* Czas mijał nieznośnie wolno. Ale wbrew pozorom, Louis w pewnym sensie był wdzięczny.
Harry nie zawiązał mu ponownie oczu zanim wyszedł, więc książę miał pełen widok na ciemne i wilgotne pomieszczenie, w którym siedział. Stwierdzenie, że to miejsce jest straszne, było ogromnym niedopowiedzeniem. Cztery ściany, pojedyncza świeca w latarni, która wygasła już wieki temu i drzwi na wprost niego, uparcie przypominały mu, że jest więźniem. Cóż, praktycznie wszystko wokół mu o tym przypominało.
Jego porządne ubrania zostały zanieczyszczone od siedzenia na ponurej podłodze. Mając to na uwadze, mógł sobie tylko wyobrazić, jak niechlujnie wyglądał.
Nawet, jeśli dopiero za kilka godzin miał odbić swój statek, Louis wiedział, że musi wyglądać jak gówno*. Przez jego opór, gdy został pokonany i związany, warstwa potu oraz gnicie w tym śmierdzącym solą pudle, wcale mu nie pomagały. Potrafił wyczuć każdą skałę, którą spotkał okręt, a dzięki temu mógł ustalić jego stanowisko i to, że kierował się na płytsze wody.
Myśli Louisa zaczęły krążyć wokół jego losów. Wiedział, że nie mieli zamiaru go zabić, a przynajmniej, jeszcze nie mieli takiego zamiaru.
Jego palce przesunęły się po zimnej obroży, przymocowanej do szyi. Jego nadgarstki wciąż były ciężkie i nawet najmniejszy ruch przypominał mu o życiu, które dłużyło się bardziej, niż to pełne szczęścia.
Tylko on był żywy i jednocześnie zniewolony, ponieważ był księciem. Musiałby być głupi, by tego nie wiedzieć.
Jego wiedza na temat handlu niewolnikami była ograniczona, ale biorąc pod uwagę fakt, jak Harry go skuł i wyszedł, mógł w jakiś sposób założyć, że nawet gdyby Louis nie byłby na statku bardzo długo, to kiedy wysiadłby, sprawy wcale by się nie wyjaśniły.
Od księcia do czyjegoś niewolnika. Nie, jeśli miałby coś do powiedzenia. Wtedy mógłby odmówić i przeciwstawić się wszystkiemu. Mógłby też skoczyć za burtę, niż być na łasce morskich kreatur. To przynajmniej byłoby honorowe.
Znajomy odgłos kroków na korytarzu dobiegł uszu Louisa, a ten natychmiast się spiął. Wstrzymał oddech i cofnął się w stronę ściany, by się wyprostować, gdy gałka przekręciła się i drzwi zostały otwarte.
- Z pewnością jest tu ciemno… Harry nie pomyślał o zmianie świecy, zanim pobiegł sobie zwalić? - Louis obserwował, jak mężczyzna o młodym głosie łapie lampę naftową. Nieznajomy był wyraźnie rozdrażniony wszystkim, co znajdowało się w pokoju. - Chryste, spójrz na to… O czym Harry myślał?! - przejechał ręką po włosach, wieszając lampę na haku i wymieniając świecę w latarni.
- Wątpię, że jest w stanie w ogóle to robić. Jestem gotowy założyć się, iż nigdy nie zdobył jakiegokolwiek doświadczenia – Louis skulił się, nie mogąc się powstrzymać.
Nie wiedział, czemu to powiedział. Szczerze mówiąc, mężczyzna znajdujący się tu z nim, mógł po prostu odwrócić się do niego i uderzyć go, kopnąć, za oczernianie kapitana statku, nie wspominając już o samym Louisie, który tak naprawdę nic tutaj nie znaczył.
- Tak, masz rację. On nie myśli o… Albo wcale tego nie robi – w tych słowach nie było sarkazmu, jak u Louisa. - Tak czy siak, jestem Liam, pierwszy oficer One Direction.
- Jestem oczarowany – zauważył cynicznie Louis, chociaż jego ciało wciąż się nie zrelaksowało. - Spierdalaj.
Powinien dostać karę za to wszystko, bez względu na to, jak nieszkodliwy się wydawał. Ale Liam zdawał się w ogóle nie przywiązywać uwagi do prostego komunikatu księcia, jedynie zagwizdał skromnie.
- Więc, masz zamiar zostać w tych ciuchach całą noc, czy chciałbyś, abym coś ci przyniósł? - uniósł brew w zaciekawieniu, a arystokrata ożywił się.
- To pusta oferta i tylko wzbudzasz we mnie nadzieję na nic? - Louis westchnął, zagryzając dolną wargę.
- Chciałbym spytać, czemu mi nie wierzysz, ale przypuszczam, że gdybym był na twoim miejscu, też nie ufałbym nikomu na tym statku – Liam zaśmiał się nisko. - Mogę być poszukiwanym przestępcą, ale nie widzę potrzeby w kłamaniu w takich małostkowych rzeczach jak odzież.
Louis skrzywił się lekko. Tak, jak atrakcyjną perspektywą wydawała się zmiana ubrania, wolałby przed tym się wykąpać. Przez chwilę myślał nad prośbą o prysznic, ale odniósł wrażenie, że statek prawdopodobnie był pozbawiony czegoś na kształt łazienki.
Ohydni piraci.
Naprawdę nie miał nic do stracenia, więc skinął głową.
- Cudownie – Liam uśmiechnął się. Zbliżył się do księcia, jednocześnie wyławiając z kieszeni wielki pęk klucz. Pomimo faktu, iż w zasadzie wszystkie wyglądały identycznie, Liam zdawał się je rozpoznawać, sortując je na metalowym pierścieniu.
- Co robisz, Liam? - znajomy głos wystarczał, by z ust Louisa wydobył się jęk, a on sam oparł czoło na swym ramieniu.
Harry stał przy drzwiach, patrząc z uniesionymi brwiami na parę przed sobą, która wydawała się mieć kłopoty. Liam spojrzał w sufit, zanim westchnął i odwrócił się do młodego kapitana.
- Ja… Ja tylko…
- Kiedy spytałem, co robisz, naprawdę miałem na myśli: Baw się dobrze – uciął. - Czy nie kazałem ci czasem zaopiekować się tamtą niewolnicą, zanim poszedłem do siebie? Jakim cudem znalazłeś się tutaj?
Niewolnicą?
Czy to możliwe, że na statku był ktoś, prócz niego? Nie był on jedynym ocalałym? Umysł Louisa natychmiast zaczął rozpatrywać wszelkie możliwości, kto może być wciąż żywy.
Eleanor… O, Boże! Może ona jeszcze żyła?!
- Widzisz, kazałeś Danielle, Niallowi i mnie dbać o pozostałych więźniów. Biorąc pod uwagę, że jest ich tylko troje, myślałem, że mówisz też o nim, no i powiedziałeś też, że nie jesteśmy tu, by go skrzywdzić, więc zaoferowałem mu ubranie na zmianę, by zrobiło się trochę “przytulniej” – ostatnie słowo, jakie zacytował, było dość podejrzane.
Tą niewolnicą musi być Eleanor!
- Ta kobieta! Liam, znasz jej imię? - Louis w akcie desperacji zapytał bruneta, który odwrócił głowę i spojrzał na niego z zaciekawieniem, lecz nim zdążył zareagować, Harry przemówił.
- Myślę, że wyrażam się jasno, gdy od początku powtarzałem, iż jedyną osobą, która może odwiedzać Księżniczkę, jestem ja. Nie chcę, by ktokolwiek na statku miał z nim kontakt, prócz mnie, bo to mogłoby zrujnować moje plany.
Zbyt zajęty myśleniem o Eleanor, Louis nie miał czasu, by skomentować “księżniczkę”, jak to nazwał go Harry. Zamiast tego, krzyknął oburzony.
- Hej! Próbuję mu, kurwa, zadać pytanie, dobrze!? - warknął na obu piratów, którzy spojrzeli zaskoczeni na skutego mężczyznę. - Ta kobieta… Znasz jej imię?
- Uh, nie – Liam potrząsnął głową. - Nie miałem nawet szansy jej zobaczyć. Danielle była tą, która miała o nią zadbać.
Louis natychmiast zaczął przeklinać pod nosem. Nie podobał mu się sposób, w jaki Liam powiedział “miała o nią zadbać”. Równie dobrze, tak jak on tu siedzi, Eleanor mogła być martwa. Nawet, jeśli powiedziałby “Eleanor”, mogłaby to być jakaś pokojówka, o której Louis nie miał pojęcia.
- Powiedzmy, że znam jej imię – głos Harry’ego przerwał milczenie. Louis niechętnie podniósł głowę, by spojrzeć na kapitana o kręconych włosach. - Co chcesz wiedzieć?
- Jesteś kłamcą.
- To prawda. Ale jestem też kapitanem. W moich obowiązkach leży zatrzymanie się w pokoju każdego więźnia, więc mogę ich poznać. Nie myśl, że tylko dlatego, iż jesteś księciem, jesteś jedyny – puścił mu oczko, a Louis skulił się ze wstrętem. Harry zaśmiał się. - Nazywa się Eleanor Calder. Ładna dziewczyna… Dlatego upewniłem się, że nie została zabita, gdy plądrowaliśmy twój statek. Z takim wyglądem mogłaby pójść za ogromną kupę pieniędzy.
- Gdzie ona teraz jest? - Louis zacisnął zęby, nie mogąc się powstrzymać.
- Wśród swoich, jeśli to, co Liam powiedział o Danielle, jest prawdą. Dlaczego to cię tak interesuje? Nie powinna nic dla ciebie znaczyć. No chyba, że pomiędzy waszą dwójką dzieje się coś, o czym powinienem wiedzieć – ostatnie zdanie wymówił całkiem innym tonem, niż resztę, przez co Louis miał wrażenie, że Harry znów nałożył styl kapitana.
Nie chcąc znów zostać skutym w obrożę, Louis oparł się pokusie jęknięcia i starał się być stanowczy, by pokazać, że się nie boi.
- To nie twój pierdolony interes, dlaczego jestem zaniepokojony. Dodatkowo, sugeruję ci, byś przestał nazywać mnie księżniczką, zanim…
Usłyszeli pukanie do drzwi i Louis przerwał w pół słowa, gdy czyjaś głowa zajrzała do środka.
- Kucharz skończył obiad, panowie! - blondyn wykrzyknął wesoło, a jego twarz była niesamowicie podekscytowana. Jego ton przypomniał Louisowi ten irlandzki głos, który słyszał wcześniej zza drzwi, nim poznał nieznośnego kapitana. A teraz, gdy na niego patrzył, wydawał się dziwnie znajomy.
Liam powoli skinął głową, a jego oczy ostrożnie przyglądały się radości, jaką tryskał młodzieniec, który nie mógł być starszy, niż sam Louis. Wydawało się, że większość załogi była młodsza, niż 30!
- Dzięki za raport, Niall – Liam powiedział, podchodząc do niego. - Wiesz, jestem dość głodny. Kucharz gotuje rzeczy skradzione ze statku Louisa? Cóż, brzmi świetnie. Wybacz, Louis. Narazie, Harry! - oparł dłonie na ramionach Niall, wychodząc z pokoju, co spowodowało, że Niall zamrugał.
- Czekaj, co?
- Chodźmy, Niall!
Gdy para zniknęła, Louis chrząknął i zwrócił na siebie uwagę jedynej, innej osoby w ciasnym pokoju. Aroganckiego, zarozumiałego Kapitana Stylesa.
- Cóż, przyszedłem tutaj, aby oznajmić, iż przygotowałem dla ciebie kąpiel, księżniczko. Wiem, że wy, arystokraci, traktujecie to jako swój osobisty biznes, ale pomyślałem, że jedna sprawi, iż poczujesz się jak w domu.
Nuta szyderstwa w głowie Harry’ego doprowadzała Louisa do szału. Czy ten kutas naprawdę nie widział, że w rzeczywistości Louis jest wyżej, niż on?
- Chcę zobaczyć Eleanor – Louis stwierdził bez namysłu. Książę Siedmiu Mórz zamarł.
- Niestety, godziny odwiedzin zostały przeniesione na dzień. Teraz, proponuję przygotować się do kąpieli.
- Po pierwsze, nie obchodzi mnie, jeśli “godziny odwiedzin” się skończyły. Chcę z nią tylko porozmawiać, chociaż raz, więc nie powinno to być tak wielkim problemem! I jak, do cholery, mam się przygotować do kąpieli? Potwórz to zdanie i spójrz na mnie, przykutego do ściany i, kurwa, powiedz, bym się przygotował jeszcze raz. Czego oczekujesz? Że wezmę ręcznik i mydło?! - Louis warknął niecierpliwie. Jego temperament powoli eksplodował.
- Okej, zawrzyjmy umowę, Wasza Wysokość. Jeśli zgodzisz się na kąpiel bez żadnych narzekań i królewskich skarg, pozwolę odwiedzić ci twoją cenną Eleanor – Harry zignorował krzyki z przymrużeniem oka. Oddech Louisa drżał, ale skinął głową w milczeniu.
Nie miał pojęcia, co to za umowa, że Louis skorzysta na niej podwójnie. Kąpiel i spotkanie z Eleanor, która, miał nadzieję, ma się wystarczająco dobrze, biorąc pod uwagę okoliczności.
Gdy Harry podniósł się z kolan i zbliżył się do Louisa, książę zesztywniał, kiedy kapitan rozpoczął odpinać kajdany. Bez słowa patrzył, jak mężczyzna fachowo odblokował oba nadgarstki i kostki.
- Jeśli spróbujesz uciec, będziesz żałować. Więc nawet nie próbuj – Harry ostrzegł go, wstając.
- Gdzie, myślisz, że ucieknę? Do centrum handlowego w dole ulicy?
Harry nie odpowiedział, a Louis spuścił wzrok, gdy zaczął rozmasowywać swe obolałe nadgarstki. Były czerwone, posiniaczone i nadal tępo bolały.
Kiedy Harry zaczął wychodzić, Louis starał się dogonić kapitana na swych słabych nogach, przez co całkowicie zapomniał o swoich królewskich zdolnościach dostojnego chodzenia. Udali się na korytarz i gdy mijali liczne drzwi, Louis zastanawiał się, jakim cudem ten człowiek rzeczywiście był Harry’m Stylesem.
- Co jeszcze planujesz ze mną zrobić? - zapytał raczej z ciekawości, niż ze strachu.
- Będę szczery. Wiem, że mogę dostać dużo pieniędzy za ciebie od innych, którzy chcą dostać w swoje ręce kogoś z rodziny królewskiej. Ale nie jest złodziejem dla zysku czy zemsty. Cóż, moje plany w stosunku do ciebie są dość skomplikowane. Wciąż sortuję je w swojej głowie, ale nie martw się o to – Harry machnął ręką, nie odwracając się w jego stronę, jakby los Louis nie miał żadnego znaczenia.
- Nie mówisz poważnie – wydyszał Louis, gapiąc się w tył głowy Harry’ego.
- Hm?
- Jesteś dupkiem, wiesz? Nie możesz mi kazać, bym nie martwił się o własne życie. Czego jeszcze ode mnie chcesz? Jeśli nie pieniądze ani zemsta na mej rodzinie, to co? Szczerze, nic innego nie mogę ci dać!
- To kłamstwo – Harry zachichotał, zatrzymując się i odwracając się przodem do księcia.
- Co to ma znaczyć? - Louis, zbity z tropu, obserwował, jak dłoń Harry’ego łapie go za podbródek. Nie podobał mu się sposób, w jaki Styles patrzył na niego.
- Zadajesz za dużo pytań – Harry potrząsnął głową.
- Nie dajesz mi zbyt wielu odpowiedzi.
- Touche**! Ale mam pytanie… Co cię łączy z tą Eleanor? To twoja dziewczyna? - spytał, jednocześnie powracając do spaceru po statku.
- Eleanor? Moją dziewczyną? - Louis skrzywił się. - Nie zrozum mnie źle, jest piękna, ale to tylko przyjaciółka. No i to nie twoja sprawa.
To prawda. Eleanor to tylko przyjaciółka. Była córką osobistej pielęgniarki Louisa i ta dwójka dorastała razem. Był zadowolony, że wybierała się z nim do Francji, ale przez tę całą inwazję piratów, nie było mu już tak wesoło.
- Dobrze, dobrze – mruknął beztrosko Harry, jakby wcale go nie słuchał. - Ale spójrz, zmieniłem zdanie. Będziesz mógł porozmawiać z nią dopiero po kąpieli.
- Co? Dlaczego!?
- Bo ja zmieniłem zdanie. Nic poza tym. Jestem kapitanem i proponuję nie kwestionować mojego autorytetu – obrócił głowę, by rzucić Louisowi spojrzenie, które sprawiło, że książę przygryzł dolną wargę w celu stłumienia gniewu.
- Kapitan od siedmiu boleści – Louis mruknął pod nosem z pogardą, idąc za Harry’m.
*- w oryginale pojawia się słowo mess, co oznacza bałagan, lecz uznałam, że gówno będzie lepiej brzmieć.
**- Touche – z francuskiego; oznacza zapunktowanie, zaliczenie ciosu. Używane w szermierce, ale także w języku potocznym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz