LATO
I.
Harry ma trzynaście lat i są to jego pierwsze wakacje, w czasie których mama pozwala mu samemu wychodzić wieczorem z domu i bawić się na zewnątrz. Uważa, że jest już na tyle odpowiedzialny, by pamiętać o powrocie przed nocą, o nie braniu niczego od nieznajomych i nie wsiadaniu do przypadkowych samochodów, a także na tyle mądry, żeby spędzać czas z przyjaciółmi, którzy nie palą papierosów i nie piją alkoholu w tak młodym wieku. Harry przyrzeka sobie w duchu nigdy nie wystawiać na próbę jej zaufania, więc gdy tylko słońce zaczyna chować się za horyzontem, żegna się z chłopakami i opuszcza osiedlowe boisko, na którym każdego wieczora rozgrywają mecz, a potem udaje się prosto do domu, choć koledzy zostają tam do późnych godzin nocnych.
Mimo to jest dumny z siebie, czuje się tak dorosło. Przestaje być dzieckiem i rozpoczyna całkiem nowy, ekscytujący etap w swoim życiu. Zaczyna szybko rosnąć; długie ramiona kołyszą się po obu stronach jego chudej klatki piersiowej. Stopy wydłużyły się i stawiają niepewne kroki, plącząc się lekko w czasie chodzenia, ale Harry z zadowoleniem kupuje buty w rozmiarze czterdzieści i porównuje je z tymi, które nosi jego ojczym - są prawie tej samej wielkości. Z utęsknieniem czeka też na pierwsze oznaki męskiego zarostu. Każdego ranka uważnie bada palcami skórę swojej twarzy, szczególnie skupiając się na obszarze nad górną wargą, niestety jego cera wciąż pozostaje w dziecięcy sposób nieskazitelnie gładka, bez chociażby jednego wyprysku na czole, co go niezmiernie irytuje. Zauważa jednak, że jego ciało jest nieproporcjonalne, jakby złożone z niepasujących do siebie części, i czuje pod skórą, że to już niedługo się stanie. Jeszcze tylko chwila i będzie nastolatkiem.
Gemma śmieje się, gdy jego głos nagle załamuje się przy obiedzie, zwiastując nadchodzącą wielkimi krokami mutację.
Któregoś lipcowego wieczora rezygnują z gry w piłkę nożną, zamiast tego zbijając się w ciasną grupkę w najdalszym rogu boiska, tuż przy ogrodzeniu. Jeden z chłopaków otwiera przyniesione przez siebie kolorowe czasopismo i z gardeł pozostałych wydobywa się zduszony chichot. Harry patrzy bez słowa na zdjęcia nagich kobiet, ściskając w rękach piłkę, a w tym samym czasie jego koledzy szturchają się łokciami i z rumieńcami na policzkach pchają się do przodu, by być bliżej. Nie widzi nic atrakcyjnego w sztucznych uśmiechach, wyeksponowanych piersiach i dziwnych pozach modelek. Przechodzi go nieprzyjemny dreszcz, gdy mimowolnie wyobraża sobie na ich miejscu swoją mamę i siostrę, a coś w jego brzuchu przewraca się z obrzydzenia. To kompletny brak szacunku. Zdjęcia są upokarzające, nie chce dłużej na nie patrzeć, ale robi to, ponieważ właśnie tego wszyscy od niego oczekują - staje się mężczyzną, a mężczyźni lubią nagie kobiety. Dołącza więc do podnieconych rozmów, starając się wczuć w klimat. Później, kiedy siedzi bezpiecznie w swojej sypialni, mimowolnie zastanawia się, czy coś z nim jest nie tak.
II.
Więcej przywilejów oznacza także więcej obowiązków i Harry z niechęcią wypełnia polecenia wydawane mu przez mamę. Wynosi śmieci do kontenera na tyłach domu, robi zakupy w pobliskim supermarkecie i wsiada do autobusu, by trzy przystanki dalej oddać książki do biblioteki lub odebrać paczkę od cioci z Liverpoolu na sąsiadującej z biblioteką poczcie. Czasami musi zrezygnować z zabawy, żeby pomóc w porządkach i coraz częściej zajmuje się rzeczami, które do tej pory robiła Gemma. Nikt z domowników nie wydaje się rozumieć, że Harry potrzebuje czasu dla siebie, że musi wykorzystywać uciekające wakacje do ostatniej sekundy, a niekończące się obowiązki nie dają mu w pełni się nimi cieszyć. Nie podoba mu się to, więc próbuje rozmawiać się z mamą, a kiedy kobieta każe mu przestać się awanturować, krzyczy i biegnie na górę, gdzie trzaska drzwiami swojej sypialni i przekręca klucz w zamku, aby nikt nie mógł do niego wejść. Dopiero przed kolacją rozlega się ciche pukanie. Łagodny głos ojczyma woła go na posiłek i zapewnia, że nikt nie jest na niego zły, ale Harry nie wychodzi z pokoju. Czeka, aż Robin zrezygnuje i zejdzie po schodach, a potem włącza głośno muzykę i wymyka się przez okno, zeskakując na trawnik po drewnianej kracie dla pnączy. W jego ubraniu tkwi kilka listków, więc wydłubuje je z materiału i wyrzuca za siebie. Czuje się wolny. Płomyki ekscytacji rozpalają jego skórę, ponieważ po raz pierwszy sprzeciwia się rodzicom. Cokolwiek teraz zrobi, oni nadal będą przekonani, że chłopak przebywa w domu i ta świadomość dodaje mu skrzydeł. Na palcach skrada się pod oknem jadalni, wstrzymując oddech, gdy zza szyby dochodzi głośny wybuch śmiechu. Przystaje jeszcze na chwilę przed schodami. Z wahaniem patrzy na numer swojego domu, ale szybko pozbywa się niepewności i z lekkim sercem oraz szerokim uśmiechem na ustach zrywa się z miejsca. Przecież wróci zanim zorientują się, że w ogóle wyszedł. Biegnie chodnikiem, przeskakuje popękane płyty z betonu, a pęd powietrza rozwiewa jego loki. Nieliczni przechodnie rzucają mu zdziwione spojrzenia, ale Harry ich nie widzi, wciąż gnając przed siebie, aż przystaje na skraju osiedla, gdzie metalowa tabliczka obwieszcza granicę Holmes Chapel. Pytanie o to, dlaczego skierował się akurat tutaj nie jest ważne, zwyczajnie to zrobił. Jako pan swojego losu po prostu może.
Jest zziajany, pot spływa mu wzdłuż kręgosłupa, przyklejając koszulkę do skóry. Harry rozgląda się wokoło i po drugiej stronie drogi widzi nieduży zajazd, w którym zatrzymują się głównie kierowcy ciężarówek. Z głodu burczy mu w brzuchu. Mama zawsze mu powtarzała, żeby trzymał się z daleka od takich miejsc, ale to wieczór nowych doświadczeń i chłopak wyrzuca z głowy jej słowa. Ma trzynaście lat, powinien zacząć się usamodzielniać, dokonywać własnych wyborów. Decyduje się wejść do środka, a kiedy pokonuje niewysokie schody, krew szybciej krąży w jego żyłach. Otwiera ciężkie drzwi. Krzywi się, kiedy dym papierosowy uderza go w twarz, ale dzielnie podchodzi do lady i zamawia frytki oraz puszkę coli, a następnie siada na wysokim stołku barowym i stara się nie zwracać uwagi na otoczenie. Klienci baru są jednak zajęci własnymi sprawami, nie zwracając uwagi na niepozornego chłopca w spranej koszulce z nazwą jakiegoś przypadkowego zespołu rockowego na przodzie. Harry lekko się rozluźnia, maczając tłuste frytki w keczupie i pukając kostkami drugiej dłoni o udo do rytmu lecącej piosenki, a specyficzne uczucie euforii, że dokonał tego samodzielnie, że może pielęgnować to wspomnienie jako swoją własną, maleńką tajemnicę, wypełnia jego klatkę piersiową i chłopiec ma ochotę się roześmiać. Płaci za posiłek i z zamiarem powrotu do domu wychodzi na parking przed zajazdem. Jak na pierwszy raz jego mała podróż przebiegła doskonale, adrenalina wciąż rozciąga kąciki jego ust w szerokim uśmiechu.
Udaje mu się zrobić zaledwie dwa kroki, gdy ktoś łapie go od tyłu i zaciąga za ścianę budynku, wpychając w usta skrawek materiału.
III.
Jest mu gorąco, prawie dusi się stęchłym powietrzem.
Zawiązano mu oczy, więc nie ma pojęcia, gdzie się znajduje, ale nie ulega wątpliwości, że leży na tylnym siedzeniu poruszającego się samochodu. Ktoś skrępował mu kończyny i narzucił na niego gruby koc, który śmierdzi naftaliną oraz nieprzyjemnie drapie jego odsłonięte ramiona. Panuje dławiąca cisza. Harry płacze bezdźwięcznie, łzy kapią mu z brody i spływają dalej po szyi. Nie rozumie, co się z nim dzieje. Dlaczego ktoś miałby go porwać? Jego rodzice nie są nikim znanym, nie posiadają wielkiego majątku. Nie zrobili nic złego i nie są także powiązani z mafią. Nikt nie miał powodu, by się nim zainteresować i chłopak jest przerażony, ponieważ to oznacza, że nie porwano go dla pieniędzy. Gardło wysycha mu na wiór od prób wydobycia z siebie dźwięków.
Czas mija, a samochód ani razu się nie zatrzymuje. Ciało Harry’ego drętwieje i zaczynają boleć go plecy od niewygodnej pozycji, w jakiej leży, więc próbuje się przekręcić. Podeszwa jego buta osuwa się po drzwiach, wydając wysoki pisk i chłopiec zamiera, ponieważ kierowca w tej samej chwili gwałtownie hamuje. Serce podchodzi mu do gardła, gdy skręcają, najwyraźniej wjeżdżając do lasu, gdyż droga staje się nierówna i wyboista, ale upływa jeszcze wiele minut zanim całkowicie się zatrzymują. Silnik gaśnie i najpierw otwierają się przednie drzwi, a potem te za głową Harry’ego. Koc zostaje odrzucony, czyjeś ramiona wyciągają go na zewnątrz. Kolana drżą mu strasznie, gdy próbuje ustać w pionie. Nadal nic nie widzi i nie wie, czy jest jeszcze widno, czy może zapadła już noc, ale więzy na jego kostkach zostają poluzowane i Harry szarpie się rozpaczliwie w niemej próbie protestu. Udaje mu się wyrwać zaskoczonemu porywaczowi. Na oślep podbiega kawałek na słaniających się nogach, jednak prawie natychmiast droga jego ucieczki zostaje przerwana. Nieznajomy łapie go w silne objęcia niczym w kleszcze i popycha z powrotem w przeciwnym kierunku.
- Bądź grzeczny, inaczej możesz zrobić sobie krzywdę - słyszy nieznany męski głos i strach ponownie oplata go swoimi mackami. Jego gardło zaciska się w ataku nagłej paniki, odcinając dopływ tlenu. Zaczyna dławić się materiałem, który wciąż wypełnia mu usta i musi zgiąć się w pół, aby zaczerpnąć oddechu. Mężczyzna czeka cierpliwie, aż Harry się uspokoi, a następnie prowadzi go po żwirowej ścieżce, pomagając wspiąć się po schodkach. Wchodzą do zamkniętego pomieszczenia. To może być dom lub duża komórka, Harry nie potrafi stwierdzić jednoznacznie, ale chłodny wiatr przestaje smagać jego twarz. Słyszy zgrzyt rygla w drzwiach i dociera do niego, że to wszystko dzieje się naprawdę.
- Teraz zdejmę ci opaskę z oczu i wyjmę knebel, ale musisz stać w miejscu. Zrobisz to?
Harry trzęsie się na całym ciele, ledwo rozumie znaczenie słyszanych słów.
- Pokiwaj głową na tak, a znowu będziesz wszystko widział. Inaczej zostanie tak jak teraz.
Chłopak potrząsa szybko głową i czuje na potylicy dotyk palców, które rozsupłują węzeł. Opaska opada na podłogę i pomarańczowe światło rani mu oczy, ale Harry z całych sił utrzymuje je otwarte, pomimo łez, które zaczynają z nich wypływać. Widzi nieznany mu salon, pełen starych mebli i przetartych dywanów. Ściany zbudowano z drewnianych bali, a nieliczne okna są szczelnie zabite deskami, jakby właściciel domu chciał dać do zrozumienia osobom z zewnątrz, że nikt w nim nie mieszka. Wszechobecny zapach stęchlizny wywołuje mdłości i pierwszym, co Harry robi po usunięciu knebla, jest kilkukrotne przełknięcie śliny.
- Proszę, zrobię wszy… - zaczyna słabo, ale mężczyzna popycha jego plecy, nie dając mu dokończyć. Harry zagryza szloch, stawiając szybko kroki, gdy idą ciemnym korytarzem, który zdaje się prowadzić w dół. Potem zostaje wepchnięty za drzwi bez klamki.
Pokój, do jakiego trafia, jest mały i pusty. Jego jedynym wyposażeniem są dwa wąskie łóżka i półka z kilkoma książkami przymocowana do betonowej ściany. Mimo, że jest środek lata, w pomieszczeniu panuje dotkliwy chłód, który pokrywa ciało Harry’ego gęsią skórką i zmusza jego szczękę do dygotania. Chłopak nie rusza się z miejsca pod drzwiami, łkając w zgięcie łokcia, ponieważ nie wie, co się z nim teraz stanie. Mężczyzna nic mu nie powiedział i to najgorszy rodzaj niewiedzy, jakiego doświadczył w przeciągu całego trzynastoletniego życia.
Nie zauważa drzwi po lewej stronie, dopóki te się nie otwierają. Z plecami przylegającymi ciasno do metalowej płyty za nim, patrzy ze strachem na powiększający się otwór, z którego nie wyłania się jednak porywacz, a tylko trochę starszy od niego chłopak. Harry zauważa błysk zaskoczenia w jasnych oczach, gdy nieznajomy pospiesznie rusza w jego kierunku, stąpając cicho po gołej podłodze.
- Ciii… Spokojnie, już dobrze - mówi i przyklęka na jedno kolano, by delikatnie rozwiązać mu nadgarstki. - Nic ci nie zrobię, obiecuję. Nazywam się Louis, a ty?
Ma przyjemny głos, który budzi zaufanie. Harry rozmasowuje miejsca na skórze, tam gdzie sznurek pozostawił czerwone pręgi i przełyka ślinę.
- Gdzie my jesteśmy? - pyta ochrypłym od tłumionego płaczu głosem, a jego klatka piersiowa faluje dziko ze zdenerwowania. - Dlaczego on to zrobił? Kiedy stąd wyjdziemy?
Louis mruga powoli. Po jego ładnej twarzy przebiega skurcz.
- Przykro mi, ale nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytania. Wiem dokładnie tyle, co ty.
Harry czuje, że jego oczy ponownie wypełniają się łzami. Tak bardzo chce wrócić do domu i znów zobaczyć swoją rodzinę. Żałuje tego, co zrobił. Nie może pozbyć się drażniącego przeświadczenia, że gdyby się nie wymknął, nigdy by tu nie trafił. Zamiast stać w szarej piwnicy domu gdzieś na odludziu, leżałby beztrosko na swoim łóżku i oglądał telewizję lub robił coś równie głupiego.
- Jesteś przemarznięty - mruczy tymczasem Louis, dotykając jego ręki. - Chodź, musisz się przykryć. - Prowadzi go do jednego z łóżek i gestem nakazuje się położyć. Harry posłusznie wślizguje się pod koce, wzdychając z ulgi, gdy otacza go wreszcie ciepło. - Powiesz mi, jak masz na imię?
- Harry.
- Miło mi cię poznać, Harry. Jesteś głodny? - Styles kręci głową w zaprzeczeniu. - Okej, w razie czego mów, nie dokończyłem swojej kolacji. Tam jest łazienka - wskazuje na drzwi, z których kilka chwil wcześniej wyszedł - oraz coś w rodzaju garderoby. Tak naprawdę znajduje się tam tylko kilka wieszaków na ubrania, ale wolę nazywać to garderobą. Jeżeli będziesz czegoś potrzebował, daj mi znać.
- Chcę tylko wrócić do domu - mówi Harry cicho, podciągając kolana do piersi. Mina Louisa łagodnieje i chłopak wdrapuje się na jego łóżko, by usiąść obok i otoczyć go ramieniem.
- Wiem, mały. Ja też - szepce mu do ucha smutno.
IV.
Kiedy się budzi, przez chwilę jest przekonany, że miał po prostu zły sen. Zaraz potem widzi jednak szare ściany bez okien i koszmar staje się rzeczywistością. Pokój pogrążony jest w ciemnościach, które rozświetla jedynie słaba wiązka światła płynąca z wąskiego świetlika pod sufitem. Harry siada gwałtownie na twardym posłaniu, a strach znowu przejmuje nad nim kontrolę, ponieważ w pokoju nie zauważa Louisa i chłopak nie wie, co powinien zrobić. Zeskakuje z łóżka i podbiega do drzwi łazienki, która okazuje się pusta i tak samo obskurna jak cały budynek. Nie ma w niej nawet umywalki, jedyny kran znajduje się nad pożółkłą od kamienia wanną, a toaleta już z daleka odstrasza wyglądem. Czym prędzej stamtąd wychodzi, wracając pod kołdrę, gdzie zwija się w kłębek i zaciska mocno powieki. Stara się myśleć o przyjemnych rzeczach. Udaje mu się na chwilę przenieść w świat fantazji i wyobraża sobie, że za ścianą chodzi w tę i z powrotem jego siostra, paplając do telefonu o nowym kolorze błyszczyka, jaki sobie kupiła w drogerii.
Potem rozlega się zgrzyt metalu i Harry boi się oddychać. Zaciska powieki, modląc się w duchu, by nie chodziło o niego. Niestety, kołdra zostaje ściągnięta z jego pleców i w akcie desperacji chłopiec wciska twarz w zatęchły materac, trzęsąc się niekontrolowanie z zimna i strachu.
- Harry, kochanie, nawet się nie przywitasz? Chyba będę musiał nauczyć cię zasad dobrego zachowania.
Zostaje siłą postawiony na nogi i zmuszony do uniesienia wzroku na przybysza. Z jego gardła wydobywa się zduszony jęk, gdy po raz pierwszy w pełnej okazałości widzi pokrytą bliznami po oparzeniach skórę na policzkach oraz paciorkowate, chytre oczy, które wpatrują się w niego wygłodniale.
- Powiedz: dzień dobry, Jude.
Harry obejmuje się zziębniętymi ramionami. Ma na sobie tylko cienką koszulkę, w której wyszedł z domu poprzedniego dnia.
- Proszę, niech mnie pan odwiezie do…
- Źle! - krzyczy mężczyzna, przerywając mu w pół słowa. - Jeszcze raz. Powtarzaj za mną, głośno i wyraźnie. Dzień dobry, Jude!
Chłopiec przełyka ciężko ślinę i wykonuje polecenie:
- Dzień dobry, Jude.
Szpetna twarz nad nim wykrzywia się w zadowoleniu.
- Bardzo dobrze. Teraz idziemy.
Wypycha Harry’ego przez drzwi, zaciskając łapska na jego kościstych, wciąż jeszcze dziecięcych barkach. Znowu w ciszy przemierzają ciemny korytarz, ale w połowie drogi skręcają w prawą odnogę, dochodząc do niedużej kuchni, gdzie Jude wyciąga z lodówki okrągły talerz. Żołądek Harry’ego skręca się z głodu na widok kilku suchych kanapek z dżemem, jakie na nim leżą.
- Głodny? - uśmiecha się tamten, ukazując braki w uzębieniu. - Będziesz mógł się najeść, gdy uznam, że na to zasłużyłeś, więc lepiej rób wszystko, co mówię, skarbeńku.
Schyla się po butelkę wody i jego brudna koszula podjeżdża odrobinę do góry, odsłaniając kolbę pistoletu przy skórzanym pasku. Ręce Harry’ego wilgotnieją, ponieważ w mig rozumie, że ma do czynienia z niebezpiecznym bandytą, który w każdej chwili może wyrządzić mu prawdziwą krzywdę. Może go nawet zabić.
Znów idą i tym razem Harry się nie opiera. Boi się rozzłościć Jude’a. Boi się zrobić cokolwiek, co sprowokuje go do pociągnięcia za spust i jest pewny, że mężczyzna właśnie dlatego pozwolił mu zobaczyć broń. Polityka strachu, powiedziałaby Gemma, cytując przeczytane w podręczniku od historii zdanie.
Po kilku minutach docierają do niedużego pokoiku, który jest chyba jedynym w miarę przytulnym pomieszczeniem w domu, a przynajmniej w porównaniu z tymi, które do tej pory poznał Styles - pod jedną z wytapetowanych ścian stoi kanapa z puchatą narzutą i parą podłużnych poduszek, a podłogę pokrywa lekko wyblakła wykładzina.
Dostaje polecenie ustawienia się na środku, więc robi kilka kroków wprzód. Jude odstawia talerz z kanapkami na stolik i zajmuje miejsce na sofie, trzymając w ręce włączoną kamerę.
- Spójrz w obiektyw - pada rozkaz - i uśmiechnij się szeroko. Chcę widzieć twoją śliczną buźkę szczęśliwą.
Harry patrzy w czarne kółko obiektywu, które ani na moment nie przestaje go śledzić. Jego uśmiech nie jest prawdziwy i wywołuje ból w policzkach, ale zadowala Jude’a na tyle, by kiwnął aprobująco głową.
- Zdejmij koszulkę.
- N-nie chcę…
- Jeżeli nie będziesz wykonywał poleceń, nie dostaniesz śniadania.
Harry pociąga nosem i powoli podwija materiał bluzki, a potem ściąga ją przez głowę, robiąc jeszcze większy bałagan w swoich włosach. W pokoju nie jest zimno, panuje w nim raczej ożywczy chłód, ale chłopak czuje gęsią skórkę na karku. Zwłaszcza wtedy, gdy świdrujące oczy Jude’a prześlizgują się po jego odsłoniętym torsie, dokładnie oceniając każdy centymetr kwadratowy skóry. Harry stara się zakryć ramionami możliwie najwięcej szczegółów, ale mężczyzna każe mu opuścić ręce.
- Obróć się, kochanie. Kamera cię kocha. - Harry wykonuje powoli obrót, a kiedy stoi tyłem, słyszy skrzypnięcie kanapy i jego głowa gwałtownie się obraca, by mógł zerknąć przez ramię. Jude podchodzi powoli w jego stronę, cały czas wpatrując się w ekran kamery, a jego wąskie wargi wykrzywia obleśny uśmieszek. - Tak, wiedziałem, że jesteś idealny - mówi. - Od kiedy tylko zobaczyłem cię na boisku, gdzie grałeś z kolegami, byłem przekonany, że pod tymi sportowymi ubraniami kryje się piękny chłopiec. Naprawdę piękny. Siedem tygodni czekałem na moment, aż znajdziesz się całkiem sam, z dala od ludzi, którzy mieliby na ciebie oko. Opłacało się czekać.
- Kiedy będę mógł wrócić do domu? - pyta Harry, odskakując do tyłu, gdy Jude pochyla się w stronę jego twarzy.
- Och, ależ jesteś w domu, Harry. Od teraz będziesz mieszkał ze mną.
Harry czuje nieprzyjemne pieczenie w gardle i wie, że to łzy torują sobie drogę do jego oczu. Zagryza wargi, by wziąć się w garść, a w tym samym czasie Jude wyłącza urządzenie i pozwala mu nałożyć z powrotem koszulkę. Przez chwilę obserwuje go z wyraźną przyjemnością i w końcu mówi:
- Na dzisiaj wystarczy. Możesz zjeść kanapki.
LATO
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz