sobota, 1 lutego 2014

1015

00

Wyszedłem ze swojego srebrnego porsche, które zaparkowałem tuż przed Horan Music Records. Dokładnie pamiętałem, kiedy to po raz pierwszy wszedłem do tego budynku. Byłem wtedy mało znanym, początkującym wykonawcą mieszanki indie rocka i popu. Nie można było nazwać mnie najmilszym piosenkarzem na świecie i do tego nie zauważałem tego, na czym mi zależało, Marcela.
Po trzech miesiącach nieobecności i koncertowania po Europie, stałem się szanowanym i pożądanym przez ludzi artystą. Zmieniłem swój image i wredny charakter zniknął gdzieś między występami we Francji i w Polsce. Po powrocie byłem gotów wyznać Marcelowi prawdę o moich uczuciach i zrobić krok na przód, jeśli chodziło o nas.


Szybko wszedłem do środka, gdzie jak zawsze za kontuarem stał Zayn i uśmiechnąłem się do niego, nawet się nie witając, bo skierowałem się do windy. Natychmiast nacisnąłem numer piętra, na którym znajdował się gabinet mojego zauroczenia. Poprawiłem krótko swój wygląd, aby zrobić na nim jak największe wrażenie. Kiedy winda się zatrzymała, podążyłem korytarzem na sam jego koniec, do jasnych drzwi prawej stronie. Dokładnie pamiętałem, gdzie znajdowało się to pomieszczenie.
Bez żadnego wahania, otworzyłem drzwi i przeszedłem przez próg z szerokim uśmiechem wymalowanym na twarzy. Nie mogłem się doczekać, aż ujrzę Marcela.

- Nie uwierzysz jaka boska jest Europa! – Powiedziałem podekscytowany. – Wieża w Pizie, Koloseum, Pałac Kultury w Polsce, Wieża Eiffla! – Dodałem i spojrzałem w stronę biurka, gdzie siedział ktoś inny, niż mój uroczy okularnik. – Znamy się?

- Ehm, nie… Jeszcze nie – mruknął, wstając z krzesła i podchodząc do mnie.
Był niesamowicie przystojny. Włosy idealnie ułożone, niedopięta koszula, ujawniająca tatuaże na klatce piersiowej, całkowicie za ciasne rurki i elektryzujące spojrzenie zielonych oczu. Wyglądał jak piękny bóg grecki.

- Jestem Harry Styles – dopowiedział szybko, a ja odsunąłem na bok moje myśli o jego wyglądzie.

- Gdzie Marcel? – Spytałem od razu, chcąc jak najszybciej widzieć się z uroczą fajtłapą.

- Został zwolniony jakiś miesiąc temu – powiedział niepewnie, na co uniosłem brwi. - Zaproponowano mi jego posadę.

W tym momencie cały świat mi się zawalił i miałem ochotę roznieść to miejsce. Jak Niall mógł zwolnić Marcela? To było nie do przyjęcia. Nie mogłem tego tak zostawić.

- Wybacz na moment, muszę coś załatwić – mruknąłem i szybko wyszedłem z gabinetu marketingowca, aby skierować się do pomieszczenia, gdzie puszył się Horan.
Zdjąłem moją kurtkę, idąc przez korytarz. Zacisnąłem dłonie w pięści, nawet nie miałem zamiaru się opanować. Byłem wściekły. Bez pukania wszedłem do środka, zatrzaskując za sobą drzwi.

- Co ty sobie wyobrażasz? – Syknąłem, podchodząc do biurka.

- Louis, o co ci chodzi? – Zapytał mnie, marszcząc brwi i wstając ze swojego fotela.

- Jeszcze się pyta! – Oburzyłem się, patrząc na niego. – Zwolniłeś Marcela, idioto!

Nie obchodziło mnie to, że Niall to mój szef i w końcu zaczęliśmy się dogadywać. Nawet nie pisnął słowem o zwolnieniu mojego marketingowca. Raczej powinien się ze mną skontaktować w tej sprawie, w końcu też miałem coś do powiedzenia.

- Był uczciwy, oddany, można było mu zaufać i każdy go lubił, więc czemu, do cholery, to zrobiłeś!? – Uniosłem się.

- Nie muszę ci tłumaczyć moich postępowań związanych z wytwórnią – odparł spokojnie, a we mnie się aż zagotowało i krew zawrzała.

- Przecież on był moim marketingowcem! – Warknąłem.

- Harry jest wręcz rozrywany przez różne firmy. Powinniśmy się cieszyć, że przyszedł do nas – mruknął.

- W dupę sobie wsadź tego Harry’ego! – Krzyknąłem wychodząc i znów trzaskając za sobą drzwiami.

**

Moje serce biło tak szybko, że jego dźwięk wypełniał całe pomieszczenie. Nic się nie zmieniło. Louis wciąż był głośny i nadpobudliwy, a gdy coś mu się nie podobało urządzał awantury. Jego krzyki było słychać nawet u mnie w gabinecie. Przeczesałem włosy swoimi długimi palcami i już chciałem poprawić okulary na nosie, jak zwykłem to robić, gdy byłem odrobinę zdenerwowany, ale zorientowałem się, że już ich nie mam. Zastąpiły je soczewki, przez co moje oczy wydawały się bardziej szkliste niż normalnie. Przygryzłem dolną wargę, zastanawiając się, co powinienem zrobić, kiedy nagle do środka wszedł Zayn.

- Harry – wypowiedział moje imię niemalże z ulgą. – Myślałem, że coś się stało. Tomlinson wbiegł do gabinetu pana Horana i urządził awanturę…

- Co? – przerwałem mu zaskoczony, wstając z miejsca. – To na niego tak krzyczał? Czemu?

- Właśnie liczyłem, że ty mógłbyś mi powiedzieć – wyjaśnił mulat, wzruszając ramionami. Wtedy usłyszeliśmy trzask drzwi, które ktoś zamknął z impetem. Zayn wychylił się za próg i widziałem tylko profil jego twarzy. Uniósł brew do góry i zszokowany otworzył usta. – Twój kochaś trochę przegiął.

- Co? – szybko przepchnąłem przyjaciela na bok, by zobaczyć, jak Louis wychodzi cały nabuzowany z wytwórni. – Nie…

Nie wziąłem płaszcza ani kurtki, tylko wybiegłem w najzwyklejszym swetrze, który akurat miałem na sobie, ale po opuszczeniu budynku od razu tego pożałowałem, czując zimny wiatr, owiewający moje całe ciało i targający włosy. Przeklinałem taką pogodę. Tyle się namęczyłem, by jakoś okiełznać moje loki i jeszcze, żeby to wyglądało, a wystarczył lekki powiew wiatru i wszystkie wysiłki na marne. Warknąłem, ruszając w kierunku znanej mi sylwetki.

Louis stał tyłem do mnie przy jednym z drzew, które zasadzono wzdłuż ulicy i opierał o nie głowę. Oddychał ciężko, a jego ramiona się trzęsły. Położyłem mu delikatnie dłoń na plecach, chcąc, by poczuł się bardziej komfortowo, ale wzdrygnął się, odsuwając ode mnie natychmiastowo. Przetarł wierzchem dłoni oczy, po czym odwrócił się do mnie ze zmarszczonymi brwiami.

- Zostaw mnie, człowieku – warknął, a jego oczy ciskały we mnie piorunami. – Nie powinno cię tu być!

- Wiem, że nie powinienem do ciebie przychodzić w takiej sytuacji, ale nie sądzę, by kłótnie coś dały – powiedziałem, starając się zachować spokój i nie dać po sobie poznać, jak bardzo mnie to boli.

- Nie to miałem na myśli – stwierdził, wywracając oczami. – To pomyłka jakaś. Jedna wielka pomyłka, że teraz ty masz zostać moim marketingowcem. Idź sobie i zostań modelem jakiegoś Calvina Klaine’a, a nie zabierasz pracę tym, którzy najbardziej na nią zasługują – powiedział i nie mogłem powiedzieć, czy był wkurzony, czy smutny. Może oba na raz. Dźgnął mnie palcem w brzuch. – Nie powinno cię być w Horan Records.

- Louis – zacząłem i już chciałem mu powiedzieć całą prawdę, ale nie po to tyle się męczyłem. Nie rozumiałem tylko, o co mu chodzi, ale postanowiłem ciągnąć tą grę. – Chciałem być miły, ponieważ uważam, że jesteś przystojny i utalentowany. Nie rozumiem twojej nienawiści do mnie. Może pójdziesz ze mną na kawę i wszystko sobie wyjaśnimy?

Uśmiechnąłem się zachęcająco, ale on wydął wargi, kręcąc głową. Westchnął po chwili, spoglądając na mnie niezadowolonym wzrokiem.

- Nie jesteś w moim typie – oświadczył prosto z mostu. – Nie mam zamiaru zadawać się z tobą na żadnym gruncie. Ani towarzyskim, ani zawodowym. Ale pochlebia mi to, że mimo, iż cię nie lubię, ty wciąż chcesz się ze mną umówić na randkę. Niestety dla ciebie odpowiedź zawsze zabrzmi „nie”!

- Nienienie – zaśmiałem się i chyba nie zauważył, jak fałszywe to było. Nauczyłem się grać, ale przy nim chciałem być sobą, co było dość trudne, biorąc pod uwagę naszą sytuację. – Ty. I ja. My zostaniemy przyjaciółmi – stwierdziłem, patrząc mu prosto w oczy i kiwając głową na potwierdzenie własnych słow. Szybkim ruchem wyrwałem mu kurtkę z rąk, po czym odwróciłem się na pięcie, kierując do wytwórni. – Chodź ze mną, jeśli chcesz ją odzyskać! – Krzyknąłem do niego przez ramię. – Szybko!

**

Siedziałem w gabinecie Marcela, patrząc na własne buty. Ah, wybaczcie, siedziałem w gabinecie HARRY’EGO, który jest bezczelnym idiotą. Jak on mógł zastąpić tego słodkiego okularnika? To było chore, Marcel był o wiele milszy i do tego nie uśmiechał się tak dziwne, jakby był jakimś zboczeńcem. Chociaż czasem ten uśmieszek wydawał się być uroczy. Jednak zdarzało się to tylko czasami.

Dodatkowo miałem mu za złe, że przed tygodniem zabrał mi moją kurtkę, a za ciepło nie było. Ma szczęście, że się nie przeziębiłem, bo bym go zaskarżył. Jakim debilem trzeba być, aby pozwolić gwieździe stać na zimnie? Marcel by na to nigdy nie pozwolił. Od razu przyszedłby do mnie z jakimś ciepłym swetrem, ponieważ on aż tryskał dobrocią. Był takim małym misiaczkiem, którego chciałem przytulić, jednak nie mogłem, bo nie miałem pojęcia gdzie jest. Cholerny Niall, jak on śmiał go zwalniać? Podobno chciał, aby firma się rozwijała, a nie przygarniała wyrośniętych idiotów. W ogóle, walić Nialla, ale Zayn? Przecież Marcel był jego przyjacielem. Liam mógł chociaż słówkiem wspomnieć o zwolnieniu mojego okularnika. Oni wszyscy byli jacyś popaprani. Jednak Harry najbardziej z nich wszystkich.

Przeniosłem na niego wzrok, kiedy o czymś zawzięcie mówił. Nawet nie wiedziałem, co było tematem jego monologu, ale miałem to gdzieś. To było jak w szkole. Kiedy byłem na lekcjach ulubionego nauczyciela, od razu brałem do siebie jego słowa. Jednak, gdy nadszedł czas na chemię z panem Oldrinem, natychmiast wyłączałem się i zaczynałem myśleć o czymkolwiek, tylko nie o tym, co mówił. Taką samą taktykę miałem wobec Harry’ego.

- Wybacz, zaschło mi w gardle – mruknął, a ja wzruszyłem ramionami, nie spuszczając z niego wzroku.

Podniósł szklankę z wodą, przystawiając ją do ust, a następnie przechylił delikatnie głowę, aby móc się napić. Obserwowałem jak porusza się jego jabłko Adama, kiedy połykał przeźroczysty napój. W pewnym momencie mała strużka wody spłynęła po jego kąciku ust, docierając do podróbka. Obserwowałem dokładnie jak pozostawia mokry ślad na jego skórze, wędrując przez szyję. Przygryzłem delikatnie wargę, próbując o tym nie myśleć. Jednak moje oczy nadal śledziły kroplę wody, a serce mi waliło. Szybko przeniosła się na jego obojczyk, dalej płynąc w stronę jednej z jaskółek wytatuowanych na jego klatce piersiowej. Poczułem jak mój „przyjaciel” zadrżał, więc od razu się wyprostowałem. Napój ominął krzyż, który zwisał na łańcuszku i dotknął motyla na brzuchu, a ja już nie mogłem powstrzymać mojego „interesu”.

Zanim odłożył szklankę, spojrzałem na swoje krocze, a George stał na baczność. Od razu się zarumieniłem, myśląc o czymkolwiek, tylko nie o Harrym. Spojrzałem w jego stronę. Jego wzrok także powędrował poniżej mojego pasa, a on zakrztusił się wodą, kaszląc i próbując nie patrzeć na mojego penisa, odznaczającego się w spodniach. Stałem się czerwony niczym cegła i od razu wstałem z kanapy.

- Muszę wyjść… Na chwilę… Muszę… Ah! – Wydukałem, otwierając drzwi i wychodząc na korytarz. Natychmiast skierowałem się w stronę łazienki.

Kiedy tam dotarłem, podszedłem do jednej z umywalek i szybko oblałem swoją twarz zimną, a wręcz lodowatą wodą. Na moje nieszczęście, nie podziałało. Krzyknąłem krótko, opierając się o ścianę i siadając na chłodnej podłodze, zakrywając twarz dłońmi.

Po chwili ktoś wszedł do środka, jednak miałem to gdzieś. Równie dobrze mogli zobaczyć mojego kutasa napierającego na materiał spodni. Harry to widział, a większego upokorzenia doznać nie mogłem.

- Co się stało? – Usłyszałem głos Liama, który od razu do mnie podszedł i uklęknął przy mnie.

- Co się stało?! – Spojrzałem na niego. – Stanął mi! Co ja mam, kurwa, z tym zrobić, Liam?! – Jęknąłem, bijąc się otwartą dłonią w czoło.

- Stanął ci? – Spytał, tłumiąc parsknięcie. – Myślałem, że płaczesz!

Spojrzałem na niego z błyskawicami w oczach i skrzyżowałem ramiona na mojej klatce piersiowej.

- Mam płakać, bo mi stanął, kiedy patrzyłem na Harry’ego? Ciebie coś grzeje pod kopułą? – Uniosłem brwi. – Ty lepiej mi pomóż się tego pozbyć!

- Lou, kocham cię jak brata, ale nie zrobię tego… To jak kazirodztwo – mruknął, a ja uderzyłem go z pięści w ramię.

- Nie o tym mówię! – Oburzyłem się. – Co mam zrobić, aby zniknęło?

- Niech Harry ci obciągnie – stwierdził, a ja ponownie go uderzyłem, na co wywrócił oczami. – Myśl o czymś ohydnym, jak… Moja babcia w kostiumie kąpielowym! Pamiętasz jak byliśmy u niej, kiedy mieliśmy siedemnaście lat? Chcieliśmy pójść nad jezioro obok domu i…

- Fuj! – Jęknąłem, jednak podziałało. Mój „kolega” powoli opadł, a ja odetchnąłem z ulgą. – Dzięki, Li.

- Spoko, Lou, zawsze ci pomogę. – Uśmiechnął się, podając dłoń, aby pomóc mi wstać. – Teraz trzeba cię ogarnąć, jeśli masz wrócić na spotkanie z Harrym. – Dodał, a ja aż zrobiłem się blady.

**

Po raz ostatni sprawdziłem, czy wziąłem ze sobą wszystko. Klucze, komórka i portfel. Bez tych rzeczy nie było mowy o wyjściu gdziekolwiek i zakładam, że nie tylko ja miałem taki problem. Spojrzałem jeszcze w lustro, by poprawić fryzurę. To nawet nie była randka, ponieważ Louis nie miał pojęcia, że tam będę. Liam zaprosił mnie i Zayn na wieczór. Miałem udawać zdziwionego tym, że szatyn też się tam pojawi, ale bałem się tego. Byłem coraz lepszy w udawaniu, a jednak po jego ostatnim dziwnym zachowaniu i tym, jak potraktował mnie podczas naszego – niby - pierwszego spotkania, mógł po prostu wyjść. A nie chciałem, by tak się stało.

- Dasz radę – powiedziałem do swojego odbicia w lustrze, kiwając głową, by przekonać o tym samego siebie. – Harry Styles może wszystko, prawda? – zaśmiałem się, przypominając sobie, jak wyglądał pierwszy tydzień mojej przemiany z Marcela w Harry’ego.

- Harry, musisz uwolnić prawdziwego siebie! – wciąż powtarzał mi mulat, gdy siedziałem niepewny swojego wyglądu, który otrzymałem od Perrie, wspólnej przyjaciółki pana Horana i Zayna. – Tak naprawdę jesteś pewny siebie. Musisz tylko w to uwierzyć.

Mowy motywacyjne chyba nie były jego najmocniejszą stroną, bo jakoś niespecjalnie mnie to przekonało. Mimo wszystko musiałem się wziąć w garść i mój obecny szef mi w tym pomógł. Poznał mnie z Nickiem Grimshawem, który pracował jako prezenter w radiu BBC. Ten wysoki mężczyzna okazał się być wspaniałą osobą. Potrafił być sarkastyczny i ironiczny w zabawny sposób oraz pewny siebie, ale jednocześnie nie chamski. Po kilku drinkach jego wszystkie mądrości lepiej mi wchodziły do głowy. Już wtedy ćwiczyłem swoje ciało od pewnego czasu, więc moje zdziwienie nie było aż tak ogromne, gdy prawił mi komplementy. Nowa fryzura i brak okularów czy zmiana garderoby również robiły swoje, ale jak to podkreślał - wygląd nie jest najważniejszy. Trzeba umieć się wyrażać zarówno w słowach jak i mowie ciała. „Nie jest to takie łatwe”, powtarzał. „Jednak mogę ci objaśnić kilka prostych reguł. Jak trzeba zachowywać się w większej grupie ludzi, a jak przy tym, którego chcesz zdobyć. Oczywiście po tym wszystkim zostaniemy przyjaciółmi i gdybym to ja potrzebował pomocy, odwdzięczyłbyś mi się”. W odpowiedzi na jego słowa pokiwałem głową ochoczo. Nick był człowiekiem, który potrafił zainteresować i rozbawić od samego początku, przez co mimowolnie chciałem być bliżej niego. Brałem z niego przykład i po tygodniu staliśmy się dobrymi przyjaciółmi, a ja nabierałem coraz więcej pewności siebie. Teraz nie jąkam się, ale przy Lou wszystkie mądrości Grimshawa po prostu ulatywały.

Zamknąłem na chwilę oczy, wziąłem głęboki oddech, po czym moje powieki się podniosły i w swoich tęczówkach ujrzałem pewność siebie. Uśmiechnąłem się czarująco, myśląc o Tomlinsonie i wyszedłem.

W drodze do domu Payne’a zabrałem ze sobą Zayna. Jego zdenerwowanie było bardziej widoczne niż moje, ale nie pytałem co było tego powodem. Żyłem w przekonaniu, że jeśli będzie chciał, to powie sam.

- To tutaj – oznajmił, wskazując jeden z białych domków, które mijaliśmy od kilku minut. – Czerwone drzwi…

Zaparkowałem tuż koło srebrnego porsche i chyba niechcący zablokowałem jakąkolwiek możliwość wyjazdu właścicielowi tego pojazdu, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Zayn raczej nie zwrócił na to uwagi, bo tylko poprawił swoją idealną – zresztą jak zawsze – fryzurę i wszedł na ganek. Stanąłem obok niego, po czym zadzwoniłem do drzwi.

- Liam, otwórz! – dobiegły nas znajome krzyki. – Liam!

Kilka stuknięć, prychnięć i trzasków później w progu ukazał się Louis. Włosy miał w nieładzie, a prawy policzek ubrudzony mąką. Na ciuchy zarzucił różowy fartuszek, w którym wyglądał niesamowicie uroczo. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, ogarniającego moją twarz. Popatrzył na nas w osłupieniu, mrugając kilkakrotnie oczami i stał tak z otwartą buzią. Patrzyliśmy na niego z Zaynem z uniesionymi brwiami. Mulat po chwili powstrzymywania wybuchł śmiechem, co wyraźnie go rozluźniło, a ja tylko uśmiechnąłem się pod nosem. Zażenowany szatyn szybko zdjął z siebie fartuch i próbował ułożyć jakoś swoje włosy, jednak nie szło mu to najlepiej.

Przepchnąłem Zayna przodem, by dołączył do Liama. Ja stanąłem naprzeciw Lou, który w jednej ręce trzymał kurczowo różową szmatkę, a drugą przeczesywał swoją czuprynę. Pokręciłem głową z politowaniem, zastanawiając się, kiedy stał się taki nieporadny. Postrzegałem go teraz nieco inaczej i nie miałem pojęcia, czy to ja się zmieniłem tak bardzo, czy to była jego sprawka. Uśmiechnąłem się do niego delikatnie, ale z dołeczkami, a na jego twarz wkradło się zdziwienie, gdy podniósł na mnie wzrok. Uniosłem swoje duże dłonie, by zająć się jego włosami jak należy. Po chwili fryzura Tomlinsona, wyglądała, jakby nic się nie stało. Przekręciłem głowę, przyglądając mu się. Zastanawiałem się, co jeszcze jest nie tak i kiedy olśniło mnie, przewróciłem ostentacyjnie oczami, tłumiąc śmiech. Polizałem palec wskazujący, starając się być przy tym jak najbardziej seksownym, po czym przejechałem nim po jego policzku, czyszcząc go z mąki.

- Co – zaczął, gdy wciąż trzymałem dłoń na jego zarumienionym policzku. Uśmiechałem się teraz nieco szerzej, ukazując zęby. Przypomniał mi się moment, gdy podnieciłem go, a przynajmniej miałem nadzieję, że to była moja zasługa. Podobało mi się to, jak pewny siebie czasami byłem. Coraz łatwiej mi to przy nim przychodziło i zaśmiałem się, nawet nie wiem z czego. – Co ty robisz?! – krzyknął szeptem, odtrącając moją rękę. Zmrużyłem oczy zdezorientowany. – Za mało razy ci powiedziałem, że cię nie lubię? Mówiłem też, iż cię nie chcę nigdzie widzieć. Zapomniałeś? Wytwórnia mi płaci, więc muszę z tobą przebywać, ponieważ taka moja praca, ale do tego domu nie miałeś prawa przychodzić, ćwoku!

- Liam mnie zaprosił – bąknąłem, spuszczając wzrok i odchodząc z dłońmi wsadzonymi w kieszeniach. – Przepraszam.

- Harry, chodź do nas – zawołał mnie radośnie Liam, machając ręką. – Co chcesz do picia?

- Uhm – zawahałem się przez chwilę, po czym spojrzałem na Zayna, a on uniósł do góry kieliszek. – Lampka szampana mi wystarczy. Dziękuję.

- Jak prawdziwy dżentelmen – zażartował, wręczając mi trunek. Zaśmialiśmy się krótko. – Opowiadaj. Jak ci się pracuje z Lou? – Spojrzał na mnie uważnie, a ja nie wiedziałem, co mam na to odpowiedzieć. Kiedy zauważył moją niepewność, odezwał się: - Nie martw się, z czasem będzie lepiej.

- Nie sądzę – mruknąłem, upijając łyka szampana. – Starałem się być miły, jak tylko potrafię, ale za każdym razem kończyło się na tym, że wrzeszczał, jak to bardzo mnie nienawidzi…

- Widzisz, Harry, to przez to, że zastąpiłeś Marcela – zaczął, ale Louis wszedł do salonu z promiennym uśmiechem i talerzem pełnym babeczek.

- Udało mi się – oznajmił wniebowzięty, a kiedy tak się uśmiechał, jego oczy promieniały ze szczęścia i dumy z samego siebie, nie mogłem się powstrzymać przed uśmiechem. – Ktoś chce zaryzykować życiem i spróbować?

- Ja chcę – odezwał się zachwycony Liam, wpatrzony w babeczki.

Louis wziął jedną do ręki, po czym uniósł na wysokość ust chłopaka, by go nią poczęstować. Zacisnąłem palce mocniej na kieliszku, gdy ukłuło mnie uczucie zazdrości. Zayn poklepał mnie po przyjacielsku po ramieniu, ale o dziwo sam nie wyglądał na zachwyconego.

- Tak na marginesie – odezwał się Liam, gdy przełknął ugryziony kawałek babeczki. – Harry, czy mógłbyś trochę potrenować z Lou?

- Co?! – wybuchł zaskoczony szatyn.

- Zayn mówił mi, że od pewnego czasu Harry ćwiczy codziennie i już nawet nie robi tego z trenerem. Pomyślałem sobie… Wiesz, twoja kondycja i zwinność ruchowa pozostawiają wiele do życzenia, a niedługo masz zacząć kręcić teledyski do swoich nowych piosenek. Będziesz musiał tańczyć – zauważył, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Obaj wiemy, że padniesz po kilku minutach.

- I to pozwala ci decydować za mnie? – wyszarpał się z uścisku przyjaciela, po czym prychnął urażony. – Co z tego będę miał?

- Zatrzymasz kontrakt – przypomniałem mu. – Przecież go czytałeś i wiesz dobrze, że musisz tańczyć do kilku piosenek, a ja z chęcią pomogę ci uzyskać odpowiednią kondycję.

Uśmiechnąłem się nonszalancko. Dopiłem szampana i po chwili zauważyłem, jak Lou wywraca oczami w geście poddania. To był moment mojego tryumfu.

- Zayn – zawołał mulata Liam, kiedy odwrócił się stronę schodów. – Chciałbym ci coś pokazać. Mógłbyś pójść ze mną na chwilę? – Chłopak pokiwał głową, wchodząc za nim po schodach, ale Liam odwrócił się do mnie i Louisa jeszcze na chwilę. – Spróbujcie się dogadać.

**

- Liam…?- Odezwał się niepewnie brunet. Nim jednak zdążył zrobić cokolwiek innego, szatyn już padł przed nim na kolana. W przeciągu kilku sekund spodnie i bokserki Zayna (z niemałą pomocą Payne’a) zsunęły się aż do jego stóp. Dopiero, gdy Liam zbliżył twarz do jego penisa, oprzytomniał.

-Liam! Co ty, kurwa, robisz?!

-Shhh, Zie.- Wymruczał chłopak wciąż klęcząc, a jego ciepły oddech owiał męskość Mulata, pobudzając go.- Po prostu się zrelaksuj.

Malik nawet nie miał czasu jakkolwiek zareagować, bo jego członek zniknął w ustach Payne’a. Zayn mimowolnie wydobył z siebie wysoki jęk, bezmyślnie wplatając palce we włosy szatyna.

Pełne wargi Liama sprawnie pracowały na męskości drugiego chłopaka, doprowadzając go na szczyt. Jego język jeździł po szczelinie na czubku penisa Zayna, a dłonie ściskały opalone uda partnera, lekko wbijając paznokcie w jego skórę i zostawiając na niej ślady w kształcie półksiężyców.

Malik nigdy nie przypuszczał, że usta tego niepozornego Brytyjczyka potrafią takie rzeczy. Liam „zajmował się” nim dopiero minutę, a ten czuł, że mógłby dojść już, w tym momencie.

**

Dogadać. To chyba było łatwiejsze, gdy byłem Marcelem. Wtedy tylko się ze mną droczył, a teraz praktycznie mnie nienawidził i nie wiedziałem czemu. Każde jego spojrzenie mnie zabijało. Przymknąłem na chwilę oczy, próbując uspokoić moje szaleńczo bijące serce. Louis stał do mnie tyłem, więc tego nie zauważył i musiałem przyznać, że kiedy na mnie nie patrzył, czułem się o wiele pewniej. Ale mimo wszystko jakoś dawałem sobie radę.

- Wiesz – zacząłem, usiłując usiąść jak najbardziej nonszalancko na kanapie. – Te treningi to całkiem niezły pomysł. Może przy okazji się do mnie przekonasz.

- Człowieku, jeśli myślisz, że wspólne bieganie na łonie natury jak jacyś zjarani hipisi, sprawi, iż cię polubię, to się grubo mylisz – zaśmiał się, zajadając się babeczkami.

Wpatrywałem się w niego, próbując odgadnąć, o czym tak naprawdę myśli. To nie był mój Louis. Znowu stał się tą gwiazdką, którą poznałem pierwszego dnia pracy, kilka miesięcy wcześniej, ale tym razem to nie było tylko samouwielbienie. Nie miałem pojęcia, czemu tak bardzo mnie nie lubi. Teoretycznie zastąpiłem Marcela – to miało mi pomóc go zdobyć. Powoli dochodziłem do tego momentu, w którym chciałem mu wszystko powiedzieć i po prostu przytulić.

- Czemu mnie nie lubisz, Louis? – spytałem, przysuwając się do niego. Spojrzał na mnie, a ja nie śmiałem przerwać kontaktu wzrokowego. – Czy coś ci zrobiłem?

- Nie mnie – odpowiedział cicho.

I już byliśmy tak blisko. Mogłem poczuć zapach jego perfum zmieszany ze słodkimi babeczkami. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się nad jego słowami. Próbował się przesunąć do tyłu, ale nie mógł, ponieważ kanapa się skończyła. Kosmyk włosów opadł mu na oczy, ale nie odważył się poruszyć, by go odgarnąć. Uśmiechnąłem się delikatnie, po czym uniosłem rękę.

Louis poruszył się niespokojnie i następne, co usłyszałem, nie było ciszą, towarzyszącą podczas pocałunku, tylko brzdęk tłuczonych talerzy. Szatyn upadł na podłogę i rozciął sobie dłoń o szklane odłamki.

- Przyniosę coś, żeby to odkazić – stwierdziłem dość nieskładnie, kierując się w stronę łazienki.

Szybko wbiegłem po schodach i otworzyłem pierwsze drzwi po lewo. Drugi raz w życiu, zobaczyłem coś, czego nie chciałem widzieć. Poczułem mdłości. Liam obciągał właśnie Zaynowi, mojemu najlepszemu przyjacielowi. Przekląłem głośno – praktycznie krzyknąłem. Chciałem zawrócić, ale potknąłem się o własne nogi, lądując na ziemi.

- Czemu ja? – użalałem się nad sobą, a Liam i Zayn oderwali się od siebie, próbując, jak najszybciej się ogarnąć. – Znowu to samo. Boże, za co?! Nie zasługuję na to.

Po chwili za mną stał Louis, który śmiał się perliście z obrotu sytuacji. Nasze miny musiały być niesamowicie zabawne, ale po tym co zobaczyłem, kąciki moich ust nie śmiały drgnąć ani odrobinę. Szykowała się kolejna nieprzespana noc.

**

Przyszedłem do parku, mając na sobie moje jedyne dresy do biegania, jakie posiadałem. Miałem mało takich rzeczy, bo bieganie było moim wrogiem numer jeden. Nigdy tego nie lubiłem. Od najmłodszych lat buntowałem się, gdy kazał mi wejść na bieżnię i pokazać na co mnie stać. Prawda była taka, że jedyne na co było mnie stać to stanie w miejscu.

Rozejrzałem się z nadzieją, że Harry zapomniał przyjść albo po prostu zaspał, abym mógł mieć wymówkę i pójść do domu. Na moje nieszczęście, stał pod fontanną. Westchnąłem ciężko, podchodząc do niego i poprawiając swoją idealną fryzurą. Wyglądał nienagannie, mimo sportowego ubrania, a ja wywróciłem oczami, widząc jego szeroki uśmiech.

- Gotowy na mały wyścig? – Spytał, rozgrzewając swoje ciało.

- Wyścig? – Uniosłem brwi. – Słońce ci przygrzało?

- To załóżmy się. Jak pierwszy przebiegnę kilometr, idziesz ze mną na randkę. Jeśli ty wygrasz, nigdy więcej nie będziemy biegać – mruknął.

Przyjrzałem mu się dokładnie i zmierzyłem go wzrokiem niczym skaner. Próbowałem ocenić jego umiejętności sportowe. Cóż, pewnym było, że biegał lepiej ode mnie. Skrzyżowałem ramiona na swojej klatce piersiowej, mrużąc oczy.

- A co jeśli nie pobiegnę? – Zagadnąłem.

- Pójdziesz ze mną na randkę i będziemy się cały czas trzymać za ręce. Plus bieganie każdego ranka przez miesiąc – odparł.

- A więc biegnijmy! – Udałem entuzjazm.

Rozciągnąłem się i stanąłem przy Harrym patrząc na jego ruchy, które były niczym u zawodowca. Musiałem przyznać, że bałem się porażki, jednak wierzyłem w siebie. Może na marne, jednak wiara to zawsze pierwszy krok do sukcesu.

- Aby przebiec jeden kilometr musimy dwa razy okrążyć cały park. – Poinformował mnie, a ja ustawiłem się w pozycji początkowej, aby dobrze się rozbiec. – Nie śpieszymy się. Może to wyścig, jednak nie możemy stracić całych sił od razu.

- Skończyłeś? – Spytałem.

- Okej – mruknął. – Dam ci dziesięciosekundowe fory. – Dodał, a ja uśmiechnąłem się radośnie, wiedząc, że wygram. – Raz… Dwa… Trzy!

Kiedy wypowiedział ostatnie słowa zacząłem biec przed siebie. Musiałem przyznać, że szło mi to całkiem nieźle. Czułem się pewny. Wiedziałem, że teraz wygram.

Dopóki nie minął mnie Harry ze swoim szerokim, dumnym uśmiechem, wcale się nie męcząc. Nawet nie biegł za szybko! Równym tempem co ja, jednak i tak mnie wyprzedził, skubaniec. Postanowiłem nie wyjść na ofiarę i trochę przyspieszyłem, jednak on nadal był z przodu, co doprowadzało mnie do szału. Postanowiłem przez chwilę biec sprintem, czego pożałowałem od razu, kiedy dostałem zadyszki.

Próbowałem to jednak ignorować i biegłem dalej, bo co innego miałem zrobić? Nie mogłem się poddać, bo czekałaby mnie randka z tym perfekcyjnie uczesanym Adonisem. W pewnym momencie ból uderzył w moją łydkę i jęknąłem. Zatrzymałem się na chwilę, próbując złapać powietrze i znowu ruszyłem. Nie miałem pojęcie, ile biegłem, ale miałem to w dupie. Po prostu biegłem, aby nie wyjść na ciotę.

Kiedy zobaczyłem, że Harry stoi, poczułem ulgę, bo wiedziałem, że to już koniec. Podbiegłem do niego, a on chciał przybić mi piątkę, jednak ja padłem na ziemię, czując jak moje ciało cierpi. Byłem cały spocony, a grzywkę przyklejała się do mojego czoła. Śmierdziałem starym kapciem i dyszałem, nie mogąc ustabilizować mojego oddechu.

- WODY! – Krzyknąłem. – Harry, wody – jęknąłem.

- Okej – mruknął, klękając przy mnie.

- Co się patrzysz? Przynieś wody! – Powiedziałem, obracając się na plecy.

- Przyniosę, jeśli umówisz się ze mną na randkę. – Uśmiechnął się uroczo, a ja przyjrzałem się jego twarzy. Nawet się nie spocił!

- Dobra, dobra! – Odparłem. Mogłem się raz poświęcić. – Przynieś wody!

- Załatwione – stwierdził, podając mi butelkę.

Ja od razu ją pochwyciłem w dłonie i zacząłem wręcz pochłaniać jej zawartość, czując coraz większą ulgę z każdym łykiem. Resztę wody wylałem sobie na twarz, wzdychając błogo. Teraz czekała mnie randka z modelem Vogue’a. No, pięknie.

**

Kilka dni później w końcu zyskałem swój cel – randka z Lou. Może nie do końca o to mi chodziło, ale to był dobry obrót zdarzeń. „Małymi kroczkami”, jak to się mówi. Dzisiaj randka, jutro pocałunek, a pojutrze cały świat padnie mi do stóp. Zaśmiałem się na tę myśl.

Moje odbicie w lustrze patrzyło się na mnie rozbawionym wzrokiem, ale nie wiedziałem, czy widzę prawdziwego siebie, czy to wciąż przebranie. Tak naprawdę te ciuchy wydawały się nieco wygodniejsze – zwykłe t-shirty i jeansy – ale brakowało mi moich okularów. Soczewki były nieco kłopotliwe i często moje oczy przez nie łzawiły. Jednak nie narzekałem. Cel uświęca środki, prawda?

Narzuciłem na ramiona marynarkę, po czym wyszedłem i już po kilku minutach jazdy byłem pod jego domem. Louis mieszkał na tej samej ulicy co Liam, więc dość szybko znalazłem niebieskie drzwi z odpowiednim numerem. Przenosiłem ciężar z jednej nogi na drugą w niecierpliwości, gdy czekałem, aż otworzy drzwi, po tym jak zapukałem trzy razy.

Po chwili wyszedł, a mnie zaparło dech. Mogłem nawet mimowolnie otworzyć usta, ale się do tego nie przyznaję. I nie wiem czemu – wyjąłem z kieszeni komórkę, by zrobić mu zdjęcie. Nie wyglądał, jakby zbytnio się postarał, jednak dla mnie był najpiękniejszy na świecie. Grzywka przysłaniała mu nieznacznie jego niesamowicie niebieskie oczy, a rzęsy rzucały cień na blade policzki, kiedy spojrzał w dół na swoje buty. Założył czarne vansy bez skarpetek i podwinął spodnie tak, by było widać jego gołe kostki. Miał na sobie nieco za dużą bordową koszulkę i wyglądał tak uroczo, gdy ją poprawiał, ukazując swoje wystające obojczyki. Uśmiechnąłem się pod nosem.

- Prawdziwych mężczyzn poznaje się po kostkach – zażartowałem, a kiedy spojrzał na mnie, wcisnąłem odpowiedni przycisk na komórce, której aparatem zrobiłem mu zdjęcie. Zmrużył gniewnie oczy, lustrując mnie od góry do dołu i z powrotem. Schowałem telefon do kieszeni, po czym uniosłem ręce w geście obronnym. – Wybacz, jesteś taki piękny, że nie mogłem się oprzeć.

- No dobrze – prychnął, odwracając ode mnie i podchodząc do mojego auta, a ja ruszyłem za nim. Chyba próbował ukryć rumieńce, po tym jak go komplementowałem, ale nie miałem pewności. – Tylko się przy nim nie masturbuj – dodał ostrzegawczo, a ja wybuchnąłem śmiechem, kręcąc przy tym głową z niedowierzeniem. - No co?

- Jesteś taki uroczy, gdy próbujesz być groźny – stwierdziłem, ruszając, kiedy już zapięliśmy pasy.

Ponownie prychnął, zarzucając grzywką i musiałem zdusić śmiech, by mnie nie udusił. Jego oczy ciskały piorunami, ale nie wydawał się bardziej groźny niż zwykle. Wydawało mi się, że tylko udaje, a tak naprawdę nie jest już zły, ponieważ kiedy włączyłem radio, zaczął śpiewać na całe gardło. Z trudnością powstrzymywałem się, by nie patrzeć na niego, tylko skupić się na drodze. Mogłem jedynie spoglądać na jego twarz kątem oka i ponownie zaparło mi dech w piersiach, ponieważ w całym swoim życiu nie widziałem nikogo tak pięknego.

Zaparkowałem pod małą hawajską knajpką, która znajdowała się kilka kilometrów od miejsca, gdzie mieszkał szatyn. Byłem tam raz z Zaynem i pamiętam, że bardzo chciałem, by Louis mógł być wtedy z nami. To było coś w jego stylu. A przynajmniej tak mi się wydawało i zaraz miałem się przekonać, czy mu się spodoba mój pomysł. Wiedziałem, że zaważy to na reszcie wieczoru oraz czy w ogóle będzie jakaś reszta.

- Śmiesznie tu – stwierdził cicho, jakby do siebie, kiedy usiedliśmy przy stoliku. – Przyjemnie.

Odtańczyłem w duchu taniec szczęścia. Małymi kroczkami do sukcesu. Liczyłem, że będzie lepiej, niż się spodziewałem. Nie myliłem się aż tak bardzo.

- Więc – zacząłem, bawiąc się serwetką – jak ci się podoba w Horan Records?

- Przeprowadzasz ze mną wywiad? Bo wydaje mi się, że to miała być randka – mruknął, spoglądając na mnie spod grzywki.

- Chciałem jakoś zacząć rozmowę – wyjaśniłem, wzruszają ramionami. Czułem się przy nim taki bezradny. – Nie musisz od razu mnie zbywać.

- Chcesz mi powiedzieć, że praca jest dla ciebie dobrym tematem na rozpoczęcie rozmowy? - Jego wzrok był czymś w rodzaju mieszanki rozbawienia z niedowierzeniem i niemalże pogardą. - Spytaj mnie o coś normalnego - poradził, poprawiając się na krześle. - Coś typu… Jak wygląda twoja rodzina?

- Jeśli chcesz wiedzieć, to moja mama mieszka w moim rodzinnym Holmes Chapel - zacząłem, nie patrząc mu w oczy, ale czułem na sobie jego spojrzenie. - Rodzice wzięli rozwód, kiedy byłem mały, więc jakoś nie ubolewam z tego powodu. Moja siostra, Gemma, nie przyjęła tego dobrze i przez swoją porywistość… - zatrzymałem się, szukając odpowiedniego określenia na to, co się stało. - Powiedzmy, że znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. - W końcu odważyłem się spojrzeć mu w oczy. Były pełne pytań. - Nie żyje od dziesięciu lat…

- Harry - powiedział Louis takim miękkim głosem, że nie mogłem znieść jego współczucia. Uśmiechnąłem się do niego twierdząc, że to nic takiego, ale on patrzył na mnie uważnie. Wiedział, że kłamię. - Przykro mi. Naprawdę, wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego. Zwolnili mojego ojca z wojska za branie i zaćpał się w hotelu na śmierć. - Jego głos załamał się nieznacznie, gdy o tym mówił, a moje serce rozpadło się na dwie części. Wciągnąłem rękę i położyłem ją na jego dłoni. Zataczałem kółka kciukiem na mlecznej skórze Louisa. Uśmiechnął się do mnie i mógłbym oddać życie, by uśmiechał się już tak zawsze. - Ale mam cztery młodsze siostry, które są całym moim światem i to dla nich w większości robię to, co robię. I dla mojej mamy. Więc rozumiem…

Byłem poruszony – i to mało powiedziane. Louis Tomlinson otworzył się przede mną, współczuł mi i próbował pocieszyć, a sam przeszedł tak wiele. Siedzieliśmy tak chwilę, a ja dalej trzymałem go za rękę. Nagle wyrwał ją, a na policzkach ukazały się nieznacznie rumieńce.

- Potrzebna nam jest jeszcze jedna para, która weźmie udział w konkursie – oznajmił jakiś mężczyzna trzymający mikrofon. Stał na scenie, która znajdowała się dwa stoliki od nas. Uśmiechał się, nieporadnie spoglądając na ludzi. Odwróciłem się do Lou i zanim mógł zaprzeczyć, pociągnąłem go na scenę. – O, widzę dwójka przyjaciół chce wciąć udział – powiedział, rozluźniając się, gdy stanęliśmy obok niego.

- Właściwie to – zacząłem, nachylając się do mikrofonu – jesteśmy tu na randce.

Mężczyzna zmieszał się widocznie, ale nic nie powiedział tylko przeszedł do konkretów. Zawody nosiły nazwę „kokosowego pocałunku”. Musieliśmy przemieścić kokos spomiędzy naszych brzuchów do ust. Całkiem śmieszna konkurencja, ale potraktowałem ją poważnie. Chciałem zaimponować szatynowi, a wygranie dla niego czegoś, było chyba najlepszym sposobem, albo tak mi się przynajmniej wydawało.

Z początku nie szło nam najlepiej, ale po niedługim czasie udało nam się ulokować kokosa pomiędzy naszymi gardłami. Musiałem się pochylić tak, że włosy Louisa łaskotały mnie po twarzy. Uśmiechnąłem się do siebie, wzdychając jego perfumy.

- Czekaj – powiedziałem, napawając się chwilą, a on zastygł, jakby coś się stało. – Ładnie pachniesz.

- Harry! – W jego głosie słychać było oburzenie. – Chcesz to wygrać, czy zachwycać się mną?

- Ciężki wybór – odpowiedziałem zalotnie, kładąc rękę na jego biodrze i próbując przemieścić kokosa wyżej. – Przechyl się trochę w prawo… O tak! A teraz spróbuj tak przekręcić twarz, żebyś dotknął go ustami… Prawie… Dasz radę, Lou.

Kokos drugiej pary upadł na scenę i zrezygnowani załamali ręce, a nam udało się złapać kokos między usta. Pocałunek. Byłoby tak pięknie gdyby ten owoc nas nie dzielił, ale wygraliśmy. Louis odsunął się i nasz kokos również upadł na ziemię i w tym momencie przytulił mnie. Ogarnęło nas szczęście.

Dostaliśmy nasze pluszowe słoniki. Jeden był różowy a drugi niebieski. I aż do końca randki nie zastanawialiśmy się, jak się nimi podzielimy. Wieczór później minął miło i spokojnie, chociaż śmialiśmy się dużo. O dziwo, mieliśmy wiele tematów do rozmów. Tak bardzo nie chciałem tego kończyć, ale w końcu odwiozłem go do siebie i kiedy staliśmy przed drzwiami jego domu, wręczył mi różowego słonika.

- Masz tego – powiedział, uśmiechając się jak dziecko. – Pasuje ci do loków.

Spojrzałem na podarowanego mi pluszaka. Uśmiechnąłem się, ściskając go w rękach i nie mogłem uwierzyć, że sprawy przyjęły taki obrót. Nagle stało się coś niespodziewanego. Podniosłem głowę, by pożegnać się z Lou, a on tak po prostu pocałował mnie w policzek, wciąż się uśmiechając.

- Dobranoc, Harry – powiedział, po czym wszedł do środka, a mnie zakręciło się w głowie.

**

Ćwiczyłem choreografię z Liamem, nie czując zbytnio zmęczenia. Nie mogłem zaprzeczyć, że pomogły mi w tym treningi z Harrym. Dzięki niemu nie męczyłem się tak szybko i nawet z ochotą wykonywałem różnie ćwiczenia.

Od kilku dni miałem w głowie naszą randkę. Nie zapowiadała się ciekawie, przynajmniej według mnie, jednak musiałem przyznać, że było idealnie. Chłopak wydawał się być niezwykle uroczy, a miś, którego dostałem miał należyte miejsce koło mojego łóżka. Jego loki błyszczały w blasku księżyca, a jego perfumy pachniały niebiańsko. Nie mogłem wtedy się powstrzymać od pocałowania jego policzka.

- Louis, skup się. – Usłyszałem głos Liama, więc spojrzałem na niego. – Musisz się tego nauczyć do jutra, bo wtedy zaczynamy kręcić teledysk, jakby to do ciebie nie dotarło.

- Dotarło, Gargamelu. – Prychnąłem, naśladując jego ruchy.

Nie mógł na mnie narzekać! Idealnie mi szło. Może nie „idealnie”, jednak coraz lepiej. Jeszcze dwa tygodnie temu po jednej próbie padłbym na parkiet i przestał oddychać ze zmęczenia. On chyba nie lubił mojej zasady małych kroczków. W końcu nie w jeden dzień Rzym zbudowano, prawda?

W pewnym momencie do sali wszedł Harry z tym swoim perfekcyjnym uśmiechem i odsłoniętą klatą. Jego tatuaże sprawiały, że od razu robiłem się twardy, jednak, dzięki Niebiosom i Świętemu Mikołajowi, miałem na sobie luźne dresowe spodnie, więc moja erekcja nie była widoczna. To wszystko była jego wina. Kto pozwala mu chodzić w rozpiętej koszuli?

- Po co przyszedłeś? – Zagadnąłem, kiedy muzyka się skończyła i wziąłem do ręki swój sportowy bidon. (Tak, specjalnie kupiłem sportowy bidon, aby wyglądać na jakiegoś seksownego sportowca.)

- Mam przerwę, więc nudzi mi się – odparł ze wzruszeniem ramion. – I chciałem zobaczyć jak ci idzie. – Dodał, uśmiechając się szeroko, a ja się lekko zarumieniłem.

- Dobrze – mruknąłem, pijąc wodę.

- Widzę właśnie – stwierdził. – Wracaj do ćwiczeń, bo Liam ma nadal w sobie mnóstwo energii.

- Niech ją zatrzyma dla Zayna. – Prychnąłem, odstawiając bidon i wróciłem do Liama. – Próba generalna?

Przytaknął jedynie, włączając muzykę, a ja postanowiłem dać z siebie więcej niż wszystko. Przecież nie mogłem wyjść na jakąś fajtłapę przy Harrym. Każdy musiał potwierdzić, że szło mi świetnie. Chyba jeszcze na żadnej próbie choreografii tak się nie starałem.

W pewnym momencie piosenki, zerknąłem na Harry’ego, który wpatrywał się we mnie. Posłałem mu delikatny uśmiech, a następnie dostrzegłem uwypuklenie w jego spodniach, co mnie trochę speszyło i źle stanąłem na lewej nodze, czując przeszywający ból i upadłem.

- Boli! Boli! Boli! – Zacząłem krzyczeć, łapiąc się za bolącą nogę.

- Nie dotykaj! – Odparł Liam, klękając przy mnie. – Możesz poruszyć? – Spytał, a ja pokręciłem przecząco głową, czując łzy w oczach. Bolało jak cholera. – Kurwa – jęknął, a ja wiedziałem, że to nie znaczy nic dobrego. Liam nie przeklinał tak sobie. – Harry dzwoń po karetkę – powiedział od razu, a Loczek wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer.

- Umieram – jęknąłem się, bojąc się najgorszego.

**

Jak się okazało Louis jedynie zwichnął kostkę i nie miało to praktycznie żadnego wpływu na jego poruszanie się po domu, ale dla bezpieczeństwa lekarz kazał mu leżeć przez tydzień. Odwiedzałem go każdego dnia od tamtego czasu. Robiłem mu jedzenie i co nieco sprzątałem, czy wyrzucałem śmieci, ale poza tym zwyczajnie dotrzymywałem mu towarzystwa. Jednak były też obowiązki, których nie mogłem zaniedbywać, więc powiadamianie go o jakichkolwiek występach oraz wywiadach i tego, jak ma się podczas nich prezentować należało do zakresu moich obowiązków.

- Harry, powtarzam ci to już od kilku dni – narzekał Louis, wtulając się w poduszkę. – Nie musisz przychodzić codziennie, żeby robić za kochaną babcię.

Zignorowałem go kompletnie, gwiżdżąc pod nosem wesoło. Skończyłem gotować. Wyjąłem miskę ze zmywarki, nałożyłem do niej zupy, a potem tanecznym krokiem ruszyłem przez korytarz. Stanąłem w drzwiach jego pokoju i uśmiechnąłem się szeroko.

- Zatęsknisz za tym – powiedziałem, podając mu miskę, po czym usiadłem obok. – A teraz wcinaj jak grzeczny chłopczyk, bo inaczej czeka cię kara za złe sprawowanie.

Uśmiechnąłem się kokieteryjnie, a w środku krzyczałem na siebie. Jak mogłem coś takiego powiedzieć? Zachowałem się jak zboczeniec i miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Ku mojemu zaskoczeniu szatyn nie odsunął się, ani nawet nie drgnął. Coś jakby na kształt uśmiechu wkradło się na jego usta, a mnie zabiło szybciej serce. Jego bicie wypełniło całe pomieszczenie, mieszając się z łopotaniem serca szatyna, który posłusznie jadł danie. Nie patrzył się na mnie, tylko prosto w naczynie – jakby był czymś zażenowany lub speszony.

Pokręciłem głową, by otrząsnąć się z tych myśli. Podniosłem się, uśmiechnąłem do Louisa i jeszcze przed odejściem do kuchni, potargałem jego włosy, które były tak miękkie, że mógłbym bawić się nimi cały dzień. A kiedy odchodziłem, mógłbym przysiąc, że szatyn patrzył się prosto na moje tylne partie, gdy kołysałem biodrami.

Tak mijały dni. Z godziny na godzinę Louis stawał się coraz milszy, co było zadziwiające. Po kilku dniach rozmawialiśmy praktycznie jak najlepsi przyjaciele i bałem się, że to wszystko się skończy z momentem, kiedy nie będę mu już dłużej potrzebny.

**

Już od kilku dni normalnie mogłem chodzić, a zwolnienie lekarskie się skończyło. Przez moją zwichniętą kostkę kręcenie teledysku opóźniło się o miesiąc. O wszystko musiałem obwiniać Harry’ego i jego kutasa, który wtedy przypomniał o swoim istnieniu.

Skoro nie miałem już obok mnie miliarda opiekunów, którzy dbali o moją stopę jakby była ze złota, postanowiłem wyjść do baru na wieczór karaoke. Już dawno nie wychodziłem przez nagrywanie płyty. Jednak raz na jakiś czas nigdy nie zaszkodzi.

Zamówiłem taksówkę, wiedząc już nie będę w stanie samemu prowadzić, kiedy skończy się noc. Nie mogłem doczekać się wieczoru przy mikrofonie z moimi znajomymi. Zapowiadała się szalona noc.

Wysiadłem przez barem, w którym kiedyś często bywałem, wchodząc do środka. Rozejrzałem się od razu, podchodząc do stolika, gdzie siedzieli moi znajomi, Stan, Victoria, Jessica i Tyler. Pierwszym co zrobiliśmy było zamówienie wielkich kufli piwa. Jednakże, nie skończyliśmy na jednych, oczywiście. Alkohol lał się strumieniami, sprawiając, że nasze umysły coraz bardziej głupiały.

- Jestem panem tego świata! – Krzyknąłem pijany, wstając od stołu, a następnie wszedłem na scenę. – Wesołych Głodowych Igrzysk – wybełkotałem do mikrofonu. – I niech los zawsze wam sprzyja. – Dodałem, a po chwili z głośników zaczęły unosić się rytmy „Timber” Pittbulla i Ke$hy, a ja musiałem wyglądać przekomicznie, próbując pod wpływem rapować. – Kocham was, mieszkańcy Citizen! – Powiedziałem, kiedy piosenka się skończyła. – Albo jeszcze jedną, panie Kapeluszniku – wymamrotałem do DJ’a.

**

Już drugi raz taka akcja. Louis był przekleństwem mojego życia, ale nie umiałbym się go w żaden sposób pozbyć. W sumie cieszyłem się, że to właśnie do mnie dzwonił, gdy był pijany.

Siedziałem sobie w domu – okulary na nosie, książka w jednej ręce, a kubek z gorącą czekoladą w drugiej – i nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne, gdy nagle zadzwonił mój telefon. Uśmiechnąłem się mimowolnie, kiedy zobaczyłem kto to, ale po chwili dotarło do mnie, że przecież Louis nie dzwonił nigdy do mnie od tak. „Coś musiało się stać”, pomyślałem i natychmiast odebrałem.

- Marcel, kochanie, czy mógłbyś – zaczął, ale nagle urwał. Serce mi stanęło na moment, gdy usłyszałem trzaski po drugiej stronie, a potem westchnięcie. – A to jednak ty, pięknisiu… Pomyliło mi się…

- Louis, co się stało? – spytałem z wyraźną ulgą, że nie odkrył, kim jestem. – Czy jesteś pijany?

- Może troszeczkę – zaśmiał się i już wyobrażałem sobie, jak chwieje się, stojąc przy jakimś barze.

- To gdzie mam przyjechać? – Westchnąłem, ale nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu.

- A kto, na marchewki Jezusa, mówił, że cię potrzebuję, co, mądralo? – prychnął, a ja tylko pokręciłem głową. – No… Może… A nawet jeśli – zaczął, ale szybko stracił wątek. – Nie mogłem chcieć tak po prostu porozmawiać? – spytał i coś mnie zabolało, przez sposób w jaki to zabrzmiało. – Tak niskie o mnie masz mniemanie?

- Spokojnie – wyszeptałem, starając się na jak najbardziej kojący ton. –Porozmawiamy, ale jeśli powiesz mi, gdzie jesteś.

- Naprawdę przyjedziesz, Harry? – Brzmiał, jakby płakał i serce mi się krajało. – Jesteś kochany, a ja zachowuję się jak ostatni dupek. – Zamilkł. Ponownie coś zatrzeszczało. – O! Pingwin?

- Że co proszę? – Aż uniosłem brwi ze zdziwienia i nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy naprawdę aż tak się upił.

- Oh, skarbeczku, prosić, to ty mnie będziesz później – wymruczał. Czy on właśnie ze mną flirtował? Zacząłem z deka panikować. Louis zaśmiał się perliście, a ja poczułem w brzuchu motyle. – A teraz na poważnie. – Nagle jego ton głosu stał się poważny. – Wiesz co?

- Co?

- Pewnego dnia nadejdzie pingwinia apokalipsa! – wyszeptał konspiracyjnie. – Musimy współpracować, żeby przeżyć.

- I właśnie dlatego powiesz mi, gdzie mam przyjechać – wyjaśniłem, łapiąc za kurtkę i klucze. – Prawda, Lou?

- Nie mów do mnie tak! – wykrzyczał płaczliwym tonem. Nie wiedziałem, co takiego nagle się stało, ale ostatnie czego mi było trzeba, to zapłakany szatyn. – Czemu tak do mnie mówisz? Nie chce, żebyś to robił… nie ty – mamrotał jakby sam do siebie i nie wiedziałem, jak na to zareagować.

- Przepraszam – powiedziałem, siląc się na spokój. – Już tego nie zrobię. Dobrze? Jesteś Louis. Spokojnie. – I zaległa cisza, która o dziwo nie była niezręczna. Ale chciałem go przytulić, pocieszyć; cokolwiek. Był tak daleko. – Dokładny adres. Louis, zabiorę cię do domu i porozmawiamy.

Kiedy podawał mi adres, nie byłem pewny, czy dobrze usłyszałem, ale nasz gwiazdor najwidoczniej upił się bardziej niż bym przypuszczał. Musiał powtórzyć kilka razy, bym zrozumiał, o co mu chodziło. Migiem wybiegłem z mieszkania i ruszyłem do auta. Wcisnąłem pedał gazu, ruszając w drogę. Czułem, że czekała mnie długa noc.

- Louis! – zawołałem go po imieniu jakiś czas później, gdy już byłem na miejscu. Dostrzegłem go przez szklane drzwi, kiedy szedłem korytarzem klubu karaoke. Wpadłem do pokoju i zobaczyłem kilka kompletnie spitych ludzi, którzy spali z głowami na stoliku. Jakiś chłopak siedział w kącie, popijając szampana, a szatyn, który mnie interesował, bujał się w rytm wolnej muzyki z mikrofonem w ręce. Ulżyło mi, że tym razem niczego nie odwalił. – Jak się czujesz?

Podszedłem do niego i objąłem ramieniem, wolną ręką zmuszając go, by na mnie spojrzał, gdyż nie zareagował na moje słowa. Gdy spojrzał na mnie, uśmiechnął się śpiącym uśmiechem, a mikrofon wypadł mu z rąk. Przyglądał mi się przez moment z zaciekawieniem, kiedy nagle uniósł dłoń i przebiegł swoimi palcami po moim policzku. Zaśmiał się.

- Znam cię – wydukał, zbliżając swoją twarz do mojej. – Harry… Harry Styles… Człowieku, z takim nazwiskiem mógłbyś zrobić karierę – powiedział, a język plątał mu się niemiłosiernie, więc tylko uśmiechnąłem się do niego, kiwając głową. – Tak naprawdę to nigdy cię nie nienawidziłem, wiesz?

- Wiem – przyznałem i w głębi serca była to szczera prawda. On nienawidził osoby, którą udawałem. – Trzymaj się, zabieram cię do domu.

- Domu? Nie chcę – jęknął, ale złapał się mnie posłusznie. – Jest tyle ciekawszych rzeczy do zrobienia! Świat to jedno wielkie przedstawienie i show musi trwać we wszystkich miejscach. Czy jakoś tak.

- Dokładnie tak – zaśmiałem się, aż w kącikach oczu pojawiły się łzy.

- Harry – zaczął, gdy stanęliśmy przy moim aucie, a ja szukałem kluczyków. – Ładnie pachniesz…

- Dziękuję – odpowiedziałem, odwracając do niego głowę i to był mój błąd. – Louis.

Jego twarz znajdowała się zaledwie milimetry od mojej, a serce zamarło mi na chwilę, po czym zaczęło bić, jakbym przebiegł maraton. Uśmiechał się do mnie, a w żołądku coś mnie ścisnęło. Był coraz bliżej i po chwili nasze nosy się zetknęły.

- Jesteś pijany – stwierdziłem, chcąc go odepchnąć, ale mi nie dał.

- Wykorzystaj to– powiedział i pocałował mnie.

Deja vu – znowu znalazłem się w takiej sytuacji. To tak mnie dobijało, że chciał mnie tylko wtedy, gdy był pijany. Byłem pod ręką, a on nawet nie wiedział, co robi, ale nie narzekałem. Tyle mi wystarczało. Przynajmniej na razie.

**

Otworzyłem ospale oczy, czując okropny ból w mojej głowie i suchość w ustach. Jęknąłem, unosząc się na łokciach i rozejrzałem się dookoła. Pomieszczenie wydawało mi się znajome. Jakbym miał jakieś deja vu, jednak miałem to gdzieś.

Spojrzałem pod kołdrę i byłem tylko w bokserkach. Cholera, ktoś mnie uprowadził. Wstałem niepewnie, rozciągając się. Nie mogłem uwierzyć, że to znowu się dzieje. Ta niepewność, czy ktoś mnie porwał dla okupu czy ktoś po prostu zabrał moją pijaną dupę z ulicy.

W pewnym momencie do moich nozdrzy doszedł zapach czegoś pysznego. Zerknąłem na drzwi, a następnie w stronę okna, gdzie blask słońca uderzył boleśnie w moje oczy i jęknąłem. Okryłem mój tors ramionami. Był zbyt dla mnie ważny, aby dać go pociąć jakiemuś rosyjskiemu mafiosowi.

Wszedłem do kuchni, widząc jak Harry robi jajecznicę i uśmiechnąłem się lekko na ten widok. Zamrugałem kilka razy i dostrzegłem, że nie miał na sobie koszulki. Był jedynie w bokserkach, jak ja. Podszedłem do niego i spojrzałem jak smaży śniadanie.

- Ja bym dodał więcej cebuli – stwierdziłem.

- Nie narzekaj – mruknął. – I tobie też „dzień dobry”.

Uśmiechnąłem się jedynie niewinnie, wzruszając ramionami i usiadłem przy stole, rozglądając się, jakbym znał to miejsce. Położyłem ręce na blacie stołu i oparł na nich głowę, czekając, aż ból przeminie. Jednak na darmo. Kac nie odchodzi za pstryknięciem palców.

Po chwili Harry postawił przede mną szklankę z wodą, a ja od razu wziąłem ją do ręki, wypijając wszystko i jęcząc z ulgą. Tego właśnie pragnęły moje usta. Jednak ten facet wiedział, co dla mnie najlepsze. Dobra, to zabrzmiało dwuznacznie.

Spojrzałem w stronę kanapy i zdziwiło mnie, że pozostała nietknięta. Wyglądała jakby nikt na niej nie spał. Spojrzałem na Stylesa, a on uniósł pytająco brwi.

- Gdzie spałeś? – Spytałem.

- Z tobą w łóżku – odparł.

- Co!? – Krzyknąłem z paniką. – Harry, jak mogłeś mnie zgwałcić!?

- Jak mogłem co? – Parsknął śmiechem, stawiając na stole talerze. – Sam mnie prosiłeś, abym z tobą spał. – Dodał z szarmanckim uśmiechem, a ja się zarumieniłem.

- To.. To… Weźmy się za śniadanie i chodźmy do pracy – stwierdziłem, zaczynając jeść śniadanie, a on poszerzył swój uśmiech, również biorąc się za jedzenie.

**

Louis dalej nie dostarczył mi nagrania najnowszego singla, który miał promować jego płytę. Martwiło mnie to, gdyż zbliżał się termin oddania wersji ostatecznej piosenki. Przypomniałem mu o tym już tyle razy, ale z nim jak z dzieckiem. Obiecał, że nagra ten singiel dzisiaj, jednak nie było po nim żadnego śladu. Choć nie spodziewałem się, by dotrzymał słowa przez to, jakiego miał kaca wczoraj.

Westchnąłem ciężko, przecierając zmęczone oczy. Coraz bardziej nienawidziłem tych przeklętych szkieł kontaktowych. Moje oczy były wiecznie zaszklone, a pod koniec dnia robiły się czerwone i miałem ochotę je sobie wydłubać, gdy za długo nosiłem te kontakty. Najchętniej wróciłbym do okularów, ale wtedy stylistka z naszej wytwórni, która mi pomagała w przeobrażeniu, zdenerwowałaby się, delikatnie rzecz ujmując, za psucie jej wizji.

Podpisałem ostatni dokument na ten dzień i odsunąłem się od biurka. Wstałem z uśmiechem na ustach, nucąc coś pod nosem. Zgasiłem światło, zamknąłem biuro i ruszyłem korytarzem w stronę wyjścia. Nikogo już nie było. Jak zwykle wychodziłem ostatni. Nagle usłyszałem muzykę dochodzącą ze studia nagraniowego. Zaciekawiony pchnąłem drzwi, a moje uszy utonęły w słodkości doznań, jaką dawał mi głos osoby, która właśnie nagrywała.

Zmrużyłem oczy, zastanawiając się, kto to. Brzmiał tak bardzo jak Louis, ale to nie mógł być on. Nie zostawałby tu tak długo. Chyba że dopiero przyjechał. Jednak dalej mi się coś nie zgadzało - Lou o tej porze jeszcze nigdy nie przyszedł do studia. Zazwyczaj wpadał w porze lunchu, jęcząc, że jest głodny, nagrywał dosłownie w godzinę piosenkę i wypadał.

Kiedy jednak stanąłem za konsolą, która odpowiadała za brzmienie, moje zdziwienie było nie do opisania. Za szybą stał Louis. A właściwie siedział przy pianinie i dawał z siebie wszystko, podczas śpiewania każdej linijki tekstu. Oczy miał zamknięte i kołysał się nieznacznie w takt muzyki.

Usiadłem na fotelu i podkręciłem głośność. Odchyliłem do tyłu głowę, praktycznie usypiając od melodyjnego głosu chłopaka

How long will I love you?

As long as stars are above you

And longer if I may

How long will I love you?

As long as stars are above you…

Kiedy skończył, podniosłem się z miejsca i zacząłem klaskać. To była najpiękniejsza rzecz, jaką w życiu słyszałem. Louis poderwał się w popłochu, prawie przywracając się przez taborecik. Pokręciłem głową ze śmiechem. Pomachałem mu.

- Co ty tu jeszcze robisz? Myślałem, że nikogo już nie ma - oznajmił, kiedy tylko wyszedł zza drzwi. - to było beznadziejne. Mam nadzieję, że nie słyszałeś za dużo.

Spojrzałem na niego, jakby był chory psychicznie i chyba dobrze o tym wiedział, bo posłał mi pytające spojrzenie. Wywróciłem tylko oczami, załamując się wewnętrznie.

- To było genialne! - Prawie się wydarłem, machając rękoma. - Właśnie takie powinieneś mieć brzmienie. Czemu wcześniej tego nie słyszałem?

- Skończyłem nagrywać singiel i zacząłem sobie śpiewać piosenki, które sam napisałem - odpowiedział, wzruszając ramionami, jakby to nie było nic wielkiego. - Powinienem był po prostu wyjść, a nie robić sobie obciach - westchnął, chowając twarz w dłoniach. - Nie patrz się tak.

Moją twarz rozjaśnił uśmiech, którego nie potrafiłem określić. Zrobiło mi się tak cieplej na sercu i musiałem przygryźć wargę, by się nie roześmiać, choć nie wiem z czego.

- Lou, jesteś idealny - przyznałem, co nie przyszło mi z łatwością. - Mógłbym tylko siedzieć i na ciebie patrzeć, a twój głos działałby usypiająco na mój spracowany umysł. Zapewne każdy by tak miał.

- Harry - wypowiedział moje imię tak, jakby nie widział mnie od miesięcy, a może właśnie wtedy dopiero zobaczył mnie naprawdę. Zamrugał kilka razy, przypatrują mi się uważnie. – Masz zielone oczy…

Spojrzałem na niego pytająco, marszcząc brwi, a lewy kącik ust uniósł się nieznacznie w uśmiechu. Przeczesałem swoimi długimi palcami włosy, czując, jak cisza staje się niezręczna.

- Umów się ze mną na drugą randkę – wypaliłem nagle, jakby ktoś miał o mnie zaraz strzelić i byłyby to moje ostatnie słowa. – Przyjadę po ciebie jutro o siódmej i zabiorę do takiej jednej genialnej restauracji – powiedziałem, a moje oczy zapewne błyszczały z podekscytowania. Louis już chciał coś powiedzieć, ale uniosłem szybko palec wskazujący, kładąc mu go na ustach, by był cicho. – Nie przyjmuję odmowy. Obiecuję, że nie zmarnujesz ani chwili i będzie to najlepszy wieczór twojego życia, jeśli tylko będziesz współpracował. – Nachyliłem się do niego tak, że szeptałem mu do ucha i gdybym nie grał teraz pewnego siebie chłopaka, pewnie jąkałbym się jak oszalały. – Sprawię, że się we mnie zakochasz.

Pocałowałem go w policzek, po czym uśmiechnąłem się promiennie – tak że ukazały się moje dołeczki – i odwróciłem się na pięcie, kierując do wyjścia. Pokręciłem głową, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie zrobiłem.

**

- Stresuję się – mruknąłem do Liama, kiedy stałem przed moją garderobą półnagi.
Przymierzyłem już około piętnaście koszul, dwadzieścia koszulek i dziesięć par spodni, a i tak nic nie wydawało się być odpowiednie na tą randkę. Jeszcze nigdy się tak nie stresowałem. Jedynie moim balem maturalnym, jednak to nadal przezwyciężało wszystko inne. Bo to nie była zwykła randka. Miała być z osobą, która cholernie mnie peszy i sprawia, że nie mam pojęcia, co powinienem mówić. Kiedy poznałem Harry’ego nawet nie myślałem o tym, że będzie tak na mnie działał. Wydawał mi się być tylko debilem, który odebrał pracę Marcelowi. Jednakże od jakiegoś czasu w ogóle nie myślałem o uroczym okularniku. Skupiałem się na Stylesie.

- Wspaniały Louis Tomlinson stresuje się randką ze swoim marketingowcem? – Uniósł brwi, podchodząc do mnie. – Chyba nie idziesz na samych bokserkach, co nie?

- No, nie! – Jęknąłem. – Ale nie wiem, w co się ubrać.

Zaśmiał się jedynie, wchodząc do mojej garderoby i rozglądając się. Cóż, niewiele mógł dostrzec, ponieważ porozrzucałem wszystko w poszukiwaniu idealnych ubrań, jednakże nic takiego nie znalazłem. Pokręcił z politowaniem głową, odgarniając stosy ciuchów. Westchnął ciężko, szukając dalej, a ja stałem w moich bokserkach i obserwowałem go.

- A to? – Zagadnął, podając mi jedne z moich najciaśniejszych, ciemnych spodni i niezwykle duży sweter o bordowym kolorze.

- Na pewno? – Spytałem go, patrząc na te ubrania.

- Padnie przed tobą na kolana – stwierdził.

- Tak jak ty przed Zaynem? – Prychnąłem i z lekką trudnością wsunąłem na siebie czarne rurki, jednak kiedy je zapiąłem, poczułem się zwycięzcą. – O masakra. Gorzej niż na treningu – stwierdziłem, a następnie ubrałem sweter.

Podszedłem do dużego lustra, przeglądając się w nim. Musiałem przyznać, że nieźle wyglądałem. Nawet można stwierdzić, że zajebiście. Mój tyłek prezentował się idealnie w tych obcisłych spodniach, a za duży sweter świetnie z nimi kontrastował.

- Nadal się stresuję – mruknąłem.

Li wywrócił oczami, podchodząc do mnie i położył dłonie na moich ramionach, patrząc mi w oczy, jakby miał z nich zaraz przepowiedzieć przyszłość.

- Dasz radę. To może być twoja randka życia – stwierdził.

- Co mam robić? – Spytałem.

- Nie bądź kutasem – odparł, a ja zgromiłem go wzrokiem. – Nie zaprzeczaj, że nim nie jesteś.
Prychnąłem jedynie, poprawiając w lustrze włosy. To prawda, byłem kutasem dla Harry’ego i… miliona innych osób, jednak zmieniłem się. Stałem się milszy i przede wszystkim miałem lepszą kondycję niż kiedykolwiek. Byłem całkowicie innym człowiekiem niż ten, który wszedł do Horan Music Records swojego pierwszego dnia.

Po mojej trasie koncertowej zrozumiałem, że nie mogę wiecznie liczyć się tylko z sobą. Musiałem brać pod uwagę też innych ludzi, którzy wyciągali w moją stronę pomocną dłoń, a było tych osób sporo. Postanowiłem także dać szansę Harry’emu, który okazał się być świetnym człowiekiem i niepotrzebnie go odtrącałem. Czułem, że mogę mu zaufać.

- Nie będę – stwierdziłem, pryskając się perfumami, a po chwili usłyszałem dzwonek do drzwi i wiedziałem, że to Harry. – O Boże – szepnąłem.

- No, idź! – Mruknął Li.

Wziąłem kilka głębokich wdechów i skierowałem się do przedpokoju, przeglądając się w każdym lustrze, jakie mijałem. Kiedy stanąłem przed drzwiami, położyłem niepewnie dłoń na klamce, po kilku sekundach naciskając na nią i otwierając je.

Stał tam idealnie ubrany, z rozpiętą przy szyi koszulą, a swoją twarz przysłonił różami. Nie potrafiłem wstrzymać uśmiechu, więc od razu go nim obdarowałem. Naprawdę się starał.

- Dziękuję, wariacie – powiedziałem, biorąc od niego bukiet kwiatów, a następnie pocałowałem go w policzek.

Obiecał sprawić, że się w nim zakocham i małymi kroczkami udawało mu się to. Zapowiadało się, że będzie to moja randka życia.

**

Randka była niesamowita. Louis, o dziwo, nie bronił się przede mną jak podczas pierwszej. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy znali się od dawna, co nie było przekłamaniem – on najzwyczajniej w świecie wcześniej nie chciał ze mną rozmawiać. Teraz coś się w nim zmieniło. Był szczery, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Zapłaciłem za jedzenie i wyszliśmy z restauracji. Już odjechaliśmy, ale szczęście nam chyba nie dopisywało zbytnio tego dnia, a może wręcz przeciwnie. W połowie drogi okazało się, że skończyło się paliwo. Zadzwoniłem, gdzie trzeba, ale do domu Louisa postanowiliśmy dotrzeć pieszo, gdyż nie było to daleko. Szliśmy blisko siebie, a nasze dłonie raz po raz ocierały się nawzajem, sprawiając, że po całym moim ciele rozchodził się prąd. W głębi duszy liczyłem na to, że on też tak to odbiera, ale moje nadzieje pewnie były bezcelowe, choć miło jest marzyć.

- Louis, muszę ci coś wyznać – powiedziałem, ale gdy zatrzymaliśmy się, by spojrzeć sobie w oczy, nagle zaczął padać deszcz.

Szatyn czym prędzej popędził do budki telefonicznej, by uniknąć zmoknięcia, ale ja kochałem deszcz. Spojrzał na mnie zza szklanych drzwiczek, a ja pomachałem na niego, by wrócił do mnie. Pokręcił głową. Westchnąłem, po czym przymknąłem oczy i rozpostarłem ramiona, napawając się każdą kroplą. Nagle ktoś położył dłoń na moich plecach. Odwróciłem się i ujrzałem nieznacznie przemoczonego Louisa, który wpatrywał się we mnie z wyrzutem. Uśmiechnąłem się do niego radośnie, a on tylko wywrócił oczami. Niespodziewanie złapałem go jedną dłonią mocno w pasie, a drugą ująłem jego rękę. Zacząłem nucić „Love me tender”, licząc, że jest w nim gdzieś głęboko ukryty romantyk. Kołysaliśmy się w rytm melodii, aż po chwili skończyłem śpiewać, a głowa Louisa dalej spoczywała na moim ramieniu. Serce zaczęło mi szybciej bić z nadzieją na coś więcej z jego strony. Ująłem jego twarz delikatnie w obie ręce.

- Harry, nie jestem z porcelany – mruknął, przymykając powieki.

- Może i nie – przyznałem, zbliżając swoją twarz tak bardzo, że nasze usta dzieliły milimetry. – Jednak mimo wszystko powinienem cię traktować z miłością, bo właśnie na to zasługujesz.

I pocałowałem go. A było to tak słodkie i inne od naszego pierwszego pocałunku. Wtedy Lou był pijany i praktycznie tego nie pamiętał, a teraz sam, na trzeźwo, wyraził zgodę, bym wykonał ten ruch. Deszcz padał coraz mocniej, ale nie zwracaliśmy na to uwagi, skupieni tylko i wyłącznie na pocałunku oraz na tym, by nie zapomnieć oddychać. Moja ręka powędrowała po jego koszulkę, chcąc coraz więcej.

- Harry – wymruczał Louis, odpychając mnie nieznacznie od siebie, a ja zastygłem. – Nie możemy… Nie na ulicy, ale… U mnie… P-pośpieszmy się…

Jąkał się i była to najbardziej urocza rzecz na świecie. Chciał mnie. Musiałem zamrugać kilka razy, by to do mnie dotarło. Złapałem go za dłoń i praktycznie pobiegłem przed siebie. Jego dom był niecały kilometr dalej, a po tylu treningach dla Louisa nie było już to problemem. Bieganie na takie dystanse to norma. Niedługo później wpadliśmy do salonu, całując się jak opętani. Tak długo czekałem na ten moment. Tak bardzo go kochałem, że to bolało i nie wiedziałem, czy sprostam jego oczekiwaniom. Tak naprawdę, mogłem dać mu jedynie swoją miłość.

**

Pierwsze minuty były spędzone w moim salonie, gdzie wymienialiśmy się namiętnymi, wręcz łapczywymi pocałunkami. Ująłem jego twarz w swoje dłonie, zaczynając się bawić się nieposkromionymi lokami. Harry włożył dłonie pod mój sweter, przenosząc swe usta na moją szyję i tworząc co kawałek nową malinkę. Przymknąłem oczy, rozkoszując się jego pieszczotą. W pewnym momencie złapałem jego dłonie, prowadząc go do mojej sypialni.

Zacząłem odpinać jego koszulę, co nie trwało długo, ponieważ miał już odsłoniętą klatę na naszej randce. Kiedy jego skóra była całkowicie odkryta, dotknąłem delikatnie dłońmi jego tatuaży, przesuwając po nich opuszkami palców, jakby były zrobione z papieru. Nie pozostawał mi dłużny. Po kilku sekundach i ja miałem odkryty tors, a mój sweter wylądował gdzieś w kącie. Położył ręce na moich biodrach, przybliżając mnie do siebie i składając delikatny, aczkolwiek długi pocałunek na mojej szyi.

Moje dłonie powędrowały do jego spodni, gdzie zacząłem bawić się rozporkiem, aż w końcu go odpiąłem, a następny w kolejce był guzik. Powoli zsunąłem z niego ciasne spodnie, pozostawiając go w samych bokserkach. Ten następnie wziął mnie na ręce, kładąc powoli na łóżku i zdjął moje rurki, całując każdy skrawek odkrytego ciała. Gdy jego usta znalazły się udach, zsunął z moich bioder bokserki, zostawiając mnie całkowicie nagim.

Jego usta wędrowały po moim ciele, aż doszły do ust. Przygryzłem lekko jego wargi, a on zamruczał seksownie. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu. Patrzył mi w oczy, jakbym był jedynym mężczyzną na świecie. Pogłaskałem jego policzek, całując w tym samym czasie nos, a on zaśmiał się uroczo.

Zdjąłem jego bokserki, patrząc cały czas w te szmaragdowe tęczówki. Mogłem w nich idealnie dostrzec błysk radości. Od razu poczułem się szczęśliwy.

- No, dalej – wymruczałem. – Mój tyłek został stworzony, aby w nim być. – Dodałem, a on ponownie się zaśmiał.

- Raczej, abym ja w nim był – stwierdził, obdarowując mnie kolejnym pocałunkiem.

Ostrożnie rozszerzył moje nogi, scałowując moje uda, a ja zamruczałem z uśmiechem, układając się wygodnie. Jego przyjaciel był zwarty i gotowy, aby zacząć swoją robotę. Położyłem dłonie na jego ramionach, dając mu znać, że jestem gotowy.

- Tylko, że to mój… Ja nie… - Wymamrotał.

- Och – mruknąłem. – Spokojnie. Wszystko po kolei. Małe kroczki. – Uśmiechnąłem się do niego. – Nigdzie się nie spieszymy. – Dodałem.

Przytaknął jedynie, a ja w odpowiedzi pocałowałem go, rozluźniając się i pozwalając, aby wszedł we mnie, uprzednio pokrywając jego męskość lubrykantem, który wyciągnąłem z mojej szafki nocnej. Zrobił to powoli i delikatnie, a ja jęknąłem cicho, czując go w sobie. Po chwili wszedł odrobinę głębiej, na co sapnąłem krótko.

- Wszystko okej? – Spytał. – Nie boli cię?

- Harry. – Spojrzałem w jego oczy. – Jest idealnie – stwierdziłem.

Uśmiechnął się jedynie, zaczynając coraz szybciej ruszać biodrami, a ja korzystałem z tej cudownej rozkoszy, jaką mi dawał. Objąłem jego szyję jednym ramieniem, czując jak kropelki potu pojawiają się na mojej skórze. Kiedy przyspieszył swoje ruchy, nie pozostało mi nic innego, jak tylko jęczenie i wołanie jego imienia. Był to najlepszy seks w moim życiu, a on był najbardziej wyjątkowym chłopakiem, z którym to zrobiłem. Wszystko układało się idealnie.

Kiedy obydwoje zaczęliśmy szczytować, krzyczeliśmy nawzajem tylko swoje imiona, patrząc sobie w oczy, aż doszedł we mnie, a ja poczułem, że jestem na skraju rozkoszy. Czułem jak dochodzę z głośnym jękiem, a Harry padł na poduszkę obok.

- Kocham cię – wyszeptał, a ja rozszerzyłem oczy zdezorientowany, patrząc na niego.

- Dzisiaj sprawiłeś, że też do tego zmierzam – odparłem, całując go delikatnie, a następnie wtuliłem się w jego klatkę piersiową.

**

Obudziłem się, gdy słońce było już dość wysoko na niebie, a jego promienie padały przez okno na moją twarz. Przekręciłem się na drugi bok i wyciągnąłem rękę, ale napotkałem tylko zimną pościel. Przez moment zwątpiłem, czy ta noc miała w ogóle miejsce, choć nie byłem pijany, by sobie coś uroić. Podniosłem się szybko z łóżka i znalazłem spodnie. Nawet nie kłopotałem się z szukaniem koszulki, ponieważ ciuchy były porozrzucane po całym pokoju, który szybko przeciąłem w kilku krokach i pchnąłem drzwi.

- Lou – wyszeptałem, słysząc śpiewanie, dochodzące z kuchni i uśmiechnąłem się mimowolnie na wspomnienie tej nocy.

Nie zarejestrowałem nawet, jaką piosenkę śpiewa. Po prostu oparłem się o futrynę i przyglądałem się mu, jak nieudolnie próbuje zrobić śniadanie. Na talerzu leżała przypalona jajecznica, podczas gdy Louis panikował, że toster nie działa i nie mogłem powstrzymać śmiechu. Był chyba nieco za głośny, ponieważ usłyszał mnie i odwrócił się w moją stronę. Włosy miał potargane we wszystkie strony, a na szyi i torsie miliony malinek. Ubrany był jedynie w moje bokserki, które pewnie wyjął z szuflady.

- Jesteś piękny – wyrwało mi się, a szatyn oblał się rumieńcem, który próbował zamaskować.

- Powinienem umieć to obsługiwać – jęknął, wskazując na toster. Załamał ręce. – Co robię nie tak?

- Nie jestem pewien – zacząłem, podchodząc do niego i wymijając go, by sięgnąć za toster. – Ale to chyba wina tego, że nie jest podłączony do prądu.

Zaśmiałem się, włączając wtyczkę do kontaktu i urządzenie zaczęło działać. Posłałem mu znaczące spojrzenie, a on tylko uderzył się z otwartej dłoni w czoło i oparł się o ladę obok mnie. Nagle zaczęły mnie piec oczy – tak niemiłosiernie, że prawie zacząłem płakać. Szybko skierowałem się do łazienki i wyjąłem soczewki. Powinienem je wyjąć na noc, ale nie miałem kiedy. To był mój błąd. Wyjąłem okulary z pudełka leżącego na toaletce i założyłem je na nos, ponownie odzyskując ostrość widzenia. Kiedy wróciłem do kuchni, Louis siedział przy stole czekając na mnie z grzankami, które miały nieco przypieczone brzegi.

- Wszystko w porządku? – Spojrzał na mnie ze zmartwieniem w oczach. – Masz czerwone oczy.

- Już dobrze. Zapomniałem wyjąć szkieł kontaktowych – wyjaśniłem, zajmując miejsce naprzeciwko niego. – Umieram z głodu.

Chwyciłem za grzankę, posmarowałem ją dżemem i nie zwracałem uwagi na to, że brzegi były tak spalone, że smakowały jak kapcie. Ugryzłem ją, po czym przeżuwając, podniosłem wzrok na szatyna. Przyglądał mi się i nie mogłem odczytać wyrazu jego twarzy – było na niej tyle emocji, iż wystraszyłem się, że coś się stało. Przełknąłem spalony kawałek i wyciągnąłem dłoń. Ręka Louisa była zaciśnięta w pięść i drżała nieznacznie. Uśmiechnąłem się do niego ciepło.

- Co jest? – spytałem, przechylając głowę.

- No nie wiem – odpowiedział, po czym zabrał dłoń i odsunął się na krześle. – Chcesz mi coś powiedzieć, Marcel?

Nacisk, który położył na moim roboczym imieniu był przerażający. Przełknąłem głośno ślinę, a źrenice mi się poszerzyły. Zamrugałem kilka razy, oddychając ciężko.

- Lou, proszę – wyszeptałem, gdy niespodziewanie uniósł się z krzesła i zdjął mi okulary z nosa. – Nie chciałem, żebyś tak się dowiedział…

- Myślałeś, że kiedy założysz okulary, które sam ci potłukłem, to się nie zorientuję? – Nie widziałem go, ale po głosie mogłem ocenić, iż był bliski łez. – W końcu jesteś Marcel czy Harry? Już z żadnym nie chce mieć nic wspólnego – stwierdził, odrzucając mi okulary na kolana. Szybko je założyłem, by móc zareagować. Podniosłem się do niego. Stanąłem tak blisko, że nie miał drogi ucieczki. Ręce ułożyłem na ladzie po obu stronach jego bioder, zmuszając, by spojrzał mi w oczy. – Wypuść mnie.

- Nazywam się Harry Styles – wyjaśniłem, a w moich oczach pojawiły się łzy. – Marcel to… To imię wyszło przez przypadek, ale się przyjęło i już tak zostało. Ale nieważne jak mam na imię. Lou, kocham cię. Jestem tym samym chłopakiem, którego znałeś od początku. Proszę, nie zostawiaj mnie.

- Od początku kłamałeś! A myślałem, że jesteś inny – stwierdził gorzko, po czym uderzył mnie w pierś, bym się odsunął i nie opierałem się zbytnio. Chyba po prostu wiedziałem, że nie mam jak walczyć. Miał rację. Nie powinienem był tak go potraktować. – Teraz mówisz, że mnie kochasz, ale gdyby tak było, nie okłamałbyś mnie. Jestem naiwny…

I to był moment, kiedy Louis zaczął płakać, a mnie serce ścisnęło z bólu – jakby rozpadało się na miliony kawałeczków. Właśnie straciłem miłość swojego życia.

- Zakochałem się w tobie, gdy byłem nerdem, wiesz? – Uśmiechnął się z bólem. – Dlatego tak nienawidziłem tego wszystkiego – powiedział, wskazując na mnie ręką. – Byłeś inny. Nie byłeś moim Marcelem. Teraz już wiem, że jego nawet nie było. Zawsze byłeś tylko ty. – Uniósł wzrok i spojrzał mi prosto w oczy. Już nie płakał. Był tak zdenerwowany, że gdyby spojrzenie mogło zabić, już bym nie żył. Po policzkach poleciały mi łzy. – Nie chcę cię znać. Jeśli nie odejdziesz z Horan Records, to zerwę kontrakt i zmienię wytwórnię. Wiem, że nie powinienem tak robić, ale ja… Ja nie umiem…

Już nawet nic nie widziałem przez łzy. Chyba nigdy tyle w życiu nie płakałem. Czułem pustkę, więc już było mi wszystko jedno. Rzuciłem się na kolana i objąłem chłopaka w pasie, opierając głowę o jego brzuch. Starałem się uspokoić.

- Lou, nie zostawiaj mnie – błagałem. – Nie pozwól mi tak po prostu odejść. Nie chcę, by to, co mamy, się skończyło.

- My już nic nie mamy – stwierdził, uwalniając się z moich objęć. – I mówiłem ci. Ty nie masz prawa mnie tak nazywać. Nie ty.

Odwrócił się i skierował do sypialni. Szybko się ubrał. Nie spojrzał nawet na mnie, gdy pokonywał odcinek korytarza dzielący sypialnię z drzwiami wyjściowymi. Widziałem jak wychodzi. I nic nie zrobiłem.

- Kurwa mać! – krzyknąłem, uderzając z całej siły pięściami w zimną i zalaną łzami podłogę kuchni.

________

W końcu nam się udało <3 Jestem z nas dumna. Liczę, że wam się podoba :3 Teraz jeszcze część 3 i zakończymy tą trylogię c:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz