- Kurwa! – ostre przekleństwo, przerwało panującą w, wciąż pustym lokalu, ciszę. Blondyn popatrzył z niesmakiem na potłuczoną filiżankę, która jeszcze przed chwilą znajdowała się w jego rękach, a teraz leżała na podłodze. Kawałeczki eleganckiej porcelany porozrzucane były wokół jego stóp, część z nich schowała się pod szafkami czy wyjrzały zza długiej lady. Miał wrażenie, że śmiały się z niego i to nie pierwszy raz. – Dlaczego zawsze mi się to przydarza? – sapnął, robiąc długi krok, by ominąć kawałeczki naczynia. Nie byłby jednak sobą, gdyby się nie pośliznął i nie upadł, jak długi na porcelanę.
- Niall? – z zaplecza, zaalarmowany hałasem, wyjrzał inny chłopak. Wysoki chłopak z krótkimi brązowymi włosami i dużymi sarnimi oczami, wpatrywał się w leżącego na podłodze blondyna. – Co się stało? – spytał zmartwiony, pomagając mu się podnieść z podłogi. Na szczęście pobita filiżanka nie wyrządziła mu większej krzywdy. Nie zraniła mu pleców czy innych części ciała. Jedynie na bluzie widniały drobne ślady przecięcia, a ciało bolało od upadku, ale było w porządku. Niall sapnął, wchodząc na zaplecze, gdzie usiadł na krześle i opierając się łokciami o stolik, zaczął przeklinać głośnej niż kiedykolwiek wcześniej. Liam obserwował go z łagodnym uśmiechem. – Czy możesz w końcu przestać klnąc jak szewc i spojrzeć na mnie?
- Jestem takim ciamajdą – blondyn ignorował słowa Liama, kręcąc głową na wszystkie strony i mamrocząc pod nosem coraz więcej brzydkich słów. – Naprawdę nie rozumiem tego, co ja tutaj robię. Przecież mogę w końcu kogoś zabić.
- Teraz to przesadziłeś – wzdychając, Liam kucnął przed nim, zmuszając go by na niego spojrzał. Łapiąc blade dłonie w swoje, uśmiechnął się do niego pogodnie, gładząc kciukiem wierzchnią stronę rąk Niall. – To prawda, że jesteś ciamajdą. Jak ten smerf, ale nie narzekam z tego powodu. To urocze widzieć, jak się starasz nie być taki. Twoja determinacja do zmiany siebie, jest oszałamiająca i kocham to. Więc przestań, Niall wciąż się zamartwiać swoją niezdarnością.
- Czuję się jak dzieciak, którego wciąż trzeba trzymać za rękę, by nie zrobił sobie krzywdy – wymamrotał, wzmacniając uścisk.
- Jeśli ja jestem osobą, która cię trzyma, nie mam nic przeciwko temu – Liam uśmiechnął się, poczym złożył na ustach Nialla słodki pocałunek, którego blondyn szybko oddał. – Chciałbym tutaj siedzieć i całować cię przez kolejne osiem godzin, ale musimy wracać na salę, Niall. Za chwilę musimy otwierać.
W porze śniadań, Niall stał grzecznie zza ladą i kasował kolejne zamówienia. Oddawał resztę, doradzał w doborze zestawów, podawał kawę w tekturowym kubku, uważając przy tym, by przypadkiem go nie przewrócić czy nie wylać zawartości. Nikomu nie wadził, nie ściągając uwagi, ani tym bardziej kłopotów. Mógł zawsze stać na kasie. Nie miał większego problemu w nabijaniu cen, przyjmowaniem pieniędzy czy oddawaniem reszty. Lubił tą część swojej pracy. Schody zaczynały się w momencie, gdy inny z pracowników zamieniał się z nim, a on zostawał zmuszony do posprzątania stolików.
- Uśmiechnij się, kochanie – powiedział do niego bezgłośnie Liam, gdy zasuwał krzesło przy jednym ze stolików, ściągając z niego dwie wysokie szklanki i talerzyki, wraz ze sztućcami.
Niall zawsze zazdrościł swojemu chłopakowi pewności we wszystkich działaniach. Tego jak się poruszał po sali, z tacą po brzegi zapełnioną brudnymi naczyniami, nie przestając się przy tym uśmiechać. Każdy go traktował poważnie, bo w porównaniu do Nialla, nie naciągał baru na niepotrzebne koszta, nie robił z siebie idioty na oczach klientów i wciąż miał coś mądrego i zabawnego do powiedzenia. Niall był jego przeciwieństwem. Częściej przeklinał, upadał więcej razy niż dziecko uczące się chodzić, tłukł niezliczone ilości zastawy, rzadko się uśmiechał i nienawidził tej roboty, bardziej niż cokolwiek innego.
Nim Niall decyduje się by podnieść z stolika filiżankę po kawie i talerzyk, mijają długie minuty. Całkowicie nie przejmuje się spojrzeniami rzucanymi w jego stronę, przez innych pracowników, czy szefa, który pojawia się w lokalu na dosłownie chwilę, nim znowu nie zostawia ich samych sobie. Kiedy w końcu sięga po naczynia i odwraca się z nimi na pięcie, wpada na jednego z gości, którego w porę nie dostrzegł. Zawartość kubka, który trzymał klient, wylała się na jego idealnie wyprasowaną koszulę.
- Och – Niall jęknął, nerwowo przegryzając dolną wargę. – Ja naprawdę nie chciałem! Nie zauważyłem pana i…
- Jak ja teraz pokażę się na spotkaniu?! Jak taka ciamajda, jak ty, w ogóle znalazła pracę w barze? Gdzie ty masz oczy, do cholery?! To niedorzeczne.
- Zapłacę za czyszczenie – wymamrotał cicho blondyn, wpatrując się w plamę po kawie. Mężczyzna przeklął siarczyście, wciskając w ręce Nialla kubek po napoju.
- Co mi po czyszczeniu, gdy nie mam, w co się przebrać? Teraz na pewno nie wezmą mnie na poważnie, bo jakiś gówniarz wylał na mnie cholerną kawę.
Niall stał tam i zwyczajnie patrzył na zdenerwowanego mężczyznę, który za pomocą serwetek, bezskutecznie próbował pozbyć się śladu. Zapewne nadal by nic nie zrobił, gdyby nie poczuł na swoim ramieniu dłoni Liama i nie usłyszał jego spokojnego głosu, który klienci tak kochali.
- Sądzę, że te krzyki są niepotrzebne – zaczął spokojnie szatyn, uśmiechając się pogodnie. – Koszulę można wyprać. Poza tym wygląda mi pan na bogatego, więc kupienie nowej, nie powinno stanowić dla pana większego problemu. Nieopodal jest sklep. Mają szeroki wybór i jestem pewien, że jeśli za chwilę pan stąd wyjdzie, zdąży na czas.
- Chcę się widzieć z waszym szefem – klient pozostawał nieugięty, dając sobie spokój z serwetką, którą i tak nic nie mógł zdziałać.
- Niestety w tym momencie go nie ma. Jestem jednak pewien, że nie przejąłby się za bardzo pańską koszulą. Ma ważniejsze sprawy na głowie niż kawa na ubraniu.
- Jesteś bezczelny – skitował.
- Nie przypominam sobie, bym przechodził z panem na „ty” – gołym okiem było widać, że spokój Liama zaczynał powoli irytować klienta, który zbliżał się do stanu mordowania wszystkich dookoła samym spojrzeniem. – Proszę dać spokój tej sprawie. W ramach przeprosin mogę zaoferować cokolwiek na koszt firmy.
- Spasuje – warknął, ostatni raz wbijając wzrok w speszonego Nialla. – Na miejscu waszego szefa, zwolniłby taką niedorajdę.
- Na szczęście nie jest pan naszym szefem – powiedział na koniec szatyn, patrząc jak niezadowolony klient obraca się na pięcie i opuszcza lokal. – Niall? – wypowiada imię chłopaka, zauważając jego brak. Rozgląda się po sali, ale prócz kilku osób, nie dostrzega blond czupryny.
Pchany dziwnym impulsem wyszedł z lokalu tylnim wyjściem. Słońce świeciło wysoko na bezchmurnym niebie, dodając zdrowej energii każdemu. Swoimi długimi ramionami rozświetla także wąską uliczkę by barze, w której Liam spotyka swojego chłopaka. Z jego ust wydobyło się ciche westchnienie ulgi, na które Niall reaguje automatycznie. Podnosząc głowę, wbija w chłopaka swoje niebieskie tęczówki, wyglądając przy tym jak szczeniaczek z oczami o barwie bezkresnego oceanu.
- Bałem się, że uciekłeś – przyznaje Liam, siadając obok niego i natychmiast owijając ramię wokół szyi blondyna, przesuwając go bliżej siebie. – Nie rób mi tego więcej, Niall. Nie skazuj mnie na strach o ciebie.
- Nie chciałem byś się martwił – wymamrotał, z policzkiem przyciśniętym do jego klatki piersiowej. – Potrzebowałem się przewietrzyć – wytłumaczył, splątując swoje palce, z palcami Liama. – Chcę się zwolnić.
- Zwolnić? Dlaczego? – spytał wyraźnie zaskoczony.
- Ponieważ ta praca nie jest dla mnie. Właściwie żadna praca, w której trzeba chodzić, nie jest dla mnie – sprostował, krzywiąc się. – Nie chcę nikogo skrzywdzić swoją nieporadnością.
- Nikogo nie krzywdzisz, kochanie – powiedział pewnie Liam, bawiąc się jego włosami, wciągając przy tym typowy Niallowy zapach; aromat łagodnych perfum, kremu do golenia, cytrynowego żelu pod prysznic czy wciąż wyczuwalną kawę, z którą miał bliski kontakt. – Bycie ciamajdą to twój urok. Część twojej osobowości, Niall i kocham to. To i wiele innych części, które ciebie tworzą. Twoje blond włosy z ciemnymi odrostami, duże niebieskie oczy, pogodny uśmiech, miłość do muzyki. Kocham też twój słomiany zapał czy lojalność. Masz wiele zalet, których inni mogą ci co najwyżej pozazdrościć.
- Liam – blondyn podniósł się, patrząc w brązowe oczy swojego chłopaka. Widział w nich miłość w najczystszej postaci. Nie drwił z niego, jak inni. Nie osądzał. Nie obrażał. Nie kazał mu się zmienić, czy zostać w domu i w ogóle z niego nie wychodzić. Liam go kochał, lubił i szanował. – Jak ja bym bez ciebie wytrzymał? – spytał rzucając mu się na szyję.
- Nie wiem, urwisie – przyznał brunet, chowając twarz w jego włosy. – Ale wiem, że ja bez ciebie nie umiałbym wytrzymać – dodaje poważnie. – Więc nie przejmuj się tymi wszystkimi opiniami na swój temat. Pamiętaj, że ja zawsze jestem obok i ci pomogę, gdyby noga miałaby ci się podwinąć.
- Czyli każdego dnia, o każdej porze.
- Dobrze, że mamy wspólne mieszkanie – komentuje ze śmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz