niedziela, 16 marca 2014

*- Nie mogę Harry. – Louis odsuwa się tak, że znajduje się teraz na końcu łóżka. Jego ramiona opadają, kiedy przygryza dolną wargę – jego nawyk, który, jak Harry zauważył, pokazuje że jest zdenerwowany. Harry zauważa wiele rzeczy.

- Naprawdę? Nie możesz? A to dlaczego, co? Bo mnie nie kochasz? Oboje wiemy, że to kłamstwo. A może to przez to, że masz chłopaka? O to chodzi? O to, prawda? Masz idealnego chłopaka, tak? Ponieważ ten niesamowity chłopak…

- Przestań Harry…

- Całkowicie się o ciebie troszczy, prawda? To nie tak, że cię zdradza czy coś… sam powiedziałeś, jak miała na imię? To ty przeczytałeś jego wiadomości, więc powinieneś pamiętać. Och, zapomnijmy o tej drobnostce. Przejdźmy do faktu, że jest całkiem dobry w wybijaniu z ciebie życia, właściwie to już codzienna podstawa, albo to, że traktuje cię jak gówno, nazywa cię najgorszymi przymiotnikami, na jakie nie zasługuje nawet najobrzydliwszy człowiek…

- Powiedziałem przestań…

- Albo, że całkowicie kontroluje ciebie i twoje życie. Nie, to całkowicie zdrowe…

- ZAMKNIJ SIĘ! – Louis unosi ręce w powietrzu, zakrywając swoje uszy, jak małe dziecko ignorujące rodziców. Potrząsa głową, jakby chciał zapomnieć o wszystkim, co właśnie usłyszał i siada na materacu. Poczucie winy nakrywa Harry’ego jak koc, kiedy widzi zachowanie drugiego chłopaka, który rozpada się i zdaje sobie sprawę, że ten czekał tylko na małe popchnięcie, które od razu spowodowało lawinę.

- Przepraszam, nie miałem na myśli tego, co powiedziałem. Proszę, nie bądź zły, wszystko będzie dobrze, obiecuję… – Harry klęka na łóżku, opierając brodę o kolana Louisa i sięga po jego dłonie, aby chwycić je w swoje. Patrzenie na ich splecione palce całkowicie pochłania dwójkę i żaden z nich nie jest w stanie się temu przeciwstawić.

- Nie masz za co przepraszać, masz rację. Ale ja nie mogę… – Harry przerywa mu, odchrząkając, ponieważ nie chce słyszeć żądnych wymówek. Zamiast tego, brunet kontynuuje patrzenie na ich splecione palce, a jego zagubiony umysł wymyśla kiepskie metafory pomiędzy ich palcami a życiem. Louis obserwuje, jak Harry studiuje ich dłonie i nagle nie obchodzi go, że może popełnić największy błąd życia. Zsuwa się na podłogę razem z brunetem, złączając ich czoła razem, a ich oczy nawiązują kontakt wzrokowy. – Nie możesz tego zrobić.

- Czego?

- Obiecać. Nie możesz obiecać, że wszystko będzie dobrze. Nikt nie może składać takich obietnic.

- Mogę obiecać, że spróbuję.


***

- Wiesz co zauważyłem?

- Co?

- Gdybym umarł to na nic by to nie wpłynęło. Nie zrobiłem nic, nie pomagałem, ani nic nie zmieniłem. Gdybym umarł, świat byłby dokładnie taki sam, jak w momencie kiedy żyłem.

- Zmieniłeś wiele rzeczy, tylko jeszcze tego nie wiesz. Spotykamy tylu ludzi, Lou, nie wiesz, czy może jakaś mała rzecz, którą powiedziałeś nie zmieniła czyjegoś całego życia. I jestem prawie pewny, że zmieniłeś moje.

***

Zakończenie szkoły Lottie było piękne, a radość Louisa mógł usłyszeć każdy, kiedy dziewczyna szła odebrać swoje świadectwo. Skończyło się na tym, że Harry pożyczył jeden z garniturów Nialla, który był trochę za mały dla niego, nogawki spodni kilka centymetrów nad butami (co rozśmieszało Louisa o wiele za długo niż to potrzebne, a Harry naprawdę nie mógł zrozumieć jego rozbawienia), a marynarka trochę zbyt ciasna na plecach.

Czuje się jak wyrzutek wśród wszystkich krewnych Louisa (a jest ich naprawdę sporo), ale właściwie nie przeszkadza mu stanie z boku i przysłuchiwanie się rodzinnym rozmowom. Tu nie jest tak, jak w jego rodzinie. Krewni Louisa zdają się być bliską (ale dużą) rodziną i przyjaciółmi, którzy znają siebie lepiej niż ktokolwiek inny. Bliscy Louisa są dosyć głośni i przesadzeni, drażniąc się z innymi, jakby spotykali się codziennie (i patrząc na to wszystko, pewnie to robią) tylko im znanymi żartami. To wszystko jest nowe dla Harry’ego; zawsze był blisko ze swoją siostrą i mamą, ale z innymi krewnymi widział się jedynie podczas ślubów lub innych wielkich okazji. Może powiedzieć, że w tej rodzinie granice są opcjonalne, a samotny czas jest tylko marzeniem. Ale w tym momencie, Harry uwielbia myśl o tym, że tak wielu ludzi jest dla siebie nawzajem. Jest to dla niego nowe uczucie, ale nie ma nic przeciwko.

Po ceremonii pięćdziesiąt kilka osób kieruje się z powrotem do domu i całe pomieszczenie oraz ogród jest przepełnione rozmowami i śmiechem rodziny Tomlinsonów. Harry wplątuje się w raczej ożywioną rozmowę o Manchester United z jednym kuzynem Louisa (poważnie, kto normalny może im kibicować?) i z ciotką, która zdecydowanie łasi się do niego, kiedy dowiaduje się, że jest muzykiem (och, zawsze chciałam zostać piosenkarką, wielu ludzi mówiło, że mam głos anioła. -Może ktoś mógł tak powiedzieć, ale tylko jeżeli anioł byłby głuchy, Lidio). Jest ciemno, ale impreza nie wydaje się kończyć, kiedy Louisa szuka Harry’ego w tłumie. Ratuje go od jednego wujka, który jest „pewny, że obcy próbują się z nami skontaktować, musimy tylko posłuchać. Słyszysz?”

- Harry chcesz coś zobaczyć? – Chłopak kiwa głową, a jego loki podskakują , kiedy Louis prowadzi go przez frontowe drzwi, witając się szybko z kilkoma osobami w drodze. Jest ciągnięty w stronę samochodu Louisa (jednego z wielu, które nie zajmują jedynie podjazdu domu, ale całą ulicę, co sprawia, że Harry czuje się trochę źle z powodu sąsiadów, ale potem przypomina sobie, że wszyscy są zaproszeniu na świętowanie Lottie) i ten rzuca mu kluczki, kiedy dochodzi do strony pasażera, ale Harry powstrzymuje go.

- Czekaj, nie wiem gdzie jedziemy. Nie możesz ty prowadzić? – Wie, że Louis odmówi, ale i tak pyta, na wszelki wypadek. Wyobraźcie sobie jego zdziwienie, kiedy Louis qzrusza ramionami, zamyka drzwi i przebiega na drugą stronę samochodu, a jego oddech jest widoczny przez zimne powietrze w postaci pary. Harry otwiera szeroko oczy, ale nic nie mówi, wręczając mu klucze, kiedy wślizguje się na miejsce pasażera. Kiedy Louis zaczyna wycofywać się z podjazdu, Harry decyduje się, że zapięcie pasów będzie dla niego zdecydowanie dobre.

Knykcie Harry’ego są pobielałe od ściskania swojego drogocennego życia, jedną ręką trzymając się drzwi, a drugą o krzesło. Louis wydaje się być kompletnie niewzruszony, mrucząc do jakiejś piosenki z małym uśmiechem na twarzy, kiedy przyspiesza jeszcze bardziej, przekraczając dwukrotnie ograniczenie prędkości. Tak jest do momentu, kiedy skręcają na brudną ulicę i hamuję wystarczająco szybko, że Harry jest pewny iż doznał urazu kręgosłupa, a Louis relaksuje się, jedynie wychodząc z samochodu i pośpieszając bruneta. Są otoczeni przez ogromne drzewa i gęste krzaki, ale oczy Harry’ego automatycznie skupiają się na małym jeziorze (stawie?), który znajduje się kilkanaście metrów od niego. Są wystarczająco daleko od miasta, więc nie widzą żadnych świateł, a otacza ich tylko blask księżyca (który nie jest w pełni, ale nadal zapiera dech w piersi), a jezioro (lub staw…powiedzmy, że to staw..) odbija światło księżyca, a jego strużki tańczą na powierzchni wody. Jest tam mały, drewniany pomost, dosyć wąski, ale rozprzestrzenia się daleko w głąb stawu (zmienił zdanie, znowu zamierza nazywać to jeziorem. Jaka w ogóle jest różnica pomiędzy stawem a jeziorem? Albo może będzie nazywać to jeziorkiem) i jest wzniesiony kilka metrów nad wodą. Harry jest zauroczony (co za strasznie ckliwe słowo, ale absolutnie idealne) i powraca do rzeczywistości tylko, dlatego że czyjaś dłoń ciągnie go w przód. Louis prowadzi go na brzeg pomostu i bezzwłocznie kładzie się, zsuwając nogi z krawędzi, a ręce układając pod głową. Harry dołącza do niego z początku trochę nieśmiało, ale nikt nie mógłby odmówić Louisowi, kiedy ma takich wielki uśmiech na twarzy. Leżą tam w komfortowej ciszy przez chwilę, po czym Louis przerywa ją.

- Jestem z niej naprawdę dumny, wiesz? – Harry obraca się, opierając się o jedną rękę.

- Tak, ukończenie szkoły to wielka sprawa, jak sądzę. – Nie za bardzo skupia się na ich rozmowie, bardziej zajęty jest obserwowaniem Louisa, który wpatruje się w niebo.

- Ja nigdy nie ukończyłem szkoły. A pewnie powinienem, wszystko byłoby prostsze. – Harry marszczy brwi, kiedy patrzy, jak drugi chłopak nadal bez wyrazu wpatruje się w niebo, opierając się łokciami o ziemię.

- Dlaczego nie ukończyłeś? – Louis próbuje wzruszyć ramionami ze swojej niewygodnej pozycji i zaczyna machać nogami, które zwisają z krawędzi pomostu.

- Nigdy nie przejmowałem się zbytnio szkołą. Trudno mi było skoro wolałem spędzać czas na dodatkowych zajęciach, spędzając czas z przyjaciółmi, na sporcie czy teatrze. Zawsze po prostu próbowałem zdać, aż do szóstej klasy, kiedy oblałem matmę. Miałem powtarzać egzamin latem, ale nigdy się tam nie pojawiłem. Myślę, że zbyt bardzo się bałem. – Kontynuuje kołysanie nogami, ale zanim Harry jest w stanie coś powiedzieć, chłopak prostuje się, a w jego oczach migocze tajemniczy błysk. – Zróbmy coś zabawnego. – Harry nie mówi nic, jedynie siedzi tam zauroczony (używa tego słowa ostatnio zbyt często) zanim Louis nie zaczyna ściągać swojej koszulki.

- Co ty robisz?! Załóż bluzkę…nie! Nie zdejmuj spodni, co jeśli ktoś zobaczy? Co ty robisz? – Louis nie ma teraz na sobie nic poza niebieskimi bokserkami i zaczyna podnosić Harry’ego za ramiona.

- Dalej, rozbieraj się. Idziemy pływać. – Harry nie porusza się zanim Louis nie grozi, że sam go rozbierze (i w porządku, Harry prawdopodobnie nie miałby nic przeciwko, ale pomińmy to…) i za chwilę oboje stoją na krańcu pomostu całkowicie nadzy. Harry nie porusza się, więc Louis traci cierpliwość i popycha go do jeziora (Harry zdecydował, że będzie go nazywał stawem prawda?), po czym sam do niej wskakuje.

***

Przyjeżdżają z powrotem do domu kilka godzin później cali mokrzy i rozanieleni (to stan, kiedy szczęście jest idealnym opisem ich nastroju, gdzie szczęście jest jedynym sposobem na opisanie tego). Impreza przerzedza się, dziewczynki śpią już do góry w swoich pokojach, ich matka przed domek rozmawia z kilkoma sąsiadami, a większość przybyłych kieruje się już do domu, z wyjątkiem jednego pijanego wujka rozłożonego na kanapie. Chłopcy biorą prysznic i wskakują do łóżka, po czym zasypiają z nosami złączonymi razem, oddechami zmieszanymi w jeden, jakby zapomnieli o tym, że wracają jutro do Londynu ( co oznacza powrót do rzeczywistości).

***

- Grałem w sztuce, kiedy byłem w szkole.

- Naprawdę? To świetnie? Kim byłeś?

- Byłem Dannym w Grease. To było fajne. Przez chwilę chciałem być aktorem. Lubiłem myśl, że mógłbym być kimś innym. Życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby każdy miał do niego scenariusz.

- Czy to będzie kolejna filozoficzna rozmowa?

- Niee. No dobrze, może. Ale zauważyłeś, że ludzie mówią, że Bóg ma plan dla każdego, a potem się odwracają i mówią, że dał nam wolną wolę?

- Myślałem, że nie wierzysz w Boga.

- Bo nie, ale nie w tym rzecz.

- Więc w czym?

- Chodzi o to, że dlaczego niektórzy ludzie muszą zmagać się z gównem przez całe życie, a inni dostają wszystko?

- Chyba trochę przegapiłem zmianę tematu. Nadal rozmawiamy o chęci bycia aktorem?

- Harry! Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, mówiliśmy o tym, czy możemy zmienić przeznaczenie, czy nie!

- Nie zrozumiałem tego z naszej rozmowy.

- Więc co zrozumiałeś?

- Więc, byłeś Dannym w Grease, potem coś o podważaniu naszej wolnej woli i braku wiary w boga. Coś o tym czy jest plan dla każdego człowieka, czy nie, a potem coś o życiu.

- Nieważne, idę do łóżka. Zobaczymy się później, dobrze?

- Czekaj!

- Hmm?

- Osobiście nie wierzę, że jest tylko jedno zakończenie naszego życia.

- I…

- Myślę, że sami tworzymy nasze przeznaczenie.


***

Przyjeżdżają z powrotem do Londynu około południa. Słońce jest jasne, niebo bez najmniejszej chmury, a życie miejskie toczy się, jakby nie było dwóch chłopaków siedzących w garażu przez ponad godzinę, przerażeni tym, że muszą wrócić do normalnego życia.

- Powinniśmy iść. – Louis przesuwa się na siedzeniu, obracając głowę w stronę drugiego chłopaka, ale nie robi nic więcej, aby wysiąść. Harry już wpatruje się w niego. Jego nogi są podkulone na siedzeniu, a głowę opiera na twardych kolanach. To nie jest nic nadzwyczajnego, że Harry przyłapuje się na gapieniu się na chłopaka obok, ale zazwyczaj próbuje ukryć chociaż trochę swoją fascynację, ale w tym momencie, nie może zmusić się do niczego innego, jak tylko gapienie się w niego (musi być jakieś inne słowo niż gapienie się, ale naprawdę, jak inaczej mógłby to nazwać). Louis siedzi w ciszy i gdyby Harry go nie znał, mógłby przysiąść, że zamienił się w kamień.

- Nie musimy. Nie musimy, rozmawialiśmy już o tym i powiedziałem ci, że ja… – Louis ponownie odwraca się, tak że siedzi teraz prosto, a każdy mięsień w jego ciele jest napięty, kiedy stara się nie patrzeć w zielone tęczówki obok niego.

- Pracujesz dzisiaj, prawda? – Louis przerywa mu, nadal wpatrując się w przód na szarą ścianę. Smak żelaza pokrywa jego język, informując o tym, że przygryza wargę trochę za mocno.

- Niby tak, ale mógłbym zadzwonić do Liama i on-

- Już jesteś spóźniony, prawda? Więc musisz iść od razu tam? – Louisowi nie udaje się opanować samego siebie, jak zwykle i odwraca się, aby spotkać te zielone tęczówki, które zrujnowały go, ale obiecały odbudować.

- Ta, tak sądzę. Ale to nic wielkiego, po prostu zadzwonię do Liama.

- Powinieneś iść do pracy. – Twarz Louisa jest kamienna, ale jego oczy zdradzają go. Coś w rodzaju niemej prośby ukazuje się w nich, błagając Harry’ego, aby posłuchał.

***

Harry wraca do domu koło dziesiątej, a balkon obok niego jest pusty.

***

Czeka kolejną noc, ale kończy się to tylko na ciszy i przepełniającym uczuciu rozczarowania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz