sobota, 1 lutego 2014

1009

1

Louis jest tylko odrobinę, prawie nie spóźniony, kiedy wchodzi do restauracji tylnymi drzwiami. Kuchnia tętni życiem od prac przygotowawczych, szef wydaje polecenia, dzięki którym wszyscy poruszają się gładkimi ruchami. Wciąż jest jeszcze trzydzieści minut do otwarcia, mnóstwo czasu, by wszystko dopracować.

Zaskakująco piosenka Justina Biebera, sprawia, że garnki w kuchni niemiłosiernie grzechoczą.


Piosenka jest złym znakiem. Oznacza to, że Niall ma dostęp do radia – ponieważ gust muzyczny Nialla jest niczym dwunastolatka, naprawdę – i, że Zayn jeszcze nie dotarł. Zayn zdecydowanie położyłby kres tym bzdurom. Tak jak wczoraj.

Louis mimochodem przybija piątki i klepie ludzi po plecach, przesyłając pozdrowienia, kiedy zręcznie wplata się między choreografię, którą prezentuje załoga kuchni, jak w każdą standardową sobotę. Klasyczna noc randek. To będzie ciężkie, zwłaszcza, że zbliża się wiosna i kombinacja finezyjnej atmosfery i rozsądnych cen oznacza wizyty ludzi z pobliskiego uniwersytetu. Egzaminy znalazły się już za widocznym horyzontem, czyli mniejsza ilość nauki i więcej randek. Po dwóch latach dorywczej pracy w pizzerni Simona, Louis zna się na rzeczy. Stał się również ekspertem w ocenianiu realnych szans na coś więcej po randce, za pomocą jednego spojrzenia na zaangażowane strony. Nie lubi się popisywać, lecz prawda jest taka, że stał się mistrzem w przewidywaniu kryzysów w rodzinie.

No ale, jak już mówił, nie lubi się popisywać.

Podnosi wieczorny rozkład stolików jedną ręką i wyłącza Justina Biebera drugą. Wymowną ciszę przerywa Niall.

- Słuchałem tego!

Nie tylko słuchał, lecz także poruszał biodrami do rytmu, z tego, co może powiedzieć Louis. Wciąż zaskakuje go, że Niall jest w stu procentach prosty. Z drugiej strony Louis jest jednym, wielkim zaprzeczeniem stereotypom. Odpowiada tylko:

– Ty mówisz muzyka, ja mówię tortury. – I przewija listy odtwarzania. „Dead Squirrel Day” wydaje się niezłym wyborem. Jakby nie patrzeć, Louis zrobił tę playlistę sam.

Włącza muzykę i podnosi obrusy, starając się uciec od Nialla, próbującego połaskotać jego boki.

-Trzeba ustawić stoliki – oświadcza surowym głosem. – To poważna praca, Niall. Zachowuj się godnie.

Niall uderza ściereczką pośladki Louisa.



Przez większość czasu Louis jest dobry w kontaktach z klientami; wręcz perfekcyjny. W przejawie wielkoduszności próbował podzielić się kiedyś swoją wiedzą z Zaynem, dając mu wskazówki ,takie jak „uśmiechaj się tak, by bolały cię policzki” i „zabawny komentarz nigdy nie jest złą rzeczą”. Z jakiegoś powodu entuzjazm Zayna był dość ograniczony i trzeba było przyznać, że świetnie dawał sobie radę w dziale drobnych rozrywek alkoholowych bez stosowania żadnych z porad Louisa. To musiały być te kości policzkowe i długie rzęsy.

Nieważne.

Chodzi o to, że Louis jest naprawdę dobry w radzeniu sobie z klientami. Jego jedynym problemem jest to, że ma również tendencje do odpowiadania, kiedy ktoś go wkurzy i tej nocy jest pewien dupek w jego przydziale. Po czterdziestce, dyryguje swoją rodziną i twierdzi, że serwowane wino jest w złej temperaturze, kiedy absolutnie nic nie jest nieprawidłowe. Louis obrazi więc tego faceta lub musi zamienić się na stoliki z Niallem, gdyż jest on o wiele bardziej wyluzowany w tego typu sprawach.

Louis zagaduje Nialla w swojej drodze do kuchni, łapiąc go w talii. – Uratuj mnie.

- Myślę, że już trochę na to za późno – mówi mimochodem Zayn. Louis ignoruje go, jak zrobiłaby to każda odpowiedzialna osoba.

- Zamień jeden ze swoich stolików na ósemkę i będę twoim przyjaciele na zawsze – mówi chłopakowi.

Niall rozważa ofertę przez moment. – Zrobię to, ale zmywasz naczynia przez następny tydzień.

- Co, za ciebie też?

- Oczywiście. I za Zayna.

Podłe. Niall jest podłym współlokatorem. Podłe i przebiegłe.

Po spojrzeniu na Pana Jestem-Lepszy-Niż-Ty, Louis przytakuje. Nie jest to tak, że gotują w domu zbyt często; głównie jedzą w studenckiej stołówce, więc przepłukanie kilku szklanek i kubków wydaje się właściwą ceną, jeśli oznacza to, że Louis nie straci pracy za zgromienie klienta, gdyż traktuje on swoją rodzinę jak agencję nieruchomości. Nawet jeśli Simon jest sprawiedliwym szefem, wciąż ma zasady na temat tego, ak zachowywać się w stosunkach z gośćmi i coś takiego dotarłoby do niego szybciej niż później.

Louis ma pewną teorię: twierdzi, że Simon umieścił kamery w restauracji, by być pewnym, że wszystko idzie po jego myśli. Nie zdążył jeszcze tego obalić.

Niall klepie go po ramieniu. – Idealnie. Zamienię się więc z tobą za dwadzieścia jeden. Właśnie przyjechali, więc możesz przynieść im menu.

Zaskakująco przy stoliku pojawia się dwójka mężczyzn, co jest interesujące samo w sobie. Ponadto, ten siedzący twarzą do Louisa jest atrakcyjny, mniej więcej w jego wieku, z krótko ściętymi włosami i delikatnymi rysami twarzy; szerokie ramiona ukazuje mocno wycięta koszulka. Miło. Wszystko co widzi Louis, to to, że jego towarzysz jest mopem pełnym kręconych włosów.

Jako, że Niall prawdopodobnie nie zdążył zauważyć, że dał Louisowi szansę, by nacieszyć się widokami, chłopak pozoruje niezadowolenie i zabiera dwa menu ze stosu za barem.

Poprawia koszulkę, zanim podchodzi. Para mówi przyciszonym głosem, głowy mają pochylone ku sobie, rozmawiają powoli, lecz łatwo. Żadnych kryzysów na tym froncie w najbliższej przyszłości.

- Witam – mówi Louis, przerywając chwilową ciszę. – Mam na imię Louis i będę waszym kelnerem tego wieczoru.

Chłopak z krótkimi włosami spogląda na niego z przyjacielskim uśmiechem, co powtarza kędzierzawy, obracając głowę, by spojrzeć na Louisa i…

Och, wow. Dołeczki.

Okej. Okej, więc krótkowłosy był gorący, ale jego randka jest… jest po prostu piękna, bardzo piękna, trochę na innym poziomie przez te dołeczki. Louis może mieć coś do dołeczków. Zielone, szeroko otwarte oczy również nie są złe i prawdopodobnie te starannie potargane loki wręcz błagają, by Louis zanurzył w nich palce.

Lub nie. Um. Louis jest kelnerem tych dwóch, którzy zdecydowanie są na randce.

Louis mruga i odwraca wzrok od oszałamiającego uśmiechu Loczka, podając obojgu ich karty. – Mogę zaproponować coś do picia?

- Zacznijmy z butelką wody – odpowiada krótkowłosy, na co drugi przystaje z uśmiechem. – Gazowaną, poproszę.

Jego spojrzenie utrzymuje się na sylwetce Louisa być może trochę za długo, jeśli Louis sobie tego oczywiście nie wyobraził. Jeśli wierzyć Zaynowi, robi on to dość często - wyobraża sobie takie rzeczy, jak czysta łazienka lub wyniesione śmieci.

Potrzebuje przyjaciół, którzy wyśmieją to małe dziwactwo.

- Zaraz wracam – mówi im Louis. Nie ma powodu, by dłużej pozostawać przy stoliku, nie ma powodu, poza chęcią przebywania w pobliżu tych dołeczków i polizania ich. Louis jest jednak profesjonalistą i nie ma piętnastu lat.

Opuszcza ich, by mogli przeanalizować menu i sam zajmuje się innymi stolikami. Kiedy ma wracać do dwójki chłopaków, zauważa Zayna, który dostarcza im niebieskie świeczki i zapala ciepły płomień. Mruga szybko powiekami, a jego rzęsy niemal ocierają się o policzki, kiedy para otwarcie wpatruje się w niego. Cholera, jest dobry. Louis musi dać z siebie tak samo wiele.

Przygląda się, jak Zayn przyjmuje ich zamówienia i czeka na swoją szanse, by złapać go przy barze.

-Mój stolik, ty rozbijaczu związków!

- Czyżby? – Zayn unosi brwi .– Przepraszam, musiałem przegapić napis mówiący „Własność Louisa Tomlinsona” na nim.

- Ty, – Louis szturchnął go w klatkę – jesteś diabłem. Ta dwójka mogłaby mieć dzieci, adoptować dzieci. Albo przynajmniej psa. Teraz będą myśleć tylko I wyłącznie o twoich głupich, pełnych wargach.

- Dzięki, tak mi się wydaje – uśmiech Zayna zdecydowanie nie jest skruszony.

- Zło – powtarza Louis.

Jeśli już, to uśmiech Zayna tylko się poszerza. – Więc to nie ty gapiłeś się wcześniej na tego jednego z dołeczkami, prawda?

Dzwonek z kuchni informujący, że czyjeś jedzenie jest gotowe, przerwał Louisowi wymyślanie niezwykle skomplikowanej, lecz krótkiej mowy obronnej. Zamiast tego odchodzi z krótkim: –Mój stolik. Idź i znajdź sobie własną parę gorących kolesi.



Później robi się tylko bardziej tłoczno. Louis gania od stolika do stolika, uśmiechając się, żartując z klientami, którzy byli tutaj wcześniej, serwuje dania i notuje zamówienia i nalewa wino, i biega z kartami kredytowymi i uśmiecha się, uśmiecha się. Nie ma za bardzo czasu, by przyglądać się dwójce chłopaków, lecz może powiedzieć, że ich randka przebiega po prostu dobrze. Śmieją się, wymieniają delikatne muśnięcia dłoni i spojrzenia, kradną jedzenie ze swoich talerzy. Po długich obradach wybierają deser, ze wspaniałomyślną pomocą Louisa, którym jest ciepłe czekoladowe ciasto z dwoma widelczykami, wskazując, że wieczorne igraszki są mile widziane.

Niestety nie piją alkoholu, więc Louis nie ma szansy zapytać o dowód i przypasować imię do dołeczków. Kiedy proszą o rachunek, sprzeczają się, kto ma zapłacić, kiedy Louis udaje, że nie słucha.

- To ja cię zaprosiłem. Możesz zapłacić następnym razem – mówi krótkowłosy z nieśmiałym uśmiechem, który sprawia, że Louis chce pogłaskać go po policzku. W sposób niewytłumaczalny kędzierzawy smutnieje trochę i nalega, by zapłacić po połowie. Huh.

Płacą gotówką, więc ponownie, Louis nie może poznać żadnych imion. Nie żeby zamierzał śledzić dołeczki na Facebooku, czy coś. Po prostu był ciekawy.

Przyjmuje napiwek ze szczerym: – Cieszcie się resztą wieczoru, chłopcy – uśmiechając się. Zasługuje tym sobie na pogodne uniesienie ust krótkowłosego i powolne: – Dziękujemy, Louis – od Loczka.

Louis chciałby się dowiedzieć, czy w sypialni kędzierzawy mówi w podobny sposób, lecz jest wystarczająco mądry, by nie pytać. Zamiast tego poprzestaje na: – To ja dziękuję za napiwek. I za zapamiętanie imienia, tylko kilkoro klientów to robi.

- Naprawdę, Louis? – Loczek brzmi na zaskoczonego.

Louis unosi jedno ramię, by wzruszyć nim niedbale. – Przynajmniej nie, gdy są na randce. To znaczy, oni po prostu mają oczy skupione tylko na sobie, są zdenerwowani i w ogóle. – Chwilę za późno jego mózg wyłapuje, co powiedziały usta. – Co nie oznacza, że wy nie byliście skupieni tylko na sobie.

Przez chwilę panuje cisza i wtedy krótkowłosy odrzuca głowę do tyłu i śmieje się głośno. Ma miły śmiech. Kędzierzawy również to robi i Louis zdecydowanie nie stara się zapamiętać żadnych szczegółów, jak zmarszczki w kącikach jego oczu lub… no, takie detale. Zdecydowanie nie.

- Gładko wybrnąłeś –mówi krótkowłosy wciąż z śladem rozbawienia w głosie, kiedy wstaje. Jego oczy lądują po drugiej stronie stolika, delikatnie mięknąc. – Idziemy, Harry?

Harry. Louis zanotowuje dla wykorzystania w przyszłości.

Harry prawie przewraca krzesło, w pośpiechu wstając. Oboje życzą mu dobrej nocy, zanim nie kierują się w stronę wyjścia. Chłopak z krótkimi włosami , który wciąż nie ma imienia, układa swoje palce nisko na plecach Harry’ego, a ręką oplata jego talie. Tworzą śliczną parę.

- Tęsknisz? – pyta Niall, skradając się za Louisem.

- Podziwiam widoki – poprawia go Louis. Obraca się z uśmiechem. – Właśnie myślałem o tym, że mój następny chłopak musi mieć dołeczki.

- Powinieneś zorganizować przesłuchanie – mówi poważnie Niall.

- Może tak zrobię. – Louis nakreśla szyld w powietrzu. – „Poszukiwany: Wolny Pan M. z dołeczkami, poniżej dwudziestu pięciu lat. Muszą bawić go tandetne programy w telewizji i długie spacery po plaży. Potrzebuje go inny, wolny Pan M., wysportowany i z poczuciem humoru.”

- Właściwie to nie chodzisz na długie spacery po plaży – wtrąca się pomocnie Zayn. Z ich trójki, jest jedynym, który przynajmniej udaje, że pracuje w tym momencie, zbierając puste szklanki pozostałe po kolacji Harry’ego i jego chłopaka.

- To dlatego, że nie mamy tutaj plaży – mówi Louis. – Jeśli byśmy mieli, zdecydowanie bym po niej chodził. Przez cały dzień.

Niall przytakuje. – Jakoś dwa razy w roku.

Wyrywając się z własnych myśli, Louis zauważa ruch klienta, próbującego zdobyć jego uwagę. – Wydziedziczam was obu – informuje Zayna i Nialla. – Przypomnij mi, dlaczego właściwie załatwiłem wam tu pracę?

- Właściwie to ja załatwiłem ci tutaj pracę – mówi Zayn.

Louis macha dłonią. – Drobiazgi. I poza tym, to ja ściągnąłem tutaj Niallera. I to ja pozwoliłem ci dzielić z nami mieszkanie.

- Czy to jest ten moment, w którym mam być wdzięczny? – Zayn ze zwykłego sarkazmu tworzy formę sztuki.

- Louis powinien być wdzięczny, że nie kwestionowaliśmy jego opisu samego siebie, jako „wysportowanego” w wymyślonym ogłoszeniu – mówi Niall.

Louis wystawia język w ich kierunku, zanim nie drepcze w stronę gościa, machającego na niego wcześniej. Stoliki do sprawdzenia, klienci do obsłużenia. Bez odpoczynku. Ale hej, przynajmniej płaci czynsz.



Czwartkowe wieczory są zazwyczaj lżejsze. Jest dziś tylko Eleanor i Louis w tabelce zmian, i kiedy poszedł prosić ją o krycie go przez kilka minut, by mógł zaczerpnąć świeżego powietrza, ona tylko macha na niego, by szedł. Louis poluźnia krawat, zanim nie wymyka się na zewnątrz, stając pod daszkiem, by nie dosięgnął go deszcz, który zaczął padać chwilę temu.

Sytuacje jak ta, powodują, że rozważa palenie. Wydaje się, że dym pasowałby perfekcyjne do tej scenerii - pomarańczowy blask lamp ulicznych, kiedy ludzie pędzą w pośpiechu ulicami, chowając się pod parasolką lub ze zgiętymi głowami pod wpływem ulewy, ich kroki wyznaczają mokre odgłosy wody.

Odrzuca go jednak zapach zimnego dymu papierosowego.

Louis wyciąga swój telefon i sprawdza wiadomości, odpisując Niallowi, który martwi się o wyposażenie ich lodówki: przestań, dobra? Zostało nam wystarczająco bekonu na śniadanie. Chowa urządzenie ponownie do kieszeni, kiedy ktoś staje obok niego pod dachem. Osoba ta dosłownie przypomina topionego kota, mokre włosy przyklejone są do jego głowy.

Chwilę zajmuje Louisowi, by dopasować miejsce do twarzy i wtedy wybucha śmiechem. – Nie wierzysz więc w płaszcze przeciwdeszczowe?

- Jestem bardziej optymistą. Miałem nadzieję, że prognoza pogody była błędna. – Harry zarzuca włosami, zgarniając je z twarzy, zanim nie obraca się w stronę Louisa. – Och, hej. Louis, prawda?

Louis musiał dość oczywiście gapić się na niego, lecz nikt nie może go winić, naprawdę. To byłoby zbyt dużo, by prosić go o nie gapienie się na Harry’ego z mokrą koszulką przyklejoną do klatki piersiowej, odsłaniającą sporą część obojczyków. Ma bardzo ładne obojczyki.

Harry zdaje się źle zrozumieć ciszę, ponieważ śmieje się lekko. – Przepraszam, pewnie mnie nie rozpoznajesz. Byłem tutaj kilka dni temu.

- Pamiętam – mówi mu Louis. Jest mądry i nie dodaje, że szczególnie dokładnie pamięta jego dołeczki. – Sobota, prawda? Wracasz tak szybko? Uzależniliśmy cię, kolego.

- Jestem tutaj tylko na ciasto czekoladowe. – Usta Harry’ego szybko rozświetlają się w uśmiechu, ukazującym niemal wszystkie zęby. Powinien grać w reklamie pasty do zębów, serio. – I jestem Harry, swoją drogą.

Wyciąga prawą dłoń i Louis wstrząsa nią ze śmiechem; palce Harry’ego są mokre w dotyku, jego skóra zimna.

- Spójrz na to. Twoja mama zdecydowanie wychowała cię właściwie.

- Hej, nie mów nic o mojej matce – protestuje Harry. Louis unosi ręce w kapitulującym geście.

- Z całym szacunkiem, jestem oczarowany przez matki, które nauczyły swoje dzieci manier. Moja poległa, chociaż moje siostry radzą sobie nieźle, tak mi się wydaje.

Harry mruży oczy, jakby chciał go zrozumieć. Ta, powodzenia. Louis zmienia temat. – Więc jak to jest, że nigdy wcześniej cię tu nie widziałem?

Po raz kolejny Harry odrzuca włosy i układa je z jednej strony. Wydaje się, że to jego nawyk. – Przeniosłem się kilka miesięcy temu, gdy zacząłem studia.

Więc jest powyżej osiemnastu lat. Nie żeby Louis myślał, że Harry może być poniżej szesnastki, lecz z tą twarzą, chłopięcym wdziękiem, cóż lepiej być pewnym. Tylko w razie… potrzeby. Czy coś.

Przez cienką, mglistą szybę, Louis łapie wzrok Eleanor, machającej, by wracał do środka pizzerni. Tyle pracy, cały czas, co za ciężkie życie. Kiwa głową w kierunku Harry’ego. – Idziesz ze mną?

- Nie. Słyszałem, że to grzeczne czekać na zewnątrz, zanim nie zjawi się twoja randka. Ma to więcej taktu, niż podążanie za gorącym kelnerem, czyż nie? – Jeden z dołeczków ukazuje się wyraźnie, gdy posyła Louisowi uśmiech i chłopak musi być świadomy swojej wewnętrznej siły. Nie ma opcji, by był nawet w połowie tak niewinny, na jakiego wygląda.

Louis nie zamierza jednak odrzucać komplementu. Odpowiada uśmiechem, ponieważ to niemożliwe, by tego nie zrobić i nie jest to rzecz, z którą musi walczyć na początku. - Czuję się zaszczycony. Rób tak dalej i przemycę dla ciebie dodatkowy kawałek ciasta.

- Taki był mój plan od samego początku – mówi Harry.

- Więc to działa – zapewnia Louis, wskazując kciukiem na wejście. – Do zobaczenia za chwilę. Nie rozmawiaj z nieznajomymi i pamiętaj, by zadzwonić do mamusi.

Dźwięki deszczu połączone z krótkim wybuchem śmiechu Harry’ego, odprowadziły Louisa do drzwi.



1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz