5
Jego wizyta w Nowym Jorku pochłonęła jeszcze cztery ofiary. Tak małe odstępy pomiędzy były porywające.
Miał do dodania o cztery więcej do swojej rosnącej kolekcji nagrań ostatnich słów:
1. „Ty chory popierzeńcu. Mój chłopak cię dopadnie.”
- Lisa, niewierna tancerka z Nowojorskiej Szkoły Baletu, uduszona wstążkami od jej własnych baletek.
2. „Proszę, zrób to tak, żeby bolało.”
- Ryan, masochistyczny urzędnik pocztowy, dźgnięty w serce nożykiem do otwierania listów.
3. „Jestem tylko cieniem. Moje życie nie zostawiło po sobie nic. Zabicie mnie nie zrobi różnicy. Po prostu mnie nie będzie.”
- Alex, uzależniony od narkotyków student NYU, pobity na śmierć cegłą.
4. „Popełnisz błąd. Typy jak ty zawsze to robią. Myślisz, że jesteś taki mądry, ale tak naprawdę jesteś porażką. Pokażesz prawdziwego siebie komuś,
komu nie powinieneś i za to zapłacisz. Znajdą cię i będą wiedzieć, co zrobiłeś.
- Trina, inteligentna dziennikarka, uduszona swoją skórzaną rękawiczką pomiędzy regałami starej księgarni.
To było wspaniałe polowanie, które pozostawiło go gotowego do ruszenia w drogę ze skupionym umysłem.
Nie będzie musiał się wymykać, jego ręce nie będą drżały tak bardzo i w każdej chwili będzie mógł odsłuchać swoje nagrania.
Niestety, coś wydawało się dręczyć jego umysł od jego ostatniego zabójstwa. Na początku to uczucie budowało się w nim powoli, ale teraz pulsowało z pełną mocą.
Nie mógł wyrzucić ze swojej głowy słów ostatniej ofiary.
Zawsze był ostrożny. Nigdy go nie złapią, ani policja, ani co ważniejsze, ci, którzy mają jakiekolwiek znaczenie.
Musiał się ukrywać, nie tylko dla swojego dobra, ale również dla bezpieczeństwa ludzi, którzy go otaczali. Jeśli dowiedzieliby się o jego ciemnej stronie, już nigdy nie spojrzeliby na niego tak samo.
Nieprzyzwyczajony do wewnętrznych rozterek, myślał o usunięciu słów Triny, ale to było coś, czego nigdy wcześniej nie robił. To oznaczałoby zmianę schematu, a na to nie mógł sobie pozwolić.
Musiała istnieć kontrola. Musiał trzymać się ustalonych zasad albo wszystko szlag trafi. Był silny. Nie był słabeuszem, który oddałby się w ręce policji dla ‘dobra społeczeństwa’. Był lepszy niż to.
Był lepszy niż większość. Znajdował się w 1% ludzi, którzy potrafili postrzegać życie takim, jakim było. Miał czysty umysł, podczas gdy inni byli obciążeni obawami, winą… emocjami.
Nic nie mogło go powstrzymać, tylko on sam.
A on nie zamierzał przestać. Nie teraz. Nie kiedykolwiek.
Odbieranie żyć dawało mu kontrolę i przypominało, jak bardzo różnił się od innych.
Ale mimo wszystko, nie mógł wykasować słów Triny i zamiast tego postanowił je zatrzymać, jako przypomnienie swojego momentu słabości.
CM~CM~CM~CM
- Batman? Poważnie Liam? – zapytał Zayn, dźgając palcem plastikowy kaloryfer na brzuchu przyjaciela.
- Wyglądam jak twardziel. – odparł Liam, naśladując chrapliwy głos Christiana Bale’a. – Na dodatek, ty jesteś przebrany za Zieloną Latarnię, więc na czym polega różnica? Ten film był beznadziejny.
Zayn natychmiast zatkał swoje uszy palcami jak dziecko. – Jaki film? NIE BYŁO ŻADNEGO FILMU! Zielona Latarnia jest najlepszym super-bohaterem, używa swojej wyobraźni do walki ze złem, w przeciwieństwie do Batmana, który korzysta z rodzinnej kasy i swoich pięści.
- Okej kujony, koniec tego. – przerwał Louis, opadając na kanapę w hotelowym pokoju Liama.
W takich momentach, Louis uświadamiał sobie, że jest najstarszy w tej grupie. Zapominał o różnicy wieku, ale gdy chłopacy zaczynali się wygłupiać, odczuwał ją (nawet, jeśli i tak w którymś momencie do nich dołączał).
- NIE masz na sobie kostiumu, Lou? – zapytał głupio Liam.
Zayn w końcu opuścił dłonie i spojrzał zszokowany na Louisa.
- Jestem przebrany za członka One Direction, to jeden z najpopularniejszych kostiumów w tym sezonie! - odparł Louis
- Poważnie, nagle znienawidziłeś Halloween, czy coś? – zapytał Zayn, zaskoczony zmianą.
Louis uniósł kącik ust, widząc jak łatwo oszukał swoich przyjaciół. Halloween oczywiście było jego ulubionym świętem. Wszystkie żarty uchodziły mu na sucho, a co najlepsze: mógł stać się czymkolwiek lub kimkolwiek chciał.
- Czuję się szczerze urażony. Myślałem, że znacie mnie lepiej. – odparł Louis. – Harry przyniesie moją część kostiumu.
Liam i Zayn obaj wypuścili z ulgą oddechy, w momencie, gdy do pokoju wszedł Niall w pełnym stroju pingwina.
- NIE! TO ZBYT SŁODKIE, NIE POZWOLĘ NA TO! – wrzasnął Liam, przyszpilając pingwina/Nialla do ziemi.
Blondyn zachichotał zaskoczony, gdy uderzył w ziemię. Zayn wkrótce do nich dołączył, przygniatając ich.
Louis zachichotał, patrząc na śmiejących się przyjaciół, zanim nie skoczył w masę splątanych kończyn i śmiechu.
Gdy Harry wszedł, zamarł zaskoczony stosem swoich przyjaciół, ale równocześnie rozbawiony widokiem.
- Dlaczego nikt nie zaprosił mnie na tę imprezę? – rzucił Harry dołączając do nich po chwili.
Gdy Paul wkroczył do pokoju piętnaście minut później, zobaczył chłopaków tarzających się po ziemi, z twarzami zaczerwienionymi od śmiechu.
Ich ochroniarz musiał przypomnieć sobie, że nie byli pod wpływem narkotyków i do pełnego „odlotu” potrzebowali tylko swojej wzajemnej obecności.
- Gotowi na imprezę? – zapytał Paul, przerywając im.
-Awwww… musimy? – jęknął Louis, rozpłaszczony na klatce piersiowej Harry’ego. – Wolę posiedzieć z chłopakami niż z grupą nieznajomych.
Liam, czując nagle przypływ odpowiedzialności, wstał i powiedział. – Obiecaliśmy fanom, że tam będziemy, więc lepiej już chodźmy.
Zayn skinął głową zgadzając się z nim i pomagając wyplatać się Niallowi z jego pozycji.
- Muszę się w tym pokazać. – powiedział Niall, kiwając się na boki by podkreślić swoje słowa.
Zayn i Liam roześmiali się, kiedy Louis nagle się skrzywił. Wolał spędzić ten wieczór w towarzystwie swoich czterech przyjaciół, a nie otoczony tłumem bezimiennych twarzy, których prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczy.
- Lou, jeśli naprawdę nie chcesz iść, zostanę z tobą. – wyznał Harry, posyłając przyjacielowi ciepły uśmiech.
Jeśli była jakaś rzecz, której Louis szczerze nienawidził, to było nią uczucie, że ktoś rezygnuje z czegoś, dlatego że jest mu go szkoda. Nie chciał odbierać Harry’emu szansy na dobrą zabawę tego wieczora.
Mimo, że chciał tylko spędzić czas ze swoimi przyjaciółmi, Louis zacisnął zęby i skoczył na nogi wyciągając dłoń w stronę Harry’ego. – I tak mam ochotę na coś słodkiego. Poza tym ludzie powinni zobaczyć nasze świetne kostiumy.
- Jesteś pewien? – zapytał Harry, wątpiąc w to iż Louis tak natychmiast zmieniłby zdanie, gdyby nie chodziło o coś głębszego.
Harry nie chciał by jego przyjaciel podporządkowywał się im wbrew sobie, bo miał wrażenie, że jeśli chodziło o szczęście, Louis zawsze stawiał wszystkich ponad siebie.
- Jasne, że jest pewny. – zapewnił Zayn Harry’ego, owijając Louisa ramieniem. – Dlaczego miałby tak powiedzieć, jeśli by nie chciał?
Louis skinął zgadzając się z Zaynem. Harry milczał, nie chcąc zawstydzać Louis konfrontacją na oczach przyjaciół.
- CHODŹMY WIĘC PRZEDAWKOWAĆ CUKIER! – krzyknął Niall, wyrzucając entuzjastycznie w górę swoje skrzydła.
Louis nie mógł oszukać Harry’ego, niezależnie od tego jak bardzo się starał.
CM~CM~CM~CM
Wkroczył do pomieszczenia pełnego nieznajomych i natychmiast poczuł się zachwycony swoją anonimowością. Przypomniało mu to o kobiecie w czerwieni, którą zabił na imprezie zaledwie miesiąc temu.
Ludzie mieli tendencję do większej ufności, gdy byli odurzeni, nawet jeśli tylko społeczną interakcją. Tłumy były dla nich równocześnie obce jak i bliskie, nie mógł temu zaprzeczyć, ale nagle poczuł coś co sprawiło, że włoski na jego karku stanęły dęba.
Odwrócił się i zobaczył zagrożenie.
Będąc kreaturą ciemności, bez problemu rozpoznawał podobnych sobie, gdy ci znaleźli się w jego obecności.
Miała na sobie przebranie lalki i wymalowane duże, niewinne, niebieskie oczy. Jej naturalna naiwność perfekcyjnie maskowała ciemność ukrytą w jej wnętrzu.
Zmrużył oczy patrząc na nią, a ta po prostu się uśmiechnęła, również go rozpoznając.
CM~CM~CM~CM
- Ten Sherlockowy płaszcz jest świetny. – zauważył Niall, dotykając wysokiego kołnierza płaszcza Harry’ego.
- Nie rozumiem, dlaczego ja muszę być Watsonem… - wymamrotał Louis, mimo tego, że podobał mu się jego kostium.
- Jestem wyższy i mam odpowiednie włosy. – oznajmił Harry, spoglądając na niego z rozbawieniem.
- Tak, ale ja jestem mądrzejszy. – odparł Louis ze złośliwym uśmieszkiem.
Chłopcy byli już na imprezie półtorej godziny, kiedy postanowili się ulotnij do strefy V.I.P. Klub był wypełniony po brzegi i praktycznie nie dało się zamienić słowa pośród dudnienia ogłuszającej muzyki.
- Żałuje, że zdecydowałem się na ten cholerny kostium. – jęknął Niall, wycierając pot z czoła. – Pocę się jak na Saharze.
- Masz trochę lodu. – powiedział Harry, podając szklankę swojemu przyjacielowi.
- Gdzie są nasi ulubieni superbohaterowie? – zapytał Louis przeczesując wzrokiem pomieszczenie w poszukiwaniu Liama i Zayna.
Jakby na znak, ‘Batman’ i ‘Zielona Latarnia’ wpadli do strefy V.I.P., opadając na kanapę obok trójki chłopaków.
- Zaraz odpadną mi stopy od tańczenia, nasi fani są szaleni! – wyznał Liam z szerokim uśmiechem.
- Oh tak. – wydyszał Zayn. – Już przestałem liczyć jak wiele z nich, próbowało złapać mnie za tyłek!
Chłopcy wybuchnęli śmiechem, nieświadomi obecności dziewczyny w przebraniu lalki, która podeszła do ich stolika z nożem ukrytym w rękawie.
- Witajcie. – oznajmiła, gdy dotarła do stolika. – Chciałabym pamiątkę.
Jego krew zaczęła wrzeć, ale nie mógł nic zrobić, nie wydając również siebie. Zacisnął pięści i zęby, wiedząc, że nie może zrobić nic dopóki nie będzie to niezbędne.
- Uh… przykro mi, ale nie możesz tutaj być. – oznajmił Liam spokojnym głosem. – Wrócimy na salę za chwilę, a wtedy z przyjemnością damy ci nasze autografy.
- Nie chcę autografu. – warknęła sięgając po coś w jej rękawie.
- POMOCY! – wrzasnął Louis i poderwał się na nogi, pierwszy zauważając zagrożenie i wskazując na dziewczynę. – ONA MA NÓŻ!
Harry instynktownie przyciągnął do siebie Louisa, odciągając go z zasięgu noża.
Paul skoczył do akcji, chwytając dziewczynę zanim ta mogła wyrządzić jakiekolwiek szkody, poza przestraszeniem ich.
Wrzeszczała, próbując sięgnąć w ich stronę, ale Paul bez zastanowienia odciągnął ją od nich.
- Miałeś rację. Powinniśmy byli zostać w hotelu. – wymamrotał Zayn do Louisa, zesztywniały ze strachu.
Louis uśmiechnął się słabo do przyjaciela, pocieszony faktem, że Harry ani na moment nie puścił go ze swoich ramion.
CM~CM~CM~CM
Jego głód nie został zaspokojony tego wieczoru, ale przynajmniej wiedział, że jego pobratymiec ciemności, nie był w stanie dostać tych, których on postrzegał jako swój dom.
Halloween było czasem przebieranek, ale obawiał się, że bez tego ci, o których się troszczył (a przynajmniej myślał, że się troszczył) mogą zacząć przebijać wzrokiem jego codzienne przebranie.
5
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz