WIOSNA
Czas zaczyna pędzić jak oszalały. Dni zlewają się w tygodnie, tygodnie w miesiące i, nie wiadomo kiedy, Harry kończy czternaście lat. W dniu urodzin budzi się przy dźwiękach mruczanego mu do ucha śpiewnym głosem „wszystkiego najlepszego, Haz!” i gdy rozchyla sklejone powieki, widzi nad sobą uśmiechniętą twarz Louisa, który opiera się na łokciu, wisząc tuż nad jego głową. Harry zapomina na moment, jak się oddycha, zbyt przejęty studiowaniem głębokiego odcienia błękitu, jaki mają oczy starszego chłopaka, i kiedy Louis parska śmiechem, szczypiąc go pieszczotliwie w policzek, z oszołomieniem myśli, że to najlepszy poranek urodzinowy jego życia.
- Uh - odzywa się po kilku sekundach, próbując zebrać myśli, co nie jest proste, gdy Louis niemal na nim leży. Po miesiącach spania w jednym łóżku powinien być przyzwyczajony, ale najwyraźniej nie tak to działa. - Uh, Lou, t-to bardzo… eee… naprawdę bardzo miłe, dzięki - udaje mu się w końcu wykrztusić z głupawą miną.
Louis posyła mu promienny uśmiech. Jego grzywka jest rozczochrana, jakby dopiero co podniósł głowę z poduszki, a usta wciąż miękkie od snu i Harry ma wrażenie, że ściany wokół nich wirują.
- Jakieś specjalne zachcianki z okazji urodzin, hmm? Śniadanie do łóżka? Kąpiel w czekoladzie? Spacer po ścieżce wysypanej płatkami róż?
Harry mruga kilka razy, a potem szczerzy szeroko zęby. Obaj wiedzą, że w ich sytuacji nic podobnego nie wchodzi w grę, nie mają możliwości zrealizowania żadnej z „zachcianek”, ale… miło jest trochę pofantazjować, prawda? Chłopak przeciera zaspane oblicze dłonią i udaje, że głęboko się zastanawia.
- Kąpiel w czekoladzie brzmi dobrze - mówi po krótkiej pauzie i może to tylko jego wyobraźnia, ale oczy Louisa dosłownie zaczynają błyszczeć.
- Miałem nadzieję, że właśnie to wybierzesz. - Zanim Harry zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje, Louis przetacza się na plecy i zrywa z łóżka, spiesząc do łazienki. Moment później jest już z powrotem na materacu, trzymając w ramionach nieduży tobołek, który wygląda jak zwinięta w kłębek koszula, i uśmiechając się z wyraźnym podekscytowaniem. - Nie do końca kąpiel, ale liczą się chęci…
Po tych słowach rozwija szmatkę i wysypuje na klatkę piersiową Harry’ego stos czekoladowych batoników, których jest tak dużo, że zaczynają się one zsuwać na pościel, szeleszcząc kolorowymi opakowaniami. Są tam jego ulubione Twixy, kilka Snickersów i masa innych, mniej lub bardziej znanych marek. Harry nie widział tylu słodyczy naraz od prawie ośmiu miesięcy.
- Skąd…? - Patrzy na Louisa z niedowierzaniem, unosząc się do pozycji siedzącej i skrupulatnie zbierając batony na jedną kupkę. - Przez cały ten czas znałeś sekretne wyjście na zewnątrz! Lou!
Louis wybucha śmiechem i potrząsa głową w zaprzeczeniu, przysuwając się do niego na łóżku i krzyżując nogi w kostkach, tak że ich kolana się dotykają. Wygląda na zadowolonego z siebie i szczęśliwego, co najmniej jakby to on miał dzisiaj urodziny i Harry nic nie może na to poradzić, ale uśmiecha się równie szeroko.
- Nie, oczywiście, że nie. Gdybym znał, już dawno by nas tu nie było, Haz. Zbierałem je dla ciebie od października - wyznaje z wyraźnie dosłyszalną nutą dumy w głosie, wskazując brodą słodycze. - Jude mi je dawał. Zawsze, gdy… no wiesz, gdy już ze mną skończy, daje mi coś w… hmm, nagrodę? Chyba tak to traktuje. Ciężko było się powstrzymać przed zjedzeniem, ale wiedziałem, że widok twojej twarzy będzie tego wart. - Puka palcem w policzek Harry’ego, tam gdzie zwykle pojawia się dołeczek, a potem przenosi się na czoło. - Hej, nie marszcz brwi, wszystko psujesz!
Harry nic nie może na to poradzić; patrzy na stos batonów i może myśleć tylko o cenie, którą przyszło Louisowi za nie zapłacić. Każdą sztukę poprzedzał gwałt. Jak Harry może nie marszczyć brwi?
- Louis - zaczyna chłopak, obracając w palcach złotego Twixa, na którego nagle stracił ochotę. - Nie mogę tego przyjąć. To wszystko należy do ciebie.
- Tak, dlatego ja decyduję, co z tym zrobię. I chcę, żebyś je wziął. Nie odmawia się prezentów, Harry.
- Ale…
- To twoje urodziny - przerywa mu Louis, a jego twarz nie świeci już tym specyficznym blaskiem i Harry chce wymierzyć sobie za to kopniaka. - Możesz się nimi cieszyć? Naprawdę długo czekałem, żeby ci to dać.
Rumieniec pokrywa prawdopodobnie całe policzki i szyję Harry’ego, gdy ten w końcu wybąkuje ciche „przepraszam” i spuszcza wzrok na swoje ręce. Naprawdę nie chciał zrobić Louisowi przykrości. Nie chciał także przywoływać przykrych wspomnień i stracić ciepła, które promieniowało od jego przyjaciela, ale jak zwykle musiał zrobić to źle.
- Nie masz za co przepraszać - odzywa się Louis łagodnie. Harry czuje dotyk na szczęce i jego podbródek zostaje delikatnie uniesiony do góry, a para dwóch niebieskich tęczówek, przypatrująca mu się z bliska nie skrywa urazy. Jest w niej smutek i coś jeszcze, czego chłopak nie potrafi określić, ale czasami myśli, że być może znajduje się w nich miłość. W każdym razie chciałby, żeby tak było. Są takie momenty, w których ciepło opuszków palców Louisa parzy bardziej, niż zwykle, a jego spojrzenie skrywa w sobie intensywność, która przyprawia o zwroty głowy i Harry jest niemal pewny, że sobie tego nie wyobraża i Louis czuje to samo. Że w jego żołądku także fruwają motyle, a nogi miękną mu niczym zrobione z waty, kiedy tylko Harry się do niego uśmiechnie. Ale potem przypomina sobie, że Louis nie lubi chłopców, nie w ten sposób, i czar pryska, wywołując gorzkie pieczenie w gardle. - Chciałem tylko, żebyś był szczęśliwy, wiesz? Dzisiaj jest twój dzień i chociaż zasługujesz o wiele, wiele więcej, mogę dać ci tylko tyle. Ale jeżeli naprawdę ich nie chcesz…
- Nie, Lou. Chcę. Dziękuję.
Louis uśmiecha się z zadowoleniem, a jego kciuk pociera jeszcze dwa, trzy razy żuchwę Harry’ego, zanim jego ręka opada na materac. Harry zastanawia się, czy to coś znaczy. Louis ma tendencję do dotykania go bez wyraźnego powodu, ale może traktuje tak wszystkich swoich przyjaciół. Ciężko mu to jednoznacznie stwierdzić, skoro nigdy nie widział go w towarzystwie innych ludzi.
- Tak lepiej. No, to od czego zaczniesz? Ja osobiście polecam Marsy.
Pół godziny oraz czternaście batoników później (Harry z całych sił nie myśli o tym, jak wiele razy Louis dostawał „nagrodę”), siedzą oparci plecami o ścianę i starają się opanować mdłości wywołane nadmiernym spożyciem czekolady. W piwnicy jest chłodno, ale nie na tyle, żeby trzęśli się z zimna i Harry marzy o szklance wody do picia, choć jest zbyt leniwy, żeby pójść do łazienki i sobie ją nalać. W dodatku jest też trochę podenerwowany, bo ich ramiona nieustannie ocierają się o siebie, gdy któryś z nich wyciąga rękę, żeby się podrapać, albo coś podnieść.
Chyba powoli traci rozum.
- Lou? - odzywa się niepewnie, bawiąc się papierkiem po zjedzonym przez Louisa Snickersie. - Mogę cię o coś zapytać?
- Jasne, jak zawsze.
- Więc, zastanawiałem się… pamiętasz może, jak Jude miał gościa? - Żałuje swoich słów niemal w tej samej chwili, w której opuszczają one jego usta, bowiem Louis spina się na całym ciele i rzuca mu niedowierzające spojrzenie. Myślisz, że mógłbym zapomnieć, co mi zrobili?, zdają się mówić jego oczy. - To znaczy, o-oczywiście, że pamiętasz! - poprawia się Harry, czując wypieki na policzkach. - Nie miałem na myśli… Chodzi mi głównie o to, co stało się później. Pamiętasz, co stało się po twoim powrocie do piwnicy?
Louis patrzy na niego z nieczytelnym wyrazem twarzy i ściągniętymi brwiami. Długo nie odpowiada, aż Harry zaczyna sądzić, że chłopak nie zamierza nic powiedzieć, gdy wtem Louis wzdycha i lekko się rozluźnia. Ale tylko lekko. Napięcie wciąż przepełnia jego postać.
- Zachowałeś się wtedy jak prawdziwy przyjaciel - mówi cicho. - Naprawdę mi pomogłeś. Gdyby cię nie było… nie wiem, co bym zrobił.
- Poradziłbyś sobie - mruczy Harry i dokładnie to ma na myśli. Wie, że Louis dałby sobie radę bez niego. Pewnie byłoby mu ciężej i zajęłoby to dużo więcej czasu, ale w końcu wyszedłby na prostą. Po tej pamiętnej nocy przez kilka dni chodził nieco zamyślony i nie mówił za wiele, ale otrząsnął się dużo szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać i Harry był z niego naprawdę dumny. Nadal jest. Wie, że gdyby chodziło o niego, nie dałby sobie rady, ale Louis jest całkiem innym typem człowieka. - Jesteś… najdzielniejszą i najodważniejszą osobą, jaką znam, Lou.
Louis nie odpowiada, nie od razu. Przez długi moment komórkę wypełnia tylko szelest opakowań po zjedzonych słodyczach oraz odległe kapanie wody z kranu w łazience, gdy obaj siedzą pogrążeni we własnych myślach, a potem ta chwila się rozciąga, aż Harry zaczyna czuć przyjemne odrętwienie i zastanawia się niemrawo, czy jest jakaś reguła zakazująca drzemek przed południem.
Dokładnie wtedy Louis ponownie przerywa ciszę. Kiedy mówi, jego głos brzmi dziwnie, jakby właśnie się poddał.
- Nie, Harry. To nieprawda. Nie jestem, ani dzielny, ani odważny. Gdybym był, już dawno… - Urywa, żeby nabrać głębokiego oddechu i Harry obraca twarz w jego kierunku, marszcząc czoło. - Już dawno przyznałbym ci się, że… ugh.
- Po prostu wyrzuć to z siebie - podpowiada Harry.
Louis wzdycha i śmieje się nerwowo. Harry zauważa, że starszy chłopak unika patrzenia mu bezpośrednio w oczy, błądząc wzrokiem po szarych ścianach i brudnym suficie, a jednocześnie dociska nieco mocniej kolano do jego uda.
- To nie takie proste, Haz. Hmm… okej, mógłbyś mi coś obiecać?
- Co takiego?
- Że… nie będziesz mi przerywał i poczekasz, aż skończę mówić. Proszę.
Harry bez słowa przytakuje.
- Dzięki. Jak by tu… Może od początku. Mam cztery młodsze siostry, które bardzo kocham, o czym już kiedyś ci wspominałem. One i moja mama to najważniejsze osoby w moim życiu i nigdy nie będzie nikogo ważniejszego. - Harry ponownie kiwa głową, bo wie, jak ważna dla Louisa jest jego rodzina. Wie także, jak jego twarz się rozjaśnia, gdy wspomina którąś z dziewczynek lub Jay, albo kiedy opowiada o czymś, co razem robili. Jak pięknie wtedy wygląda, uśmiechnięty od ucha do ucha i wesoły. - Rodzina to coś wspaniałego, życie bez niej nie ma sensu, jest puste i ciemne. Nawet sobie nie wyobrażasz, co czułem, gdy Jude mnie porwał i zamknął w tej piwnicy samego. Nie wiedziałem, gdzie jestem, co się ze mnie stanie i czy wyjdę z tego żywy, ale najgorsze było to, że nie miałem pojęcia, czy kiedykolwiek jeszcze je wszystkie zobaczę. Martwiłem się o Lottie, ponieważ miałem odebrać ją tamtego dnia ze szkoły, ale nie zdążyłem i martwiłem się też, kto pomoże mamie w opiece nad bliźniaczkami, skoro mnie przy nich nie ma, a na zatrudnienie opiekunki nie może sobie pozwolić. - Louis pociera twarz dłonią, podciągając kolana do klatki piersiowej. Wygląda niemal bezbronnie i Harry chce coś powiedzieć, jakoś go pocieszyć, ale nie może, bo obiecał mu nie przerywać, więc tylko siedzi z zaciśniętym gardłem i czeka. Ostatecznie Louis zbiera się do kupy i odchyla głowę do tyłu, odsłaniając blade, choć suche policzki. - Rodzina… cholera, rodzina jest dla mnie wszystkim, a Jude mi ją odebrał i odciął od całego świata. Co noc czekałem, aż mi się przyśnią, bo tylko tak mogłem znowu je zobaczyć i modliłem się o cud. O cokolwiek. Mówiłem „Boże, jeżeli mnie słyszysz, spraw, żebym znów miał je przy sobie. Chcę znowu być w domu wśród ludzi, których kocham. Proszę, miej je w opiece, bo nie mogę ich stracić. Proszę, zwróć mi moją rodzinę.”, tylko to trzymało mnie przy zdrowych zmysłach, ta nadzieja, że znowu je zobaczę. Ale mijały tygodnie i kiedy już prawie się poddałem… pojawiłeś się ty, Harry. Już nie byłem sam i chociaż w ogóle się tego nie spodziewałem, w jakiś sposób… stałeś się dla mnie właśnie rodziną. Oczywiście nie taką, jak mama i siostry, ale równie bliską. Znowu miałem kogoś, kim mogę się zająć, z kim mogę porozmawiać, kogo mogę kochać. Byłem szczęśliwy, o ile można być szczęśliwym w piekle, bo miałem ciebie i długo, naprawdę długo nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jesteś dla mnie jak młodszy brat, gdy nagle - tu Louis przełyka ślinę, potrząsając szybko głową - przestałeś nim być.
Zapada cisza. Mętlik w głowie Harry’ego zdaje się szumieć głośniej, niż zazwyczaj, kiedy zastanawia się, czy Louis skończył swój monolog, czy po prostu zbiera myśli, bo aż świerzbią go palce by zapytać, co to tak właściwie znaczy. Co Louis ma na myśli i co właściwie czuje, ponieważ chłopak nie chce pozwolić iskierce nadziei rozpalać się w swoim wnętrzu, gdy za sekundę może zostać bezceremonialnie zgaszona.
W każdym razie, Louis na pewno nie ma na myśli tego, co Harry’emu wydaje się, że może z tego wyczytać. Nie.
Więc kiedy Louis wciąż się nie odzywa, bawiąc się i wykręcając swoje palce, Harry dochodzi do wniosku, że chłopak jednak skończył i czeka teraz na jego odpowiedź.
- Louis, ty też przez cały ten czas byłeś dla mnie jak brat - decyduje się w końcu powiedzieć.
Dokładnie obserwuje wyraz jego twarzy, gdy ta w pewien sposób kurczy się i zapada w sobie. To dziwny widok, niemal jakby Louis czuł… wstyd?
- Sęk w tym, że już tak nie jest, Harry. Od jakiegoś czasu nie jesteś dla mnie jak brat. Absolutnie nie.
- Ale… - Teraz to Harry przełyka głośno ślinę, lekko przestraszony i zdesperowany, by wreszcie wszystko wyjaśnić. Może wtedy jego wnętrzności przestaną się skręcać, a mdlące uczucie odejdzie. - Nie rozumiem, Lou. Co ty mi próbujesz powiedzieć? Przestałeś mnie lubić czy…
Urywa, kiedy Louis nagle bierze go w ramiona i mocno do siebie przytula, niemal miażdżąc mu żebra i chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. Przez kilka chwil młodszy chłopak trwa w kompletnym szoku, mrugając oczami i starając się nie wybuchnąć histerycznym śmiechem albo, co gorsza, równie histerycznym płaczem, a potem niepewnie odwzajemnia uścisk. Mimo mało wygodnej pozycji, Louisowi udaje się kołysać ich do przodu i do tyłu, łaskocząc Harry’ego swoimi brązowymi kosmykami.
- Nigdy nie przestanę cię lubić, idioto - mruczy. - Harry, nie jesteś już dla mnie jak brat, bo stałeś się kimś więcej i… nie chciałem ci tego mówić, bo nie wiem, czy ty też… jestem wręcz pewien, że nie… ale powinieneś wiedzieć. Bo z-znaczysz dla mnie tak wiele, że to czasami aż boli i myśl o tym, że mógłbym cię kiedykolwiek stracić doprowadza mnie do szaleństwa.
- Lou, przecież jesteś hetero. Jesteś, prawda?
Louis wydaje z siebie dziwny dźwięk, coś jak zdławiony chichot pomieszany z czknięciem, który wprawia w wibracje ich złączone klatki piersiowej.
- Przeważnie. Nie zawsze, nie ma w tym reguły. Przepraszam, że tego też ci nie powiedziałem, nie chciałem tylko, żebyś czuł się niezręcznie w moim towarzystwie, bo miałeś już na głowie problem własnej orientacji. - Rozluźnia uścisk, wyprostowując plecy i przyciskając delikatnie usta do skroni Harry’ego. - Chciałem dla ciebie jak najlepiej, nawet jeżeli to znaczyło, że sam będę musiał się pilnować.
Serce Harry’ego dosłownie puchnie w piersi, uniemożliwiając mu oddychanie. Czuje się tak, jakby właśnie dostał gwiazdkę z nieba lub przybiegł na metę po dziesięciokilometrowym maratonie jako zwycięzca. Odchyla głowę do tyłu, odnajdując lekko zaniepokojone oczy Louisa, który patrzy na niego, jakby obawiał się, że właśnie otworzył puszkę Pandory. Uśmiecha się nieśmiało.
- Ja też. - A widząc zdezorientowanie w jego twarzy dodaje: - To znaczy, ja też się tak czuję. Już od dawna, Lou.
Podnosi rękę i lekko trzęsącymi się palcami odgarnia mu brązową grzywkę z czoła. Dokładnie widzi moment, w którym zrozumienie uderza w Louisa niczym rozpędzony pociąg - starszy chłopak mruga kilkukrotnie, a potem kąciki jego ust wyginają się lekko do góry i nagle w pokoju robi się jaśniej.
- To… dobrze - szepce Louis, przesuwając usta ze skroni na policzek Harry’ego. - Naprawdę dobrze, Haz. Mogę cię pocałować…?
Harry bezdźwięcznie przytakuje, zamykając oczy i niemal czując elektryzujący dotyk na wargach, kiedy gorący oddech drugiego chłopaka owiewa mu podbródek. Ma wrażenie, że spada, gdzieś głęboko i z oszałamiającą prędkością, a potem wyhamowuje bezpiecznie na różowym obłoku, bo oto delikatna dłoń Louisa wędruje w górę po jego szyi, ujmując szczękę i obracając ku sobie jego twarz i znajdują się tak blisko siebie, że już bliżej być nie mogą. Już prawie, jeszcze tylko sekunda i…
Ciszę piwnicy przecina zgrzyt metalowych drzwi i chłopcy odskakują od siebie, a Louis wciąż myśli na tyle trzeźwo, by błyskawicznie narzucić koc na słodycze, które leżą wokół nich na materacu. W wejściu pojawia się Jude, jak zwykle dzierżąc w zaciśniętej pięści pęk pordzewiałych kluczy, z którymi nigdy się nie rozstaje, i mówi twarzą pogrążoną w mroku korytarza:
- Harry, rybko, czas na nas.
Serce chłopaka cały czas bije jak oszalałe, gdy zerka kątem oka na Louisa, który posyła mu smutny uśmiech.
Zobaczymy się później, przekazuje bez słów Harry’emu.
To obietnica.
II.
- Rozbierz się.
Harry słyszał to już tyle razy, że nawet nie mruga powieką, gdy sięga do guzików swojej koszuli i automatycznie rozpina rządek. Myślami wciąż jest na łóżku z Louisem, próbując oswoić się z myślą, że tak, to wszystko wydarzyło się naprawdę, więc nie zwraca uwagi na to, co robi dorosły mężczyzna. Usta wciąż go mrowią, choć do pocałunku ostatecznie nie doszło, a w po klatce piersiowej rozchodzą się fale ciepła, które zdają się podążać w rytm uderzeń serca, bijącego louis-bumbum-louis-bumbum-louislouislouis.
Zdejmuje z siebie bluzkę i machinalnie rzuca ją na stolik w kącie, a potem zsuwa spodnie z kościstych bioder, pozostając w samej bieliźnie i wtedy uświadamia sobie, że coś jest nie tak. Zwykle już w tej chwili Jude krążyłby wokół niego, robiąc zdjęcia i oślepiając go fleszem aparatu, każąc mu się uśmiechać, tymczasem w pokoju panuje niespotykana cisza. Chłopak unosi głowę i niemal dławi się powietrzem, gdy jego wzrok pada na kanapę. Mimowolnie robi krok w tył, na co szpetna twarz Jude’a rozbłyska, a jego długie ramiona układają się w sposób, który prawdopodobnie ma zachęcać go do zbliżenia się do kanapy.
Mężczyzna jest całkiem nagi i Harry już wie, co się wydarzy dzisiejszego popołudnia.
- Chodź, skarbie. Czas odpocząć od robienia zdjęć.
Chłopak nie rusza się z miejsca. Nawet nie może, bo nogi wrosły mu w podłogę, odmawiając posłuszeństwa, choć umysł krzyczy „uciekaj i to natychmiast!”. Jest zbyt przerażony, żeby chociażby odwrócić wzrok od Jude’a; boi się, że kiedy to zrobi, mężczyzna wykorzysta sytuację i przyciągnie go do siebie bez jego wiedzy.
- Harry - słyszy ponownie. - Jeżeli nie przyjdziesz, ja to zrobię.
I jakby na potwierdzenie swych słów, Jude wstaje z kanapy, a zza jego pleców wypada coś, co skłania żołądek Harry’ego do zrobienia gwałtownego przewrotu. Nieduży, czarny, metalowy przedmiot. Pistolet. Jude oczywiście wszystko widzi i jego twarz rozciąga się w brzydkim uśmiechu samozadowolenia.
- Więc jak, będziesz grzecznym chłopcem?
Harry ostatecznie kiwa głową i wyrywa się z odrętwienia, podchodząc powoli do kanapy. Jude głaszcze go po włosach, siadając z powrotem na wytartych poduszkach oraz pociągając go ze sobą. Chłopak nie ma wyjścia, jak tylko niezgrabnie spaść mężczyźnie na kolana. Wzdryga się, kiedy jego nagie uda wchodzą w kontakt z szorstką skórą; ma wrażenie, jakby całe powietrze zostało wyssane z pokoju i stara się nie dotykać Jude’a w żaden inny sposób. Odpycha wielkie dłonie, gdy te próbują go do siebie przysunąć, ale mężczyzna jest silniejszy, dużo silniejszy i w końcu dosięga pleców Harry’ego, wciskając palce pod gumkę jego bokserek.
Chłopak zagryza policzek, żeby powstrzymać krzyk.
- Zobaczysz, będzie fajnie - mówi Jude, schodząc rękami niżej, na pośladki. - Pamiętasz, jak dobrze ci było, gdy oglądaliśmy razem film? Teraz zabawa będzie jeszcze lepsza! Musimy tylko zdjąć z ciebie do końca ubranie…
Łzy to tylko kwestia czasu. Harry próbuje je powstrzymać, gdy ostatnia część jego garderoby znika, a Jude obejmuje go w pasie i kładzie płasko na kanapie, odsuwając się na chwilę, żeby popatrzeć, jednocześnie poruszając leniwie ręką po swoim członku. Ale już wkrótce mokre krople zaczynają płynąć mu po policzkach. Odwraca twarz w stronę oparcia, łkając cicho w sprany materiał i czekając na najgorsze. Ręce Jude’a powracają na jego obnażone biodra, poruszając się do góry na brzuch i zjeżdżając nisko na uda, i Harry chce tylko, żeby było już po wszystkim, żeby mężczyzna zrobił, co ma do zrobienia i pozwolił mu wrócić do komórki. Do Louisa, jego spokojnego głosu i bezpiecznych objęć.
- Nie, proszę - wyrywa mu się słaby szloch, kiedy dłonie podnoszą do góry jego kolana, rozkładając mu nogi na boki. - Jude, proszę, nie rób tego… wszystko inne, przysięgam, tylko nie to…
- Ciii - przerywa tamten, dosłownie pożerając wzorkiem dolne części jego ciała. - Jesteś taki piękny, Harry. Jeszcze nie chłopak, ale także nie dziecko… - Przejeżdża palcem po wewnętrznej stronie mlecznego uda, wywołując u Harry’ego gwałtowne dreszcze obrzydzenia. - Naprawdę nie chcę ci zrobić krzywdy, ale jeżeli będziesz sprawiał trudności, użyję siły, rozumiesz?
Po tych słowach Harry zamiera w bezruchu, co Jude bierze za odpowiedź twierdzącą. Wznawia wędrówkę po delikatnej skórze, a chłopak przekłada ręce za głowę, żeby znaleźć coś, czego mógłby się uchwycić i jakoś to przetrwać. Szuka poduszki, zagłówka, czegokolwiek, ale przestrzeń wydaje się pusta, aż jego palce napotykają coś zimnego, coś… metalowego. Nabiera gwałtownego oddechu, kiedy uświadamia sobie, co to takiego i szybko patrzy w dół, żeby sprawdzić, czy Jude cokolwiek zauważył. Na szczęście mężczyzna wciąż jest zajęty, więc Harry ostrożnie bierze pistolet w dłoń i… czeka. Nie wie, co zamierza zrobić. Nie sądzi, żeby miał odwagę strzelić, ale ciężar broni podnosi go lekko na duchu. Jest jak kotwica, która ratuje go przed zniknięciem w otchłani.
Wszystko zmienia w sekundzie, w której Jude posuwa się o krok za daleko, dotykając go dużo poniżej pachwin. Harry nawet nie myśli, to po prostu się dzieje. Najpierw powietrze przecina głośny wystrzał, potem rozlega się sznur przekleństw i masywna sylwetka Jude’a spada na podłogę. Pokój znowu pogrąża się w ciszy.
Oczy Harry’ego są wielkie ze strachu, gdy spogląda na wciąż dymiącą się lufę pistoletu. Nie pamięta, kiedy przełożył rękę zza głowy, nie pamięta, że wycelował, nie pamięta nawet momentu pociągania za spust, ale… stało się, a klatka piersiowa mężczyzny pokrywa się coraz ciemniejszym odcieniem szkarłatu. Szybko odrzuca od siebie broń i zrywa się z kanapy, uważając na kałużę krwi, która powoli wsiąka w wyłożoną wykładziną podłogę. Okrąża nieruchome ciało, trzęsąc się jak galareta na słaniających się nogach i zabiera ze stolika w kącie swoje ubrania.
Nagi wraca do piwnicy.
III.
- Harry…?
Nie zdąża zamknąć za sobą drzwi, gdy Louis jest już obok niego, wyjmuje mu z rąk ubrania i próbuje zaprowadzić do łóżka. Harry kręci jednak głową, zostając przy wejściu i raz za razem przełykając ślinę, żeby pozbyć się guli w gardle. Nie przejmuje się tym, że stroi przed starszym chłopakiem całkiem odsłonięty; obaj widzieli się już bez ubrania i to nie jest problem.
Louis zagląda mu w oczy i oddychanie nagle staje się łatwiejsze, ponieważ w niebieskich tęczówkach jest troska, niepokój i miłość, ale jednocześnie jakiś płomień, który dodaje sił. Harry odgarnia sobie przepocone włosy z czoła, próbując zaczesać je za ucho, jednak drżenie palców uniemożliwia mu poprawne zahaczenie końcówek i Louis musi mu pomóc: jednym, pewnym ruchem pozbywa się przeszkadzających kosmyków i przygarnia do siebie chłopaka, tak jak to zrobił rano.
- Chyba go zabiłem - odzywa się Harry dziwnym głosem, oczekując z jego strony wybuchu paniki albo może ucieczki z krzykiem, ale Louis nie przestaje głaskać jego łopatek, jakby to było nic. - Słyszałeś, co powiedziałem, Louis? Zabiłem Jude’a. Chciał mi zrobić to samo, co tobie, więc wziąłem jego pistolet i go zastrzeliłem.
- Ruszał się, gdy go zostawiłeś? - pyta Louis ze spokojem, choć jego sylwetka zdradza pewne napięcie. - Oddychał?
Harry przypomina sobie nieruchome ciało na podłodze i potrząsa fanatycznie głową.
- Nie… wiem. Wszędzie było pełno jego krwi. Zabiłem go, Lou.
Louis przyciska na moment usta do zagłębienia pod jego uchem, nie wypuszczając go z ramion. Ten gest sprawia, że pomimo wszystkich wydarzeń z minionej godziny, Harry również staje się spokojny, jakby czerpał opanowanie bezpośrednio z drugiego chłopaka. Odpływa gdzieś strach i roztrzęsienie, a na ich miejscu pojawia się ufność, że Louis wie, co zrobić. Że zajmie się Harrym, zaopiekuje się nim.
- Słyszałem strzał, Harry. Tak się o ciebie bałem, nawet sobie tego nie wyobrażasz. I to nie twoja wina. Tylko się broniłeś, bo Jude zamierzał zrobić ci wielką krzywdę - mówi cicho Louis, odsuwając się lekko w tył i wycierając kciukiem łzy, które spływają po policzkach Harry’ego, choć ten nie pamięta, żeby znowu zaczynał płakać. - To był zły człowiek, który chciał cię zranić i nie wolno ci teraz o tym myśleć. - Harry przełyka ślinę i kiwa głową, spijając każde jego słowo. - Najważniejsze, że nic ci się nie stało. Dobrze…. Dobrze, Haz, chodź tutaj.
Schyla się po ubrania, które w międzyczasie wylądowały na podłodze i podaje Harry’emu spodnie. Potem zakłada mu na ramiona koszulę i zapina dokładnie wszystkie guziki, a następnie przynosi z łazienki dwie najgrubsze bluzy i każe mu jedną z nich założyć. Kiedy obaj są kompletnie ubrani, chwyta w dłonie twarz Harry’ego, sprawiając, że jego serce przeskakuje kilka uderzeń.
- Musimy iść go zobaczyć - mówi, a intensywność jego spojrzenia mogłaby powalić najsilniejszego człowieka. Harry zasysa ze świstem powietrza, bo nie, zdecydowanie nie jest gotowy tam wrócić, ale Louis nie rozluźnia mocnego uścisku, uniemożliwiając mu odwrócenie wzorku. - Wiesz, że nie mamy wyboru. Jude ma klucze od drzwi wyjściowych.
I wtedy do Harry’ego dociera, że Jude’a już nie ma - nikt ich dłużej nie pilnuje, mogą stąd uciec i wrócić do domu. Z wrażenia opada mu szczęka, a strumienie łez ustępują wyrazowi całkowitego zaskoczenia, ponieważ wydaje się to tak bardzo nierealne. Louis mimowolnie chichocze pod nosem.
- Dasz radę? Możesz poczekać na korytarzu, ja się tym zajmę.
- Okej. Tylko… zrób to szybko.
- Jasne. Chodźmy.
W ciszy idą znajomym korytarzem, podświadomie starając się stąpać jak najciszej, w obawie, że Jude jednak ich usłyszy. Mijają zakręt, potem drugi i oto są: drzwi do pokoju z pluszową kanapą lśnią w sztucznym świetle żarówki i Harry zatrzymuje się kilka metrów wcześniej, bojąc się bardziej zbliżyć. Louis rzuca mu szybkie spojrzenie przez ramię, a potem naciska na klamkę i stara się tak wejść do środka, aby w szczelinie nie było widać zakrwawionego ciała, ale niepotrzebnie - Harry i tak nie patrzy w tamtą stronę, skupiając się na studiowaniu pęknięć w ścianie. Kiedy drzwi się zamykają i zostaje całkiem sam, panika wraca, zaciskając mu gardło i zmuszając go do nerwowego spacerowania w tę i z powrotem, oraz liczenia upływającego czasu. Louis zdaje się siedzieć tam dłużej, niż jest to potrzebne do znalezienia głupich kluczy i głowę Harry’ego zaczynają wypełniać irracjonalne myśli, że kiedy chłopak na własne oczy ujrzał, co zrobił jego przyjaciel, całkowicie zmienił co do niego zdanie i teraz planuje, jak go tu zostawić. Może krew pokrywała już całą podłogę? Może Louis doszedł do wniosku, że to nie był wypadek, albo że obrona nie była jednak konieczna? W końcu Jude robił mu to samo, i to niejednokrotnie i chłopak nigdy nie posunął się do morderstwa. Harry zatrzymuje się na środku wąskiego korytarza autentycznie przerażony. To musi być to.
Drzwi w końcu otwierają się z głuchym stąpnięciem i Louis wraca, bardzo blady na twarzy i spięty, ale kiedy dochodzi do Harry’ego, uśmiecha się nieznacznie i łapie go za rękę, ściskając ją mocno i pewnie.
- Musimy się spieszyć - mówi, ruszając energicznie do przodu. - Jest już południe i niedługo zrobi się ciemno, a my nie wiemy, gdzie jesteśmy. Im szybciej stąd wyjdziemy, tym lepiej.
Obaj wiedzą, że to nie jest jedyny powód, dla którego czym prędzej muszą opuścić budynek, ale żaden nie wypowiada swoich myśli głośno. Biegną po schodach i wpadają do zagraconego salonu, przecinając go bez zwracania uwagi na otoczenie, a kiedy zatrzymują się przed kolejnymi drzwiami, Louis unosi rękę i Harry niemal krzyczy - jest cała pokryta krwią, od czubków szczupłych palców do nadgarstka, szkarłatna ciecz wsiąknęła też w rękaw jego bluzy, tworząc brązowe plamy.
- Louis…!
Starszy chłopak podąża torem jego wzroku i wzdycha, wkładając tą samą ręką klucz do zamka.
- Jude żyje. Nie mogłem wyjść bez sprawdzenia - informuje go krótko, obracając klucz. Rozlega się kliknięcie, a potem zgrzyt, gdy zostaje odsunięta również metalowa zasuwka. Jude żyje. Harry nie był świadomy ogromnego ciężaru, który go przygniatał, dopóki ten nie zniknął po usłyszeniu, że wcale nie jest mordercą. Jakby narodził się na nowo.
Z o wiele większym entuzjazmem pomaga Louisowi otworzyć drzwi i… wow, czy świeże powietrze zawsze miało taki piękny zapach? Przez chwilę stoją na progu, chłonąc wielkimi oczami otoczenie - drzewa i ziemię oprószoną śniegiem, błękitne niebo, ptaki przelatujące im nad głowami - poczym zbiegają po stopniach z werandy. Wszystko jest jednocześnie obce i niewyobrażalnie znajome; powiew wiatru, choć mroźny, po ośmiu miesiącach wprawia ich w zachwyt i obaj nabierają głębokich wdechów, żeby pozbyć się pozostałości po zatęchłym powietrzu ich ciasnej piwnicy. Cieszą się jak małe dzieci, obrzucając się śnieżkami i wbiegając w największe zaspy, a ich ubrania szybko przemakają. Ostatecznie, zziajani i oblepieni śniegiem, przypominają sobie, co tak naprawdę powinni w tej chwili robić i Harry odnajduje dłoń Louisa, patrząc na niego niepewnie spod posklejanej grzywki.
- Naprawdę wracamy do domu, Lou? - pyta.
- Tak, Harry. Wreszcie wracamy do domu. Chodź, wystarczająco długo musieli tam na nas czekać.
Palce Louisa otaczają ciepłem jego dłoń, gdy idą razem drogą przez las, a świat powoli pogrąża się w mroku. Nie wypuszczają jej też później, kiedy wychodzą na autostradę i zatrzymują pierwszy jadący nią samochód, a przerażony kierowca bezzwłocznie każe im wsiadać do środka i okryć się kocem. Trzymają się za ręce podczas podróży do Londynu, na lokalnym posterunku policji oraz gdy mama Harry’ego płacze z ulgi przez telefon, obiecując bezzwłocznie do nich przyjechać.
Są nierozłączni do chwili, aż obie rodziny zalewają komisariat, porywając ich w ramiona, a nawet wtedy nie odchodzą zbyt daleko.
IV.
- Zobacz tylko, Harry, to przebiśnieg! Niedługo przyjdzie wiosna!
Lottie, młodsza siostra Louisa, kuca nad małą rabatką w ogródku przy domu Tomlinsonów i z wyrazem absolutnego zafascynowania wskazuje malutkim paluszkiem biały kwiatuszek. Harry pochyla się nad nią i uważnie obserwuje roślinkę, a potem uśmiecha się szeroko i poprawia jej czapkę na złotej główce.
- Masz rację, Lottie. To rzeczywiście przebiśnieg. Skąd wiedziałaś?
- Pani w szkole nam powiedziała! - wykrzykuje dziewczynka, zrywając się na równe nogi. - Lou! Lou, chodź do nas, musisz to zobaczyć!
Harry również wstaje, odwracając się powoli w kierunku starszego chłopaka, który z rozpiętą kurtką i rozwianymi włosami idzie powoli przez trawnik, a kwietniowe słońce błyszczy w jego oczach. Niecierpliwiąc się, Lottie podbiega do niego i ciągnie go za rękaw, żeby jak najszybciej zobaczył kwiatek i Harry czuje znajome drgnięcie w klatce piersiowej, które pojawia się zawsze, gdy Louis jest w pobliżu.
- Jest śliczny - oznajmia Louis, gdy mija minuta i Lottie uznaje, że wystarczająco długo podziwiał jej znalezisko. - Powinnaś zawołać też mamę, na pewno się ucieszy.
- Oh, tak! - piszczy dziewczynka, klaszcząc w ręce i po chwili znika za rogiem domu.
Harry odprowadza ją wzrokiem, a potem mówi:
- Traktuje mnie zupełnie jak członka waszej rodziny. To niewiarygodne.
Louis robi krok naprzód, tak że znajdują się tuż obok siebie, i swoim zwyczajem dotyka palcami jego policzka. Niebieskie tęczówki odnajdują zieloną parę, iskrząc się od uczuć i zawracając Harry’emu w głowie. Wciąż mają nad nim tę władzę. Prawdopodobnie już zawsze tak będzie.
- Harry, przecież nim jesteś - odpowiada Louis miękko, z czułością wyraźnie słyszalną w jego wysokim głosie, do końca pokonując dzielącą ich przestrzeń i złączając ich usta w powolnym oraz słodkim pocałunku, smakującym jak wiosna.
Harry uśmiecha się z radością, obejmując go w talii i oddając pocałunek, a ich serca biją zgodnym, spokojnym rytmem.
Jude przeżył i czeka w areszcie na rozprawę. Do końca życia nie wyjdzie z więzienia.
Są razem. Bezpieczni. Wrócili do domu.
***
A: Dziękuję Wam, za wszystko. Za to, że czytaliście, czekaliście cierpliwie na aktualizacje i utwierdzaliście mnie w przeświadczeniu, że warto. Jesteście wspaniali i mam nadzieje, że zakończenie Hey Jude Was nie rozczarowało:)
WIOSNA
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz