wtorek, 28 stycznia 2014

956

Niall nie zmrużył oka przez pół nocy, na przemian siedząc na łóżku czy parapecie i krążąc po niewielkim pokoju. Jego spojrzenie wodziło od Liama, pogrążonego w głębokim śnie, którego wyraźnie potrzebował, do samochodu stojącego na zewnątrz. Kilka razy blondyn miał ochotę zostawić mężczyznę samego i po prostu wrócić do Londynu, ale prawda była taka, że za bardzo się bał.

Nie tylko demonów, ale i mocy, jaka w nim drzemała. Wcześniej nie wierzył w słowa towarzyszącego mu mężczyzny, jednak powoli zaczął dopuszczać je do świadomości. Od dnia osiemnastych urodzin zdarzały mu się różne wypadki związane z roślinami, które po prostu wymykały się spod kontroli. Wcześniej nie miał takiego problemu, bo nawet nie interesował się kwiatami. Owa fascynacja zrodziła się w nim naprawdę niespodziewanie.


Blondyn westchnął cicho i spojrzał przez okno na pomarańczowe niebo nad pagórkami, które stopniowo przechodziło w różowe, a następnie w niebieskie. Chmury płynęły po nim leniwie, przysłaniając wschodzące słońce. Ranek mógł oznaczać tylko jedno. Że kiedy tylko Payne się obudzi, będą ruszali w dalszą drogę, więc – chcąc, nie chcąc – Irlandczyk zrzucił tenisówki oraz spodnie, a potem wsunął się pod kołdrę. Usnął w kilka minut po tym, jak jego głowa zetknęła się z miękką poduszką.

Kilka godzin później, Horan zmarszczył lekko nos i otworzył oczy, ale zaraz zmrużył je, chroniąc źrenice przed promieniami porannego słońca. Wydawało mu się, że usnął zaledwie na pięć minut, ale zegar na ścianie wyraźnie wskazywał na siódmą rano, a przecież poszedł spać chwilę po czwartej.

- Dzień dobry – powiedział cicho do Liama, siedzącego na parapecie przy oknie i wygrzebał się niechętnie z pościeli.

Po otrzymaniu odpowiedzi w formie krótkiego skinienia głową, Niall westchnął cicho i zabrał swoje rzeczy, a następnie umknął do klaustrofobicznej łazienki. Nie chciał już więcej denerwować swojego kompana, także ze względu na rany, jakie odniósł broniąc go dwukrotnie, więc wziął szybki prysznic i przebrał się w czyste ubrania. Najwyraźniej brązowooki poszedł po nie, kiedy się obudził.

Odświeżony i rozbudzony, choć nadal niewyspany, opuścił pomieszczenie wyłożone płytkami i rzucił spojrzenie Liamowi. Na dłużej zatrzymał je na opalonych plecach mężczyzny, które teraz pokrywały liczne siniaki. Wszystkie wyglądały na świeże, ale nie było się czemu dziwić, skoro przeżył dwa bolesne upadki.

- Babka – wyrwało się nagle Irlandczykowi, który uniósł wzrok i napotkał równie zaskoczone spojrzenie szatyna. – No taka roślina. Robi się z niej okłady na siniaki – wyjaśnił i zaraz zmarszczył brwi. – Ale skąd ja to wiem?

Brązowooki wzruszył ramionami w odpowiedzi i wyrzucił przez okno niedopałek papierosa, który Niall dostrzegł dopiero teraz. Odruchowo skrzywił się na ten widok, ale nic nie powiedział, zajmując się założeniem swoich znoszonych tenisówek.

- Myślisz, że mógłbym sprawić, żeby tu wyrosła? – zapytał blondyn, przysiadając na podłodze z plecami opartymi o ramę łóżka. – Zrobił bym ci te okłady, żeby tak nie bolało – dodał, rozpierając się wygodniej i układając dłonie równo na kolanach.

- Później, teraz musimy się spieszyć – odpowiedział szybko Liam, machając ręką na jego propozycję. – Jesteś gotowy? – podał niższemu czarną bluzę i zaczekał, aż ten naciągnie ją na swoje ramiona.

Mężczyźni spojrzeli po sobie i zebrali swoje rzeczy oraz, w przypadku Nialla, zwierzęta, a potem zgodnie ruszyli do drzwi. Pierwszy wyszedł Liam i na wszelki wypadek rozejrzał się dookoła. Kiedy upewnił się, że jest bezpiecznie, złapał Irlandczyka za ramię i pociągnął za sobą w kierunku schodów. Po uregulowaniu rachunku w recepcji i zajęciu miejsca kierowcy, odetchnął z wyraźną ulgą.

Horan bez słowa usiadł na tylnej kanapie i pozbierał leżące dookoła papiery, kilkakrotnie napotykając się na swoje imię, nazwisko czy zdjęcie. Na każdej fotografii wyszedł okropnie, w swoim mniemaniu, ale nie skomentował tego. Po wsunięciu dokumentów do teczki, którą także znalazł, ułożył się wygodnie i podkurczył nogi, mając nadzieję, że uda mu się pospać chociaż trochę.

Monotonne dźwięki silnika oraz cicha muzyka, płynąca z radia sprawiły, że blondyn zaczął odczuwać senność. Już prawie spał, ale John miał zupełnie inne plany. Wyspany i gotowy do zabawy, zaczął zaczepiać swojego właściciela, trącając łebkiem jego dłoń oraz nos. Kiedy to nie przyniosło skutku, wsunął się pod luźną koszulkę i przebiegł zimnymi łapkami po rozgrzanym torsie Nialla, na co ten zareagował piskiem i usiadł niechętnie.

- Jak ja nienawidzę tego zwierzaka – wymamrotał do siebie, wywołując delikatny uśmiech na ustach prowadzącego Liama. – Mogłem cię sprzedać, ty zarazo – burknął, patrząc na fretkę z niezadowoleniem i przeszedł na przednie siedzenie, od razu przypinając się pasem.

- Żałujesz, że nie rzuciłem w niego sztyletem? – zapytał Payne z nutą zadowolenia, pobrzmiewającą w głosie. – Dobra, nie pytałem – wywrócił oczami, kiedy napotkał nieprzychylne spojrzenie i skupił się na drodze.

Niall westchnął cicho i zaczął bawić się z rozbrykanym Johnem, który raz na jakiś czas syczał na Liama. Owe odgłosy momentalnie wywoływały uśmiech na twarzy zaspanego Irlandczyka. Tym razem kąciki ust pozostawały w górze znacznie dłużej niż poprzedniego dnia. Przynajmniej do momentu, kiedy samochód wjechał między wysokie drzewa i zaczął jechać krętymi uliczkami.

Jedno spojrzenie rzucone na minę szatyna wystarczyło, by niebieskooki zorientował się, że zbliżają się do celu długiej podróży.

2.

Ulżyło mu kiedy wjechał w znajomy las. Przestał zawracać sobie głowę tym wszystkim co wiązało się z blondynem. Nawet otwierające się pąki na drzewach nie wytrąciły go z dobrego nastroju jaki nim zawładną. Zostawi tego blondasa pod opieką Simona i opiekuna, który zostanie mu przydzielony. Potem trochę poprzekomarza się z Zaynem, odpocznie i dostanie kolejną misję. Zapomni o Horanie.

Las powoli przerzedził się i wyjechali na brukowaną ulicę. Ich oczom ukazał się rozległy zamek, otoczony murami. Kątem oka zerknął na blondyna, którego oczy otworzyły się szeroko. Kąciki jego ust drgnęły mimowolnie. Każdy nowy reagował tak samo.

Przejechali przez główną bramę, wjeżdżając na plac Dolnego Miasta. Liam zaparkował przed budynkiem, który w czasach wiktoriański uszedłby za ratusz. Dziś jednak była to siedziba ISMIO. Wysiadł z samochodu i pozwolił młodszemu mężczyźnie zadrzeć głowę i spojrzeć na piętrzący się nad nimi zamek, który mienił się czerwienią w świetle po południowego słońca, a od grafitowych płytek na dachach oraz wieżyczkach odbijały się promienie.

- Tam będziesz mieszkał i trenował swoją magię – odezwał się, stając przy boku Irlandczyka. – Razem ze swoim opiekunem oraz innym potomkami Druidów.

- Też tam mieszkasz? – spytał Niall, przenosząc niebieskie tęczówki na niego.

- Nie. Zamek jest przeznaczony tylko dla was – odparł, wciskając ręce w kieszenie swojej kurtki. – Szpiedzy i reszta sztabu mieszkają tutaj, w Dolnym Mieście. A teraz chodź.

- A moje rzeczy? – spytał blondyn, a on zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na niego.

- Nie bój się o nie. Ktoś zabierze je do twojego pokoju w zamku. Zapewne już przygotowano dla ciebie coś odpowiedniego – zapewnił go i skinął na niego głową. Przeszli przez ruchome drzwi i zatrzymali się przed kolejnymi.

- Proszę wprowadzić kod, a następnie przysunąć się bliżej – zakomunikował delikatny, kobiecy głos. Liam wprowadził szereg cyfr na panelu, po czym przysuną się bliżej. Niall wychylił się zaciekawiony i zobaczył jak czerwony laser prześlizguje się po oku mężczyzny. Poczuł się trochę jak w filmie o szpiegach czy Bondzie. Moment potem jednak przypomniał sobie, że szatyn jest szpiegiem.

- Skan zakończony powodzeniem – odezwała się kobieta i usłyszeli jak coś przeskoczyło. – Witamy z powrotem, panie Payne.

Drzwi rozsunęły się i Liam gestem poprosił by Niall wszedł pierwszy, minął go więc, a on wszedł zaraz za nim, zostawiając młodszego mężczyznę na środku, eleganckiego i nowoczesnego holu. Może i budynek wyglądał na wiktoriański, ale wnętrze było niczym wyciągnięte z katalogu.

Podszedł do recepcji i uśmiechnął się do blondynki siedzącej za ladą. Odwzajemniła jego ges i uważnie mu się przyjrzała. On nie został jej dłużny.

- Widzę nowy kolor, Perrie – zwrócił się do niej, wskazując na włosy. – Ten naprawdę mi się podoba.

- Hej – zawołała oburzona, poprawiając loki, falami opadające na jej ramiona, na co posłał jej buziaka w powietrzu.

- Zawiadom szefa, że jestem – poprosił, opierając się łokciem o blat i spoglądając na Irlandczyka, który w rękach trzymał swojego zwierzaka. – Hej!

Blondyn spojrzał na niego i podszedł stając przy nim. Dziewczyna spojrzała na niego, sięgając po słuchawkę telefonu i wykręcając wewnętrzny numer. Posłał znaczące spojrzenie Liamowi, który tylko wywrócił oczami, wiedząc co chodzi po głowie, jego przyjaciółki. Uwielbiał Perrie, ale fakt, że próbowała go zeswatać z każdym facetem jaki się nawinął, trochę go drażnił.

- Dzień dobry, szefie. Pan Payne już jest – oświadczyła do słuchawki i na moment zamilkła. – Tak. Dobrze – odłożyła słuchawkę i spojrzała na nich. – Pan Cowell chce was widzieć.

- Dzięki, Słonko – rzucił szatyn i pociągnął Horana w stronę przeszklonej windy. Nacisnął guzik i znów schował dłonie w kieszenie.

- Kim jest pan Cowell? – spytał Niall, a winda dała znać, że przyjechała, więc wsiedli do niej.

- To szef ISMIO i dyrektor zamku – wyjaśnił Li, naciskając guzik z numerem trzy. W ciszy wjechali na piętro, po czym skierowali się do drzwi na końcu. Zapukał w charakterystyczny dla siebie sposób, a gdy usłyszał zaproszenie, nacisnął klamkę i wszedł pierwszy.

Gabinet Simona Cowella był przestronny i urządzony w minimalistyczny sposób. Na wprost drzwi znajdowały się duże okna, pod którymi stała kremowa kanapa, a przy niej czarny stolik. Na ścianie po lewej wisiał ogromny telewizor plazmowy, w którym właśnie leciały wiadomości ze świata. Ścianę po prawej pokrywała biblioteczka, a przednią ustawione było czarne biurko. To za nim siedział barczysty mężczyzna. Miał na sobie szary sweter, a na opalonej twarzy pojawiały się pierwsze zmarszczki. W ciemnych włosach również można było dostrzec oznaki starzenia - pierwsze siwe włosy. Nikt jednak nie odważył się zwrócić na to uwagi.

Brązowe oczy mężczyzny, zerknęły na nich znad dokumentów, po czym wrócił do nich. Pospiesznie je uporządkował i zamknął teczkę.

- Proszę bliżej – odparł Simon. Liam skinął głową blondynowi, który niepewnie ruszył w stronę krzeseł stojących przed biurkiem. Usiadł na jednym z nich, pozwalając fretce przysiąść na swoich kolanach. Szatyn natomiast ułożył łokieć na oparciu, przenosząc ciężar ciała na zdrową nogę.

- Niezmiernie się cieszę, że dotarliście cali, bo zdrowi to niekoniecznie – mężczyzna znacząco spojrzał na Payne’a, który wyszczerzył proste zęby w uśmiechu. – W każdym bądź razie. Witam w Violet Hill, panie Horan. To miejsce, w którym poczuje się pan jak w domu.

- Chcę wrócić do Londynu – wtrącił Niall. – Tam poczuję się jak w domu. Tam są moi przyjaciele.

- To trudny przypadek – westchnął Liam, na co mężczyzna cmokną.

- Panie Horan, rozumiem że jest pan zdezorientowany i trochę przerażony tym co się dzieje dookoła, ale zapewniam pana, iż wszystko co robimy, robimy dla pana bezpieczeństwa – wyjaśnił Simon, stykając ze sobą czubki palców.

- Nie chcę tu być – rzucił Irlandczyk. – No dobrze. Może to miejsce jest niesamowite, ale nie chcę tu mieszkać.

- Liam. Zaczekaj proszę przed moim gabinetem – stwierdził pan Cowell, patrząc w niebieskie oczy. – Muszę bardzo poważnie porozmawiać z panem Horanem.

Szatyn zawahał się przez krótką chwilę, ale w końcu wyszedł z gabinetu zamykając za sobą cicho drzwi. Oparł się o ścianę, po której zjechał i odchylił głowę do tyłu. Westchnął, sięgnął po telefon i wysłał swojemu przyjacielowi smsa.

Do: Zayneh-Boo xx

Potrzebuję wyjść na drinka. Dziś wieczorem?

4:43 PM, 22 Mar

3.

Irlandczyk spojrzał za Liamem, który wyszedł z pomieszczenia, po czym wrócił wzrokiem do mężczyzny przed nim. Dalej usiłował rozpracować sytuację, w której się znalazł, ale żadna ze spotkanych dotychczas osób nie chciała mu tego ułatwić. To stresowało go jeszcze bardziej, ponieważ naprawdę nienawidził nie wiedzieć o co chodzi.

Nie wiedząc, co powinien powiedzieć panu Cowellowi – jak został on przedstawiony – więc zajął się oglądaniem gabinetu i wyłamywaniem własnych, chudych palców. Napięcie wzrastało w nim z każdą kolejną chwilą. Dodatkowo zauważył, że siedzący w fotelu mężczyzna nie robi absolutnie niczego, żeby zacząć rozmowę. Tego było już za wiele.

- Po co ja tu właściwie jestem? – wypalił blondyn, zaciskając palce na krawędziach podłokietnika. – No bo, kurcze, jest naprawdę wiele pytań na które nadal nie otrzymałem odpowiedzi – westchnął, spuszczając wzrok na swoje stopy, którymi nie dosięgał podłogi.

W oczekiwaniu na jakiekolwiek wyjaśnienia, Niall rozparł się wygodniej na krześle i zaczął machać nogami, wznawiając swoją wędrówkę wzrokiem po ścianach gabinetu. Był przestronny i naprawdę ładnie urządzony, ale kompletnie nie w stylu Irlandczyka, więc zupełnie mu się nie podobał.

- Jest pan tutaj, żeby nauczyć się kontrolować swoje moce – zaczął mężczyzna, opierając łokcie na blacie swojego biurka i składając dłonie. – Ale jestem pewien, że tę informację otrzymał już pan od Liama, czyż nie? – uniósł brew, a kiedy w odpowiedzi otrzymał niepewne skinięcie głową, kontynuował swoją wypowiedź. – Jednak nie jest to jedyny powód, dla którego został pan tutaj sprowadzony.

Horan pokiwał niepewnie głową i skrzyżował nogi w kostkach, nadal lekko nimi bujając. Spodziewał się, że zostanie nakarmiony kolejną porcją rewelacji, w które nie uwierzyłby, gdyby nie to, co zobaczył. Nie wiedział czy powinien się ich bać, ale czuł strach każdą komórką swojego drobnego ciała.

- Sprowadziliśmy tu pana, żeby mieć możliwość zapewnienia odpowiedniej ochrony nie tylko panu, ale także wszystkim ludziom, mieszkającym w promieniu dwóch mil od pańskiego mieszkania – poinformował, odchylając się z powrotem i wygodniej rozpierając na swoim miejscu. – W świecie poza Violet Hill na takich, jak pan, czyha wiele niebezpieczeństw. Największym z nich jest Mrok, który stale ekspediuje swoich wysłanników – mówił dalej, nie zwracając uwagi na reakcje blondyna, który co raz bardziej kulił się na krześle.

Irlandczyk zaczekał, aż Cowell na chwilę przerwie wywód, a potem zamknął oczy i przysunął palce do swoich skroni. Pomasował je przez moment i zaczął niepewnie rozchylać powieki, usiłując ułożyć w głowie zasłyszane rewelacje. Mógł się spodziewać, że napotkane demony nie przysłały się same, ale nie zastanawiał się nad tym głębiej. Uznał to za swój pierwszy, poważny błąd.

- Czy mogę mówić dalej? – zapytał brązowooki i, nie zaczekawszy na odpowiedź, podjął przerwany wątek. – Nie będę zagłębiał się w szczegóły niebezpieczeństwa, ponieważ o nich dowie się pan w czasie zajęć do tego przeznaczonych. Przez pierwsze dwa tygodnie, na wyznaczone lekcje będzie pan uczęszczał razem ze swoim opiekunem…

- Opiekunem? – Niall zmarszczył brwi, nie przejmując się tym, że jego zachowanie nie jest grzeczne w stosunku do starszego mężczyzny. – Po co mi opiekun i kto to będzie? – chłopak odruchowo wychylił się do przodu, patrząc wyczekująco w czekoladowe tęczówki.

Simon zabębnił palcami o blat i przesunął się do przodu, żeby otworzyć szufladę po swojej prawej stronie i wyjąć z niej teczkę z aktami. Mógł się domyślać, że nowo przybyły będzie bardzo ciekawski, więc zignorował jego postawę.

- W pana przypadku będzie to opiekunka – powiedział, pobierznie przejrzawszy zgromadzone kartki i podsunął Horanowi zdjęcie. Przedstawiało ono dziewczynę o delikatnej urodzie, brązowych włosach, które opadały na ramiona łagodną falą, i roześmianych, czekoladowych tęczówkach. – Emma Watson, lat dwadzieścia pięć… – zaczął, jednak Niall znowu mu przerwał.

Blondyn zacisnął wargi i pokręcił głową. Nie chciał, żeby nieznajoma osoba chodziła za nim krok w krok przez najbliższe tygodnie. Podejrzewał, że później także nie mógłby się od niej uwolnić, nawet, jeśli starałby się nie wiadomo jak. Dlatego zamierzał poprosić o jedyną osobę, której ufał w jakimś stopniu. A właściwie nie poprosić, a zażądać.

- Chcę Liama – powiedział bez zawahania, krzyżując ramiona na piersi i unosząc wyżej brodę, żeby sprawić wrażenie pewnego siebie. – Zostanę tutaj, ale nie zgadzam się na nikogo innego – dodał, kiedy zaskoczony Cowell nie odpowiedział mu w żaden sposób.

- Przykro mi, ale najpierw on musi na to przystać – odparł ostrożnie, wpatrując się uważnie w twarz Irlandczyka – Jednakże muszę pana poinformować, że Liam pracuje w terenie i nigdy nie sprawował roli opiekuna. Ciężko będzie go przekonać do tego pomysłu, ale…

- Ale jestem pewien, że pan spróbuje – niebieskooki zmarszczył brwi i zagryzł wargę, nie wiedząc czy postępuje dobrze, wywierając aż taki nacisk. – Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że nie mogę być tutaj przetrzymywany wbrew własnej woli. Więc albo Payne, albo nikt – stwierdził i postanowił nie odzywać się już ani słowem.

Przez następne piętnaście minut, szef organizacji próbował przekonać blondyna do zmiany zdania, jednak za każdym razem spotykał się odmową. Najlepsze argumenty zostały odrzucone przez jedno pokręcenie głową. Niall przez cały ten czas zachowywał pokerową twarz, aż w końcu Cowell był zmuszony skapitulować i przystać na postawione warunki.

Nie chodziło mu wyłącznie o ocalenie kolejnej jednostki, ale także o moc, jaką owa jednostka dysponuje. Od momentu odnalezienia Horana przeczuwał, jaką potęgę w sobie skrywa. Z każdym kolejnym dniem obserwacji tylko się w tym utwierdzał i nie zamierzał rezygnować z przewagi, którą mógł zyskać przy zwerbowaniu go.

- Niech tak będzie – oznajmił, podnosząc się ze swojego fotela i wzrokiem nakazał blondynowi zrobienie tego samego. – O reszcie spraw, o których panu nie powiedziałem, opowie Liam – dodał, ściskając drobną dłoń nowego sprzymierzeńca.

Niall uśmiechnął się zadowolony i wiedząc, że to już koniec rozmowy, ruszył do drzwi. Kiedy został poproszony o przysłanie Payne’a, tylko skinął głową i położył dłoń na klamce. Po wyjściu z gabinetu, zorientował się, że przez całą drogę na korytarz wstrzymywał oddech, więc wpuścił go powoli.

- Teraz chce porozmawiać z tobą – rzucił do szatyna, który siedział na zimnej podłodze, oparty plecami o ścianę. – Co? Mnie nie pytaj, ja tam nie mam pojęcia o co mu chodzi – wzruszył ramionami, udając niewiniątko i sam zajął miejsce na metalowym podłożu, wyjmując Johna z kieszeni, w której ten zdążył się skryć.

Nie powiedział już nic, ale w głębi duszy miał nadzieję, że rozmowa nie potrwa długo, ponieważ był nadzwyczaj ciekawy reakcji szatyna. Z jednej strony chciał wrócić do londyńskiego mieszkania, ale z drugiej niezwykle fascynowało go to, czego może doświadczyć w nowym miejscu.

4.

Podniósł głowę, gdy usłyszał jak drzwi się otwierają. Szczerze myślał, że Cowell nigdy nie wypuści Nialla. A chciał go już odprowadzić do zamku i skoczyć do medyka, co by zerknął na jego plecy oraz nogę. Ale przede wszystkim chciał się odświeżyć. Wziąć długi prysznic, ogolić się i zdrzemnąć chociaż trochę.

Zmarszczył brwi, gdy został na powrót poproszony do gabinetu. Podniósł się więc z podłogi i lekko utykając wszedł do środka. Zamknął za sobą drzwi i podszedł do biurka. Pozwolił sobie rozsiąść się wygodnie na krześle, które jeszcze przed chwilą zajmował blondyn. Spojrzał w brązowe oczy mężczyzny i zamrugał.

- Jak się czujesz, Liam? – zapytał Simon, a w jego oczach można było dostrzec odrobinę czułości.

- Przestań. Jesteśmy w pracy – burknął w odpowiedzi szatyn.

- Uznam to za tak – stwierdził starszy mężczyzna i wyprostował się na swoim miejscu, sięgając po odpowiedni folder. – Nie będę owijał w bawełnę. Ten chłopak chcę cię za opiekuna.

- Co!? – prawie krzyknął Payne. – Chyba żartujesz sobie. Wiesz, że nie nadaje się na opiekuna. Ja – wskazał na siebie palcem – pracuję w terenie. Mam ich tylko tu „dostarczać”, a nie niańczyć jeszcze potem.

- Liam – uspokoił go jednym stanowczym spojrzeniem. – Powiedział, że zostanie tutaj, pod tym jednym warunkiem. A my go potrzebujemy.

- Przecież jest jak każdy inny Pure-Blood – prychnął młodszy mężczyzna wywracając oczami. – Będą kolejni związani z ziemią.

- Oboje wiemy, że jest znacznie silniejszy niż mogło by się wydawać… - zaczął Cowell, ale szatyn wpadł mu w słowo. Najzwyczajniej w świecie miał dosyć tych przypuszczeń związanych z każdym związanym z ziemią. Zawsze kończyły się fiaskiem. Miał naprawdę powyżej dziurek w nosie obsesji swojego szefa.

- Tak jak poprzedni, którzy kontrolowali moce ziemskie. Oni też byli silniejsi niż mogłoby się wydawać – odparł rozzłoszczony i podniósł się z miejsca. Podszedł do okien i spojrzał na zamek, który czerwienił się w popołudniowym słońcu, a promienie odbijały się od okien.

- Obaj wiemy, że tym razem się nie mylę – odezwał się spokojnie mężczyzna, a Liam przekręcił w jego stronę głowę.

Tym razem jednak coś w tym wszystkim było. Tyle kwiatów nie widział jeszcze nigdy przy żadnym Pure-Blood związanym z ziemią. Miał dostęp do wcześniejszych obserwacji Nialla i wiedział jak często zdarzały się mu incydenty z roślinami. A poza tym ostatnie wydarzenia. To jak pozbył się demona nie słabnąc przy tym nawet odrobinę. Jak wiedział co jest dobre na szybsze zaleczenie siniaków. Może i wyglądał na kruchego oraz drobnego, jednak przeczuwał, iż w jego ciele drzemie potężna moc. Takiej jakiej potrzebowali.

- Dobra – odwrócił się i podszedł do biurka szefa i wyrwał mu z ręki folder. – Ale tylko dwa tygodnie. Potem…

- …będziesz chciał z nim zostać z własnej woli – dokończył Simon i uśmiechnął się do niego. Liam prychnął i skierował się do drzwi. Wyszedł na korytarz trzaskając drzwiami. Jego tęczówki pojaśniały, a gdy usłyszał ostrzegawcze „Liam” zza drzwi cofnął magię. Coś huknęło ale on znów prychną i spiorunował wzrokiem blondyna, który posłał mu niewinny uśmieszek.

- A gdybym się nie zgodził? – warknął.

- Ale się zgodziłeś – odparł Niall, uśmiechając się. A jedyne co szatyn wiedział w tej chwili, to fakt, że nienawidzi tego Irlandzkiego krasnala. Jego i tej przeklętej fretki o imieniu John.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz