak Justina Biebera. Właśnie, kiedy jest w środku swojego marzenia (gdzie jest nominowany do Brit Award, a jego ranga sięga nawet Adele), dzwonek rozbrzmiewa i dwóch mężczyzn koło dwudziestki wchodzi do pomieszczenia. Trzymają się za ręce, jeden z nich rozmawia przez telefon, a drugi trzyma dwie torby z zakupami i dopiero kiedy podchodząc do lady, Harry ich rozpoznaje. Mężczyzna z telefonem nie patrzy na niego, ale uśmiech tego niższego rozszerza się, kiedy rozpoznaje znajomą twarz.
- Harry! Jak fajnie, nie wiedziałem że tu pracujesz. Kocham to miejsce, ale nie przychodzę tu za często. Byliśmy na zakupach i tylko wskoczyliśmy. Widziałeś tego faceta na zewnątrz, który zrobił grafitti? Niesamowite, prawda?
- Skąd go znasz, Louis? – Drugi mężczyzna w końcu podnosi wzrok i spogląda na kelnera ze zmarszczonymi brwiami.
- To Harry, mieszka obok nas. Już go poznałeś, pamiętasz? – Louis ściska słoń Matta, jakby miało to pomóc jego pamięci i uśmiecha się do niego niepewnie. Drugi jednak nie patrzy na niego, tylko obserwuje Harry’ego z zaciśniętymi ustami. Ramiona Louisa opadają trochę, po czym spogląda ponownie na Harry’ego. – Poproszę kanapkę z szynką, musztardą i pomidorem. I lemoniadę. – Uśmiecha się ponownie, tym razem bardziej nienaturalnie.
- Nie potrzebujesz kanapki, Lou. Stajesz się coraz grubszy. – Harry marszczy brwi w oszołomieniu na ten komentarz. Jego wzrok wędruje na brzuch chłopaka, zauważając że niesamowicie ciasna koszulka opina wąskie biodra i myśli, że to nie może być zdrowe. – On weźmie sałatkę, bez cebuli-
- Z sosem włoskim-
- Z niskotłuszczowym dressingiem po jednej stronie, a ja wezmę miskę francuskiej zupy cebulowej i paczkę frytek. Dla niego woda, a dla mnie piwo beczkowe. – Louis uśmiecha się delikatnie, kiedy jego chłopak płaci za jedzenie, a potem prowadzi go do stolika przy oknie niedaleko lady. Kiedy Harry przygotowuje jedzenie, jego myśli zaprzątają tajemne spotkania na balkonie. Spotkali się tam po raz pierwszy miesiąc temu, i od tego czasu spotkają się co najmniej raz w tygodniu, spędzając godziny na rozmawianiu i poznawaniu siebie nawzajem. To podczas tych spotkań, późno w nocy, Harry’ego przeraża to, że zaczyna zapominać, jakie było jego życie przed poznaniem tego mężczyzny , który potrafi żartować, zachowując się szalenie w jednej sekundzie, a za chwilę wycofywać się, kiedy jego oczy stają się puste i zadaje poważne, osobiste pytaniea. To w chwilach, kiedy Louis jest taki, Harry czuje znajome skręcanie się jelit, ostrzegające go, że nie ma dużo czasu, aby być zbawcą. W tym czasie złość zastępuje bolesną nienawiść. Złość, że ten mężczyzna potrzebuje pomocy.
- Byłeś kiedyś zakochany, Harry?
- Chyba nie. Było parę chwil, kiedy myślałem, że jestem, ale nie mogę szczerze powiedzieć, że byłem. Ale miłość jest pojęciem subiektywnym, prawda?
- Wierzysz w bratnie dusze?
- Myślę, że zaczynam.
Kiedy Harry przynosi jedzenie do stolika, wyciąga głowę jak najdalej i stara się być najciszej jak to możliwe. Nie jest tym, który lubi podsłuchiwać. Zazwyczaj nie jest tak wścibski, ale coś w idealnych niebieskich oczach i wspaniałym uśmiechu sprawia, że chce wiedzieć o nim wszystko, nawet jeśli oznacza to podsłuchiwanie rozmowy z jego chłopakiem.
- Zayn tu wpadnie, potrzebuje kluczy do biura, a jest w okolicy. – Louis patrzy na swojego chłopaka, słuchając go, nawet jeżeli Matt nadal rozmawia przez telefon. Siedzą naprzeciwko siebie, a Louis zdjął okulary przeciwsłoneczne, odsłaniając fioletową plamę otaczającą jego prawe oko.
- Lubię Zayna, jest zawsze miły.
- Jest idiotą. Nie obgryzaj paznokci. – Harry krąży wokół ich stolika, wpatrując się w oczy Louisa i zapominając o manierach i fakcie, że powinien po prostu położyć ich jedzenie na stole i odejść. Nie rusza się, nawet wtedy kiedy Louis podnosi wzrok i wyłapuje jego spojrzenie, po czym ponownie spogląda na stół, a na jego twarzy formuje się rumieniec. Dopiero kiedy Matt, widocznie wkurzony przez obecność, odchrząkuje i marszczy brwi, Harry odciąga swoje spojrzenie od twarzy Louisa i kładzie napoje oraz drinki na stół, po czym szybko wraca do lady.
- Wiesz co, Harry? Uwielbiam noce. Jakby wychodzące gwiazdy, dawały nam siłę, wiesz? Możesz powiedzieć i zrobić tak wiele, tak wiele różnych rzeczy, rzeczy, których nie możesz powiedzieć ani zrobić w ciągu dnia. Noc daje nam siłę, siłę, którą dzień nam odbiera, wiesz?
- Tak, wiem.
Harry obserwuje Louisa, który bawi się widelcem w swojej sałatce, próbując wyglądać na zainteresowanego tym, co mężczyzna obok do niego mówi. Harry wyłapuje słowa o premierze (nie to, że próbuje podsłuchać, Harry zapewnia siebie, ale to nie jego wina, że mężczyzna mówi tak głośno, a on ma naprawdę wrażliwe uszy). Matt skończył już prawie swoją zupę, a Louis efektownie podzielił sałatkę na części, kiedy dzwonek ponownie rozbrzmiewa, ogłaszając wejście opalonego mężczyzny z ciemnymi włosami. Jeżeli Harry spotkałby go dwa miesiące temu, mógłby uwierzyć, że ten mężczyzna jest najgorętszą osobą jaką widział, ale po spotkaniu Louisa, pozostaje niewzruszony. Nowy przybysz zauważa dwójkę, która macha do niego delikatnie.
- Cześć Lou, Matt. Co słychać? – Odsuwa krzesło i siada obok Louisa, uśmiechając się, kiedy Matt odkłada telefon i spogląda na tę dwójkę zabójczym wzrokiem i zaciśniętymi ustami. – Dzięki za spotkanie, naprawdę muszę coś zrobić w ten weekend, kompletnie zapomniałem, że mamy sprawdzanie w przyszłym tygodniu. Szef pomyślałby, że jestem totalnym durniem, gdybym zapomniał, prawda? – Matt jedynie mruczy w odpowiedzi, kiedy przeszukuje kieszenie w poszukiwaniu czegoś (klucza, jak podejrzewa Harry). Louis wsuwa jedną nogę na krzesło i obraca się w stronę nowego mężczyzny (Zayna, pamięta Harry. Matt wspominał, że mężczyzna o mieniu Zayn przyjdzie tu po klucze).
- Więc, nigdy nie miałem szansy, żeby dowiedzieć, jak wszystko poszło. Opowiedz mi o tej dziewczynie, którą próbowałeś zaprosić na randkę, o nauczycielce. Zgodziła się? – Louis opiera się o rękę, której łokieć spoczywa na stole. Ciemnowłosy mężczyzna uśmiecha się i opiera się o krzesło, krzyżując ręce.
- Spotkaliśmy się jakoś tydzień temu, ale zdecydowała, że przeprowadza się do Kanady. Dlaczego ktoś o zdrowych zmysłach chciałby się przeprowadzić do Kanady? Wszyscy tam są zbyt mili.
- Powszechna opieka zdrowotna, hokej na lodzie, śnieg. Lubię Kanadę, nadmiernie mili ludzie są lepsi niż nieuprzejmi, jak w Nowym Jorku.
- Nie wiem o czym mówisz, Nowy Jork jest wspaniały. – Louis chichota, ale zaraz syczy, kiedy czuje, że ktoś uderza go w goleń, ostrzegając, aby przestał czuć się tak komfortowo. Poprawia się i chowa nogi pod krzesło. Zayn i Louis rozmawiają przez chwilę, podczas kiedy ten trzeci bawi się telefonem, dopóki nie ogłasza że idzie do łazienki. Kiedy tylko mężczyzna znika z ich pola widzenia, Zayn odwraca się, a jego nastrój zmienia się z uprzejmej rozmowy na poważną, na temat, przez który Louis podkurcza nogi i układa podbródek na kolanach. – Louis, Matt to mój przyjaciel, ale nie potrafię już tego ignorować.
- Potknąłem się i uderzyłem głową o szafkę, to tylko-
- Louis, myślisz że jestem idiotą? Naprawdę? Nie okłamuj mnie. Wiem, że nie znamy się zbyt dobrze, ale to nie moja wina, chciałbym cię poznać. – Louis otwiera usta, ale powstrzymuje się przed wypowiedzeniem czegoś, kiedy widzi podniesienie ręki, które sygnalizuje, że Zayn nie skończył jeszcze mówić. – Wiem, że to też nie jest twoja wina. Nie jestem tu, żeby dawać ci jakieś wykłady. Przyszedłem tu, żeby ci coś obiecać. Kiedy go opuścisz, musisz do mnie zadzwonić, zanim cokolwiek zrobisz lub powiesz. Zrozumiałeś? To bardzo ważne, Louis. Nie będę siedział po prostu w domu i zastanawiał się, czy może tej nocy spróbujesz od niego uciec i wtedy skończy się wszystko zranieniem lub śmiercią, dobrze? Daj mi swój telefon. – Wyciąga rękę, czekając aż Louis da mu komórkę, ale ten tylko mruga, przygryzając wargę i rumieniąc się.
- Ja, ja nie mam. Telefonu, to znaczy. Nie mam telefonu. Matt powiedział, że nie potrzebuję-
- Dobra. Czekaj… – Zayn wstaje i przebiega drogę do Harry’ego, który szybko kieruje swoją uwagę na kasę, udając że liczy pieniądze, kiedy ciemnowłosy podchodzi do lady. – Mogę pożyczyć długopis? – Harry tylko kiwa głową i podaje mu przedmiot. Zayn pisze swój numer na serwetce, po czym oddaje długopis Harry’emu i wraca do czekającego na niego chłopaka przy stole. – Masz, schowaj to gdzieś w domu i pamiętaj, żeby do mnie zadzwonić. Obiecujesz, że to zrobisz? – Louis wzrusza ramionami, ale Zayn chwyta go, czując że to pilna sprawa i szepcze do niego jedno słowo – Obiecaj. – Louis kiwa głową, a jego niebieskie oczy są szeroko otwarte i wrażliwe, kiedy Matt podchodzi do stołu, patrząc na dłoń Zayna. Mężczyzna, usatysfakcjonowany swoją misją, wstaje i spogląda na Matta, ignorując niższego chłopaka siedzącego obok niego.
- Idę już, do zobaczenia. Mam spotkanie z dziewczyną niedaleko, jest adwokatką, bardzo inteligentną. Widzimy się w poniedziałek, tak? – Zayn dochodzi prawie do drzwi, gotowy aby wyjść, kiedy ktoś woła jego imię.
- Zapomniałeś kluczy. – Matt trzyma dwa srebrne klucze na swojej dłoni, patrząc podejrzliwie na mężczyznę.
- Masz rację, nawet nie zauważyłem. A przecież to główny powód, dlaczego tu przyszedłem, racja?
***
- Tęsknisz za domem? Chciałbyś się stamtąd nie wyprowadzać?
- Tęsknie za mamą i ojczymem. Moja siostra nie mieszka teraz daleko ode mnie, więc przynajmniej jestem otoczony kimś z rodziny. I tak bym się stamtąd wyprowadził. Dostałem się tutaj na uniwersytet, więc tak czy inaczej bym wyjechał. Co z tobą? Ciągle mówisz o swojej rodzinie, mieszkają tutaj?
- Moja mama mieszka w Doncaster razem z moimi siostrami. Mówiłem ci o moich siostrach, prawda? Lottie, Fizz i bliźniaczki Daisy i Phoebe? Tak bardzo za nimi tęsknie, czasami to boli. Nie widziałem ich od trzech lat, tylko czasami rozmawiam z nimi przez telefon…właściwie, nie rozmawiałem z nimi od lat… – Louis podpiera się o poręcz balkonu, obserwując niczego nie podejrzewających przechodni, spieszących się dokądś, niewiedzących o zakazanej rozmowie nad nimi.
- Może, któregoś dnia ich odwiedzimy? – Louis podnosi wzrok z małym, pragnącym uśmiechem.
- To byłoby miłe, prawda?
***
- Zastanawiałeś się kiedyś, co jeżeli to kim teraz jesteśmy to wszystko co nam się przydarzy?
- Co to znaczy?
- Czy kiedykolwiek będziemy tym, czym mówiliśmy, że będziemy? Kiedy byłem młodszy, zawsze chciałem brać udział w wyścigach samochodowych. Chciałem być szybki, sławny, chciałem mieć tysiące ludzi, którzy dopingowaliby mnie i patrzyli na mnie, a teraz nawet nie mam pozwolenia na jeżdżenie, nawet nie mogę prowadzić.
- Lou, prawie nikt nie jest tym, kim chciał kiedyś być. Ja chciałem być astronautą, a oblałem matmę.
- Nie o to chodzi. Mówię o tym, że nie zrobiłem niczego, co bym chciał. Nie jestem tym, kim chciałbym być. Gdyby piętnastoletni ja zobaczył mnie teraz, byłby zawiedziony.
- Nigdy nie jest za późno, żeby to zmienić, prawda?
***
Jest piątek i Harry jest bardzo znudzony. Jak zazwyczaj, w pubie nie ma więcej niż cztery osoby, a Liam jak zwykle jest zbyt odpowiedzialny, sprawdzając co sekundę, czy klientom czegoś nie potrzeba i czyszcząc każdy stolik, aż powierzchnia jest bez skazy i błyszcząca, co daje wolny czas Harry’emu, który siedzi za ladą i odbija piłeczką ping-pongową o podłogę. To się nazywa zabawa.
- Liam, nudzi mi się. – Starszy chłopak nie patrzy nawet na niego, czyszcząc maszynę do robienia kawy i odpowiada sarkastycznym westchnięciem.
- Odbywamy tę rozmowę codziennie. Po prostu zrób coś zamiast się dąsać. – Harry rzuca piłeczką po raz kolejny, próbując uderzyć ścianę w rogu, ale nie udaje mu się to, a piłeczka zamiast tego uderza w głowę jego przełożonego/przyjaciela. Liam chwyta piłeczkę, która wylądowała u jego stóp i wrzuca ją do szafki, wysyłając chłopakowi o kręconych włosach spojrzenie, które większości ludzi zamieniłoby w kamień (chociaż nie jest to do końca prawda, bo ktoś z twarzą podobną do szczeniaka nie mógłby nikogo wystraszyć, nawet jeśli jest naprawdę wściekły).
- Byłem wczoraj na spotkaniu w Syco.
- Och, tak? Jak poszło? – Harry wzrusza ramionami i wystukuje palcami rytm na ladzie. (puk-puk-pukpukpuk-puk-puk- BUM)
- Nie za dobrze, myślę że byli mną znudzeni. Na dodatek było tam jeszcze około pięćdziesięciu innych kandydatów przede mną, więc pewnie mieli już dość. – Liam podnosi wzrok i posyła przyjacielowi współczujący uśmiech.
- Założę się, że i tak cię polubili. A jeżeli nie, to nie wiedzą co tracą, prawda? Jesteś naprawdę utalentowany, Harry. Ktoś kiedyś cię odkryje. – Harry tylko wzrusza ramionami i dalej wystukuje rytm. Twarz Liama marszczy się, jego brwi złączają się, a usta zacieśniają. Chociaż zna Harry’ego tylko trochę ponad miesiąc, nie może nic poradzić na to, że nienawidzi kiedy ten się zadręcza. – Hej, co robisz dzisiaj wieczorem? – Loki jego przyjaciela podskakują, kiedy ten spogląda na niego.
- Nic, prawdopodobnie pójdę do domu, będę gapił się w ścianę i zastanawiał się, co zrobiłem w poprzednim życiu. No wiesz, to co zazwyczaj. – Liam chichota przez czarny humor Harry’ego i wraca do wycierania lady i układania butelek alkoholu.
- Nie użalaj się nad sobą, to do ciebie nie pasuje. W każdym razie, twoje plany się zmieniły. Przychodzisz do mnie. Mój współlokator Aiden urządza imprezę i będzie tam tysiące ludzi, nawet nie wiem. Nie mam pojęcia, czemu to robi, bo zawsze kończy się to setką nawalonych osób, gliny wzywane są prawie za każdym razem, a ja potem muszę wszystko sprzątać, bo on umiera przez kaca. – Śmiech wydobywa się z ust chłopaka, co dezorientuje Liama. Harry zsuwa się z krzesła, trzymając się za brzuch ze śmiechu z żartu, którego ten drugi nie jest świadomy.
- Stary, zachowujesz się jak cholerny dziadek. Dziwaczny dziadek, bez urazy, ale ty i stary człowiek to to samo. O nie, chyba umrę ze śmiechu.
- To nie jest śmieszne. I nie w tym rzecz. Musisz przyjść, żebym znowu nie stał sam pod ścianą. Zazwyczaj przychodzę z dziewczyną, ale Danni uczy się do egzaminów, więc nie może. – Harry, wycierając łzy z oczu, kiwa głową.
- Dobra, przyjdę. I tak nie mam nic lepszego do roboty.
***
Harry mógł próbować sprawić, aby wydawało się, że ma wszystko pod kontrolą, ale prawdą było to, że był od tego daleki, a jego przygotowania do imprezy Liama były idealnym przykładem.
- O cholera, cholera. Nie mam w co się ubrać. Och, zamknij się Harry, brzmisz jak dziewczyna. Nie, nie brzmię jak dziewczyna, brzmię jak ktoś, kto nie ma co na siebie włożyć na pierwszą imprezę od sześciu miesięcy. Nie, brzmię jak ktoś kto był tak długo zamknięty w domu, że zaczyna mówić sam do siebie. W sumie, masz rację. Lub ja mam rację? Dlaczego myślę teraz o gramatyce? Dlaczego mówię wszystko na głos, kiedy mogłem zachować tę rozmowę w mojej głowie? O, powinienem ubrać te białą koszulkę. Tym sposobem, będę wyglądał zwyczajnie, ale te spodnie sprawią, że będę wyglądał na starszego! Whoo! Dajesz Harry (Dajesz ja? Boże, przestań myśleć o gramatyce!)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz