43
4
Na szczycie Empire State Building czuł się dosłownie jak na czubku świata. Chłodne powietrze owiewało jego policzki, przez co na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech.
Czuł się jak król.
Niebo było zasnute ciemnymi chmurami i miasto wydawało się tylko drobnymi, świecącymi punkcikami w całym tym szaleństwie. Ujawnił się w swoim tymczasowym królestwie, w którym nie było granic. Mógł stać w cieniu miasta, które nigdy nie śpi i wybierać ofiarę za ofiarą.
Mieli zostać tu tydzień, wystąpić trzy razy z koncertem i raz na przyjęciu charytatywnym.
Miał mnóstwo czasu by oczyścić to miasto.
Teraz, musiał tylko znaleźć pierwszą ofiarę…
Spojrzał w lewo i wtedy go zobaczył. Piękny młody mężczyzna, który prawdopodobnie aspirował na modela lub aktora (jak wszyscy w Nowym Jorku, nie?).
Chłopak stał znużony na swojej zmianie, więc gwiazdor zdecydował się wziąć sprawy w swoje ręce i uwolnić chłopaka od nudy i bólu.
Spoglądając po raz ostatni na miasto, obrócił się na pięcie i skierował się w stronę chłopaka, którego imię przeczytał z identyfikatora: Jacob. Zwabienie go prawdopodobnie będzie bardzo proste, ale nie miał nic przeciwko prostemu zabójstwu, to mógłby być miły początek na powitanie nowego miasta.
- Zmęczony, co? – zapytał Jacoba, opierając się o barierki, przy których stał Jacob.
- Um… nie, jest świetnie. Nie ma nic lepszego niż spoglądanie na panoramę Nowego Jorku każdego dnia. – odparł Jacob, przełączając się ponownie na
tryb profesjonalisty.
Od razu przejrzał go i wymamrotał. – Oh, odpuść sobie. Widzę, że nienawidzisz wszystkiego związanego z tą robotą… Dlaczego nie przyjmiesz mojej pomocy?
Oczy Jacoba błyszczały niepewnością, ale widział, że był on z natury ciekawski, więc po paru sekundach, przewodnik się poddał. – W porządku, ale muszę wrócić za dziesięć minut, żeby sprowadzić tych głupich ludzi na ziemię, zanim którykolwiek z nich wpadnie na genialny pomysł, żeby zeskoczyć z tego cholernego budynku.
- Więc chodź za mną. – jego oczy błysnęły z satysfakcją, gdy Jacob dyskretnie skierował się za nim na niższy poziom tarasu widokowego, który wydawał się być teraz zamknięty.
- Jesteś pewien, że to bezpieczne? – zapytał Jacob, rozglądając się nerwowo dookoła, gdy weszli do biura.
- Nie chcemy, żeby ktoś nam przeszkadzał, nie? – wymruczał, zbliżając się do Jacoba i chwytając go za jego bluzę. – Tutaj nie musimy się o to martwić.
Będziemy mieć dziesięć minut perfekcyjnej prywatności, a później wrócimy do swoich żyć jakby nic się nie wydarzyło. A przynajmniej ja tak zrobię.
- Nikomu nie powiem… jak w ogóle masz na imię? Wydajesz się znajomy… - powiedział Jacob, próbując przywołać w myślach, kim może być nieznajomy.
- Dlatego potrzebujemy prywatności. – wyjaśnił popychając Jacoba na stół. – Nie potrzebuję, żeby to wylądowało w tabloidach.
Oczy Jacoba rozszerzyły się, gdy zorientował się, z kim znajduje się w pomieszczeniu. – O cholera… moja młodsza siostra oszaleje, gdy jej o tym opowiem.
Zignorował ten komentarz, błądząc dłońmi po klatce piersiowej Jacoba. Chłopak był naprawdę cudowny, ale nadszedł czas by dokonać dzieła.
Wyciągając opaskę z kieszeni, założył ją na jego oczy, wyszeptując – Zaufaj mi.
- Okej…. – odparł Jacob, rozkoszując się fetyszem.
Pociągnął Jacoba na nogi, wypychając go na balkon. Chłodne powietrze uderzyło ich obu z pełną siłą i Jacob zaczął drżeć.
- Mogę zdradzić ci sekret? – zapytał nagle Jacob.
- Dawaj. – oznajmił, zaintrygowany.
Jacob przełknął powoli.- Myślę, że mam najbardziej ironiczną robotę na świecie… Cholernie boję się wysokości, a pracuję na szczycie Empire State Building. Muszę łykać tabletki na uspokojenie każdego dnia przed rozpoczęciem pracy. Ale… nie ma innej roboty. To Nowy Jork, nie?
- A więc się zabawimy Jacob. – poinstruował. – Czas stawić czoło swojemu strachowi.
Jacob, nie zdając sobie z tego sprawy, stał na krawędzi balkonu i wystarczył jeden krok w przód by spadł w przepaść. Nadszedł czas, by przetestować szczerość chłopaka.
- Masz dwie opcje. Zrób krok do przodu, albo ja cię zepchnę. Twój wybór. – wyjaśnił krótko.
Jacob zaczął drżeć i zaśmiał się nerwowo. – Kręcą cię dziwne rzeczy, stary… Możemy już wrócić do środka?
Nie wahał się ani chwili przed odpowiedzeniem chłopakowi. – Niestety, ty nie wrócisz do środka Jacob, twoją jedyną drogą ucieczki jest ta prowadząca w dół.
- Co jest… o co do cholery chodzi? – zaprotestował Jacob, próbując ściągnąć opaskę z oczu.
To była żałosna próba, biorąc pod uwagę, że nie była przyklejona do jego głowy.
- Jacob, mam tylko dziesięć minut zanim będę musiał wrócić i mimo, że chciałbym przedłużyć tę przyjemność, musisz podjąć swoją decyzję. – zarządził.
– Teraz.
- Nie… nie… to się nie dzieje naprawdę. To żart, nie? Jeden z tych głupich programów? – wymamrotał Jacob drżąc.
- MYŚLAŁEM, ŻE JESTEŚ SILNIEJSZY NIŻ TO JACOB! A TERAZ WYBIERZ, ZANIM JA BĘDĘ ZMUSZONY ZROBIĆ TO ZA CIEBIE! – wrzasnął, czując
narastającą frustrację wraz z upływającym czasem.
- Nie chcę spaść… - wyszeptał Jacob po chwili ciszy.
- Nie spadniesz Jacob, polecisz. Po raz pierwszy w swoim żałosnym życiu, będziesz coś znaczył. – wyrzucił, mrużąc oczy.
Jacob zatoczył się do przodu unosząc jedną nogę i stając na krawędzi. Uśmiechnął się z satysfakcją, składając pocałunek na szyi Jacoba.
- Dobry wybór Jacob. Odważny i godny wybór. – pochwalił swoją ofiarę, zanim zepchnął ją z całej siły z budynku.
Słyszał krzyk upadającego anioła, gdy odwrócił się w stronę drzwi przed które wyszedł.
Ze złowieszczym uśmiechem powrócił na taras widokowy.
Ten tydzień będzie porywający…
CM~CM~CM~CM
- To chore. – zawołał Zayn, wchodząc do green roomu przed koncertem z gazetą w dłoni. – Chłopaki, obczajcie to!
Położył papier na stole, gdzie już stłoczyła się reszta zespołu.
- ‘Niewidomy anioł’ – przeczytał powoli Louis. – wygląda na samobójstwo…
Harry przysunął się bliżej do przyjaciela i oznajmił. – Wyglądał tak młodo, to mógł być którykolwiek z nas…
- Żaden z nas by sobie tego nie zrobił, niezależnie od tego jak źle by było, nie? – zapytał Liam, drżącym z niepewności głosem.
- Myślałem o tym wcześniej… - wymamrotał nagle Niall z powagą na twarzy. – Czasami stajesz się tak otępiały, że odejście z tego świata nawet by nie bolało. On prawdopodobnie szukał czegoś… więcej.
Zayn, Louis, Liam i Harry posłali blondynowi zaskoczone spojrzenie. Nigdy nie widzieli tej strony zawsze wesołego przyjaciela, i szczerze mówiąc, było to szokujące.
Niall zawsze wydawał się optymistą; wydawało się niemożliwe, że w swoim umyśle toczy walkę z ciemnością.
- Nialler… myślałeś kiedyś o odebraniu swojego życia? – zapytał powoli Liam, delikatnym ale stanowczym tonem.
Niall westchnął nie chcąc drążyć tematu, ale wiedział, że musiał być szczery ze swoimi przyjaciółmi.
- To było jakiś czas temu… gdy miałem czternaście czy piętnaście lat. Przyszło z nikąd i ze mną pozostało. – zaczął Niall drżącym głosem. – Nie było żadnego konkretnego ‘powodu’ i to było prawdopodobnie najstraszniejsze. Powinienem być szczęśliwy. Oczekiwałem, że będę, bo nie było żadnego powodu do smutku. Ale jednak, było inaczej. Udawałem przed rodzicami, a później ukrywałem się w swoim pokoju, torturując się. Któregoś dnia prawie przesadziłem, ale kiedy moja mama mi przerwała, wiedziałem, że nie było warto. Od tamtej pory spoglądam na wszystko optymistycznie, niezależnie od tego jak ciężko jest…
- Tak mi przykro Nialler – powiedział Harry, sięgając ręką do przyjaciela.
Niall przyjął wdzięcznie dłoń Harry’ego, gdy reszta zespołu zaczęła go ściskać.
Momenty takie jak ten sprawiały, że One Direction było tak silne. Chłopcy ufali sobie nawzajem (w prawie każdym aspekcie).
- W porządku chłopcy, już czas. – powiedział Paul, nie chcąc im przerywać, ale zdając sobie sprawę, że musiał wykonywać swoja pracę.
Rozdzielili się, udając się na ostatnie przed koncertowe poprawki.
Harry nie czuł się pewnie po wyznaniu Nialla i Louis zauważył to, gdy szli razem korytarzem.
- Haz, wszystko w porządku? – zapytał delikatnie Louis.
Harry wzruszył ramionami. – Po prostu… Nie mogę uwierzyć, że kogoś tak wesołego może otaczać tyle ciemności. Przeraża mnie myśl, że ktoś kogo
kocham mógłby się pchnąć do tego czynu…
Louis zatrzymał się powoli, na wspomnienie słowa ‘kocham’. Instynktownie przyciągnął Harry’ego do ciasnego uścisku, licząc że niepokój chłopaka zniknie w jego ramionach.
- Niallowi nic nie jest, wszystko jest w porządku. – zapewnił Louis Harry’ego, masując delikatnie jego plecy.
- A co jeśli w porządku to za mało? – zapytał Harry, odrywając się delikatnie od Louisa, tak że wciąż stali owinięci ramionami, ale mogli widzieć swoje twarze. – Co jeśli nic już nie będzie dobrze?
Louis nie był pewien do czego zmierzał Harry, ale zdecydował się podążyć za instynktem. – Troszczę się o ciebie, Haz, czasami wręcz do bólu. Musisz wiedzieć, że nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić.
Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu słysząc obietnicę Louisa. W chłopaku był coś co sprawiało, że zawsze czuł się przy nim bezpiecznie, nie zależnie od tego jak źle było.
- Ja też się o ciebie troszczę. – wyszeptał Harry, opierając swoje czoło o Louisa. – Nie wiem co bym zrobił bez ciebie.
Przechodzień, który natknąłby się teraz na nich uznałby to za intymną sytuację, ale w umysłach Harry’ego i Louisa to było coś normalnego.
W Louisie zaczęła rosnąć chęć by podzielić się z nim jeszcze jednym sekretem, ale gdy już miał to zrobić, wszedł dźwiękowiec, całkowicie rujnując moment.
- Możemy… dokończyć to później? – zapytał Harry odrywając się delikatnie od Louisa.
- Oczywiście. – odparł Louis, przyciągając przyjaciela do ostatniego uścisku.
- No już chłopcy, czas na show! – pośpieszał Paul, spoglądając na Harry’ego i Louisa z końca korytarza.
Wymieniając ostatnie pocieszające spojrzenie, Louis złapał dłoń Harry’ego i poprowadził go w stronę sceny. Nie była to długa podróż, bo od niej dzieliły ich właściwie jedne schody.
Podekscytowanie tłumu wprawiło cały pokój w drżenie, gdy weszli na platformę. Usłyszeli grające intro, gdy Zayn, Niall i Liam również wkroczyli na podest.
- Do dzieła! – zawołał Zayn z podekscytowaniem w oczach.
Ale nic z tego, nie umywało się do uczucia, gdy Harry i Louis po prostu patrzyli sobie w oczy.
4
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz