niedziela, 26 stycznia 2014

926

ZIMA

I.

Jude nie pokazuje mu więcej filmów, znowu ograniczają się do robienia zdjęć i Harry oddycha z ulgą, choć tamto wydarzenie nie przechodzi bez echa. Chłopak staje się świadomy tego, do czego może służyć ludzkie ciało i jakie konsekwencje niesie za sobą raz odkryta masturbacja. W dzień uparcie stara się więc zamknąć umysł przed zbytnim myśleniem o seksie, zajmując się sprzątaniem i pracą fizyczną, która męczy go na tyle, by pod wieczór zasypiał ze zbawienną pustką w głowie. Nie ma jednak wpływu na to, o czym śni. Coraz częściej budzi się spocony, w lepkiej bieliźnie oraz z mglistym wspomnieniem obrazów ze snu w tyle głowy, a chociaż wie, że to normalne w jego wieku i nie powinien robić z tego tak wielkiego problemu, nie może pozbyć się gryzących wyrzutów sumienia, ponieważ… zdarza się, że obiektem jego podświadomych fantazji jest zwinięty obok niego Louis. A to kategorycznie nie ma prawa mieć miejsca, chłopcy stworzeni są do lubienia dziewczyn, a nie swoich najlepszych kumpli, którzy nie odwzajemniają ich zainteresowania. To wszystko przyprawia go o mdłości.

Nie mija wiele dni, gdy któregoś ranka Louis sam zauważa, że coś jest nie tak.

Sen Harry’ego, jak to ostatnimi czasy bywa, urywa się w sekundzie, w której przez jego ciało przechodzi fala niechcianej przyjemności. Chłopak mruga w oszołomieniu, słysząc dudniący bieg krwi w uszach i czując tłuczące mu się w piersi serce. Z zakłopotaniem uświadamia sobie, jak mocno przylgnął w nocy do Louisa: niemal na nim leży, z twarzą w zagłębieniu jego szyi i kolanem wciśniętym daleko pomiędzy jego uda. Z zamiarem szybkiej ewakuacji ostrożnie wygrzebuje się z plątaniny kończyn, starając się nie obudzić przyjaciela, ale wszystkie jego wysiłki są niepotrzebne, ponieważ Louis aktualnie już nie śpi. Niebieskie oczy wpatrują się intensywnie w Harry’ego i nagle staje się jasne, że chłopak doskonale zdaje sobie sprawę z bałaganu w jego spodniach od piżamy oraz przyczyny szalonego tętna.

- Mamrotałeś pod nosem moje imię. Miałeś przyjemny sen? - pyta Louis dziwnie ściśniętym głosem, podciągając się na łokciach, by móc oprzeć plecy o wezgłowie łóżka. Harry zamiera z dłońmi zaciśniętymi na kołdrze, nagle bardzo mały i biedny. Nabiera oddechu, unikając jego wzroku i zmusza się do zejścia z łóżka bez odpowiedzi. Całe jego ciało wypełnia obrzydzenie do samego siebie oraz poczucie wstydu, że Louis o wszystkim wie i prawdopodobnie nie będzie chciał już nigdy mieć z nim nic do czynienia, dlatego czym prędzej ucieka do łazienki, przekręcając za sobą zamek w drzwiach, żeby odgrodzić się od tego nieskazitelnego chłopaka na materacu. Bo Louisowi nigdy się to nie zdarza. Nigdy nie budzi się brudny, jego ubrania nigdy nie kleją się do skóry. W przeciwieństwie do Harry’ego nie jest zbrukany i zły. W przeciwieństwie do Harry’ego nie śni o mężczyznach.

Ściąga piżamę i wpycha ją pod strumień wody w wannie, gdzie zaraz sam też wchodzi, szczękając zębami z zima. Szybko obmywa podbrzusze, dwa razy namydlając pachwinę oraz miejsca, w których uda stykają się z kroczem, a potem zakręca kurek i wyciera się szorstkim ręcznikiem z wieszaka na drzwiach. Na półce po drugiej stronie łazienki znajduje czystą bieliznę oraz parę spranych spodni. Ubrany, siada na krawędzi wanny i czeka, aż metalowe drzwi od piwnicy zgrzytną w oddali, zwiastując nadejście Jude’a, dzięki czemu będzie mógł wyjść bez rozmawiania z Louisem. Boi się. Jest przerażony tym, co chłopak może mu powiedzieć, ponieważ znaczy on dla niego zbyt wiele, by Harry mógł kiedykolwiek pozwolić sobie na stratę jego przyjaźni. Co nastąpi, gdy tylko Louis odkryje, kim tak naprawdę jest chłopak, któremu pozwala spać obok siebie w łóżku. Z tego właśnie powodu nie rusza się z łazienki.

- Haz? - zza drzwi dobiega zaniepokojony głos i Harry zamyka oczy. Louis nie powinien się martwić, powinien być zniesmaczony i obrzydzony. I może właśnie taki jest, ale dobrze to ukrywa, żeby wywabić go z kryjówki, a potem wykrzyczeć mu to prosto w twarz? - Wszystko w porządku? Dlaczego nie wychodzisz?

Harry zagryza wargę, kiwając się na zimnym brzegu wanny. Spod wciąż zaciskanych powiek zaczynają wypływać pojedyncze łzy, których nawet nie stara się powstrzymać, bo i tak nie jest w stanie. Czuje się okropnie. Ciężar ostatnich miesięcy przygniata mu ramiona, wyrywając z gardła zduszony szloch i świat Harry’ego jeszcze nigdy nie był tak ciemny i nieprzyjazny. Chce wrócić do domu, do swojego pokoju i ciągłych wojen z Gemmą. Chce znowu chodzić do szkoły i przysypiać na lekcjach historii, a potem wykradać się przez okno na awaryjnej klatce schodowej, żeby wejść z kolegami na dach przybudówki na rowery. Chce zobaczyć mamę i Robina, i swoich sąsiadów, i nawet panią ze sklepu spożywczego na rogu ich ulicy, która zawsze żuje gumę z otwartymi ustami, pomalowanymi różową szminką. Chce być normalny.

Ale w tej chwili przede wszystkim nie chce, żeby Louis go znienawidził.

- Harry, otwórz - słyszy i cały misternie ułożony przez niego plan, żeby zostać tu na zawsze, prawie się rozpada, ponieważ głos Louisa jest słabszy niż poprzednio, niemal złamany. - Proszę… Powiedziałem lub zrobiłem coś nie tak?

To niemal wywołuje z jego strony śmiech, bo naprawdę, Louis jest ostatnią osobą, która mogłaby zrobić coś złego. Harry otwiera oczy i patrzy w kratkę nad podłogą, przez którą jest w stanie dostrzec zarys stóp drugiego chłopaka. Chodzi boso, choć temperatura podłoża mrozi krew w żyłach.

- Nie ruszę się stąd dopóki nie otworzysz. Cokolwiek to jest… zawsze możesz ze mną porozmawiać. Zawsze, Haz. Jesteś moim przyjacielem… A jeżeli mi nie otworzysz, sam to zrobię.

Przyjaciel. To jedno słowo przesądza w końcu sprawę. Harry wydaje z siebie drżące westchnięcie i zsuwa się z krawędzi wanny, żeby obrócić zamek w drzwiach. Nagłe kliknięcie zaskakuje Louisa, który milknie raptownie, przerywając swój monolog. Potem klamka się porusza i w pomieszczeniu nie jest już tylko Harry, ale dwójka ludzi, patrząca na siebie ponad progiem.

- Co do diabła…? - pyta Louis, zauważając mokre ścieżki łez na jego policzkach i bez czekania na odpowiedź porywa Harry’ego w ramiona, wyciągając go z łazienki. Ma piętnaście lat, niedługo skończy szesnaście, ale kiedy stoją, są niemal tego samego wzrostu i Harry bez trudu wyswobadza się z jego objęć.

- Nie dotykaj mnie - wyrzuca z siebie zachrypniętym od wstrzymywanego szlochu głosem. - Nie dotykaj mnie, Lou, jesteś taki… nie dotykaj mnie, proszę.

Louis zastyga z twarzą ściągniętą w niedowierzaniu i szoku. Może jest na niej jeszcze coś więcej, ale Harry tego nie zauważa, zajęty cofaniem się powoli w stronę ściany. Jego plecy uderzają w betonowy blok, a wtedy kolana nie wytrzymują i osuwa się na podłogę, trzęsąc z zimna i niemocy. Nie może pozwolić, aby ktokolwiek stał się taki jak on, nie może pozwolić Louisowi się dotykać. Zasłania twarz dłońmi.

Ale Louis nie słucha. Pokonuje dzielącą ich odległość i kuca obok, odciągając na bok jego nadgarstki i zmuszając go, by spojrzał mu w oczy.

- Co on ci zrobił? - odzywa się z nagłym zrozumieniem, a intensywny błękit jego oczu zatrzymuje oddech Harry’ego w płucach. - To Jude, jestem pewny. Co ci zrobił? Czy on… zmusił cię do czegoś, czego nie chciałeś robić? Możesz mi powiedzieć, Harry. Jestem przy tobie.

Harry potrząsa głową i przełyka głośno ślinę. Louis nie może się dowiedzieć. Nigdy.

Starszy chłopak siada na podłodze i wlepia w niego wyczekujące spojrzenie, a jego sylwetka napina się z nerwów, gdy przysuwa się bliżej. Ostre rysy twarzy wygładzają się odrobinę i Harry nie może przestać myśleć o tym, jaki Louis jest piękny. Ze swoimi wysokimi policzkami i delikatną linią szczęki przypomina mu anioła.

- Harry. Haz, proszę, nie mogę patrzeć, jak płaczesz. Cokolwiek to jest… możesz mi powiedzieć. Będę tutaj bez względu na wszystko.

Więc Harry mu mówi. Niechętnie i z początku powoli, opowiada mu o tym, co wydarzyło się w pokoju z pluszową kanapą, a także o wszystkich uczuciach, których Harry nie chce, ale nie potrafi się ich pozbyć. Mówi mu, że myśli o chłopcach w sposób, w jaki nie powinien, a Louis słucha uważnie, nawet na moment nie odwracając spojrzenia, choć uścisk jego dłoni na nadgarstkach Harry’ego lekko się wzmacnia. Potem wyznaje, że nienawidzi siebie za to, że to wszystko sprawia mu przyjemność, i że wbrew sobie pragnie znowu się dotykać. Kiedy kończy, paradoksalnie czuje się jednocześnie lepiej i gorzej.

- Więc już wiesz - pociąga nosem. - Taki naprawdę jestem.

- Jaki? - dopytuje Louis.

- Przestań, Lou, doskonale wiesz. Nie będę cię winił, jeżeli nie chcesz już… Jesteś inny. Możesz rozstawić nasze łóżka.

Jego żołądek sprzeciwia się temu twierdzeniu, ale Harry dzielnie go ucisza, czekając na komentarz drugiego chłopaka.

- Ale z ciebie idiota - mamrocze Louis, a niewyobrażalna ulga wręcz paruje z porów jego skóry. - Jesteś gejem lub myślisz, że nim jesteś. To między nami nic nie zmienia, Harry. Kompletnie nic.

- Co?

- Pozwól, że wyrażę się jaśniej: nie przeszkadza mi to. I nie rozstawiamy łóżek, nie chcę zamarznąć na śmierć.

Harry mruga, studiując piękną twarz przed sobą.

- Nie brzydzisz się mną? - Nie może uwierzyć, że o to pyta, ale cała ta rozmowa jest wystarczająco zawstydzająca, żeby się przemógł. - Co jeżeli znowu zdarzy się to, co dzisiaj rano?

Louis rozluźnia uchwyt na jego nadgarstkach i lekko się uśmiecha.

- Masz na myśli szalone ocieranie się o moją nogę? - Oczy Harry’ego rozszerzają się, gdy uświadamia sobie, co to znaczy. - Jakoś to przeżyję. Ale… Harry. - Jego ton staje się poważniejszy. - To, co zrobił Jude było złe, rozumiesz? Obiecaj, że powiesz mi, gdy zrobi to ponownie albo spróbuje czegoś innego.

- Na przykład czego?

- Po prostu czegoś, z czym będziesz czuł się źle lub co będziesz musiał zrobić wbrew sobie.

- Okej - wzdycha Harry i Louis kiwa głową z zadowoleniem.

- Okej - powtarza, jakby dobili właśnie jakiejś umowy.

II.

Jude zaczyna zachowywać się dziwnie.

Cóż, dziwniej.

Nuci pod nosem, gdy prowadzi Harry’ego na strych, który ten ma odkurzyć, uśmiecha się co jakiś czas do własnych myśli i pozwala mu wcześniej wrócić do piwniczki. Tego wieczora nie przychodzi także po Louisa i chłopcy spędzają otrzymane w prezencie godziny leżąc na swoich złączonych łóżkach z dłońmi ułożonymi na brzuchu. Wpatrują się w poplamiony sufit, rozmawiając i opowiadają sobie śmieszne historie z przeszłości, gdy wszystko było jeszcze piękne i kolorowe. Sprzed Jude’a, roznegliżowanych sesji zdjęciowych i reszty tego bałaganu.

- A ty, Harry? - Louis z trudem mówi przez śmiech, wycierając łzy spod oczu. - Założę się, że nie raz zakradałeś się z kumplami do damskiej szatni!

- Raczej nie - odpowiada Harry, czując ból w policzkach od ciągłego szczerzenia się jak głupek. - Ale kiedyś jeden chłopak przyniósł świerszczyki na boisko.

- Porno w miejscu publicznym? - szczerzy się Louis, przekręcając się na brzuch jednym smukłym posunięciem. Opiera brodę na ramieniu Harry’ego, patrząc na niego z uznaniem, jakim może darzyć nastoletniego chłopaka tylko inny nastoletni chłopak. - Czego jeszcze o tobie nie wiem?

- Wiesz więcej niż połowa moich kumpli ze szkoły. Dużo więcej.

- Bzdury.

Harry wzdycha, ale po jego ustach wciąż błąka się uśmiech.

- Co mam ci powiedzieć?

- Wszystko - pada natychmiastowa odpowiedź. - Chociażby… data pierwszego pocałunku? I kim była ta szczęściara? Bo wiem, że nie był to chłopak.

Plamy na suficie nie są w stanie odwrócić jego uwagi od uczucia wwiercającego się w jego profil spojrzenia.

- Hmm - zaczyna Harry i jest pewny, że rumieniec już zaczął rozlewać się po jego policzkach. - Właściwie jeszcze nie… ja… nigdysięniecałowałem?

Louis pociera brodą o jego ramię, patrząc na niego z zaciekawieniem i wywołując tym samym lekkie wirowanie w jego podbrzuszu.

- Dlaczego nie? Dziewczyny musiały ustawiać się za tobą w kolejce. Nie wyobrażam sobie, żeby żadnej nie zauroczyły twoje loczki i słodkie dołeczki w policzkach.

Harry wypuszcza powietrze z płuc i odgania na bok sensację w żołądku. Zaperzony szturcha chłopaka łokciem w żebra.

- Wcale nie jestem słodki.

- Jesteś. Jesteś słodki i wyglądasz jak cherubin, o ile są cherubini z ciemnymi włosami - śmieje się Louis, unikając kolejnego ciosu. - Więc dlaczego, Hazza?

Problem w tym, że Harry nie zna odpowiedzi na to pytanie. Po prostu… nigdy nie czuł potrzeby pocałowania żadnej dziewczyny. Może podświadomie od zawsze wiedział, że go nie interesują? Ponownie wzdychając, przekręca się na bok i patrzy niepewnie w niebieskie tęczówki przyjaciela, pozbawiając jego brodę podpórki.

- Nie chciałem i już - mówi, wywracając oczami, gdy Louis unosi komicznie brwi do góry. - A kiedy ty po raz pierwszy kogoś pocałowałeś?

Louis trzepocze rzęsami i Harry ma ochotę znowu go szturchnąć, ale uprzedza go odpowiedź.

- W czwartej klasie. Hannah, bo tak miała na imię, siedziała w ławce obok i miała najładniejszy uśmiech ze wszystkich dziewczyn w szkole. Do tej pory nie spotkałem dziewczyny z ładniejszym uśmiechem.

Na twarzy Louisa gości czułość, która ponownie wyprawia dziwne rzeczy z wnętrznościami Harry’ego. Chłopak przełyka ślinę i stara się nie okazywać niedorzecznej zazdrości spowodowanej usłyszaną opowieścią. Przecież wie, że Louis nie lubi chłopców, ponieważ w przeciwieństwie do Harry’ego jest normalny i miał kiedyś (lub nadal ma?) dziewczynę.

- Naprawdę się na tobie zawiodłem, Lou. Myślałem, że twój pierwszy pocałunek miał miejsce już w przedszkolu. - Z zadowoleniem rejestruje, że ton jego głosu niczego nie zdradza. - A tu proszę, dziesięć lat, no cóż… Czy ty i Hannah nadal…?

Usta Louisa wyginają się w kącikach, gdy nie daje się złapać na haczyk, jak życzyłby sobie tego Harry. Zamiast tego składa przed sobą ramiona i opiera na ich czubku podbródek.

- Nie, od dawna jesteśmy tylko przyjaciółmi. Choć była to piękna pierwsza miłość, nie mogę zaprzeczyć. - Mruga do niego. - Gdybyś mógł pocałować kogokolwiek ze wszystkich ludzi na świecie, kto by to był?

Harry myśli, że tym razem zna odpowiedź, ale nigdy w życiu nie powiedziałby jej na głos.

- Ryan Gosling - mówi więc w zamian, przypominając sobie pierwsze nazwisko aktora, o jakim bez ustanku gadała jego siostra.

- Całkiem niezły - zgadza się Louis z udawaną powagą - chociaż trochę stary. Powinieneś zacząć od kogoś w swoim wieku, zanim przerzucisz się na starszych. Więc podobają ci się blondyni, tak?

- Eee…

- Tak. Zdecydowanie wyglądałbyś dobrze z blondynem u boku. Wasze włosy świetnie by ze sobą kontrastowały. Jak słodki i gorzki, dzień i noc, gorące kakao i mrożona herbata, jak czarny garnitur pana młodego i biała suk…

- Jezu, Louis. Możesz przestać? Włosy nie są najważniejsze - mamrocze pod nosem Harry, starając się nie myśleć o tym, że włosy starszego chłopaka mają przyjemny dla oka odcień miodu, który zdecydowanie kontrastuje z jego hebanowymi lokami. - Ktokolwiek to będzie wystarczy, że będzie mnie chciał - żartuje.

Liczy na kolejny uśmiech i może zmianę tematu, ale Louis marszczy brwi, przypatrując mu się bez słowa. Na jego czole jakimś cudem powstała poprzeczna bruzda i Harry zrobiłby wszystko, aby się jej pozbyć. Nie robi jednak nic, ponieważ lewa dłoń Louisa powoli przesuwa się po pościeli i delikatne palce dotykają jego łokcia, wspinając się w górę po rękawie i docierając do boku jego głowy, gdzie wplątują się w luźne loki nad uchem. Potem przemieszczają się na policzek, łaskocząc skórę. Harry oddycha głębiej, szukając wyjaśnienia w oczach Louisa, ale te z zadumą patrzą gdzieś poniżej linii jego nosa.

- Lou…?

Czar pryska, ręka Louisa opada na łóżko i starszy chłopak posyła mu lekki uśmiech.

- To będzie ktoś wyjątkowy. Prawdziwy szczęściarz.

Potem przekręca się z powrotem na plecy i opowiada Harry’emu kolejną historyjkę o tym, jak to razem ze Stanem, swoim przyjacielem z Doncaster, wykradli którejś nocy z garażu samochód mamy Louisa.

III.

Boże Narodzenie jest dniem jak każdy inny w tym ponurym miejscu. Jude zdaje się być kompletnie nieświadomy faktu nadejścia świąt, kontynuując znajomy rozkład dnia bez zawracania sobie głowy chociażby ubraniem choinki. A jeżeli ma świadomość z nastania wyjątkowego czasu, okazuje to w okrutny sposób, każąc Harry’emu wyszorować podłogę we wszystkich pokojach na parterze oraz zabierając Louisa do siebie niemal na całą noc. Nie ma więc nic zaskakującego w stwierdzeniu, że jest to najgorsza Wigilia w ich życiu, w czasie której nie mieli nawet okazji złożyć sobie życzeń.

Mimo to Harry czuwa przez długie godziny, przezwyciężając opadające powieki, aż drzwi wejściowe uchylają się i w mroku pokoju pojawia się cień Louisa, który standardowo udaje się najpierw do łazienki, skąd przez kilka minut dochodzą dźwięki lejącej się wody, a następnie wślizguje się ostrożnie pod koce, nie chcąc obudzić Harry’ego. Ale tym razem Harry nie śpi i kiedy Louis zwija się u jego boku w poszukiwaniu ciepła, chłopak ułatwia mu to zadanie obejmując go w pasie.

- Myślałem, że śpisz - mamrocze Louis niewyraźnie. Jego ciało niemal się nie porusza i Harry wie, że chłopak jest całkowicie wykończony. - Przepraszam, jeżeli cię obudziłem.

- Nie, sam na ciebie czekałem. - Słyszy coś, co może być zdaniem „To naprawdę miłe.”, ale nie jest pewny. - Dzisiaj… właściwie wczoraj… skończyłeś szesnaście lat i chciałem złożyć ci życzenia. Wszystkiego najlepszego, Louis.

Kiedy nie otrzymuje odpowiedzi, obawia się, że Louis usnął zanim usłyszał życzenia, ale wtedy chłodna dłoń ze zmęczeniem głaszcze go po plecach i Harry wie, że jego przyjaciel wciąż tu jest.

- Dzięki, Haz.

- Wiem, że nie marzysz o niczym oprócz snu, ale chciałbym ci coś opowiedzieć. Nie musisz się odzywać, po prostu… ja będę mówił, okej? - Z gardła Louisa znowu wydobywa się ciche „mhm”, więc Harry kładzie głowę na jego piersi i przykrywa ich szczelniej kocem. - U mnie w domu zawsze obchodziliśmy hucznie święta. Już na początku grudnia ubieraliśmy choinkę i wieszaliśmy światełka na drzewach w ogródku. Mama i Gemma tydzień przed Wigilią zaczynały piec pierniki, a ja z moim ojczymem dekorowaliśmy łańcuchami salon i balustradę na schodach. Nigdy nie mogłem się doczekać tych przygotowań, bo wszyscy wydawali się tacy radośni i szczęśliwi, jakby wystarczało wspomnienie Bożego Narodzenia, żeby unieważnić codzienne problemy. W święta śpiewaliśmy razem kolędy, a ja jako najmłodszy rok w rok musiałem czekać przy oknie i wypatrywać pierwszej gwiazdy na niebie. Dopiero gdy ją zauważyłem, siadaliśmy przy stole i zaczynaliśmy kolację - urywa, zaciskając palce na przedzie koszulki Louisa. - Zastanawiam się, jak to wygląda w tym roku i to od rana nie daje mi spokoju. K-kto wypatrywał pierwszej gwiazdy? Może Gemma, skoro jest zaraz po mnie, ale… tak bardzo za nimi tęsknię, Louis. Tak bardzo, że to aż boli.

Nie płacze, po prawie sześciu miesiącach nie ma już czym, ale czasami myśli, że gdyby miał, nieprzyjemny ucisk w sercu wcale nie byłby mniejszy.

- Oni wszyscy są tam razem - kontynuuje. - A ja jestem sam i… ile minie czasu zanim o mnie zapomną? Kiedy przestaną mnie szukać i zaczną siadać do stołu jakby to czwarte, puste krzesło było czymś normalnym? Co jeżeli stąd nie wyjdziemy? Co jeżeli J-Jude to jedyna osoba, którą będziemy widzieć do końca naszego życia? Louis, on… on nas nigdy nie wypuści.

Panikuje, ale do cholery, ma trzynaście lat. Powinien być w domu z rodzicami, którzy by się nim opiekowali i dbali o niego, a nie w zawilgoconej piwnicy, gdzie każdej nocy może zamarznąć we śnie. Minęło pół roku i nie zanosi się na to, aby w najbliższym czasie miało się coś zmienić, dlatego Harry czasami traci nadzieję. Zwłaszcza w takie dni jak ten, gdy brak rodziny jest szczególnie dotkliwy.

- Zostaniemy tu na zawsze - kończy podniesionym głosem i zaczyna się trząść. Co takiego zrobili, aby zasłużyć na to piekło? - Zgnijemy razem z tym domem, pieprzoną kanapą z pluszu i przeklętą kamerą. Robi nam tyle zdjęć, co się potem z nimi dzieje? Przecież nie… Dlaczego nikt ich nie zauważył? Ktoś przecież musiał je wi…

- Ciii - szepce mu Louis do ucha i Harry niemal podskakuje ze strachu. Podrywa głowę do góry, ale w ciemności nic nie widzi. - Nie ma sensu o tym myśleć, Haz, nie możemy nic z tym zrobić. Wszystko będzie dobrze, ciii.

Czuje na języku gorzkie „Skąd wiesz?”, ale zagryza wargi i pozostaje cicho, chowając nos w zagłębieniu jego szyi. Louis zawsze pachnie tak samo, szarym mydłem oraz sobą, i w jakiś sposób Harry kojarzy ten zapach z domem. Uspokaja się powoli, oddychając głębokim i miarowym rytmem, który współgra z uderzeniami serca chłopaka pod nim.

- Nie jesteś sam, Haz, tkwimy w tym razem. Śpij.

I nie wiadomo kiedy, Harry zasypia.

IV.

Dobry humor Jude’a trwa. Harry patrzy na niego zza stołu w kuchni, gdy ten krząta się przy blacie, mrucząc coś do siebie po cichu i postukując nogą w rytm tylko jemu znanej piosenki. Wygląda także inaczej. Zwykle zakładaną przez siebie flanelową koszulę zamienił na granatowy sweter, sztruksowe spodnie są czyste i wyprasowane, a mysie włosy starannie zaczesał na bok. Harry ma złe przeczucie, ale siedzi cicho, kończąc swoją kolację.

Jude stawia przed nim kolejny talerz oraz termos z gorącą herbatą bez cukru.

- To twoje jutrzejsze śniadanie, słonko. Weźmiesz je ze sobą do pokoju.

Harry przełyka to, co ma w buzi i ze zdziwieniem patrzy na jedzenie.

- Nie będę miał jutro zdjęć? - wymyka mu się, zanim zdąża ugryźć się w język. Nie ma prawa zadawać pytań i spodziewa się kary, jednak Jude posyła mu tylko słaby, brzydki uśmiech.

- Nie, rybko. Przyjeżdża do mnie ktoś ważny i nie znajdę dla ciebie czasu.

To dobra wiadomość, decyduje Harry, gdy Jude od zewnątrz zamyka za nim drzwi do piwnicy. Dzień wolny od pracy, który razem z Louisem będą mogli spędzić tylko we dwóch, nawet tutaj jest naprawdę miłą perspektywą. Jasne, nie mają zbyt wielu opcji do wyboru i prawdopodobnie znowu skończą leżąc na łóżku, ale to nic. Ważne, że będą sami.

I wszystko zapowiada się świetnie, do czasu gdy okazuje się, że Louis nie ma tego szczęścia. Jude jak zawsze zabiera go wieczorem do siebie, pozostawiając Harry’ego samego w zimnej i nagle bardzo, bardzo pustej piwniczce. Nie mając co ze sobą zrobić, chłopak z rozczarowaniem zwija się w kłębek na łóżku i czeka na powrót swojego przyjaciela. Leży nieruchomo, aż pokój pogrąża się w całkowitej ciemności, oznaczającej nadejście nocy. W pewnym momencie usypia, budząc się po kilku godzinach tylko po to, żeby zarejestrować dalszą nieobecność Louisa, więc nie zapalając światła, po omacku przebiera się w piżamę i wraca pod kołdrę, ponownie pogrążając się w lekkim śnie. Sny są tym, co ostatnio daje mu wytchnienie, chociaż czasem przynoszą także smutek, gdy widzi w nich rodzinę. Ale na ogół, kiedy nie nawiedzają go ludzie, za którymi tęskni i nie spełnia w nich fantazji erotycznych, są to miłe, kolorowe obrazy, pełne słońca i ciepłego powietrza, oraz kwiatów na linii błękitnego nieba. Harry lubi śnić, a odkąd nie musi się martwić reakcją Louisa na poranne erekcje, sen przynosi u o wiele więcej ukojenia.

Kiedy budzi się po raz drugi, jest to wreszcie spowodowane zgrzytem metalowych drzwi po drugiej stronie piwnicy. Pokój wypełnia teraz ziemiste światło poranka sączące się przez podłużny świetlik pod sufitem i Harry podnosi głowę, mrugając zaspanymi oczami, żeby przyzwyczaić je do nieoczekiwanej jasności. Zauważa Louisa stojącego między wejściem a łóżkiem, który nie rusza się, praktycznie nie oddycha, po prostu stoi, tam gdzie zostawił go Jude i zaciska ręce w kieszeniach. Całe jego ubranie jest wymiętoszone i pogniecione, a zwykle miękka grzywka klei się do czoła. Na szarej ze zmęczenia twarzy odbija się szok, ból i coś jeszcze, a posiniaczone usta drżą nieznacznie.

Po sekundzie Harry jest kompletnie rozbudzony i stoi tuż przed nim.

- Louis - mówi zdenerwowany jego dziwnym wyglądem. Louis wzdryga się, ale kiedy unosi spojrzenie i rozpoznaje mówiącą osobę, lekko się rozluźnia i pozwala sobie wypuścić wstrzymywany od dłuższego czasu oddech. - Lou… co się dzieje? Co się stało?

Starszy chłopak patrzy na niego błagalnie, jakby prosił, żeby Harry nie kazał mu powiedzieć tego głośno. Jego niebieskie tęczówki mają straszny, sprany kolor błękitu i zieje z nich okropna pustka. Harry musi przełknąć ślinę, aby rozciągnąć zaciśnięte ze strachu gardło.

- Chcę się położyć. - To Louis przerywa ciszę i jego głos jest ochrypły, wymęczony. - Muszę się położyć, Haz, nie mam na nic siły. Proszę.

Harry kiwa szybko głową i prowadzi go do łóżka. Chłopak stawia ostrożne, wyważone kroki, a kiedy jego kolana stukają w drewnianą obudowę materaca, po prostu przewraca się i opada na pościel, z twarzą zakopaną w poduszce. Harry patrzy bezradnie na jego ubrane ciało, które zamiera w chwili zderzenia z płaską powierzchnią. Piwnicę wypełnia jedynie szelest wydychanego przez nich dwóch powietrza.

- Nie chcesz się przebrać? - odzywa się cicho, choć nie wie, dlaczego właściwie szepce. - Byłoby ci wygodniej spać. - A kiedy nie otrzymuje odpowiedzi, dodaje niepewnie: - Pozwolisz mi to dla siebie zrobić?

Louis prawdopodobnie całą noc spędził na nogach w pokoju z pluszową kanapą, ani na moment nie przymykając oczu. Jude… cokolwiek mu zrobił, to nie były tylko zdjęcia. Harry jest pewny, że gdyby chodziło wyłącznie o nie, Louis nie zachowywałby się jak pozbawiony duszy manekin. Boi się zapytać, ponieważ prawda mogłaby się okazać przerażająca, ale przecież nie może go zostawić w takim stanie. To jego przyjaciel, najważniejsza osoba w ich ograniczonym czterema ścianami świecie.

- Teraz obrócę cię na plecy - informuje go rzeczowym, choć lekko zduszonym tonem. Serce podjeżdża mu do gardła, gdy zaledwie dotyka ramienia, a cała sylwetka Louisa spina się i jakby kurczy w sobie. Ostrożnie obraca go na łopatki. - Mogę cię rozebrać?

Louis zaciska mocno powieki, oddychając spazmatycznie, ale kiwa nieznacznie głową na tak. Rozluźnia pięści i kładzie dłonie płasko na materacu, oddając się całkowicie woli drugiego człowieka. Harry czuje łzy napływające mu do oczu, więc szybko odwraca wzrok od jego twarzy, skupiając się na rozsznurowywaniu starych trampek. Zdejmuje buty i odstawia je na podłogę obok łóżka, następnie chwyta delikatnie za klamrę jego paska, którą odpina powoli i rozsuwa rozporek. Louis pomaga mu pozbyć się z siebie spodni, unosząc do góry biodra i samodzielnie wyjmując stopy z nogawek. Odsłonięta skóra w mig pokrywa się gęsią skórką, ale Harry nie zwraca na to uwagi; wszystkim, o czym może w tej chwili myśleć, są purpurowe odciski palców na wąskich biodrach starszego chłopaka. Niektóre są świeże i intensywne, inne zdążyły zżółknąć i prawie zniknąć, ale wciąż kontrastują z bladą od długotrwałego braku kontaktu ze słońcem skórą. Wpatruje się w nie jak zahipnotyzowany, czując zdradzieckie łaskotanie gdzieś w tyle gardła, ale nie może pozwolić sobie na chwilę słabości. Musi być silny, ponieważ jeżeli nie będzie, Louis mógłby się rozlecieć na milion maleńkich kawałeczków i na zawsze przestać być sobą. A przynajmniej tego obawia się Harry, gdy przenosi spojrzenie na nienaturalnie nieufne, blade oblicze przyjaciela, który śledzi dokładnie każdy ruch jego rąk.

Boże, Lou. Co on ci zrobił?

Chce pocałować każdy z siniaków z osobna, sprawić, że Louis zapomni o przyczynie ich powstania i znowu uśmiechnie się do niego promiennie, ale jest to w tym (a także prawdopodobnie w każdym innym) momencie niedopuszczalne, więc podnosi dół od piżamy i nieudolnie zakłada go na chłopaka, zakrywając sińce. Przeczołguje się na środek łóżka i zamiera momentalnie z kolanami dotykającymi lekko łokcia Louisa, kiedy ten ze świstem wciąga powietrze do płuc, przełykając ciężko ślinę i zaciskając oczy.

- Louis…?

Powieki unoszą się powoli, odsłaniając zwężone ze strachu źrenice, które przez ułamek sekundy błądzą po twarzy Harry’ego, jakby doszukiwały się w niej całkiem innych rysów. Upewniwszy się, że nadal nic mu nie grozi, Louis oddycha spokojniej i z jego czoła znika poprzeczna zmarszczka.

Harry zbiera się w sobie, po czym wsuwa przedramiona pod jego łopatki, unosząc go do pozycji siedzącej, czemu Louis poddaje się niczym szmaciana lalka. Spomiędzy jego opuchniętych warg wydobywają się obłoczki pary wodnej, która skroplona w chłodnym powietrzu piwnicy, owiewa szyję Harry’ego, stawiając mu włoski na karku.

- Lou, zdejmę z ciebie sweter, dobrze? - mówi, starając się brzmieć pewnie i kojąco, choć nie do końca mu wychodzi. Louis chrząka i oblizuje spierzchnięte wargi.

- Okej. Dobrze. - To nic więcej niż szept, ale w ciszy brzmi niemal jak krzyk.

Harry boi się, że kiedy wypuści Louisa z objęć, żeby zdjąć z niego ubranie, ten upadnie z powrotem na materac, więc oddycha z ulgą, kiedy tak się nie dzieje. Chłopak podnosi ramiona do góry, pozwalając mu ściągnąć z siebie sweter. Tutaj też znajdują się sińce. Pokrywają obojczyki i podstawę szyi, a także gardło. Co prawda jest ich dużo mniej, ale towarzyszą im ślady ukąszeń i czerwone zygzaki zadrapań, co jest dużo, dużo gorsze. Harry nie wyobraża sobie, ile bólu musiało je poprzedzać. Jego wzrok ślizga się po wyeksponowanej skórze klatki piersiowej, kiedy w ciszy liczy purpurowe znaki. Gubi się w rachubach gdzieś przy liczbie jedenaście i wypuszcza drżący oddech, uświadamiając sobie bezcelowość własnych działań.

- Chryste - wyrywa mu się jęk.

Szybko podnosi głowę i napotyka dwa śledzące go oceny rozpaczy. Nie wie, co powiedzieć. Żadne słowa nie wystarczą, aby wyrazić to, co czuje, bo nic nie będzie w stanie uśmierzyć bólu wypełniającego drugiego chłopaka. Twarz Louisa jest wyprana z emocji, jakby oddał już wszystko, co kiedykolwiek było w jego środku, jedynie jego oczy wciąż posiadają maleńką iskierkę życia, która jednak w każdej chwili grozi zgaśnięciem. Harry chce zapytać, od jak dawna to trwa. Ile razy sesje zdjęciowe kończyły się gwałtem. Czy w ogóle miał robione jakieś zdjęcia, czy może od początku chodziło o jedno. Czy kiedykolwiek wybaczy mu, że niczego wcześniej nie zauważył.

Żadne z pytań nie opuszcza jego buzi.

Zamiast tego chwyta nadgarstki Louisa i umieszcza je w rękawach koszuli, naciągając ciepły materiał na dygoczącą z zimna klatkę piersiową. Potem stara się zrobić porządek w zmierzwionych włosach przyjaciela, ale w rezultacie sterczą one jeszcze bardziej i Harry daje sobie spokój. Siedzą w bezruchu, unikając kontaktu wzrokowego i z każdą mijającą sekundą atmosfera pomiędzy nimi staje się gęstsza. Niewypowiedziane słowa wiszą w powietrzu, utrudniając oddychanie, ściskając serce. Harry czuje się, bardziej niż zwykle, jak głupie dziecko, które niczego nie wie i niczego nie widziało. Nie potrafi wymyślić sposobu na wyjście z tej sytuacji. Gorzej, nie jest pewny, czy w ogóle istnieje coś, co mogłoby pozbierać Louisa z powrotem do kupy, a jeżeli tak, to czy on byłby w stanie to zrobić. Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie nikt by nie był, może z wyjątkiem psychologa i mamy Louisa, ale ich tu nie ma. Jest tylko Harry. Tylko Harry, który nie potrafi powstrzymać drżenia własnych dłoni.

- Położysz się ze mną?

Podskakuje, słysząc cichą prośbę. Powraca wzrokiem do niebieskich oczu, z których przez warstwę zmęczenia przebija się głęboka desperacja. Kiwa głową, obracając się w miejscu, żeby móc położyć się plecami na poduszkach. Louis idzie w jego ślady, a potem z wahaniem przerzuca ramię przez jego pas, chowając twarz w zagłębieniu szyi. Zwykle jest odwrotnie: Harry leży na starszym chłopaku, chłonąc od niego ciepło, spokój i bezpieczeństwo, ciesząc się jego obecnością, ale dzisiaj ta zamiana ról wydaje się właściwa. Louis go potrzebuje, więc Harry jest gotowy dać mu wszystko, co tylko ma, co tylko może mu dać, co tylko tamten będzie chciał od niego wziąć.

Ciepły oddech na skórze lekko go rozprasza, więc obejmuje mocniej kruche plecy i naciąga na nich koce, głaszcząc napięte łopatki. Spodziewa się strumieni łez lub szlochu, albo przynajmniej bezdźwięcznego łkania, ale Louis wzdycha cicho i tylko leży spokojnie. Harry wie jednak, co musi zrobić.

- Przepraszam - mamrocze w brązowe włosy, lękliwie zatrzymując poruszającą się w dole pleców starszego chłopaka dłoń. - Przepraszam, Lou. Tak mi przykro, powinienem był się domyślić.

Wypowiedzenie tych słów sprawia, że Harry czuje się gorzej. Żołądek skręca mu się nieprzyjemnie, gardło piecze, a policzki płoną czerwienią, gdy wyrzuty sumienia zaczynają przejmować kontrolę nad jego ciałem. Do tej pory myślał, że zamknięcie w zimnej piwnicy to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić dziecku. Teraz już wie, w jak tragicznym był błędzie.

Louis nie odpowiada; zamiast tego zaciska palce na rękawie bluzy Harry’ego i leży w bezruchu, oddychając głęboko. Za każdym razem, gdy nabiera powietrza do płuc, jego klatka piersiowa napiera mocniej na żebra młodszego chłopaka, a przy wydechu gorący podmuch owiewa jego gardło. Harry oddałby wszystko, żeby wiedzieć, co dzieje się w głowie jego przyjaciela. Rozpaczliwie chce zmusić go do mówienia, ale zdaje sobie sprawę z tego, że przez ostatnich kilka godzin Louis nie robił nic innego, jak właśnie był zmuszany, więc zagryza język i modli się, aby to był tylko zły sen, mrucząc nieprzerwaną litanię wybaczmiwybaczmi oraz takbardzocięprzepraszam, którą ma nadzieję ukołysać Louisa do snu.

Ale Louis nie zasypia. Wbrew oczekiwaniom zaczyna mówić, a zdania wylewają się z niego niczym woda z dziury w tamie.

- Jude zawsze traktował mnie dobrze, wiesz? - Harry bardziej czuje na skórze wychodzące z poruszających się przy niej ust słowa, niż je słyszy. - Od samego początku, od pierwszej nocy, w czasie której mnie dotknął, zawsze dbał, aby nic mi się nie stało. Żeby bolało jak najmniej. On… nie lubiłem tego, nienawidziłem każdej sekundy przebywania sam na sam w jego obecności, ale przynajmniej wiedziałem, czego mogę się po nim spodziewać. Nauczyłem się wyłączać umysł i nie myśleć o tym, co mi robi. I to działało, prawda? Dzięki temu nigdy niczego nie zauważyłeś, za co byłem wdzięczny jakimkolwiek istniejącym tam na górze bóstwom.

- Przepraszam - powtarza Harry łamiącym się głosem. Od samego słuchania przechodzą go okropne dreszcze obrzydzenia i strachu. - Powinienem był…

- Jednak dzisiaj Jude nie był sam - przerywa mu Louis, jakby nigdy nie przestawał mówić i Harry momentalnie zamiera, patrząc w napięciu na brązowe kosmyki przy swojej brodzie. - Było ich dwóch, Harry. Dwóch. I ten drugi… on… on nie był nawet w jednej trzeciej tak delikatny jak Jude. Kazał mi robić takie rzeczy, że… n-nie wiem nawet, j-jakim cudem u-udało mi się… był obrzydliwy, gruby i łysy, a j-jego… Wszystko tak s-strasznie b-bolało.

W końcu Louis płacze. Jego plecy wstrząsane są gwałtownymi spazmami, paznokcie wbijają się kurczowo w ubrania Harry’ego, jakby stanowiły one jedyną kotwicę trzymającą go jeszcze przy zdrowych zmysłach. Krople gorących łez spływają wąskimi strumieniami pod kołnierz bluzy młodszego chłopaka. Louis nie robi wielkiego hałasu, po prostu trzęsie się i wciska w ciało pod sobą, nareszcie dając upust emocjom nagromadzonym w czasie traumatycznych przeżyć z ostatniego roku. A Harry płacze razem z nim, zacieśniając wokół niego ramiona najmocniej, jak potrafi. Tylko tyle może zrobić i wie doskonale, że jest to najmarniejsze pocieszenie z możliwych, ale żadne inne nie wchodzi w grę, nieważne jak bardzo pragnie w tej chwili odnaleźć oprawców jego przyjaciela i odpłacić im z nawiązką za wyrządzoną mu krzywdę. Po raz kolejny: ma tylko trzynaście lat. Kiedy masz trzynaście lat, świat nie traktuje twoich gróźb poważnie.

Z lękiem przenosi rękę do góry i zaczyna przeczesywać palcami spocone włosy na karku Louisa, pragnąc wchłonąć go w siebie, ukryć przed całym złem i nigdy nie wypuszczać. Starszy chłopak pociąga mocniej nosem i przesuwa głowę, ocierając wilgotny policzek o równie wilgotną szyję Harry’ego i to musi być złudzenie, jakaś imaginacja przerażonego umysłu, bo Harry ma wrażenie, że wargi Louisa składają na jego gardle lekkie jak piórko pocałunki.

- Harry - słyszy zachrypnięty od szlochu głos. - Proszę, zrób coś. Mam tylko ciebie.

I kiedy Louis unosi się do góry, odsłaniając zapuchnięte oczy i czerwone plamy na bladych policzkach, a jego błękitne oczy wciąż lśnią, Harry już wie, że niczego sobie nie wyobraził. Wiedziony instynktem, ujmuje w dłonie jego twarz, patrząc na rozchylone i drżące usta, a potem wychyla się do przodu i pokonuje dzielącą ich przestrzeń. Louis wydaje z siebie zduszony jęk, coś pomiędzy krzykiem sprzeciwu a westchnieniem rozpaczy, ale nie odtrąca go, zamiast tego oddając pocałunek. Ich usta są zamknięte, przyciśnięte mocno do siebie; łzy mieszkają się w połowie twarzy i spływają jednym strumieniem, ginąc gdzieś w bluzie Harry’ego, którego głowa wiruje, zalewana milionem różnych doznań. Całuje Louisa i jest całowany, po raz pierwszy w życiu. Obaj płaczą, ponieważ ich mały świat wreszcie się zawalił, ale przecież przetrwają, bo mają siebie i dopóki są tu razem, nikt nie może ich skrzywdzić.

Kciuk Louisa wbija się w zagłębienie pod uchem Harry’ego, a palce Harry’ego szarpią lekko jego brązowe włosy i obaj czują dotkliwy brak tlenu w płucach, więc odrywają się od siebie i z zamkniętymi oczami po prostu dyszą w swoje usta.

- Lou, chcesz…

- Tak.

Harry kiwa głową i unosi powieki, napotykając zmęczone spojrzenie przyjaciela. Nie potrzebują słów, obaj doskonale wiedzą, czego im teraz potrzeba. Chłopak opada plecami na poduszkę, a Louis opada na niego i Harry raz jeszcze owija ich kołdrą, słysząc dudnienie krwi w uszach.

- Obiecaj, że kiedy się obudzę, będziesz obok - szepce Louis i Harry chowa nos w jego włosach. Pachną inaczej, niż zwykle, obco, brakuje im woni szarego mydła z ich łazienki, ale jednocześnie wyczuwa w nich znajomą nutę, którą może zdefiniować jedynie jako Louis.

- Oczywiście, Lou. Zawsze będę przy tobie.

I kiedy oddech Louisa staje się równomierny, Harry już rozumie, dlaczego chłopak zawsze po powrocie od Jude’a brał kąpiel. Chciał zmyć z siebie zapach strachu, bólu i pożądania dorosłego mężczyzny.


ZIMA

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz