środa, 19 marca 2014

Louis nic na to nie poradził i skrzywił się, czując pod stopami mokrą trawę. Znów padał deszcz, a Harry oczywiście uznał to za wspaniałą okazję by pogrzebać sobie w ogrodzie. Na szczęście tym razem Louis był całkowicie ubrany bo miał na sobie niebiesko czerwoną chustę Harry’ego, która pasowała do czerwonej beanie. Udało mu się chwycić ją z półki, która – swoją drogą – była dla niego zdecydowanie zbyt wysoko. Miał tylko nadzieję, że Harry nie ma wszy.

- Podaj mi łopatę. – powiedział nagle brunet, a Louis jęknął, biorąc do ręki przedmiot, o który pytał Harry i podając mu go. Wyższy uśmiechnął się w odpowiedzi i z jakiegoś powodu zaczął kopać, a jego cienka koszula coraz bardziej mokła od zimnego deszczu. Wciąż odmówił noszenia kurtki, ponieważ nie chciał by Louisowi było zimno. Niższy chłopak podniósł nieznacznie swoje ramiona, starając się zatrzymać ciepło, jego ręce wślizgnęły się do kieszeni kurtki, a nos ociekał kropelkami deszczu. Zadrżał.

- Co ty w ogóle robisz? – wyjąkał, szczękając zębami.

- Kopię. – Harry uśmiechnął się i przesunął ręką po włosach, przez co kropelki wody pofrunęły na wszystkie strony. Po tym wrócił do poprzedniej czynności – Oczywiście.

- Mówię poważnie. – mruknął Louis i Harry zaśmiał się cicho.

- Mam zamiar posadzić drzewo. – powiedział – Właśnie tutaj. – dodał, a Louis naciągnął rękawy na swoje ręce, próbując ogrzać je jeszcze bardziej, ale to i tak nic nie dawało. Ponownie zajęczał.

- Dokładnie tutaj? – zastanowił się, patrząc w niebo i mrugając, gdy kropla deszczu wpadła mu do oka. Sięgnął ręką i przetarł je czerwonymi z zimna palcami. Chwilę później odetchnął – Czy to nie może poczekać?

- W ten sposób nie będzie trzeba go podlewać. – powiedział Harry i popchnął łopatę przez co trochę ziemi spadło mu na stopy. Wydawał się jednak tego nie zauważyć – Poza tym słońce świeci tutaj cały rok, więc to jeszcze lepiej.

Louis parsknął i rozejrzał się dookoła, patrząc na małą, ale trwałą szopę, a później na również małe drzewko, które stało tuż obok w worku. Szturchnął go delikatnie palcami.

- Mogę wejść do środka? – zapytał – Jest mi zimno.

Harry spojrzał na niego.

- Możesz, jak podasz mi to drzewo. – powiedział z poważną twarzą i wyciągnął ręce. Louis westchnął, a następnie wykonał tą czynność i poczekał, aż roślina trafi do dziury w ziemi. Po tym odwrócił się i strzepując wodę ze swoich włosów jak pies, pospieszył do środka, zdejmując z siebie kurtkę i czapkę Harry’ego. Nie zamknął jednak drzwi, a obserwował Harry’ego przez dłuższą chwilę. Jego koszulka ponownie przykleiła mu się do pleców, zupełnie jak wtedy, gdy czyścił prześcieradła Louisa. Przez cienką tkaninę dokładnie można było zobaczyć rysy jego ciała i Louis odwrócił wzrok. Jego stopy robiły się zimniejsze niż powinny, więc odszedł w kierunku kanapy, gdzie usiadł na samym skraju.

Minął tydzień odkąd byli na polowaniu, a martwy orzeł wisiał teraz nad kominkiem patrząc na Louisa. Strach przed Harrym ściskającym jego szyję wciąż w nim był, sprawiając, że w środku nocy dostawał dreszczy. Czasami nawet o tym śnił. Drżącymi dłońmi przejechał wzdłuż swoich żył, aż do jabłka Adama. Zadrżał. Czy dźwięk łamanego karku zabrzmiałby gorzej niż ten, który wydał orzeł?

Podniósł wzrok napotykając martwe i smutne spojrzenie zwierzęcia. On – lub ona, też został zabrany od jego lub jej rodziny, prawda? Tak, możliwe, że miał rodzinę. Dzieci. Louis westchnął, pochylając się i opierając łokcie o kolana. Jego palce delikatnie dotykały ust, gdy patrzył w stronę kominka.

Niespodziewanie znów zadrżał i zwinął się, próbując ogrzać swoje palce w kocu, pod którym spał Harry. Był ciepły. Przynajmniej wystarczająco ciepły. Spojrzał do góry, gdy usłyszał małe kaszlnięcie. Harry szedł w jego stronę, wspinając się po schodkach. Louis patrzył na niego przez kilka minut, aż wyższy wyszedł na górę i wrócił chwilę później, ubrany w inne ubrania. Koszulka, która przypominała Louisowi płaszcz w groszki i jeansy. Louis przechylił głowę, patrząc jak Harry wyciąga z kieszeni paczkę papierosów i skrzywił się, odwracając wzrok.

- Jest mi zimno. – powiedział. Harry opadł na kanapę obok niego, trzymając w ustach papierosa, więc Louis odsunął się odrobinę podciągając swoje nogi do klatki piersiowej. Ulokował swój wzrok na kominku.

- Chcesz żebym rozpalił ogień? – zapytał brunet, ruszając na boki szczęką i obracając papierosa w ustach.

- Dobrze by było. – odpowiedział. Harry od razu wstał, ruszył do kuchni i tam otworzył jakąś szafkę, a gdy wkrótce wrócił, w rękach trzymał kilka kłód drzewa. Położył je na dywanie na podłodze, a Louis zdał sobie sprawę z tego, że właśnie myśli o tym ile milionów małych robaczków musi być teraz na dywanie. Podniósł wzrok, gdy Harry opadł na podłogę, zaczynając rzucać kłody do kominka razem ze suchą trawą, którą wcześniej wyjął z koszyka.

Dwie minuty później w kominku palił się ogień, a Harry zapalił swojego papierosa, pozwalając by zwisał z jego ust, gdy się zaciągał, a następnie chwytał go w palce i chmura dymu unosiła się pod sam dach. Louis obserwował go, aż śmierdzący dym dostał się do jego nozdrzy. Zakrył rękawem nos, ale nie narzekał. Jeśli nie narzekał na innych, to nie powinien narzekać również na Harry’ego.

Ciepło od ognia powoli zaczęło się rozprzestrzeniać i wkrótce Louis wysunął stopy spod koca i położył je na podłodze, a jego dłonie zaczęły pocierać się między jego udami. Jego wzrok wbił się w płomień, a sam czuł się coraz bardziej zrelaksowany, nie mogąc oderwać od niego wzroku.

- Na podłodze jest trochę miejsca, gdybyś chciał poczuć więcej ciepła. – mruknął Harry, przygryzając delikatnie filtr papierosa.

- Tu mi dobrze. – wymamrotał w odpowiedzi i wyższy kiwnął głową.

Jedyny dźwięk, który był w tej chwili słyszalny to trzaskanie i sporadyczne syczenie dobiegające z kominka.

- Jaki jest dzisiaj dzień? – odezwał się w końcu niższy chłopak. Harry odwrócił się i spojrzał na niego.

- Szesnasty września. – odpowiedział – Za dwa dni będziesz tutaj trzy tygodnie.

- Pozwolisz mi w końcu stąd odejść? Nie masz już dość?

- Jeszcze nie. – powiedział Harry z małym wahaniem w głosie i odwrócił się z powrotem do ognia. Możliwe, że nie wiedział nawet, że Louis to zauważył. Trącił palcami papierosa, a malutki popiół upadł gdzieś na ziemię. Louis zaczął bębnić palcami o kanapę.

- W takim razie… kiedy będziesz miał dość?

- Nie wiem.

Harry podniósł odrobinę swoje gołe stopy, gdy z ognia wystrzeliła iskra. Podniósł kawałek jarzącego się drewienka jakby to było zupełnie nic takiego. Louis zmarszczył brwi. Gdyby to był on na pewno by się wzdrygnął, ale Harry nie. Prawdopodobnie kawałek nie był aż tak gorący jak Louis przypuszczał.

Westchnął, powoli zsuwając się z kanapy na podłogę. Przeczołgał się do kominka i usiadł przed nim, obok Harry’ego, ale najdalej jak to możliwe. Skrzyżował ramiona i położył je na swoich kolanach.

Wielokrotnie zastanawiał się czy kiedykolwiek dostanie się do domu, czy Harry kiedykolwiek go skrzywdzi, czy go uderzy lub czy zacznie się do niego przystawiać, albo czy zostanie zgwałcony i zamknięty, może nawet związany. Być może już nigdy więcej nie zobaczy Big Bena lub London Eye. Lub Eleanor. Być może nigdy nie założą razem normalnej rodziny, a on nie da jej pierścionka z brylantem, który czekał w małym czarnym pudełeczku na biurku w domu. Być może nigdy.

Louis wpatrywał się w przestrzeń, gdy nagle jego ramiona zaczęły drżeć, a on wzdrygnął się, chowając w nich swoją twarz. Kilka minut – tyle minęło zanim jego rękawy zostały nasączone łzami, a on zaczął cicho płakać i drżeć.

- Nienawidzę cię. – wyszeptał łamiącym się głosem, gdy naciągnął na ręce mokre rękawy i wytarł równie mokre policzki. Ale to i tak było bez sensu bo wkrótce jego łzy były wszędzie, na jego koszulce i podłodze – Tak bardzo cię nienawidzę Harry.

- Wiem. – odpowiedział chłopak, po raz kolejny zaciągając się papierosem. Jego zielone oczy wciąż wpatrywały się w ogień – Chciałbym móc powiedzieć to samo.

Louis przełknął ślinę, odwracając wzrok i patrząc na bok, gdzieś w kierunku schodów.

- Gdybyś mnie lubił nigdy byś tego nie zrobił.

Harry wypuścił kolejną chmurę dymu, a Louis po raz kolejny się skrzywił. Chwilę później dostał czkawki.

- Być może nie. – powiedział Harry, a jego dłoń przeczesała włosy.

- Więc dlaczego? – zapytał Louis, biorąc wcześniej głęboki oddech i spoglądając na Harry’ego, który wciąż zachowywał się tak jakby Louisa tu nie było.

Już prawie miał nadzieję, że dostanie odpowiedź, ale nic takiego się nie stało. Otrzymał ciszę i dźwięk chrupiącego drewna, który dobiegał z kominka. Harry nawet wrzucił do środka dwa nowe kawałki i trochę suchej trawy, zanim zdecydował, że nadszedł czas by porozmawiać. Papieros wciąż był między jego czerwonymi od gryzienia wargami.

- Nie jestem psychiczny. – powiedział, a Louis przetarł koszulą oczy, gdy jego szloch wypełnił cały pokój.

- Wiem, że jesteś. – szepnął.

- Nie znasz mnie, więc to niemożliwe żebyś wiedział. – mruknął Harry.

- Ale mam rację.

- Jest różnica pomiędzy byciem psychicznym, a zdesperowanym. – powiedział wyższy, zabierając papierosa spomiędzy swoich warg i trzymając go w palcach. Szary dym wydostał się z jego ust i nosa, gdy wydmuchiwał powietrze. Louis zadrżał. Zimne dreszcze przeszły po jego plecach, a jego palce zacisnęły się na rękawach, gdy myślał, że Harry zbyt długo palił tego papierosa.

- I tak jesteś psychiczny. – wymamrotał.

- Nie masz prawa dawać mi takiej etykietki.

- Sam robisz to bardzo dobrze.

Harry roześmiał się, w końcu rzucając wypalonego papierosa w ogień. Pet wykonał mały syk, a Louis obserwował go i lekko niebieski płomień.

- Możliwe, że robię. – powiedział, spoglądając na chwilę w sufit i wypuszczając z ust ostatnią chmurę dymu. Louis również podniósł na nią wzrok i obserwował jak powoli znika – Nic na to nie mogę poradzić. – dodał i szatyn zamrugał.

- Właśnie, że możesz. Nie robiąc tego.

- Czy to sarkazm?

- Mógłby być.

Harry uśmiechnął się, poprawiając ręką swój kołnierzyk, który pociągnął i dmuchnął jakby było mu gorąco. Louis w tym czasie otarł ostatnie łzy, przesuwając nogi tak, że siedział teraz po turecku z rękami ułożonymi gdzieś na udach. Utrzymywał swój wzrok jak najdalej od Harry’ego.

- Znam cię, wiesz. – powiedział nagle Harry, ale Louis wciąż na niego nie patrzył.

- Nie. – powiedział jedynie bo nic więcej nie miał do dodania.

- Tak, znam.

Niższy chłopak potrząsnął swoją głową. Pierwszy raz spotkali się na lotnisku i Harry bardzo dobrze o tym wiedział. Tak jak Louis. Był tego pewien i nic na całym świecie nie sprawiłoby, że uwierzył by w coś innego. Chyba, że miałby jakiś dowód. Przełknął ślinę.

- Nie, nie znasz. Nigdy nic ci o mnie nie powiedziałem. – wyszeptał, zaczynając czuć się niekomfortowo. Nie podobał mu się kierunek, w którym ta rozmowa zmierzała.

- W takim razie może powinieneś zacząć mówić? – powiedział Harrym, patrząc na Louisa ze spokojem.

- Nigdy. – powiedział surowo Louis – Nigdy.

- To może ja to zrobię? – zaproponował wyższy.

- Zrobisz co?

- Zacznę o tobie mówić.

Louis podniósł na niego swój wzrok i powoli pokręcił głową. Nie. Nie, nie, nie. Nie ma mowy. Nigdy. Nigdy w życiu.

- Nie. – wyszeptał – Proszę nie.

Wstał nie chcąc tego słuchać, a jego nogi nawet mu na to pozwoliły bo podniósł się i pospieszył w kierunku schodów, nie wiedząc, że Harry zrobił to samo dopóki nie chwycił go za nadgarstek. Louis musiał zatrzymać się w połowie drogi do schodów, ale wciąż odmawiał patrzenia na niego. Zamarł, gdy palce Harry’ego zacisnęły się mocno wokół jego nadgarstka, który powoli zaczął drętwieć.

- Urodziłeś się w Doncaster. – zaczął Harry, a wzrok Louisa wbił się w pierwsze piętro. Nie – Mieszkałeś razem z mamą i tatą, aż urodziły się twoje siostry. Wtedy umarł twój ojciec, a ty i twoja rodzina przenieśliście się do Londynu. Miałeś wtedy szesnaście lat i byłeś bardzo zdenerwowany przeniesieniem się do nowej szkoły, ale wszystko było dobrze bo zdobyłeś wielu przyjaciół i nauka dobrze ci szła. Najlepiej szło ci z ekonomii, matematyki i chemii, a najgorzej z geografii i gospodarki wewnętrznej. Twój pierwszy pocałunek był z Kristen Howell na drugim roku, a później wasza znajomość rozwinęła się do seksu bez zobowiązań. Wszystko skończyło się kiedy ona wyjechała, a ty poznałeś Eleanor Calder. Skończyłeś szkołę z fatalnymi stopniami, ale jakimś cudem dostałeś się na Uniwersytet i tak zostałeś dziennikarzem. Później razem z Eleanor przeprowadziliście się do wspólnego mieszkania, a ty dostałeś pracę. Dobrą pracę. Wyjechałeś do Los Angeles bo chcieli żebyś napisał o nich artykuł i tym sposobem skończyłeś tutaj z…

Po pomieszczeniu rozległ się dźwięk uderzania ręką o skórę i był wystarczająco głośny by obudzić zmarłych – przynajmniej według Louisa. Kilka sekund minęło zanim część twarzy Harry’ego przybrała czerwony odcień i zaczęła boleć, a jego dłoń powędrowała z nadgarstka Louisa do swojego policzka. Wyglądał na przerażonego, a blade palce zaczęły suwać po zaczerwienionej okolicy.

Louis oddychał ciężko, a jego własna dłoń szczypała niemiłosiernie bo tak na wszelki wypadek powtórzył tą czynność jeszcze kilka razy. Twarz Harry’ego za każdym razem odskakiwała w bok i przykrywały ją loki, przez co Louis nie mógł go zobaczyć. Po wszystkim był nawet z siebie zadowolony, naprawdę. Czuł się lepiej bo wiedział, że chciał zrobić to już od dłuższego czasu.

Gdy Harry ponownie spojrzał na Louisa, zobaczył, że na jego twarzy maluje się szeroki uśmiech. Wszystko zaczęło wyglądać komicznie, gdy ten uśmiech zniknął z zawrotną szybkością. Harry wyglądał na wściekłego, a jego czerwono różowy policzek i rozszerzone źrenice sprawiły, że szatyn zrobił krok do tyłu. Przełknął ślinę, obserwując ruch klatki piersiowej Harry’ego, gdy ten oddychał, a następnie chwycił się poręczy.

Potknął się, gdy Harry popchnął go mocno do tyłu, a jego kostki i dół pleców zderzyły się z ostrymi krawędziami schodów. Jęknął, podnosząc wzrok na wyższego chłopaka i czekając na najgorsze.

Harry zbliżył się, pokonując dwa kroki i stanął tuż nad Louisem, a jego duże ręce chwyciły koszulkę szatyna i pociągnęły jego ciało odrobinę do góry. Jego dłoń również się uniosła i Louis niemal czuł jak jego własna twarz blednie, a oczy mocno się zaciskają, sprawiając, że prawie był w stanie zobaczyć gwiazdy. Czekał i czekał i jego ciało skurczyło się trochę na schodach, a dłonie chwyciły nadgarstek Harry’ego próbując go odsunąć co kompletnie nie miało sensu.

Kiedy po krótkiej chwili wciąż nie poczuł na sobie ręki Harry’ego otworzył jedno oko, patrząc na jego wciąż podniesioną dłoń. Różnica była taka, że Harry nie wyglądał już na złego. Nie wyglądał również na spokojnego, ale zdecydowanie bardziej… ludzko. Zwierzę, które wcześniej się w nim pojawiło zniknęło.

Louis nie odważył się powiedzieć nic więcej. Po prostu leżał tam, a całe jego ciało się trzęsło, gdy jego palce dalej owijały nadgarstek Harry’ego. Obydwoje ciężko oddychali, gdy Harry w końcu go puścił, a Louis skrzywił się, gdy jego plecy ponownie uderzyły w schody. On również puścił Harry’ego i leżał tam dopóki chłopak przestał się na niego patrzeć. Po tym wyższy odwrócił się i Louis prawie krzyczał z wdzięczności, gdy usiadł, obserwując jak Harry chwyta swoją kurtkę i buty i chwilę później znika za drzwiami.

Szatyn spojrzał w dół na swoje ciało i potarł tył głowy i nadgarstek, na którym widniały ślady palców, które – wydawało się – nie znikną w ciągu kilku następnych dni. Na jego ręce było coś jeszcze, mniejsze ślady, które wyglądały jak połowa koła i Louis zdał sobie sprawę, że Harry musiał wbić w jego skórę swoje paznokcie, chociaż wcale tego nie czuł. Cóż, nie było w tym zupełnie nic dziwnego – ledwo czuł w tym miejscu swoją skórę.

Skrzywił się lekko, gdy musnął palcami ślady, gdzie pojawiły się małe, prawie niezauważalne linie krwi. Zamrugał, szlochając cicho. Mogło być gorzej, prawda?

Po tym zdarzeniu przestali ze sobą rozmawiać. Louis spędzał w swoim pokoju każdą chwilę, a Harry prawie każdego dnia wychodził do lasu. Nic jednak ze sobą nie przynosił jak zauważył niższy chłopak, który szpiegował go zza zasłony, gdy ten wracał. Czuł się jak pies lub jak kura domowa, która martwiła się, że jej mąż ją zdradza i każdego dnia miał w sobie iskierkę nadziei, że Harry wejdzie do środka i przeprosi go za to co zrobił.

A może to on powinien przeprosić?

Niebieskooki całymi dniami leżał na łóżku i skradał się do na dół, dopiero wtedy gdy robił się głodny lub gdy potrzebował skorzystać z toalety. Ponadto, ponieważ Louis nie miał zielonego pojęcia o gotowaniu, wychodziło na to, że codziennie jadł same jabłka lub resztę tego co Harry zostawił na kuchence, gdy sam przygotowywał sobie jedzenie. To wszystko sprawiało, że niższy chłopak czuł się odrobinę skrzywdzony, ponieważ Harry nie przynosił mu na górę jedzenia – mimo tego, że pewnie i tak by protestował.

Dwanaście dni – tyle czasu zajęło Louisowi zdobycie się na to, by zejść na parter i nawet spojrzeć na Harry’ego. Chłopak przez cały czas patrzył w książkę, a na sobie miał coś co wyglądało jak czarna koszulka z jakimś zespołem i gdyby Louis miał ją na siebie założyć, z pewnością sięgnęłaby mu do kolan. Potrząsnął swoją głową, a następnie zatrzymał się w połowie schodów, obserwując Harry’ego w ciszy przez kilka minut.

Gdyby ktoś przeszedł obok niego na ulicy z pewnością nie pomyślałby o tym jaki jest naprawdę. Niebezpieczny. Niepoczytalny, obrzydliwy i tak niewiarygodnie toksyczny.

Harry wyciągnął niebieską książkę – coś, co w oczach Louisa wyglądało jak słownik – i zaczął przesuwać po papierze palcem, zupełnie tak jakby czegoś szukał. Ręka powędrowała do jego loków, gdy znalazł to czego szukał i sięgnął po ołówek, który wcześniej spoczywał mu za uchem. Napisał coś na kartce, a Louis zamrugał zaskoczony, gdy nagle wyrwał całą stronę i złożył ją na pół. Ołówek wrócił na swoje wcześniejsze miejsce, a złożoną kartkę przytrzymały jego wargi, gdy odkładał na półkę książkę. Harry zamruczał coś do siebie, gdy znów rozwinął papier i ponownie zaczął czytać, zastanawiając się nad czymś. Nie podnosił głowy przez całą wieczność i Louis zaczął się bać i denerwować, więc poszedł do swojego pokoju i pozostał tam przez kolejny dzień.

Tym razem przyszła kolej na to by Harry podjął inicjatywę, dlatego chłopak wszedł do kuchni, gdy Louis był w środku, odwrócony do niego plecami i próbował zrobić sobie sałatkę owocową. Mniejszy chłopak miał na sobie żółty sweter z dzianiny, który wciągnął na zwykłą koszulkę. Rękawy podciągnął po same łokcie, a dresowe spodnie po kostki. Zdążył przyzwyczaić się już do tego, że musiał chodzić w ubraniach Harry’ego. I tak nie miał zbyt dużego wyboru.

- Pozwól, że coś ci przygotuję. – powiedział Harry i Louis odwrócił się, trzymając w ręce nóż. Mało brakowało, a wypuściłby go z ręki, gdy nagle drgnął, ale na szczęście tego nie zrobił. Odetchnął, ale nic nie powiedział – Od dwóch tygodni jesz same owoce.

- Radzę sobie. – wymamrotał Louis i odwrócił się, wracając do krojenia bananów – Poza tym, to tylko trzynaście dni.

Harry uśmiechnął się podchodząc do niego, a Louis natychmiast przesunął deskę i miskę z żałośnie pokrojonymi owocami na bok i odwrócił się, krojąc dalej. Harry po raz kolejny się zbliżył i Louis nie mógł już się nigdzie ruszyć bo i tak był przy samej ścianie. Machnął lekko w stronę Harry’ego, ale ten wciąż stał tam gdzie stał. Sięgnął jedną ręką do kieszeni, a drugą oparł o blat, który był czerwony z posiekanych truskawek.

- Jeden dzień więcej lub mniej, to ma jakieś znaczenie?

- Dla mnie ma. – powiedział niższy, wkładając papkowate kawałki banana do miski. Burknął na nie i zamruczał pod nosem jakieś przekleństwo, a następnie sięgnął po kolejne jabłko – Liczę dni.

- I ile ich naliczyłeś? – uśmiechnął się Harry i delikatnie przesunął Louisa na bok, zabierając mu z ręki nóż i stając przy desce do krojenia oraz samemu krojąc owoce. Louis jedynie skrzyżował ramiona i zrobił kilka kroków do tyłu, stając po drugiej stronie. Obserwował Harry’ego, który obrzydliwie profesjonalnie pokroił jabłko w małe kosteczki, a następnie zjadł kilka kawałków. Louis odwrócił wzrok.

- Trzydzieści trzy. – mruknął – Wypuść mnie do domu.

Harry potrząsnął swoją głową, a później rzucił kostką w powietrze, próbując złapać ją ustami i przeklął, gdy kawałek nie trafił tam gdzie powinien i upadł na podłogę. Schylił się, podnosząc kawałek i wrzucając go do zlewu, a następnie odwrócił się do Louisa.

- Jeszcze nie. – powiedział cicho, wracając do jabłka.

Louis obserwował go chwilę, szukając w jego twarzy jakiś dziwnych zmian, ale niczego nie dostrzegł. Westchnął.

- Nie chciałem cię uderzyć. – wymamrotał.

- Chciałeś. – uśmiechnął się Harry, spoglądając na Louisa – Zezłościłeś się, prawda? Jeśli mam być szczery to powinieneś zrobić to już dawno temu.

- Próbowałem, pierwszego dnia tutaj. – wyznał – Kiedy… wiesz.

- Wiem co masz na myśli. – kiwnął głową – Nie musisz tego mówić.

Nastała cisza, aż Hary w końcu podał mu miskę owoców i jakiś dżem, który – jak powiedział – sam zrobił kilka dni wcześniej. Louis wziął naczynie bez żadnego podziękowania i zaczął jeść nie ruszając się z miejsca. Harry zaczął cicho nucić coś pod nosem i sprzątać bałagan, który Louis po sobie zostawił.

- Dobrze wyglądasz w żółtym. – powiedział, gdy skończył – Pasuje ci.

Szatyn prawie zakrztusił się kawałkiem banana. Podniósł na niego wzrok.

- Nienawidzę żółtego.

- Nie powinieneś.

Ich spojrzenia spotkały się na sekundę, a wtedy Louis musiał odwrócić wzrok. Jego palce zaczęły nerwowo bębnić w białą, nieco popękaną miskę.

- Dlaczego mi nie oddałeś? – zapytał cicho, ściskając miskę i cofając się o pół kroku.

- Dlaczego miałbym? – zapytał Harry, susząc swoje dłonie o jeansy – Nie miałem powodu.

- Uderzyłem cię. – przypomniał mu szatyn, gdy Harry podniósł się na rękach, siadając na ladę.

- Miałeś powód. Ja nie miałem powodu żeby ci oddać.

Louis spojrzał na niego i nagle stracił apetyt. Harry wydawał się to zauważyć bo wziął jego miskę i zaczął jeść tym samym widelcem. Louis przełknął ślinę.

- Jaki musiałbyś mieć powód żeby to zrobić? – zapytał, tak cicho, że nie był do końca pewien czy Harry go słyszy. Najwyraźniej jednak słyszał bo spojrzał w sufit, a jego miska została umieszczona na kolanach. Zamyślił się przez chwilę.

- Nie wiem. – powiedział w końcu, zaczynając znów jeść – Ale jeśli kiedykolwiek miałbym cię skrzywdzić musiałbyś zrobić coś naprawdę głupiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz