piątek, 31 stycznia 2014

979

Prolog


Louis był w swoim pokoju, czytając „Zbrodnię i karę”, gdy jego matka Johanna krzyknęła do niego:

- Louis! Lepiej posprzątaj te ubrania, zanim przyjdę i to sprawdzę. Przypominałam ci już o tym dzisiaj trzy razy.

Niechętnie Louis odłożył książkę i przewrócił oczami. Nikogo nie było w pobliżu, kto mógłby go zobaczyć, ale czuł, że nadal się buntuje dla własnego dobra.

- Dobrze mamo! – odkrzyczał jej.

Podniósł książkę i wrócił do lektury. Nie odrywając oczu od powieści, podniósł palce, a stosik ubrań zaczął unosić się po pokoju.

Szuflady pozornie otwierały się same, swetry składały się same i układały się na swoje potencjalne miejsce. Spodnie lewitowały na wieszakach, by same umieścić się w szafie.

To tak, jakby jakaś niewidzialna sprzątaczka sprzątała pokój, ale w rzeczywistości to był Louis.

Louis Tomlinson miał zdolność telekinezy i mimo tego, że było to przydatne w takich sytuacjach jak ta, musiał ukrywać je przed światem, dlatego że posiadanie mocy wywoływało odrazę.

Co za ignoranci. Ludzie nie wiedzieli, że te „moce” były wynikiem naturalnej ewolucji człowieka, a ostatecznie każdy człowiek na ziemi będzie je posiadał. Ale w tej chwili, „mutanci” byli w mniejszości. Łatwo stawali się wyrzutkami i byli niezrozumiani przez nowoczesne społeczeństwo.

Rodzice Louisa szczególnie osądzali ludzi z umiejętnościami, więc Louis wiedział, że oni nigdy nie mogą dowiedzieć się o jego mocy. Zawsze był dyskretny w tej sprawie, ale kiedy był sam, mógł doskonalić swoje zdolności. Korzystał z każdej chwili w samotności , uświetniał je.

Bez pukania Joahanna wpadła do pokoju. Zszokowany Louis odrzucił książkę i na całe szczęście lewitujące ubrania spadły na ziemię, a jego matka zdawała się tego nie zauważać.

Zmrużyła oczy, przyglądając się porozrzucanej odzieży.

- Naprawdę Louis? Jak możesz aż tak mnie lekceważyć, kiedy kazałam ci posprzątać swoje ubrania? Naprawdę nie mogę w to uwierzyć.

Louis zaczął protestować, podczas gdy jego matka po prostu zamknęła drzwi.

- Bądź na dole za 5 minut. Jeśli nie posprzątasz tego bałaganu nie przychodź w ogóle - grozi schodząc po schodach do kuchni.

Louis westchnął z ulga. Nie mógł sobie wyobrazić, jak strasznie by było, gdyby jego matka widziała go używającego swoich mocy. Musiał być bardziej ostrożny.

Ale potem roztargniony uniósł palec, którym skierował resztę ubrań do szafy.

- Bzdura. To nie trwało tak długo - mruknął do siebie. Uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

Absolutnie Louis nienawidził faktu, że nie był w stanie być sobą przy rodzinie. Jego umiejętności były niesamowite (tak, miał tego pełną świadomość), a tęsknił za zgodą na to swoich nietolerancyjnych rodziców. To było tylko niepotrzebne marzenie. Oni nigdy nie zmienią swojego drastycznego punktu widzenia. Powoli schodził po schodach, a każdy krok trwał dłużej niż poprzedni. Bycie w pobliżu jego rodziców było torturą dla niego. Wprawiało go to w poczucie winy, bo ukrywał coś przed nimi, ale robił to po to by chronić siebie. Gdy wszedł do kuchni, jego ojciec czytał gazetę. Nagłówek brzmiał:

„Pozbądź się świrów”

Louis mógł powiedzieć, że jego ojciec niema pożerał każde słowo w tym artykule. To spowodowało, że jego żołądek przewrócił się z obrzydzeniem.

- Cholerne mutanty – stwierdził Mark, składając gazetę i wyrzucając ją do kosza na papiery.

Lou musiał ugryźć się w język, żeby powstrzymać słowa, które cisnęły się mu na usta. Odwrócił się do stołu i spokojnie wziął talerz dla siebie.

- To jest po prostu coś nienaturalnego. Mam na myśli ich moce. To wymyka się poza granicę, tego co znam – powiedziała Johanna, zagryzając wargi z niepokoju.

- Oni nie mają mocy Jay. Oni są zagrożeniem. Zdolności posiadają ludzie, którzy na to nie zasługują – zaprotestował Mark, trzaskając łyżką o stół.

Louis drgnął na tą wzmiankę i usiadł przy stole z rodzicami. Gdzieś w głębi raniło go to, że oni zawsze byli tak brutalni ze swoimi opiniami odnośnie osób z umiejętnościami.

- Nie sądzę, że to jest rozdawane w sposób czy ta osoba na to zasługuje czy nie. To przypadkowy wybór – mruknął Louis, zanim zdążył się powstrzymać.

- Słucham młody człowieku? – zapytała Johanna podnosząc zadbane brwi na uwagę syna.

Mark również spojrzał na Louisa, co było rzadkością.

Louis zbladł, po czym potrząsnął głową.

- Er… Nieważne. Nie mówiłem niczego ważnego.

Mark wzruszył ramionami i zaczął dyskutować na temat, w jaki sposób „mutanty” szykują podziemne „powstanie”. Johanna drżała w przerażeniu i dzieliła się plotkami, które podsłuchała na mieście.

Rozwścieczony Louis zacisnął pięści pod stołem. Był niewidoczny dla swoich rodziców. Ale lepsze to, niż bycie na ulicy, jeśli dowiedzieliby się o jego mocy.

Louis zaczął intensywnie drżeć. Tak mocno, że nagle jego talerz odleciał ze stołu i roztrzaskał się na kawałki.

- LOUIS! ŻARTUJESZ SOBIE? – krzyknęła jego matka zupełnie obrzydliwym głosem.

Mark zaczął podnosić się z krzesła. Jego temperament powodował, że na jego twarzy pojawił się brzydki odcień purpury.

Louis siedział przez chwilę jak zamrożony, zanim zorientował się, że nadszedł czas na ucieczkę. Przynajmniej jego rodzice nie widzieli tego, co się właściwie stało. Oni po prostu myśleli, że mają żałośnie niezdarnego syna.

Zanim Louis uświadomił sobie, co robi, wspinał się po schodach. Jego rodzice sprzeciwili się głośno, ale ich głosy zostały stłumione przez szybkie trzaśnięcie drzwi od sypialni Louisa.

Jedną dobrą rzeczą, którą mieli jego rodzice, było to, że jeśli drzwi Lou były zamknięte, to naprawdę oznaczało „Nie przeszkadzać”. Oparł się plecami o drzwi, a jego pierś unosiła się w górę i w dół podczas oddychania. Szybko zamknął drzwi na zamek .

Bez patrzenia, wiedział co musi zrobić, żeby oczyścić swój umysł. Przeszedł przez pokój i otworzył okno.

Na szczęście, była to szczególnie ciemna noc, więc ciemność idealnie ukryje jego podróż. Louis potrzebuje wolności nieba.

Wiatr delikatnie muska jego twarz, a on oddycha głęboko, ciesząc się każdą ostatnią sekundą. Potrzebował spokojnego lotu.

Wszedł na parapet, kucając, żeby utrzymać równowagę. Gdy większość jego ciała była na zewnątrz, wstał, chwytając się zewnętrznej lamperii domu. Uśmiechnął się na otwartość nieba. To było to, z czego czerpał korzyści.

Włożył swoje okulary noktowizyjne (które były częścią zestawu szpiegowskiego, które dostał na jedenaste urodziny) i przyglądał się temu co było przed nim. To była niesamowicie przejrzysta noc, idealna dla ulgi, której potrzebował.

Gdyby to był ktokolwiek inny, zginąłby, ale Louis był inny, był szczególny. Kiedy postawił krok do przodu od lamperii, nie spadł, tylko się wzniósł.

XX
X

Prolog

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz