niedziela, 26 stycznia 2014

932

7

Rzeczy się zmieniały, a to potrafiło być cholernie przerażające.



Ale musiał się trzymać swojej siły, swojego celu i skupienia. Wciąż kontynuował swoją ciemną podróż, ale ostatnio głód nie był tak silny. Mógł wytrzymać dłużej nie poddając mu się, a nawet obchodząc się bez słuchania swoich nagrań.



Minęły dwa tygodnie, a on nie odebrał nikomu oddechu. Był niezwykle spokojny i gdy spoglądał w lustro, widział, że czegoś brakuje.



Był słabszy. Został obdarty ze swojej kontroli, która była wręcz okaleczona.



Nadszedł czas by odzyskać z powrotem ciemność, wręcz pozwolić jej się pochłonąć.



CM~CM~CM~CM



- STÓJ SPOKOJNIE! – poinstruował Harry wiercącego się Louisa.



Byli za kulisami, przygotowując się do rozdania nagród, więc Louis nie mógł powstrzymać swojej nerwowości. Myśl o byciu w telewizji zawsze go niepokoiła. Harry próbował pomóc mu zawiązać krawat. W końcu położył dłonie na jego ramionach, starając się powstrzymać jego ruchy.



Harry zmrużył oczy próbując zdiagnozować problem. – Ile red bulli wypiłeś?



Louis przygryzł wargę, zawstydzony tym, że został przyłapany. – Tylko jednego.



- Lou… - zaczął Harry, nie wierząc w słowa chłopaka. – Ile?



- Okej… trzy. – wyznał Louis, podrygując lekko ramionami. – Asystentka ciągle mi je podawała, nie mogłem odmówić!



- Czasami jesteś śmieszny. – oznajmił Harry. – Ale wiem, co pomoże ci się uspokoić.



Louis natychmiast zamarł, jednak jego dłonie wciąż drżały od ilości kofeiny krążącej w jego żyłach. – Oh? Cóż takiego?



Harry uniósł brew wyginając zadziornie kącik ust. – Szybka akcja, nie obiecuję, że będzie długa, ale możemy spróbować.



- O-okej. – wymamrotał Louis, wpatrując się w oczy Harry’ego.



Harry upewnił się, że nikogo nie było w pobliżu. Wciąż byli na etapie trzymania spraw ‘pomiędzy nimi’. Nie wstydzili się bycia razem, ale na razie było to zbyt nowe uczucie by mogli się nim dzielić z innymi.



I prawdę mówiąc, tajemnice były cholernie seksowne.



Kiedy byli już sami, w zielonych oczach Harry’ego pojawił się łobuzerski błysk. Chwycił krawat Louisa i naprał na niego całym ciałem, atakując jego usta z całą swoją siłą.



Louis jęknął w usta Harry’ego czując jak jego całe ciało się relaksuje, a napięcie spowodowane napojami energetycznymi, odpływa.



Harry czuł bicie serca Louisa poprzez oddzielające ich ubrania i był wdzięczny, że w Sylwestra podążył za swoim instynktem. Od tamtej pory wszystko było dziwnie proste.



Kiedy Louis się odsunął, czuł się jakby nigdy nie doświadczył żadnego niepokoju. Pochylił się do Harry’ego, opierając głowę na klatce piersiowej wyższego chłopaka i wtulając się w niego.



- Lepiej? – zapytał delikatnie Harry.



Louis skinął głową, mamrocząc w koszulkę Harry’ego: - Dzięki.



I wtedy Niall, Zayn i Liam wskoczyli, a raczej Niall wskoczył do pokoju.



- Oh, czyż to nie urocze. – powiedział zadziornie Zayn, gdy do nich podeszli.



- Oh, zamknij się! Jesteś po prostu zazdrosny o nasze przytulanie. – odrzucił Louis, odrywając się od Harry’ego i uśmiechając się szeroko do grupy.



- O tak, wasze uściski prześladują mnie w snach. – wyznał Zayn z udawanym przerażeniem opadając na kanapę. – Moim życiowym celem było uczestniczenie w jednym z nich, a teraz moja szansa przepadła.



- Wybaczcie mu jego sarkazm. – powiedział Niall idąc w stronę Harry’ego i Louisa z otwartymi ramionami. – Ale ja z przyjemnością bym się przyłączył.



Zanim Harry i Louis mogli zaoponować atakowi Nialla, było za późno. Blondyn otoczył ich ramionami, wywołując u nich salwę śmiechu.



- Ej, słyszeliście o tym, co stało się w Sylwestra? – zaczął nagle Zayn z mrocznym błyskiem w oczach pomimo wesołej atmosfery w pokoju.



- C-co się stało? – wychrypiał Liam, podenerwowany tonem Zayna.



- Justin został znaleziony martwy na dachu hotelu. – wyjaśnił Zayn z szeroko otwartymi oczami. Niall wyglądał na zmieszanego, więc Zayn wyjaśnił. – Nie Nialler, nie Justin Bieber, twój idol wciąż żyje, chodziło mi o naszego choreografa. W każdym razie, krew jest wszędzie. Krąży plotka, że zrobił to jakiś szalony fan. Policja zaczęła przyglądać się sieci morderstw, jakoś powiązanych z naszą trasą. To popieprzona sprawa.



Pełna napięcia cisza wypełniła pokój, gdy każdy członek zespołu powoli przyswajał informacje.



- Myślicie, że to ma coś z nami wspólnego? – zapytał nagle Louis, przerywając głębokie milczenie.



- B-boję się. – wychrypiał Niall drżącymi wargami. – Co jeśli ten ktoś spróbuje skrzywdzić któregoś z nas?



Liam natychmiast przemierzył pokój przyciągając Nialla do uścisku. – Nikt nas nie skrzywdzi. Nawet jeśli by próbowali.



- Wybaczcie, nie chciałem was straszyć. – wymamrotał Zayn, czując się winnym. – Po prostu pomyślałem, że powinniście wiedzieć.



- Znaleźli coś? – zapytał nagle Harry odsuwając się od Louisa, ale utrzymując bliską odległość.



- Poszlaki? – zapytał Zayn unosząc brew, na co Harry skinął głową. – Nie wiem.



Pomiędzy nimi ponownie zapadła cisza, podczas której każdy przetwarzał informacje.



- Chłopcy, czas wyjść na scenę. – poinstruował ich Paul wchodząc do pokoju i zatrzymując się, gdy zauważył ich letarg. – Whoa, nie mówcie mi, że coś paliliście… za pięć minut macie być w telewizji na żywo.



Jego komentarz natychmiast rozładował napięcie panujące w pomieszczeniu. Niall ponownie przywdział na twarz uśmiech, ku uldze Liama, Harry i Louis roześmiali się, dzięki czemu Zayn nie czuł się tak winny za zrujnowanie wesołej atmosfery.



- Wszystko w porządku, Zayn opowiedział nam o tym, co stało się z Justinem. – wyjaśnił Liam, nawiązując do poprzedniego komentarza.



- Ah, w porządku, nie znamy jeszcze wszystkich szczegółów, ale nie macie się czym przejmować. – odparł Paul, nie chcąc by chłopcy rozwodzili się nad tym. Uśmiechnął się do nich – A teraz przywdziejcie piękne uśmiechy na wasze przystojne twarzyczki i wypad na scenę!



Pomimo niepewności w ich krokach i uśmiechach, słowa Paula sprawiły, że poczuli się na tyle bezpiecznie by pozostawić za sobą nieprzyjemne myśli i ruszyć na scenę.



Louis oczywiście, podskakiwał dookoła, ponownie czując efekty wypitych red bulli. Harry złożył na jego policzku szybki pocałunek, zanim wyszli na scenę w akompaniamencie ogłuszających krzyków fanek.



CM~CM~CM~CM



Wiedzieli.



Nie wiedzieli, że to on, ale wiedzieli o morderstwach. Był dokładny, nie mógł być złapany, ale teraz, kiedy wiedzieli, że gdzieś tam był, byli przerażeni.



Ścisnął mocniej swój dyktafon i kucnął w ciemnej alejce spoglądając czujnym wzrokiem. Nie mógł zmienić tego, kim był i już dawno temu to zaakceptował, nie w tym leżał problem… tylko, że teraz oni wiedzieli.



Potrząsnął głową, zmuszając się do skoncentrowania się na ciemności. Teraz polował, nie zamartwiał się. Nie martwił się, bo nie musiał. Jego strategia była wspaniała. Nie do zdemaskowania. Nigdy.



W końcu, usłyszał kroki i przygotował się do zaskoczenia swojej nadchodzącej zdobyczy.



Jego ofiara była śliczną blondynką, która miała na twarzy czarne ślady od rozmazanego tuszu i wciąż wilgotne oczy. Znał ten schemat zbyt dobrze i prawie wyglądało to na prezent od jakiejś niewidzialnej siły za wszystkie nieprzyjemności.



Szybko podniósł się na nogi i podszedł do niej. Wyglądała na zmieszaną zanim się nie odezwał. – Hej, wszystko w porządku?



- Oh, uh… Nic mi nie jest. – skłamała, starając się ukryć swoje emocje, ale zdradziła ją drgająca dolna warga. – Właściwie… nie, właśnie dowiedziałam się, że mój chłopak mnie zdradza i…. boże, to były cztery pieprzone lata! Jak można komuś coś takiego zrobić po czterech latach?



Wygiął swoja twarz w sympatycznym grymasie, chcąc by nabrała się na jego grę. – Wiesz, co, masz ochotę na kawę czy coś? Wiem jak to jest być zdradzanym i to beznadziejne uczucie.



- Oh, no nie wiem… - odparła, a ten zauważył w jej oczach niepewność, którą potrafił szybko rozwiać.



- Całkowicie niewinnie, po prostu nie lubię, gdy piękne dziewczyny płaczą. Mogę cię po prostu… wysłuchać. – zapewnił ją, tonem, który sugerował całkowitą niewinność, pomimo tego, że pod powierzchnią, nie mógł się doczekać, aż wypłynie z niej krew.



Spojrzała na niego z zastanowieniem w oczach. – Um… Wiesz co, nie mam nic do stracenia, czemu nie!



- Świetnie! – zgodził się entuzjastycznie. – Znam takie miejsce za rogiem, całkiem przytulne, możemy sobie skrócić drogę tą alejką.



- Prowadź. – powiedziała już bez śladu łez na jej twarzy.



Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście, wbiegła na wspaniałego i niezwykle miłego chłopaka zaraz po tym jak jej życie zostało praktycznie rozerwane na strzępy. Skierował się w stronę alejki, więc podążyła za nim, szczęśliwa, że miała towarzystwo.



Gdy weszli w głąb alejki, ciemność stała się jeszcze gęstsza i nagle odwrócił się na pięcie i staną przed nią z czymś w dłoni. Z dyktafonem.



- Old schoolowo. – skomentowała, skupiając się na urządzeniu.



- Wiesz co, jesteś dowodem na to, że się mylili. Nie mam się, czego obawiać, nie wierzę, że w ogóle przeszło mi to przez myśl. – wyznał zbliżając się do niej powoli, a jego wzrok zaczął przekształcać się z przyjaznego na dużo bardziej złowrogi. – Dziękuję ci za pomoc, pomogło mi to odzyskać swoją moc.



Zanim mogła zapytać, o czym do cholery mówił, odłożył dyktafon na bok, atakując ją dłońmi okrytymi rękawiczkami.



Jego palce z łatwością owinęły się wokół jej gardła i pomimo jej prób by krzyczeć, jej protesty zostały zduszone siłą, z jaką naciskał na jej tchawicę.



Ciepłe uczucie zniknęło, gdy wpatrywał się w nią wzrokiem przepełnionym mrocznym pragnieniem. Walczyła tylko przez chwilę lub dwie, zanim nie upadła na ziemię. Nieprzytomnej, podciął gardło wyciągniętym nożem by mieć pewność, że odeszła na dobre.



Zmieniło się to w pewnym stopniu w podpis, ale nie mógł się powstrzymać.



Powoli podniósł się na nogi, odświeżony. Spoglądał na karmazynową plamę zaledwie kilkanaście centymetrów od jego stóp, gdzie dziewczyna upadła na ziemię.



Uśmiechnął się w dół na swoje najnowsze dzieło, dumny z bycia jego autorem. Czuł się nie do powstrzymania, jakby mógł wejść w środek miasta i wypełnić ulice krwią tylko jeśli by tego zapragnął.



W tym tkwiło piękno. Mógł wybierać swoje ofiary. Miał możliwość wyboru setki, a jego kolekcja wciąż byłaby nieskończona. Każda z nich była wyjątkowa, nawet, jeśli część była zupełnie przypadkowa.



Miał kontrolę nad tym, komu pozwalał żyć dalej, a czyj czas dobiegał końca.



Ale ten moment nie trwał długo, bo kolejna para stóp zaczęła zmierzać w kierunku makabrycznej sceny. Panika uderzyła w niego, gdy rozglądał się zdesperowany dookoła szukając miejsca do ukrycia się. Problem z alejkami polegał na tym, że kończyły się ślepym zaułkiem i nie było jak z nich uciec.



- Ej, jesteś tutaj?



To był Niall, wołający go i gotowy przyłapać go dosłownie z krwią na rękach.


7

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz