00
Gdy przemierzał ulice, był poza rzeczywistością, nie czuł już żadnej empatii.
Miał moc by przelewać krew w obfitych ilościach i nikt nie mógł mu niczego udowodnić, bo był skutecznie schowany za twarzą, której wszyscy pragnęli. Jego uśmiech skrywał tragedie, których on sam był przyczyną i ból, który już wkrótce poczuje jego nieszczęsna ofiara.
A może byli szczęściarzami mogąc umrzeć z tak doświadczonej ręki? Staną się wtedy legendą.
Nie popełniał błędów. Wybierał swoje ofiary precyzyjnym okiem, które on sam porównywał do oka artysty. Swoje czyny postrzegał jako dzieło, jednak dla tych o mniej socjopatycznych zapędach, mogły się one wydawać losowymi aktami terroru i nieuzasadnionej przemocy.
Ale nie dbał o to, co myślała o nim większość społeczeństwa, poza nieustanną obawą o swoją anonimowość. Jego praca była jego własną satysfakcją, nie była przeznaczona dla zazdrosnych oczu (nie żeby mu przeszkadzało jeśli jednak takowe ją ujrzały).
Czynnikiem różniącym go od jego poprzedników był jego wiek. Był młodym, ale już w każdym calu profesjonalistą. Wszystko musiało być dokładnie wyliczone albo konsekwencje lenistwa skażą go na życie w osamotnieniu.
W każdym nowym miejscu, które odwiedzali, widział pełen rozrywki nowy plac zabaw. To było wręcz śmieszne, jak łatwo ufali mu ludzie.
- Przepraszam. Mogę pożyczyć twój telefon?
- O mój boże… ty jesteś…
- Yeah, jestem ‘nim’. Czasami wolałbym nie być tak rozpoznawalny.
Sympatia.
Tylko tego potrzebował by wiedzieć, że ofiara jest już jego.
- Nie mogę złapać tu zasięgu. Masz coś przeciwko, żebym go poszukał?
- Oh, nie. I tak mi się nigdzie nie śpieszy.
- Idealnie.
Krzyki były konsekwencją jej ignorancji i zostawił jej ciało by zgniło przy śmietniku, nawet się przy tym nie pocąc.
Ciemność podążała za nim, gdziekolwiek szedł, ale nigdy nie pozwalał jej mieć przewagi, aż do momentu właściwej akcji. Był profesjonalnym aktorem.
Plan jego szaleństwa polegał na trzymaniu się planu.
Był w pewien sposób jak kameleon. Przystosowywał się do każdej sytuacji, w której się znajdywał.
Potrafił być nawet bohaterem.
Jednego z jego pierwszych dni, został prawie przyłapany w trakcie morderstwa. Ale kiedy usłyszał nadchodzącego intruza, szybko wyciął ofierze oczy i uderzył ją wystarczająco mocno, żeby ta straciła jakąkolwiek szansę na przebudzenie.
Kiedy intruz dotarł, udał całkowitą niewinność i horror, zachowując się jakby w tym samym czasie natknął się na ciało. Podczas gdy intruz nie wiedział jak zachować się w tej sytuacji, on szybko podjął działanie, dzwoniąc po policję i przypominając intruzowi by nie dotykał ciała.
Całe szczęście, ofiara zmarła w drodze do szpitala, więc nigdy nie był niczym więcej jak odważnym świadkiem morderstwa.
Tak wiele się nauczył od tamtej pory.
Metody zmieniały się z praktycznie każdą ofiarą, jakby nie chciał, by jego podpis mógł wszcząć jakiekolwiek śledztwo. Mimo tego, nie porzucił nawyku zabierania trofeum po każdym zabójstwie, by pamiętać.
Gdziekolwiek szedł, w jego lewej kieszeni znajdował się maleńki dyktafon zawierający głosy wszystkich swoich ofiar. Zbierał (i trzymał) ich ostatnie słowa i, gdy tylko czuł, że zaczyna tracić kontrolę, po prostu puszczał taśmę w koło, aż odzyskiwał kontrolę.
Jeśli chciał kontynuować swoją mroczną pracę, musiał utrzymywać fasadę, nad którą pracował większość swojego życia. Zajęło mu chwilę zanim dostrzegł, jacy ludzie żyją w świetle reflektorów i kiedy czasami brakowało mu manier, większość ludzi zakładała, że jest po prostu nieśmiały.
To nie tak, że chciał okłamywać pozostałą czwórkę, po prostu musiał. Mimo tego, że spędzał z nimi najwięcej czasu, to właśnie ich najtrudniej było przekonać, że nic się nie działo.
Jednym z ich ulubionych pytań, przy długich przerwach pomiędzy zabójstwami było:
- Wszystko okej?
To sprawiało, że krew w jego żyłach zaczynała wrzeć. Mógł tak łatwo skręcić kark osoby, która zadała to pytanie. Ale to była jedna z jego zasad: nie
miał zamiaru zabijać pozostałej czwórki.
Nie tylko byłoby to zbyt podejrzane, ale również (co było dosyć irytujące) przywiązał się do tych czterech chłopaków, z którymi praktycznie mieszkał przez poprzednie cztery lata. Nie tknąłby żadnego palcem, chyba że byłby do tego zmuszony.
Jego odpowiedź na to pytanie zawsze była różna, ale miała to samo przesłanie. Nie czuł się ‘zbyt dobrze’, co dawało niezliczoną ilość wymówek do podania.
- Tak, nic mi nie jest. Tylko od tych wszystkich krzyków rozbolała mnie głowa. Idzie tam ogłuchnąć.
Albo…
- Nie martw się o mnie, po prostu niewiele dzisiaj zjadłem i mam tego skutki.
Albo…
- Mam jeden z tych ‘tęsknie za mamą’ dni.
Każdą wymówką zarabiał sympatyczne skinięcie głową lub klepnięcie w ramię, zanim zostawiali go w prywatności jego własnego umysłu.
Czasami tak zatracał się w planowaniu, że zostawało mu niewiele czasu na sen, więc większość nocy spędzał na nogach, podczas gdy pozostała czwórka chrapała pogrążona we własnych snach.
Nie specjalnie im zazdrościł, podobało mu się tak jak jest. Nie czuł się inny czy odosobniony, przez większość czasu czuł się po prostu lepszy.
00
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz