4
Poranki były piekłem w domu Tomlinsonów. Zawsze nimi były.
To zawsze wiązało się z najbardziej niezręczną pobudką, na którą składał się krzyk jego matki, a potem zazwyczaj wiązało się to z jeszcze bardziej bolesnym śniadaniem z obojgiem rodziców. Ten poranek nie był inny.
- Czas wstawać Louis! Nie toleruję ponownych spóźnień do szkoły. Z łóżka. Teraz. – Zarządziła jego matka, po czym odsłoniła rolety w jego oknie.
Najwyraźniej jego budzik, który miał zadzwonić minutę później nie był dla niej wystarczający. Louis jęknął na światło, przewracając się na łóżku. Minął tydzień od tego całego pożarowego wypadku z Liamem i Niallem.
Liam unikał Louisa prawie przez cały tydzień, albo tak się przynajmniej mu wydawało. Drew był kutasem, który miał naprawdę mało cierpliwości, jeśli chodziło o bunt w swoich szeregach. Jego szeregi były pełne bezmózgich facetów i kilku pechowców, których uważał za swoich przyjaciół.
Liam po prostu chronił się przed nienawiścią i gniewem Drew. Teraz Drew był złoczyńcą w umyśle Louisa.
Chociaż może czytał ostatnio zbyt dużą ilość komiksów…
Kiedy jego matka wyszła, Louis szybko wstał z łóżka i pobiegł do łazienki, żeby umyć zęby. Używał jednej ręki do mycia zębów, a drugą przenosił rzeczy do swojego plecaka za pomocą telekinezy.
Miał talent do wielozadaniowości, co było jedną z rzeczy, na których koncentrował się na treningach. Chciał mieć pewność, że nie zostanie złapany, gdy będzie w środku robienia czegoś innego.
- Louis! Mówię poważnie, złaź na dół! Musimy o czymś z tobą porozmawiać! – Krzyknęła jego matka tyle ile miała sił w płucach.
- Już schodzę, po prostu się ubieram – odkrzyknął Louis w odpowiedzi.
To wydawało się ją uspokoić. Louis przewrócił oczami, po czym szybko ubrał ciasne dżinsy, koszulkę w paski i szelki. Jego styl nigdy nie był zrozumiany, bo to odzwierciadlało jego osobowość: śmiały i dumny z tego jak dziwaczny był.
Włożył parę tomsów, aby dokończyć swój wizerunek, chwycił swój plecak i zbiegł po schodach.
Mark był przy stole, jak zwykle, ale dzisiaj nie trzymał gazety w ręki. Zamiast tego jego wzrok był oskarżający, tak jak jego matki Jay, gdy układała naleśniki, które zrobiła na śniadanie, na trzech talerzach.
- Synu, proszę usiądź, musimy o czymś z tobą porozmawiać. – Mark praktycznie nakazał to, mając małą ilość cierpliwości na jakikolwiek sprzeciw.
Louis uczynił tak jak mu kazano, bo po prostu nie chciał mieć żadnych problemów z rodzicami; naprawdę nie miał energii na bawienie się z nimi w jakieś gówna, ale po prostu miał zamiar uśmiechać się i znieść to, co powiedzą.
- W twojej szkole został znaleziony mutant, młoda kobieta, która nazywa się Eleanor Calder. Miała zdolność podszywania się idealnie pod ludzkie głosy. Wyobraź sobie, co by się mogło stać, gdyby dołączyła do grupy rebeliantów. – Mark wyjaśnił synowi.
Louis mógł zobaczyć, jak jego rodzice byliby kompletnie przerażeni, gdyby okazało się, że miał moc.
Gdyby tylko wiedzieli jak dużo znał osób, które miało moc… Albo, jeśli wiedzieliby, że ich własny syn miał moc…
To go oburzyło, ale aby chronić siebie, zamierza grać dla dobra swoich rodziców.
- O Boże… to byłoby straszne. Wiesz, co jej się stało? – Błagał, sprawiając, że troska o jej samopoczucie wyglądała jak troska o ogół społeczeństwa.
Jay umieściła syrop na stole, po czym odpowiedziała: - Nie ma wątpliwości, że zostanie zabrana do jednego z tych ośrodków rehabilitacyjnych. Oni jeszcze nie wiedzą, jak usunąć ten zmutowany gen, ale będą eksperymentować na tych wszystkich mutantach, które mają, więc nie potrwa to długo.
Louis nie mógł uwierzyć własnym uszom. Jakim cudem nie słyszał wcześniej o takich miejscach?
Nagle poczuł, że jego żołądek odmawia dalszego jedzenia. Odsunął talerz od siebie i mruknął coś o tym, że czeka na niego Niall, zanim opuścił dom.
Świeże powietrze, nawet będąc na zewnątrz (jeszcze na ziemi, niestety) było dla Louisa odświeżeniem. Jego dom nie był dłużej ‘domem’; to były tortury i duszące więzienie.
Obiecał sobie spędzać tak mało czasu jak to możliwe ze swoimi rodzicami i w domu w obawie, że może udzielić się mu szalony punkt widzenia jego rodziców. Mógł zobaczyć siebie uśmiechającego się jak świr i dobrowolnie wyjeżdżającego do tego ośrodka.
Louis siada na krawężniku, czekając na to, by Niall dołączył do niego w czasie drogi do szkoły. Dostał smsa dziesięć minut później od Nialla, który był chory i jego mama zmusiła go do pozostania w domu. Jakby nie chciał tego, gdy jego matka byłaby na jego skinienie cały dzień, nie wspominając o tym, że opuści szkołę z ważnego powodu.
Wstał i poszedł do szkoły samotnie, zdając sobie sprawę, że dzień bez Nialla sprawi, że szkoła stanie się mniej interesująca.
XXX
Drew zauważył w klasie Pani Heather, że Nialla nie było w szkole, co oznaczało, że Louis był sam przez cały dzień, szczególnie w drodze do domu. To była doskonała okazja do zemsty.
Harry zauważył, że Drew mruży oczy w kierunku Louisa i natychmiast doznał bolesnego uczucia w brzuchu. Znał to spojrzenie. To znaczyło, że Drew miał zamiar zrobić to, co chciał. A dzisiaj chciał zranić Louisa.
Po dzwonku, który sygnalizował koniec dnia, Harry wyszedł na korytarz po Louisie i chciał ostrzec go, gdy Drew popchnął go na szafkę, za którą wcześniej się ukrywał.
- Ruszaj się dziwaku. – Drew warknął na niego, a Harry skrzywił się.
Oczywiście, Harry nie był wstanie zatrzymać tego, co miało się wydarzyć. Ale przynajmniej mógł czuwać na Louisem…w pewnym sensie. Natychmiast stał się niewidzialny i ruszył za Drew i Louisem.
XXX
(15:07) Słyszałem, że jesteś chory. To jest do bani stary! Tęskniłem za tobą na chemii!
- Liam
(15:09) Spędziłem większość dnia oglądając stare odcinki Doktora Who i jedząc rosół. Naprawdę nie musisz mi współczuć, bo jestem w niebie. Ale, przykro mi, że zostawiłem cię samego na chemii. :(
- Niall
(15:14) Uwielbiam Doktora Who; powinniśmy zrobić kiedyś maraton. To sprawia, że jestem dumny z bycia Brytyjczykiem. :) Nie martw się, przeżyłem i nawet przygotowałem następny raport z laboratorium dla nas.
- Liam
(15:15) Awwww, jak miło z twojej strony! Jestem całkowicie za tym maratonem. Ponadto, słyszałeś o tym, co się stało z całą tą sprawa Eleanor Calder? Louis napisał mi o tym wcześniej… To brzmi bardzo poważnie.
- Niall
(15:20) Przepraszam, powiedziałem coś, co cię wkurzyło? :(
- Niall
(15:25) Nie, nie, nie powiedziałeś! To po prostu jest trochę skomplikowane…
- Liam
(15:25) … Skomplikowane, jak?
- Niall
(15:28) Drew był pewnego rodzaju osobą, którą ją w to wrobiła. Myślę, że oni podszywali się pod kogoś czy coś i dla żartu, ona użyła swojej mocy. Nie wiedziała, kim są jego rodzice, więc on namówił ją, żeby robiła to coraz częściej. Kiedy był pewny, że jest mutantem, zadzwonił do swojego ojca, który zadzwonił do kogoś innego i przyszli ją zabrać. Ale… proszę nie mów tego nikomu. Zwłaszcza Louisowi. Zabiłby Drew, gdyby się dowiedział…
- Liam
(15:31) Cholera. To okropne i naprawdę złe, ale nie pisnę słówka. Wiesz, jak dobry jestem z zatrzymywaniem sekretów ;)
- Niall
(15:33) Jesteś! :D Znowu sprawiasz, że to nie jest takie poważne. Ufam ci Niall i czasami ledwie ufam sobie. Dziękuje, że jesteś tu dla mnie.
- Liam
(15:34) Nie ma za co. Będę zawsze tutaj, gdybyś mnie potrzebował. Partnerzy z laboratorium przez życie
- Niall
(15:36) Zdecydownie :) PLPŻ (w orginale było Lab partners for life, co dawało skrót LPFL, jednak postanowiłam to spolścić)! XD
- Liam
XXX
Drew był mądry w swoich metodach ataku, co było prawdopodobnie najstraszniejszą częścią jego osobowości. Był bezwzględny, gdy chciał taki być i taktowny, kiedy zachodziła taka potrzeba.
Dyskretnie podążał za Louisem przez całą drogę dopóki nie byli wystarczająco daleko od szkoły i niezbyt blisko do miejsca publicznego, w którym ktoś mógłby ich znaleźć.
Ale, oni nie byli sami: Harry szedł, niewidoczny, tuż za nimi.
- Oi, Louis! Poczekaj – zawołał Drew, a chłopak zatrzymał się w pół kroku.
Louis odwrócił się powoli, spoglądając na Drew, na jego twarzy pojawił się chwilowy błysk zaskoczenia, po czym uśmiechnął się do Drew.
- Chcesz tracić mój czas Drew? – Zapytał Louis, jego brwi uniosły się wyzywająco.
- Nie będziemy tracić czasu Lou. Przejdę od razu do sedna, bo takim facetem jestem – stwierdził Drew, podchodząc do Lou i wpychając go do alejki.
- Krótka piłka, dokładnie to, co lubię – dokuczył mu Lou i Harry odetchnął z przerażeniem.
- Nie zaczynaj z tym gównem, wiem, że cholernie się teraz boisz, więc nie ma więcej inteligentnej rozmowy z tobą. Sprawiłeś, że wyszedłem na idiotę zbyt wiele razy i teraz za każdym razem, kiedy otworzysz te mądre usta, będziesz pamiętał to – zagroził Drew, podnosząc pięść w powietrzu.
Harry rozpaczliwie chciał coś zrobić, ale czuł się wmurowany w ziemię ze strachu. Żałował tego, że chociaż raz
W życiu nie może być odważny. Mógł powstrzymać atak, a nawet w końcu spotkać Louisa, ale nie zrobił tego.
Louis zamierzał trzymać swoje uczucia w sobie. Nie miał zamiaru pokazać strachu. Drżały mu ręce, więc schował jego do kieszeni.
Spojrzał prosto w oczy Drew i powiedział: - No cóż, dawaj stary! Po prostu mnie uderz!
Drew zawahał się na chwilę z powodu spojrzenia, jakim obrzucał go Louis, jakby mógł zajrzeć prosto w jego duszę. Ale w chwili, gdy oderwał wzrok od oskarżającego spojrzenia Louisa, znalazł złość, która napędzała go do ataku.
Harry ledwie mógł patrzeć, jak pierwszy cios mocno wylądował na szczęce Louisa; ogłuszające pęknięcie spowodowało dreszcz winy, który przebiegł po ciele Harry’ego.
Ale Louis nie walczył. Przyjmował ciosy, nawet nie używając mocy, żeby siebie chronić. To była uczciwa walka, ale Louis chciał coś udowodnić. Drew mylił się.
Harry musiał przygryźć rękę, żeby zagłuszyć przerażone odgłosy, które wydawał, łzy wywołane poczuciem winy spływały po jego policzkach, a chłopak był niewidoczny i pozostał bez ruchu. Był świadkiem pobicia.
Louis przewrócił się, gdy Drew kopnął go w brzuchu, kiedy miał wreszcie dość.
Drew wycofał się szybko, ale rzucił jeszcze: - Mam nadzieje, że dostałeś nauczkę.
Louis leżał w kałuży swojej krwi, wykręcał się w bólu. Kiedy był w końcu na tyle silny, użył mocy, żeby podnieść się do pozycji pionowej. Przytrzymał się muru, a Harry obserwował go zainteresowanym wzrokiem.
Zaczął utykać, jego twarz była w krwi i wykrzywiała się z bólu. Wyglądał na wkurzonego zamiast na zastraszonego i słabego. Louis nie był słaby, to nie był powód, dlatego nie walczył.
Gdy Louis odchodził, Harry poczuł, że jego obowiązkiem było podążyć za chłopakiem, gdziekolwiek do diabła się właśnie kierował.
XXX
4
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz