00
Zawsze byłem najlepszy w klasie, o ile nie w całej szkole, i jakoś podświadomie wiedziałem, że moja kariera związana będzie z muzyką. Nie zostałem piosenkarzem, ponieważ każdy kogo napotykałem na swojej drodze, mówił mi, że brakuje mi “tego czegoś”, a posiadanie całkiem dobrego głosu to za mało dla aktualnej branży rozrywkowej. Dlatego nieznacznie zmieniłem swoje preferencje i zająłem się marketingiem. Nie chwaląc się, jestem w tym bardzo dobry. Wypromowałem już kilka osób, które w nieznacznym zakresie czasowym, osiągnęły oszałamiający sukces. Większość z nich zajmuje aktualnie czołowe miejsca na listach przebojów.
Nazywam się Harry Styles, ale wszyscy znają mnie jako Marcel. Wyniknęło to ze zwykłego nieporozumienia i mojej nieśmiałości podczas pierwszych dni pracy w Horan Music Records, jednak teraz jestem najlepszym szefem marketingu w całym Zjednoczonym Królestwie i czekało mnie wyzwanie, które miało ostatecznie określić moją pozycję.
Zmierzałem właśnie na spotkanie z najbardziej rozkapryszoną gwiazdką, jaką widziała Ziemia, a był to nie kto inny, jak sam Louis Tomlinson. Znany był ze skandali, które wywoływał dość często. Jego twarz niemalże w każdym tygodniu musiała ukazać się na pierwszej stronie gazet. Nie przeszkadzało mi to specjalnie. Był ładny i młody. Szatyn o niebieskich oczach to zdecydowanie mój typ i szczerze mówiąc, musiałem przyznać, że podkochiwałem się w nim. Był po prostu zbyt idealny. Zakładam, iż jego twarz nie miała żadnej skazy i była jak wyrzeźbiona przez samego Michała Anioła. Moje zauroczenie trwało już jakiś czas, więc moje podekscytowanie sięgnęło zenitu, gdy w końcu dotarło do mnie, że za moment ujrzę go osobiście.
Wszedłem do windy, po czym nacisnąłem przycisk o najwyższym numerze. Po kilku sekundach rozległo się kliknięcie, a drzwi zaczęły się zamykać. Jednak w ostatniej chwili czyjaś noga je zatrzymała. Otworzyły sie ponownie, a moim oczom ukazał się Zayn. W dłoniach trzymał przynajmniej 8 kubków z kawą, choć znając ludzi w tej wytwórni, to musiało być ich więcej, ponieważ im samym nie chciało się wychodzić, by kupić coś do jedzenia bądź picia. Zazwyczaj wysługiwali się Zaynem, który z początku miał kupić kawę jedynie szefowi, z racji tego, że pracuje u niego na recepcji. W uchu miał słuchawkę, by odbierać telefony gdziekolwiek by nie był. Było mi z tego powodu przykro, ponieważ się przyjaźniliśmy - chyba.
- Pomóc ci? - spytałem, poprawiając niezdarnie okulary na nosie.
- Jesteś kochany, Marcel - powiedział, uśmiechając się szeroko i z wdzięcznością podał mi kilka kubków. - Idziesz na spotkanie z tą nową gwiazdeczką?
- Louis Tomlinson - dodałem, a po chwili uświadomiłem sobie, że mój wyraz twarzy musiał mówić sam za siebie, gdy Zayn spojrzał się na mnie ze zdziwieniem. Odchrząknąłem, rumieniąc się i spuszczając wzrok. - Jest taki uroczy i… te oczy… i w ogóle… a głos to już… ach - westchnąłem, pogrążając się w marzeniach. - Jest idealny.
- Proszę cię - prychnął, po czym odrzucił grzywkę na bok. - Za rok nikt nie będzie o nim pamiętał, jeśli nie skończy z tymi popowymi bzdetami.
- Ale - zacząłem, próbując go bronić, ale w tym momencie winda się zatrzymała i Zayn wyszedł w pośpiechu, wyprzedzając mnie. Ponownie spuściłem wzrok, idąc za nim w ciszy. Jednak po chwili szepnąłem bardziej do samego siebie: - On ma niesamowity głos…
Serce waliło mi jak szalone, kiedy kilka minut później zapukałem do drzwi gabinetu prezesa. Zayn puścił mi oczko, gdy spojrzałem się na niego niepewnie. Siedział już na krześle za niewielkim biurkiem o szklanym blacie. Na chwile odwrócił ode mnie wzrok, ale kiedy zorientował się, że dalej tam stoję, machnął na mnie ręką, bym wszedł bez pozwolenia. Wziąłem głęboki oddech i lekko przygarbiony pchnąłem drzwi gabinetu należącego aktualnie do Nialla Horana.
- Dzień dobry - przywitałem się cicho, po czym przełknąłem ślinę. Stanąłem przez dość młodym blondynem - miał może 20 lat góra - i poczułem się nieswojo pod czujnym spojrzeniem błękitnych tęczówek. - Jestem Marcel - powiedziałem, wyciągając dłoń w jego stronę. - to przyjemność móc w końcu pana poznać.
- Nie spotkaliśmy się już? - spytał, odwzajemniając gest. - Niall Horan, ale pewnie to już wiesz. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz. Ojciec twierdził, że jesteś najlepszy, a nie chciałbym cię zwalniać przez jakiś drobiazg - powiedział niesamowicie poważnie, a ja poczułem, jak całe życie przelatuje mi przed oczami. Nie mogłem stracić tej pracy. Nagle po gabinecie rozległ sie niesamowicie głośny śmiech szefa. Spojrzałem na niego, marszcząc brwi w dezorientacji. - Spokojnie, stary. Tylko się zgrywam. Staram się być “wielkim szefem” jak mój ojciec - wyjaśnił. Przy słowach “wielki szef” zrobił ruch dwoma palcami, by podkreślić ironię. Wywrócił też przy okazji oczami. - Dopiero niedawno przejąłem to stanowisko i nie sądzę, żebym tu długo zabawił. No chyba że ten kontrakt pójdzie jak po maśle.
Horan wzruszył ramionami, odwracając się do mnie plecami i podszedł do barku. Wyjął z niego dwie szklanki i butelkę whiskey - a przynajmniej tak mi się wydawało. Nalał do obu, w potem jedną podał mi do ręki, nie pytając nawet o to, czy mam ochotę się poczęstować. Nie wyglądałem na takiego, co pije i nie robiłem tego, więc nie rozumiałem, jak to się stało, że ta szklanka znalazła się w mojej dłoni.
- No dalej - wymamrotał Niall, upijając łyk. - Nie wstydź się.
- Ja… Nie… - jąkałem, patrząc na w połowie pełną szklankę. - Nie pijam…
- To widać - zaśmiał się. Mówiłem. - Ale to tylko kilka łyków na dodanie odwagi. Widzę, że jesteś spięty, Marcelu.
- Wie, pan, jestem fanem, więc - zacząłem, jednak upiłem łyk whiskey, którą mnie poczęstował i skrzywiłem się z niesmakiem. Przez moment zabrakło mi tchu, a następnie zrobiło mi się niedobrze i już wiedziałem, że za chwilę mdłości się nasilą. - Mogę skorzystać z łazienki?
**
Jadąc taksówką przez Londyn, wyobrażałem sobie współpracę z Horan Music Records. Jako jedna z najlepszych agencji w Wielkiej Brytanii mogła zapewnić mi karierę, na jaką zawsze miałem nadzieję. Zasługiwałem na to, całe życie ciężko o to walczyłem. W końcu ktoś poważny zainteresował się moim wokalem.
Odblokowałem swojego smartfona, aby sprawdzić wiadomości na twitterze, których z dnia na dzień było coraz więcej, co zawsze wywoływało uśmiech na mojej twarzy. Był to jeden ze „składników” do wejścia na szczyt. Szybko zatweetowałem do moich fanów o tym, że właśnie zmierzam w stronę głównej siedziby Horan Music Records, czekając na spełnienie marzeń.
Kiedy byłem już na miejscu, wyszedłem, czym prędzej z pojazdu, uprzednio płacąc taksówkarzowi odpowiednią kwotę z napiwkiem i ruszyłem w stronę nowoczesnego budynku, który był dla mnie niczym bramy Niebios. Szybko przeszedłem przez próg, rozglądając się po idealnie zaprojektowanym hallu, a gdy mój wzrok namierzył przystojnego recepcjonistę, od razu do niego podszedłem.
- Cześć, śliczny – mruknąłem, puszczając mu oczko, na co on wywrócił oczami, a ja zmieniłem swoje nastawienie. – Jestem umówiony z Niallem Horanem.
- Ah, tak. Louis Tomlinson – odparł krótko, odrywając wzrok do laptopa. – Proszę pójść za mną. – Dodał, a po jego słowach, ruszyłem za nim, wchodząc do windy.
Od razu wybrał numer piętra, a ja oparłem się o ścianę małego pomieszczenia, zerkając na niego, co jakiś czas. Cóż, musiałem przyznać, że był przystojny. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, widząc jak jego umięśnione ramiona odznaczają się pod ciemną marynarką.
- Słyszałeś jakąś moją piosenkę? – Spytałem go, przerywając ciszę, która trwała między nami.
- Coś obiło mi się o uszy. – Wzruszył ramionami w odpowiedzi. – Nie mój gust muzyczny.
- Jasne – mruknąłem od razu, wywracając oczami i zmierzyłem go wzrokiem. Postanowiłem, że przy następnej okazji nie będę nawet próbował zrobić dobrego wrażenia, czy udawać, że jestem miły, bo po co?
W momencie, gdy winda się zatrzymała, obydwoje wyszliśmy na korytarz. Od razu dostrzegłem duże, czarne drzwi z wywieszonym podpisem „prezes Horan”. Brunet od razu zapukał, otwierając je i wchodząc do środka.
Zayn wszedł pewnym krokiem do biura Horana, a następnie zamknął za sobą drzwi. Spojrzał w stronę młodego blondyna, cicho odchrząkując, aby ten na niego spojrzał. Po chwili błękitne oczu, przeniosły swoją uwagę na niego i uśmiechnął się miło.
- Panie Horan, Louis Tomlinson tu jest – oznajmił od razu, stając przy jednej z białych kanap.
- A kto to? – Zapytał, unosząc brwi Niall.
- Tomlinson. Ta nowa gwiazdeczka, która każdego informuje, że woli ptaszki od dziupli – wytłumaczył szybko mulat.
Młody Horan chwilę próbował sobie przypomnieć wygląd owego Tomlinsona i jego muzykę, aż w końcu klasnął w dłonie, wiedząc już z kim będzie miał do czynienia.
- Jasne, dzięki. Powiedz, aby wszedł, Zack – powiedział po chwili z uśmiechnął się.
- Jestem Zayn – mruknął niepewnie Malik, zerkając na swojego szefa.
- Pewnie, jak chcesz, Zack.
Brunet jedynie przytaknął i odwrócił się, wychodząc z pomieszczenia na korytarz, gdzie Louis siedział oparty o ścianę.
- Możesz wejść.
Szybko wstałem z miejsca, strzepując z siebie niewidzialny kurz i wszedłem do biura prezesa. W końcu, brnąłem ku świetlanej przyszłości w blasku fleszy i reflektorów. Na mojej twarzy pojawił się pewny uśmiech i usiadłem na jednej z białych, obitych skórą kanap.
- Miło mi cię w końcu poznać, Louis! – Powiedział od razu blondyn z szerokim uśmiechem na ustach. – Cudowna muzyka, uwielbiam ją. – Dodał, chociaż byłem pewny, że nie bardzo znał teksty moich utworów. – Niall Horan. Mów mi po imieniu.
- Ta, jasne – mruknąłem po chwili i skrzyżowałem ramiona na klatce piersiowej. – No to, co możecie tutaj zaoferować? – Spytałem obojętnym tonem.
- Oczywiście, owocną współpracę. – Zaczął Horan, gestykulując dłońmi.
W tym samym momencie wszedł przystojny recepcjonista. W dłoniach trzymał tacę, na której znajdował się szklany dzbanek z wodą, jak i szklanka. Podszedłem do stolika znajdującego się przede mną i schylił się, aby umieścić tam przeźroczysty napój, przy okazji wypinając idealny tyłek, który od razu zmierzyłem. Musiałem przyznać, że był niezły. Nie oderwałem od niego wzroku, aż ten się odwrócił i uniósł brwi, besztając mnie wzrokiem, na co ja się uśmiechnąłem. Lubiłem być bezczelny, nie moja wina.
- Mamy tutaj mnóstwo pomysłów na twoją następną płytę. – Kontynuował swoją gadkę młody chłopak, a ja nie bardzo go słuchałem. – Pierwszy album był twoim sukcesem, ale następny uniesie cię na szczyty list przebojów. Wyobrażasz to sobie?
- No raczej – powiedziałem od razu. Prawda była taka, że w moich myślach wyglądało to jeszcze bardziej donośnie. Wiedziałem, że będę gwiazdą, jak Bieber. – Powiedz coś, czego jeszcze nie wiem. – Rzuciłem pewnym głosem, na co odrobinę speszyłem Nialla.
- Moja agencja, a właściwie agencja mojego ojca, - w tym momencie cicho prychnąłem – ma zamiar pomóc ci się wybić. Wszystkie nagrody będą twoje. VMA, Grammy, możesz nawet sięgnąć po Oscary. Pewnie słyszałeś muzykę The Wanted, co nie?
- No raczej. – Wywróciłem oczami.
- Będziesz lepszy niż oni.
- Jestem lepszy – mruknąłem, na co Niall chwilowo zamilkł.
Po paru sekundach znowu rozpoczął swoje propozycje.
- Jestem pewien, że słuchasz muzyki Rihanny. – Przytaknąłem. – U ciebie włożę więcej seksapilu.
- Kontynuuj – powiedziałem odrobinę znudzony.
- Jestem pewien, że przegonisz samego Justina Biebera. – Dodał od razu, na co uśmiechnąłem się chytrze. Wiedziałem, że mam w sobie to coś.
- Okej, czyli to wszystko, co masz mi do powiedzenia? – Spytałem, a blondyn uniósł brwi. – Ponieważ chciałbym tutaj coś osiągnąć, a nie gadać o tym, co nieuniknione. – Wywróciłem oczami. – Mam nadzieję, że zrobicie z tego ciacha, - w tym momencie pokazałem na siebie – gwiazdę, którą powinienem być. Gadanie tutaj nic nie da, więc przejdźmy do poważnych rzeczy, bo w tej chwili Bieber pisze kolejny hit, a ty mówisz mi o rzeczach, które wiem, Niall – warknąłem w jego stronę.
Chłopak już całkowicie się speszył, na co ja wewnętrznie zatriumfowałem. Powinien czuć do mnie respekt i wiedzieć, że od razu stałem sie ważniejszy, niż jakakolwiek inna gwiazda, która miała już na koncie każdą możliwą nagrodę muzyczną. Zmierzyłem go bezczelnie wzrokiem, na co jego oczy zawędrowały całkowicie w innym kierunku, aż w końcu zatrzymały się na bocznych drzwiach i zauważyłem, że nagle odetchnął głęboko.
- Może poznasz naszego szefa marketingu? – Zaproponował, na co ja jedynie spojrzałem w stronę drzwi. – Marcel – zawołał od razu, a ja skupiłem całą uwagę na wychodzącym z drugiego pomieszczenia chłopaku.
Mój wzrok nie zmieniał swojego celu. Cierpliwie czekałem na pojawienie się marketingowca. Jednak kiedy ten wyszedł, od razu parsknąłem śmiechem. Nie tego się spodziewałem.
Myślałem, że szefem marketingu okaże się wysoki, pełen wdzięku i seksapilu brunet w nienagannie dobranym ubraniu, który wdzięcznie ukazywałby swoje śnieżnobiałe zęby w uśmiechu, lecz to, co otrzymałem, było całkowitym przeciwieństwem.
Moje oczy ujrzały wysokiego, aczkolwiek mało atrakcyjnego chłopaka, który niezdarnie przeszedł przez próg. Miał na sobie brązowy, zapinany sweterek, a pod nim koszulę z bordowym krawatem. Jego długie nogi były zasłonięte ciemnymi, materiałowymi spodniami. Na nosie znajdowała się para okularów, jak dla typowego kujona. Marcel był całkowicie inny, niż moje oczekiwania.
- Jak miło mi się poznać, Louis. Jestem twoim fanem – powiedział odrobinę niepewnym tonem, a ja od razu na niego spojrzałem, sprawiając, że się lekko zarumienił. – Jesteś taki uroczy. Jak pączek! - Dodał z uroczym uśmiechem, a ja wywróciłem oczami.
- Nie lubię pączków. Wolę ostrzejsze dania – mruknąłem z chytrym uśmiechem, a on nerwowo przeczesał dłonią swoje włosy.
- Oh, tak.. a więc, yyy – zaczął się jąkać, na co ja się zaśmiałem. – Myślałem, aby… w twoim n-następnym teledysku dużo się działo. Na początku jesteś ty, a za tobą biegną dziewczyny. Druga scena będzie taka, że jesteś na plaży. W tle będzie tańczyć około dwustu tancerzy. Pod koniec fajerwerki, impreza… Taniec jest teraz taki seksowny! – Ostatnie zdanie wypowiedział z nieopisaną radością.
- Świetny pomysł, Marcel – mruknął Niall, a ja uniosłem brwi. – Sam kiedyś trochę tańczyłem.
- Naprawdę? Jaki rodzaj? – Zapytał z szerokim uśmiechem, a ja odchrząknąłem.
- W życiu tego nie zrobię – oznajmiłem od razu, a obydwoje na mnie spojrzeli. – To jest tanie i przereklamowane. Każdy ma już teledysk na imprezie, czy tam na plaży. Chcę czegoś nowego. Postarajcie się.
Marcel od razu zrobił się cały czerwony, a jego wzrok zaczął przechodzić po całym pomieszczeniu, aż w końcu zatrzymał się na mnie i z nerwów przygryzł wargę. Podrapał się po czole i spojrzał na Nialla, który wzruszył ramionami, a ja zauważyłem, że poddał się dalszym próbom mówienia do mnie. Uśmiechnąłem się szeroko.
Następnie zostałem poproszony przez blondyna o podpisanie kilku papierków, które były moim kontraktem z wytwórnią. W końcu czułem, że dostaję to, na co zasługuję. Nie mogłem powstrzymać przed lekkim uśmiechem, kiedy tusz długopisu pozostawiający moje nazwisko ukazał na się na białym papierze. Wyglądało to piękniej, niż sobie wyobrażałem.
**
- Marcel, co powiesz na to, żebyście razem z Louisem uzgodnili zamysł jego wizerunku? Proszę, przejdźcie do twojego gabinetu – powiedział szef z niewiarygodnie miłym i spokojnym głosem. Podniósł się ze swojego fotela, po czym wyciągnął rękę do szatyna i uściskał ją.
- Wszyscy liczymy na owocną współpracę. Dziękuję za przyjście – powiedział starszy blondyn, uśmiechając się delikatnie. – Do zobaczenia.
Louis tylko kiwnął głową na pożegnanie, po czym podszedł do drzwi, otwierając mnie i o dziwo przepuścił mnie pierwszego. Mamrotał coś pod nosem o tym, że i tak nie ma zamiaru zmieniać wyglądu – czy czegokolwiek. Przewrócił jeszcze ostatni raz oczami, zanim weszliśmy do środka.
Usiadł na czerwonej kanapie, która stała u mnie w gabinecie. Założył nogę na nogę i spojrzał na mnie z błyskiem w oku. Wyglądał niemalże prowokująco, gdy oblizał spierzchnięte wargi, uśmiechając się przy tym zawadiacko. Poklepał wolne miejsce obok siebie ochoczo, dając mi tym samym znać, bym usiadł. Przełknąłem głośno ślinę, robiąc niepewny krok do przodu i niemalże mógłbym przysiąc, jak przez moment oczy Louisa błysnęły czerwonym kolorem. A może to było tylko słońce odbijające się w jego niebieskich tęczówkach?
- T-to musimy ustalić pewne rzeczy – zacząłem niepewnie, siadając jak najdalej od niego. Poprawiłem okulary na nosie, po czym drżącymi rękoma zacząłem przeglądać wszystkie notatki. – Może zacznę od…
- Lepiej przejdź do rzeczy – przerwał mi, poprawiając się na kanapie i przez przypadek dotknął mojej dłoni, którą uniosłem nieznacznie do góry, gestykulując. Jego dłoń była tak ciepła, że parzyła moje jak zawsze skostniałe palce. – Wiesz… Podobno ludzie, którzy mają zimne ręce, są dobrzy w łóżku – powiedział, zniżając głos i jednocześnie pochylając się do mnie bliżej. Wstrzymałem oddech dosłownie na ułamek sekundy, jednak moje nadzieje prysły, ponieważ szatyn zaśmiał mi się prosto w twarz. – Ale nie martw się, skarbie, to tylko przesąd. Nie należy ich brać tak dosłownie.
Zamrugałem kilka razy, nie wiedząc, jak zareagować na jego słowa. Nie były zabawne, chyba że tylko w jego mniemaniu, ale nie mogłem się też rozpłakać z powodu czegoś takiego. Choć nie powiem – bolało mnie to, co powiedział. Nie tylko ze względu na to, że mi się podoba, ale bardziej przez fakt, że każdy robi sobie ze mnie żarty.
Wciągnąłem głęboko powietrze do płuc, by się uspokoić. Załamałem się tym, jaki jestem beznadziejny. Od początku mogłem wiedzieć, że mówi tak tylko po to, by mnie wyśmiać. Pokręciłem głową z rozdrażnieniem.
„Jestem w pracy”, skarciłem się w myślach. Nie powinienem tyle się nad sobą użalać. Wciąż upominałem się, że Louis jest tylko kolejną rozkapryszoną gwiazdką, która zbyt szybko odnosi sukces, ale jego oczy nie pozwalały mi się gniewać na niego. Westchnąłem cicho, przymykając ponownie oczy, po czym wstałem, by podejść do biurka. Obszedłem je i usiadłem na fotelu. Może nie był skórzany ani jakiś mega wielki, ale należał do mnie i bardzo go lubiłem.
- Słuchaj, Marcy – zaczął, machając ręką i nawet nie zwrócił na mnie uwagi, gdy poprawiłem go. A może po prostu nie usłyszał, bo byłem zbyt cicho? – Masz zamiar coś tak właściwie zrobić, czy mogę sobie iść i zostawić cię sam na sam z twoimi fantazjami o mnie?
- Tak więc – odchrząknąłem, unikając jego przenikającego wzroku. – Nawet jeśli nie masz zamiaru się zmieniać, musimy wprowadzić małe poprawki, co do twojego wyglądu i zamysłu teledysków…
- Co jest nie tak z moim wyglądem? – przerwał mi i już nie miałem nawet siły na odpowiadanie mu. – To że mam kilka tatuaży nie znaczy, iż mój image jest zły.
- Nie chodzi o same tatuaże – stwierdziłem cicho, przecierając czoło grzbietem dłoni. – Tym nie musimy się zbytnio przejmować. Ale sposób w jaki się ubierasz, nie odpowiada standardom tej wytwórni. Wprowadzimy tylko kilka drobnych zmian, więc się nie martw – zapewniłem go szybko, gdy zauważyłem, że już otwiera usta, by coś powiedzieć. – Jeśli będziesz taki miły, możemy przejrzeć inne zamysły, jakie uzgodniłem z panem Horanem.
- A może będę taki miły i zaoszczędzę ci czasu, który jak wiadomo, jest bardzo drogi? – spytał retorycznie, podnosząc się z miejsca, a kiedy ujrzałem kawałek jego nagiej skóry na brzuchu, aż zrobiło mi się gorąco. Złapałem za kołnierzyk i niemalże starałem się go rozerwać, by tylko dopuścić do siebie odrobinę powietrza. – Nie zmienię swojego wyglądu nawet trochę, a już na pewno nie swój charakter. – Uśmiechnął się sarkastycznie, a jego oczy zabłysły w rozbawieniu. – Jesteś uroczy, wiesz? Ale twoje usta wyglądałyby o wiele lepiej, gdybyś nie mówił, a zrobił z nimi coś bardziej pożytecznego.
Nachylił się nade mną i mogłem poczuć jego oddech, owiewający mój policzek. Oparł się dłońmi o biurko tak, głośno, że myślałem, iż chce mi coś zrobić. Ale on tylko uśmiechnął się szerzej, śmiejąc pod nosem. Czułem się zażenowany tą sytuacją.
- J-ja wypełniam tylko s-swoje obowiązki – powiedziałem cicho, jąkając się przy tym. Co ja w nim widziałem? Największy fan? Louis Tomlinson był niczym więcej jak dupkiem, a ja wpadłem po uszy, od kiedy pierwszy raz usłyszałem jego głos. Idiota ze mnie. – Skoro nie chce pan współpracować, będę musiał rozmówić się z szefem.
Nic więcej nie dodałem, a szatyn również nie odezwał się słowem. Stał tylko opierając się o moje biurko, jakby był we własnym domu. Wciągnąłem powietrze do płuc, po czym podniosłem się fotela. Prychnąłem na niego, znajdując w sobie odrobinę odwagi i sięgnąłem po portfel oraz komórkę.
- Idę po kawę – oznajmiłem, poprawiając okulary na nosie. – Jeśli coś chcesz, t-to radzę ci iść samemu i s-sobie kupić.
**
Na wypowiedź chłopaka, wywróciłem oczami, lecz poszedłem za nim, ponieważ prawda była taka, że miałem wielką ochotę na kawę, a on raczej by mi jej nie przyniósł. Podążaliśmy ulicami Londynu w całkiem sporej odległości od siebie, co mi nie przeszkadzało. Dziwnie by było, gdyby jakiś paparazzi zrobił mi zdjęcie z takim nerdem. Od razu w internecie rozeszłyby się plotki o tym, że mógłbym się z kimś takim spotykać.
Weszliśmy do kawiarni, nadal nie odzywając się do siebie. Marcel jako pierwszy stanął w kolejce, a ja tuż zanim, bawiąc się moim smartfonem. Szybko podszedłem do kasy i zamówiłem sobie expresso. Odwróciłem się w stronę drzwi i zdziwił mnie fakt, że chłopak w okularach stał tam, najwyraźniej czekając na mnie. Spojrzałem ponownie w stronę baristy, który przygotowywał moją kawę. Czekałem jeszcze kilka minut, zanim ją otrzymałem i zapłaciłem, a następnie podszedłem do bruneta, a on uśmiechnął się do mnie lekko, czego nie odwzajemniłem. Wyszedłem z kawiarni, a Marcel za mną.
- Jak wrócimy, będziemy mogli omówić małe zmiany w twoim wizerunku, okej? – Spytał, o dziwo się nie jąkając. Spojrzałem na niego, wzruszając ramionami. Nie dam się tak łatwo zmienić.
- Nie zmienię swojego charakteru, mały – odparłem i zauważyłem, że się spiął po tym, jak go nazwałem. Uśmiechnąłem się delikatnie, aczkolwiek chytro i upiłem łyk swojej kawy. – Wygląd też nie, bo jest idealny.
Ujrzałem kroplę potu na czole chłopaka, jednak od razu ją starł. Uwielbiałem, kiedy ludzie tak reagowali na moje wypowiedzi. Byłem kontrowersyjny sam w sobie.
- Jed-jednak to może być tylko wygląd sceniczny, wiesz… - Zaczął, jednak wystarczył jeden odgłos, aby wiedzieć, co robić. Miałem w tym wprawę.
- Louis Tomlinson! – Do moich uszu doszedł pisk nastoletniej dziewczyny, a po chwili kilkunastu, jak nie więcej, innych.
- Uciekaj – szepnąłem, a on spojrzał na mnie, unosząc brwi, lecz szybko złapałem jego rękę, biegnąc przed siebie.
Tłum od razu ruszył za nami, a ja doskonale mogłem dostrzec, jak spanikowany jest Marcel. Miałem ochotę się zaśmiać, jednak tylko biegłem dalej, upewniając się co chwilę, że moje fanki nie pożrą żywcem marketingowca.
Nie mam pojęcia, ile czasu byliśmy w biegu, jednak brunet w okularach nieźle się zmachał. Na chwilę odwróciłem się za siebie, lecz dziewczyny jeszcze nie wybiegły zza rogu. Szybko wciągnąłem Marcela w wąską uliczkę, tak, że nasze klatki piersiowe się stykały. W pewnym momencie z jego nosa zsunęły się okulary, a ja je zupełnie przypadkiem połamałem, stawiając na nich stopę. Od razu je podniosłem i podałem mu do ręki, mówiąc bezgłośne „przepraszam”. On przytaknął, a następnie milczeliśmy, czekając aż krzyk moich fanek ucichnie. Kiedy tak się stało, wyjrzałem ostrożnie, lecz nikogo nie ujrzałem.
- Możesz iść bez nich? – Spytałem, mając na myśli połamane okulary.
- Nie, nie bardzo – mruknął, podchodząc do mnie, a ja złapałem go pod ramię.
- Pomogę ci – odparłem i ruszyłem w stronę wytwórni.
- Dz-dziękuję – szepnął, a ja uśmiechnąłem się, wiedząc, że tego nie dostrzeże.
**
Siedziałem, wzdychając z żalem nad połamanymi okularami. Nie było tak źle. Wystarczyło skleić je na samym środku, ponieważ pękły niemalże idealnie na pół. Gdybym tylko nie widział tak źle, poszukałbym taśmy, ale bałem się ruszyć dalej niż własny gabinet, do którego doprowadził mnie Louis. Co było o dziwo miłe. Nie spodziewałem się tego po nim. Jednego dnia pokazał mi swoje różne oblicza i już nie wiem, w które powinienem wierzyć. Przez moment chciał nawet pomóc mi z okularami, ale kazałem mu iść do domu i nastawić się na współpracę. Nawet nic nie powiedział, tylko poszedł. Widziałem jego sylwetkę, która oddalała się powoli, a następnie zamykające się za nim drzwi.
- Jak ja trafię teraz do domu – zastanawiałem się na głos, gdy nagle drzwi otworzyły się.
- Harry? – tak dobrze mi znany ostry akcent dotarł do moich uszu. Miło było usłyszeć woje prawdziwe imię po ciągłych dniach reagowania na zupełnie coś innego. – Jeśli skończyłeś już pracę, to możesz się zabrać ze mną. Mógłbyś nawet wpaść na piwo. Co ty na to, kolego?
- Chętnie, Zayn, ale nie wiem – zacząłem, ale urwałem, kiedy zobaczyłem jego sylwetkę nachylającą się nade mną a następnie, poczułem, jak wyrywa mi okulary z rąk. – Co robisz?
- Pomogę ci je skleić, bo zapewne nic nie widzisz, co? – odpowiedział, a jego głos był tak miękki i kojący, że mógłbym zasnąć ze spokojem w tamtym momencie. – Wszystko w porządku?
Pokiwałem twierdząco, ale chyba niezbyt przekonująco, ponieważ mulat westchnął ciężko i mogłem przysiąc, że kręci głową, choć nawet nie patrzyłem na niego. Nic nie mówił, ale cisza była gorsza. Jedyny dźwięk jaki było słychać w gabinecie, to otwieranie szafek. Po kilku minutach Zayn znalazł to czego szukał. Założyłem, że to taśma klejąca po charakterystycznym dźwięku, który wydaje, gdy się ją rozwija, aby coś zakleić. W tym przypadku były to moje nieszczęsne okulary.
- Naprawdę nic się nie stało – zacząłem, ale mulat szybko mi przeszkodził.
- To może powiesz, że nie zrobił tego ten bufonowaty Louis pieprzony Tomlinson? – Podniósł głos. Spuściłem głowę, bawiąc się swoimi dłońmi. Przemilczałem to, ponieważ było w tym odrobinę racji. – Widzisz! To jego wina, prawda? Uderzył cię?
- Nie, Zayn. Boże! Nie – wydusiłem z siebie szybko. Jak mógł tak nawet pomyśleć. – To był przypadek. Goniły nas jego fanki i okulary spadły mi z nosa. To nic wielkiego. Naprawdę.
- Dobrze – westchnął, podchodząc do mnie ponownie. Czubki naszych butów się zetknęły i po chwili mogłem ujrzeć w pełnej ostrości jego zatroskane oczy, gdy włożył na mój nos sklejone okulary. – Ale jeśli ten dzieciak będzie sprawiał ci jakiekolwiek problemy, pamiętaj, zwróć się z tym do mnie i ja już mu pokażę, że jesteś zbyt dobry, by nawet odezwać się do niego słowem, a co dopiero z nim pracować.
- Wiem – zaśmiałem się cicho, podnosząc z miejsca. Uściskałem go i poczułem się dziwnie, ponieważ zawsze mnie chronił, a to ja byłem od niego wyższy. – Ale nie zbywaj go tak od razu. Każdy zasługuje na szansę i dobrze o tym wiesz.
- Czemu przy mnie zgrywasz takiego pewnego siebie i w ogóle, a jak rozmawiasz z obcymi, to wyglądasz, jakbyś miał się popłakać…
Odsunąłem się od niego natychmiastowo po czym uderzyłem go pięścią w ramię. Zayn tylko uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi. Wiedziałem, że mi nie odda. Od kiedy się poznaliśmy traktował mnie jak lalkę z porcelany. Musiałem przyznać, że to miłe, ale czasami wykazywał się nadopiekuńczością.
- To co z tym piwem? – spytał, gdy już wychodziliśmy, a ja tylko zaśmiałem się, obejmując go ramieniem po przyjacielsku.
- Z tobą zawsze. Ale wolałbym jakieś smakowe – dodałem po chwili.
**
Po dwóch tygodniach współpracy z Horan Music Records, w końcu załatwiono dla mnie poważną sesję dla Teen Vogue. Wiedziałem, że dzięki temu zdobędę więcej fanów. W końcu, kto by mnie nie polubił po spojrzeniu na moją twarz? Była idealna do przyciągania nastoletnich oczu.
Spojrzałem w stronę Marcela, który stał się moim prześladowcą. Nie spuszczał ze mnie wzroku, ani na chwilę, co było dziwne, ale pewnie Niall mu kazał. Uśmiechnął się do mnie niezręcznie, a ja odwzajemniłem to prawie niedostrzegalnie. Chłopak ciągle chodził w sklejonych okularach i było mi go trochę żal. Nie chciałem mu ich połamać, jednak stało się, a on nawet nie miał czasu, aby pójść i kupić nowe. Zastanawiałem się też, czemu nie mógłby po prostu nosić szkieł kontaktowych, nie byłoby problemu.
- Louis, – zaczął fotograf, który błędnie wymówił moje imię, zawierając tam „s”, które było jak najbardziej zbędne, na co się skrzywiłem. – możesz stanąć bardziej pod ścianą?
- Po pierwsze, mogę – odparłem. – Po drugie, moje imię wymawia się Louis, a nie Lewis. Bezdźwięczne „s”, jest to francuskie imię. – Wywróciłem oczami.
- Okej, nasza gwiazda się zirytowała. Pięć minut przerwy – oznajmił, na co ja prychnąłem.
Od razu podszedłem do stołu z przekąskami, aby zjeść trochę winogron i napić się wody. Zerknąłem w stronę Marcela, który szedł w moją stronę, na co odwróciłem się do niego, nadal jedząc owoce. Poprawił nerwowo swój krawat i kamizelkę, biorąc ze stołu butelkę wody.
- Podoba ci się sesja? – Spytał, a ja wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem, ty mi powiedz – mruknąłem z chytrym uśmieszkiem, na co brunet od razu się speszył. – Podoba ci się?
Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc milczał krótką chwilę z otwartą buzią, co było zabawnym widokiem. Uwielbiałem sprawiać, że czuł się niezręcznie. Wyglądał wtedy uroczo. Co ja mówię? Jak mogłem tak pomyśleć? Marcel nie był uroczy, zdecydowanie nie.
- Tak, jest… Jest bardzo oryginalna i… pasuje do ciebie – odpowiedział mi, oczywiście się jąkając, do czego się już przyzwyczaiłem. Chyba nigdy nie wypowiedział do mnie zdania bez zawahania się.
Dokładnie badałem jego twarz wzrokiem, kiedy brał łyk wody z butelki. Prawdopodobnie nie było na niej żadnej skazy, na co się lekko uśmiechnąłem.
- Chcesz winogrono? – Ponownie to ja spytałem, a on wzruszył ramionami, nie przerywając spożywania napoju. – Nakarmić cię? – Dodałem, na co zakrztusił się wodą, a ja się zaśmiałem w głos.
Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami i się zarumienił, a ja położyłem dłoń na jego ramieniu. Czułem, jak bardzo jest spięty. Uwielbiałem się z nim droczyć.
- Spokojnie, Marcello. Ja nie gryzę – powiedziałem, patrząc mu w oczy. – Chyba, że robi się gorąco i jestem w trakcie boskiego seksu. Wtedy mogę ugryźć.
Natychmiastowo odwrócił wzrok, aby nie oblać się jeszcze większym rumieńcem, jednak, na jego nieszczęście, był już czerwony jak burak. Przygryzłem dolną wargę, aby nie zacząć się śmiać, co było trudne, lecz dałem radę. Jedynie cicho zachichotałem.
- Wybacz, ale mam dzisiaj dobry humor – wytłumaczyłem swoje zachowanie, nie wiedząc z jakiego powodu. Wziąłem z jego dłoni butelkę wody i się napiłem, stawiając ją na stole. – Wracam do pracy – oznajmiłem z uśmiechem.
- Pow-powodzenia – odparł, a ja puściłem mu oczko.
Wróciłem na swoje stanowisko i ponownie zacząłem pozować. Uwielbiałem to, cała uwaga skupiała się na mnie. Idealnie mogłem dostrzec spojrzenie Marcela, które dokładnie rejestrowało moje poczynania. Po chwili postanowiłem się trochę powygłupiać. Zrobiłem pozę na typowego mięśniaka, naprężając mięśnie i całując mój biceps.
- Louis – jęknął fotograf.
Po chwili moja sesja dla Teen Vogue, zamieniła się w zdjęcia a’la do magazynu dla kulturystów. Miałem ochotę się śmiać, jednak na twarzy zachowałem powagę. Do moich uszu dochodził cichy śmiech marketingowca, na co uśmiechnąłem się pod nosem.
- Louis, mój drogi. Stań normalnie i pozwól mi zrobić jedną, zwykłą fotografię, dobrze? – Zapytał mnie, a ja przytaknąłem.
- Oczywiście, przepraszam – odparłem i stanąłem prosto, mając wzrok na obiektywie aparatu.
Jednakże zanim mężczyzna zdążył nacisnąć spust migawki, ustawiłem się w pozie na obrazek hieroglificzny, a Marcel wybuchł głośnym śmiechem.
- Na miłość boską! Wyprowadźcie tego roześmianego! – Oburzył się fotograf, a ja uniosłem brwi.
- Nie, to mój znajomy i marketingowiec. – Zacząłem bronić bruneta. – Mój szef przysłał go, aby mnie pilnował, więc sobie uważaj.
Mężczyzna jedynie uniósł ręce w geście obronnym i kontynuowaliśmy sesję.
**
Ostatnio praca z Louisem stawała się coraz łatwiejsza. Właśnie przecierałem okulary, kiedy uświadomiłem sobie że od tygodnia nie wzbudził żadnego skandalu. Nic. Gdzieś w podświadomości jakiś cichy głosik mówił mi, że to zbyt piękne, by trwało dłużej. Na moje nieszczęście nie mylił się.
Wróciłem do domu dość późno tego dnia, ponieważ musiałem jeszcze wybrać najlepsze zdjęcia z sesji, która miała miejsce nie tak dawno temu. Kiedy je zobaczyłem, nie mogłem się powstrzymać przed zabraniem jednego. Spojrzenie jego niebieskich oczu wydawało się niemalże prawdziwe i przechodził mnie dreszcz, gdy na nie patrzyłem, zastanawiając się, jak można być jednocześnie tak uroczym i seksownym. I nagle zadzwonił mój telefon. Patrzyłem przez chwilę na wyświetlać, wpatrując się w rząd cyferek. Nie miałem bladego pojęcia, kto do mnie dzwoni, ponieważ nie znałem tego numeru. Odebrałem, a ręka trzęsła mi się tuż przy uchu.
- Halo? – odezwałem się niepewnie, praktycznie jąkając. – Kto mówi?
- Marcel! – zawołał głos po drugiej stronie słuchawki i już wiedziałem, do kogo on należy.
- Louis? Skąd masz mój numer i… - Nie dane było mi skończyć, ponieważ szatyn mi przerwał, a ja tylko słuchałem jego monologu z cierpliwością.
- Stary, słuchaj, jaka faza! – Zachichotał i już mogłem stwierdzić, że wypił za dużo. Tak naprawdę modliłem się, by były to efekty jedynie picia, ponieważ w innym wypadku mogło być źle. – O Jezusie Nazarejski, wszystko jest takie dziwnie. Stoję sobie, stoję, ale… No stoję, ale wszystko się kręci. Dasz wiarę? Coś jak rollercoaster! Tylko jest bardziej zamazane – stwierdził, a pomiędzy niektórymi słowami dostawał czkawki. – Mówię ci. Żałuj, że cię tu nie było od początku. Rozdawali takie śmieszne kolorowe drinki i chyba wypiłem trochę za dużo, bo właśnie widziałem faceta z hamburgerem zamiast głowy. Mówię ci, człowieku, taka faza!
- Gdzie jesteś? – spytałem przerażony, podnosząc się z fotela i sięgając po kluczyki od auta.
- Nie dostałem listu z Hogwartu, więc opuściłem Shire, by zostać mistrzem Jedi – mamrotał bez sensu. Po drugiej stronie słuchawki dało się słyszeć szeleszczenie ciuchów, o ile się nie myliłem. Kilka westchnięć, a potem uderzenie, jakby Louis nagle upadł. – Księżyc znikną. Marcel, nie wiem gdzie jest księżyc – jęknął żałośnie i miałem tylko nadzieję, że się nie popłacze. – Księżyc jest kochankiem ziemi, Marcel, musimy go złapać!
- Dobrze, Louis, dobrze – uspokajałem go. – Tylko podaj mi adres, a zaraz przyjadę.
- Naprawdę zrobisz to dla mnie? – spytał niczym małe dziecko, któremu obiecano lizaka. Jednak po chwili się zaśmiał. – Przybądź na swym rumaku, cny rycerzu i uratuj mnie przed samym sobą. – Czknął, po czym przybrał poważny ton głosu, nucąc cicho. – Jestem taki sam jak palec albo coś tam. Problemów wiecznie sto. Samotność ciężki los… - Śpiewał dalej, przeciągając samogłoskę „o”, jednak przerwałem mu.
- Louis Tomlinsonie, skup się, proszę! – jęknąłem, zamykając za sobą drzwi od mieszkania i kierując się do mojego samochodu. – Ogarnij swój spity w trzy dupy łeb i dowiedz się, pod jakim adresem się znajdujesz. Dobrze?
- Czemu na mnie krzyczysz? – spytał niewinnie. – Ja tylko chciałem, żebyś mi umilił wieczór, a ty się na mnie złościsz. Nie podoba mi się ta rozmowa.
- Przepraszam – westchnąłem ciężko, kiedy w końcu znalazłem się przed kierownicą. – A teraz rozejrzyj się za adresem, proszę.
- Posłuchaj mnie, kochany – zaczął i mogłem przysiąc, że próbuje się podnieść. – Ale słuchaj. Tak uważnie. Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem – kontynuował, więc tylko zamknąłem oczy, by nie stracić cierpliwości. Nie odzywałem się nawet słowem, żeby tylko skończył. – Ale ty mnie słuchaj! Jak podam ci ten adres, nie zdradzaj go nikomu i nie mów, że jedziesz po mnie, bo mogą cię śledzić. Ruska mafia jest wszędzie. Wszędzie powiadam! Polują na nas – wyszeptał, starając się zbudować moment napięcia, ale ja tylko westchnąłem ponownie. – A więc słuchaj. Ale tak uważnie. Tak bardzo, bardzo. Jestem przed klubem G-A-Y, ale cicho…
- Zostań dokładnie tam, gdzie jesteś. Nie ruszaj się nawet na krok – poinstruowałem go i nie wiedziałem skąd we mnie tyle pewności siebie, by mu rozkazywać. To chyba przez fakt, że był pijany. – Będę tam za kilka minut.
Jechałem najszybciej, jak się dało. Ominąłem nawet kilka znaków po drodze i dziękowałem Bogu, że akurat nie przejeżdżał żaden radiowóz. Zaparkowałem po drugiej stronie ulicy, na której znajdował się klub. Byłem nieco przerażony, ponieważ nigdy nie chodziłem w takie miejsca. Nienawidziłem, gdy dookoła mnie było zbyt dużo ludzi, których nie znałem. Ale teraz szukałem tylko tej jednej konkretnej osoby, więc poprawiłem okulary na nosie i wysiadłem z auta. Przełknąłem głośno ślinę, po czym przygryzłem wargę, myśląc nad tym, jak dostanę się do środka.
Czy wystarczyło, że pokażę dowód osobisty?
Podszedłem do bramkarza. Był to mężczyzna po trzydziestce – oczywiście dobrze zbudowany – o blond włosach i niebieskich oczach. Uniósł jedną brew, lustrując mnie od góry do dołu. Uśmiechnął się drwiąco, ale nawet nie kwestionował mojego wieku. Po prostu mnie przepuścił, co bardzo mnie zdziwiło.
Muzyka grała o wiele za głośno, jeśli mam być szczery. Czułem się przytłoczony tym i faktem, że mężczyźni w większości chodzili bez koszulek. Na parkiecie tańczyli, ale bardziej przypominało to masową orgię. Otworzyłem szerzej oczy ze strachu, ale po chwili zamknąłem je, odwracając się.
- Koleś, przeginasz! – Usłyszałem krzyk barmana, więc z ciekawości sprawdziłem, co się dzieje. – Złaź stamtąd!
- Louis! – Prawie wydarłem się, gdy ujrzałem szatyna tańczącego na barze i rozpinającego guziki swojej koszuli w rytm piosenki „sexy and i know it”. – Zostaw tą koszulę!
- Marcel, przyjacielu! – zaświergotał, a ja otworzyłem usta ze zdziwienia. Louis Tomlinson cieszył się na mój widok i jeszcze to jak mnie nazwał. Świat chyba zwariował. – Jesteś Maleństwem do mojego Tygryska!
- Oczywiście – powiedziałem, zbliżając się do niego i wyciągając rękę.
Ze strachem w oczach, ale odwagą w sercu, udało mi się go złapać i namówić, by zszedł, ale nie wszystko poszło po mojej myśli. Louis był na tyle pijany, że praktycznie upadł na mnie i nasze twarze były zbyt blisko. Moja twarz zrobiła się czerwona i nie mogłem nic na to poradzić, tylko się odwrócić. Szatyn na szczęście tego nie zauważył, ponieważ wpatrywał się w butelkę whiskey, która stała dokładnie naprzeciwko.
- Podobno ludzie po alkoholu są atrakcyjniejsi – palnął, po czym spojrzał na mnie, zbliżając się niebezpiecznie. – Napij się ze mną. Powiesz mi, czy jestem seksowniejszy do samego siebie.
- N-nie wiem czy to dobry pomysł – zacząłem się jąkać po raz kolejny. A już szło mi tak dobrze. – Idźmy po prostu… Co ty na to?
- Ja na to – zaczął, ale nagle stracił wątek, gdy tak mi się przyglądał. – Masz ładne oczy, wiesz?
Zamrugałem szybko kilka razy totalnie zaskoczony jego wypowiedziom. Ale cóż, ponoć ludzie po pijanemu ukazują swoje prawdziwe oblicze. Może Louis Tomlinson nie był chamską gwiazdeczką, a zagubionym żartownisiem? Czy to mogło być takie proste?
- Dzięki – mruknąłem, spuszczając wzrok, ale złapałem go za ramię dość pewnie. – A teraz chodźmy.
- Chodźcie, moje walizeczki! – krzyknął, machając ręką na zebranych dookoła ludzi.
Zaśmiałem się cicho pod nosem. Zdecydowanie lubiłem go coraz bardziej a fakt, że mógłbym to teraz wykorzystać nie pomagał. Choć byłem zbyt nieśmiały i niezdarny, by cokolwiek zrobić, to jego stosunek do mnie – a właściwie to, jak się zmienił – sprawiał, że rozluźniłem się nieco.
- Lou, proszę, współpracuj – powiedziałem, wyciągając go praktycznie siłą z klubu.
Zatoczył się za mną, plącząc o własne nogi. Jego śmiech odbił się echem od budynków, które stały wzdłuż uliczki. Był tak szczery i uroczy, że zrobiło mi się cieplej na sercu.
- Skoro tak ładnie prosisz – wydusił z siebie, gdy już się opanował. Po chwili stał prosto z poważną miną i potarganymi włosami, co tylko dodawało mu uroku. Skręciłem do auta, a on podążył za mną, starając się, by dorównać mi kroku i nie przewrócić się przy tym. Nagle zaczął śpiewać i musiałem przyznać, że nawet kiedy był pijany, wychodziło mu to nieziemsko. – It’s a quarter after one I’m a Little drunk and I Reed you now…
- Właściwie to jest za dwadzieścia druga – wtrąciłem niepewnie, otwierając drzwi od strony pasażera.
- Co ty nie powiesz! – wykrzyknął, machając ręką i już myślałem, że się przewróci, gdy złapałem go w ostatniej chwili i nie wiem jak to się stało, ale staliśmy oparci o mój samochód przez jeszcze kilka minut. – Masz brudne usta – wydusił z siebie po chwili, a gdy już podnosiłem rękę, by wytrzeć twarz, pocałował mnie i myślałem, że serce mi wyskoczy z piersi.
Na moment mnie zamroczyło, ale po kilku sekundach zacząłem oddawać pocałunki. Jego usta były miękkie i delikatne, ale krótki zarost drapał mnie w brodę i było to tak niesamowite uczucie, że ten pocałunek, który był moim pierwszym, wynagrodził mi lata czekania. W dodatku osobą, z którą się całowałem był sam Louis Tomlinson. Może i smakował wódką, ale nie zmieniało to faktu, iż rozpływałem się pod dotykiem jego pełnych warg. Nie przeszkadzało mi nic. Czułem tylko błogość która mnie ogarniała, jednak gdy chciał wtargnąć swoim językiem do moich ust, spanikowałem. Odepchnąłem go nieznacznie, łapiąc oddech.
- A może tylko mi się wydawało – wyszeptał sennie Louis z dalej zamkniętymi oczami.
Delikatnie chwyciłem go za ramiona, by w końcu posadzić na miejscu pasażera. Kiedy tylko oparł głowę o zagłówek, zasnął, więc sam musiałem zapiąć mu pasy, co było nieco dziwne, ale przeżyłem. Zamknąłem drzwi i okrążyłem samochód, by zasiąść za kierownicą. Spojrzałem się na niego, gdy odjeżdżaliśmy. Nie wiedziałem, co mam z nim zrobić. Pozostawało tylko jedno wyjście.
Zabrałem go do siebie do domu.
**
Otworzyłem ociężałe powieki, jęcząc przeciągle, kiedy poczułem pulsujący ból głowy. Światło przedostające się przez szyby okien do pokoju oślepiły mnie na moment, lecz zamrugałem kilkukrotnie, czekając, aż mój wzrok wróci do normy. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, nie mając pojęcia gdzie jestem. Nigdy wcześniej tam nie byłem. Zauważyłem również, że nie miałem na sobie wczorajszej koszuli.
- Zgwałcili mnie – szepnąłem, wychodząc z łóżka.
Miałem zamiar zacząć panikować. Nie miałem pojęcia gdzie, do cholery, się właśnie znajdowałem. Do tego wszystkiego byłem półnagi. Podszedłem do otwartych drzwi, zasłaniając ramionami moją cenną klatkę piersiową i wychyliłem się lekko w stronę salonu.
- Halo? Jest tu ktoś poza mną? – Zapytałem cicho. – Jakiś zboczeniec lub psychofan? Albo jacyś inny uprowadzeni i seksowni geje, jak ja?
Odpowiedziała mi cisza, więc wzruszyłem ramionami i dostrzegłem, że w salonie na fotelu była moja koszula, a na stoliczku do kawy komórka. Uniosłem zdziwiony brwi i wszedłem w głąb pomieszczenia zastanawiając się, co jeszcze mogę tam znaleźć. Może moje bokserki? Moje oczy zatrzymały się na blacie kuchennym, gdzie były starannie przygotowane kanapki, kawa, a obok znajdowała się karteczka. Wziąłem ją do ręki i przeczytałem treść, próbując rozpoznać czyje to pismo.
„Mam nadzieję, że dobrze Ci się spało. Śniadanie masz naszykowane, więc zjedz i, proszę, zbierz się do studia nagraniowego w sprawie nowego singla. Miłego dnia. xx”
Po dłuższej chwili zrozumiałem, że jestem właśnie w mieszkaniu Marcela. Wystarczyło spojrzeć na ten błysk w mieszkaniu i… zdjęcie z prawdopodobnie jego mamą. Zdziwiło mnie to, iż wylądowałem właśnie w jego łóżku. Wziąłem do ręki jedną z kanapek i usiadłem na kanapie, zajadając się śniadaniem i lustrując charakter pisma bruneta. Był bardzo staranny i było pokreślonych parę słów, a nawet zdania, ale i tak prezentowało się wszystko elegancko. To jak operował swoją dłonią było zaskakujące. Po zjedzeniu wszystkich kanapek, ubrałem na siebie koszulę i wyszedłem, zamykając za sobą drzwi kluczem, który zostawił mi Marcel. Powędrowałem do swojego mieszkania, aby się przebrać. Zrobiłem to całkiem szybko, akurat żeby zdążyć na czas do studia. Oczywiście musiałem wezwać taksówkę, żeby nie robić pieszych wycieczek przez miasto. Całe szczęście mieszkałem pięć minut od ich postoju.
Byłem już pod firmą, idąc z szerokim uśmiechem na twarzy. Wszedłem do środka, witając wszystkich szczerym „dzień dobry”. Spojrzałem na Zayna i mu pomachałem, co go najwyraźniej zdziwiło. Skierowałem się w stronę windy, nucąc pod nosem jedną ze swoich ulubionych piosenek „Need You Now”. Miałem właśnie wcisnąć numer piętra do studia nagraniowego, kiedy nagle się zatrzymałem, przypominając sobie kawałek wczorajszej nocy. Poczułem słodki smak tych miękkich ust chłopaka, którego pocałowałem. Nie miał w tym zbytniej wprawy, jednak i tak był idealny.
- O kurwa – jęknąłem. – Całowałem Marcela.
Od razu wcisnąłem zamiast ósmego piętra, szóste, gdzie były sale do tańca. Tam choreografię układał mój najbliższy przyjaciel, Liam. Nie mogłem się teraz skupić na nowej piosence, musiałem z nim porozmawiać. Wszedłem do jego sali, gdzie siedział na podłodze, rozrysowując na kartce nową choreografię, prawdopodobnie do mojego nadchodzącego teledysku. Podejrzewałem tak, ponieważ mówił mi o tym parę dni wcześniej.
Podszedłem do niego, siadając obok i patrząc, jak długopis w jego dłoni pozostawia swoje ślady na kartce. Podniósł na mnie swój wzrok, uśmiechając się przyjaźnie.
- Cześć, Lou – powiedział mi na powitanie. Tylko on tak do mnie mówił. – Nie miałeś być w studiu?
- Miałem – odparłem ze wzruszeniem ramion.
Spojrzał prosto w moje oczy i wiedział, że coś leży mi na wątrobie. Uśmiechnąłem się lekko i zdjąłem ze swoich ramion bluzę, pozostając w samej bluzce. Poprawiłem szybko włosy i znowu przeniosłem wzrok na niego.
- Po prostu to powiedz. Wysłucham. – mruknął cicho, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Całowałem się wczoraj z Marcelem. – odpowiedziałem krótko, ściszonym głosem. – Wczoraj, byłem pijany, ale…
- Ale podobało ci się? – Zapytał, utrzymując kontakt wzrokowy ze mną. Nie powiedziałem nic. Moją odpowiedzią było jedno proste przytaknięcie. – Może to i dobrze? Marcel to dobry chłopak. Jak się przy nim czujesz?
To było właśnie dobre pytanie. Jak ja się przy nim czułem? Mógłbym nad tym rozmyślać pół dnia. Byłem przy nim jak najbardziej wyluzowany. Potrafiłem go rozśmieszyć, co mnie tak jakby uszczęśliwiało. Był naprawdę fajny, jeśli chodzi o rozmowy. Do tego, poprzedniego dnia odebrał mnie pijanego z baru i pozwolił spać w swoim łóżku. Był wyjątkowym człowiekiem i chyba naprawdę uważałem go za słodkiego. Znałem odpowiedź na pytanie Liama. Znałem ją już od dawna. Było prosta i krótka.
- Dobrze – szepnąłem.
**
Skończyłem pracę na dziś i z delikatnym uśmiechem wyszedłem z wytwórni. Poprawiłem sobie torbę na ramieniu tuż za głównymi drzwiami. Ruszyłem na parking i już stałem przy swoim samochodzie, gdy nagle usłyszałem jęki, dochodzące z limuzyny szefa. Zamrugałem kilka razy, a na policzkach pojawiły mi się dwa dorodne rumieńce.
- Josh, jesteś taki piękny… – I jęk. Głos był niesamowicie podobny do mojego szefa, ale przecież młody Horan nie mógł się zabawiać na boku z kierowcą. To byłoby dziwne. Chyba istnieje jakiś kodeks. Czy coś… - O mój Boże!
Zrobiłem kilka kroków w stronę czarnego pojazdu, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Zajrzałem przez okno i zamurowało mnie. A raczej odrzuciło. Upadłem na ziemię, krzycząc przerażony widokiem, który właśnie zobaczyłem.
„Chrystusie Niebieski, za jakie grzechy”, zaklinałem się w myślach. Moja ciekawość jest czasami zgubą i byłbym o wiele szczęśliwszy, gdybym nie widział tego co właśnie miało miejsce. Przecierałem oczy jak wściekły. Jeśli ktoś by mnie zobaczył, pomyślałby zapewne, że mnie zaatakowano.
- Marcel? Jezus! – Blondyn wyszedł z limuzyny już w zapiętych spodniach i wymiętej koszulce. Włosy miał w kompletnym nieładnie, policzki czerwone, a usta opuchnięte. Westchnąłem ciężko, podnosząc się z ziemi i próbując wymazać ten obraz z mojego umysłu. – Proszę, powiedz, że nic nie widziałeś.
- To nie na moje nerwy – jęknąłem, kręcąc głową. – Nie chciałem wam przeszkadzać, ja przepraszam…
- Marcel, to ważne – powiedział szybko młody Horan, robiąc krok w moją stronę. Położył mi ufnie dłoń na ramieniu, po czym przymknął oczy, myśląc nad czymś, podczas gdy z samochodu wyszedł w pełni ubrany i uczesany Josh, który był jego kierowcą. – Nie możesz nikomu powiedzieć o tym.
- N-nie powiem – zacząłem, gdy nagle wpadł mi do głowy pomysł. Durzyłem się w szatynie, od kiedy pamiętam, a przez ten incydent miałem okazję coś z tym zrobić – ale wyświadczysz mi przysługę, d-dobrze?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz