2
Następnego ranka Louis przebudzał się powoli, prześlizgując pomiędzy poszczególnymi stanami przytomności, zanim samotny promień światła, przedostający się przez okno, stał się zbyt trudny do zignorowania. Przetarł pięściami oczy, spławiając nimi ostatki snu i próbował przypomnieć sobie jakikolwiek dziwny sen, oplatający jego świadomość tej nocy. Jak za mgłą widział talerz warzyw, żaglówkę i Harry’ego Stylesa.
Lekko wstrzymał oddech, gdy przypomniał sobie, że to ostanie wcale nie było snem. Nagle wydarzenia jego wczorajszej zmiany wpełzły do jego głowy, by pozostawić go z nienagannie żywym wyobrażeniem tych zielonych oczu, które tak bardzo go denerwowały. Serio, jaki on miał problem?
Dochodząc do wniosku, że nie było to pytanie warte dłuższej realizacji, przeturlał się na łóżku i przeciągnął, natychmiastowo czując napięcie wydostające się z jego ciała w każdym kierunku. I kiedy przypomniał sobie, że dzisiaj nie idzie do pracy, nowy rodzaj ciepła zagościł w jego wnętrzu. Wreszcie miał dzień wolnego.
Wyślizgnął się z łóżka, zakładając parę kapci i zgarniając swój telefon z szafki nocnej, opuścił pokój. Zaraz po wyjściu z sypialni, skierował się do następnych drzwi, wchodząc tak cicho, jak tylko mógł, by nie obudzić Rosie. Zaledwie kilka chwil zajęło mu zauważenie, że jego córka przekręca się wewnątrz drewnianego łóżeczka przy szafce. Minęła minuta, kiedy ciemnowłosy maluch chwycił belkę swojego łóżeczka i uniósł się do góry w chwiejnej postawie. Louis obserwował, jak jej zaspane, niebieskie oczy wędrowały ciekawie dookoła pokoju, bez wątpliwości szukając swojego ojca. I kiedy znalazła go, stojącego w progu drzwi, rozpromieniła się.
- Dzień dobry, pieszczocho – zaświergotał Louis, biorąc ją na swoje ręce. Złożył wilgotny pocałunek na jej policzku, powodując u niej rechotanie.
- Źnudziona pieścioa – powtórzyła w swoim zwykłym, skróconym stylu. - Źnudziona!
- Co dzisiaj robimy? - zapytał wysokim głosem, układając ją wygodnie na biodrze. - A jeszcze lepiej, co będziemy jedli na śniadanie?
Rosie przejechała ręką po włosach Louisa, delikatnie ciągnąc jego brązowe loki, jeszcze bardziej płaszcząc grzywkę na jego czole. Dziewczynka wciąż była urzeczona włosami swojego ojca; nawet jako niemowlę, Louis miał wyraźne wspomnienia jej tłustych piąstek, chwytających tył jego głowy, ilekroć ją czkało lub Louis usypiał ją do snu. Był wdzięczny, że ten mały zwyczaj się nie zmienił.
Musiała zauważyć strachliwy wyraz twarzy Louisa, podczas przyglądania się jej ruchom, ponieważ puściła jego włosy i żartobliwie uderzyła go w policzek, opierając tam swoją dłoń i klepiąc go rytmicznie. Wielki uśmiech na jej twarzy sprawił, że Louis chciał się roztopić w tym momencie. Szczerze, jak to możliwe, że wciąż nie znudziły mu się te małe, nieistotne rzeczy?
- Czy ty właśnie mnie uderzyłaś? - zapytał, udając oburzenie. - Czy ty właśnie uderzyłaś swojego tatę?
Rosie zachichotała i Louis zastanowił się, czy jest coś takiego, co mógłby zrobić, by nie wywołać u niej tej samej reakcji za każdym razem. Kiedy nie mogła sformułować swoich pomieszanych słów, on ostrożnie usadowił ją na dywanie. Pochylił się, by zacząć szturchać ją w brzuszek i po jej bokach, a wtedy kopnęła wściekle w środku swojego wysoko tonowego śmiechu. Louis śmiał się razem z nią, ciesząc się z tych okazjonalnych walk na łaskotki. Ona próbowała się zemścić, sama go gilgocząc, ale jego ręce były zwyczajnie dużo większe i bardziej potężne, przez co za każdym razem przegrywała.
- To oduczy cię bycia niegrzeczną – powiedział, wycofując się ze swoich ataków łaskotek i runął na podłogę. Rosie ułożyła się w małym odstępie od niego, ledwo dysząc od ciągłego śmiechu. Kilka chwil potem Louis wyszeptał: - Co powiesz na to, żeby wujek Zayn przyniósł nam trochę pączków?
- Pączki! - potwierdziła głośno. Louis nie mógł powstrzymać uśmiechu, słysząc, jak wypowiada słowo, które jako jedyne w jej słowniku wymawiała z perfekcyjną artykulacją.
- Zatem będą pączki – wymamrotał, wyciągając telefon ze swojej kieszeni, podczas gdy Rosie wspięła się na niego, usadawiając na klatce piersiowej, w niecierpliwości szarpiąc jego koszulę.
Wcisnął przycisk ‘wyślij’ podwójnie, aby wybrać ostatni numer w jego rejestrze połączeń. Kilka sygnałów później, niewątpliwe zaspany głos Zayna rozbrzmiał po drugiej stronie.
- Spierdalaj – warknął.
- Ja również cię witam, słoneczko. – Louis odpowiedział pogodnie. - Słuchaj, mam problem.
- Co jest? - Głos Zayna odzwierciedlał jego wzrastającą uwagę.
- Mam głodnego robaczka na moim brzuchu – powiedział, lekko pstrykając nosek Rosie. - Boję się, że zamierza zjeść mnie całego, jeżeli nie dostanie prawdziwego, nieludzkiego jedzenia szybko. Myślę, że wspominała coś o pączkach. Tak, zdecydowanie pączki i zastanawiała się, czy jej wujek Zayn mógłby jej je przynieść.
Zayn jęknął, co wydawało się wiecznością przed szeleszczącym ruchem po drugiej stronie, który podpowiedział Louisowi, że jego przyjaciel wstaje z łóżka.
- Okej, w porządku – powiedział zrzędliwie. - Ale robię to dla Rosie. I przyniosę zwykłego pączka, nic więcej.
- Jeżeli tylko będzie pokryty posypką, będzie idealnie – rzekł, rozłączając się.
Chwilę potem poczuł, jak jego telefon wibruje.
Zwykły pączek, to wszystko, brzmiała wiadomość.
Louis uśmiechnął się, pomijając ciągłe zaczepki Rosie; zemści się, jak tylko odłoży telefon.
Przynieś też kawę, dzięki, kochanie x
* * *
Kiedy Zayn w końcu dotarł do mieszkania – lukrowane i posypane posypką pączki oraz kawa w jego rękach – Louis i Rosie byli tak głodni, że praktycznie przewrócili śpiącego, lecz wciąż przystojnego gościa na podłogę. Zebrali się przy kuchennym stole, gdzie Louis posadził Rosie na jej wysokim krześle.
- Wyglądasz marnie. - Zaobserwował Louis. - Co robiłeś zeszłej nocy? Poszedłeś ostatecznie na randkę po pracy?
- Chciałbym – odpowiedział Zayn po upiciu swojej kawy. - Poszedłem prosto do łóżka. Zeszła noc dużo ze mnie wycisnęła.
- To samo ze mną – rzekł Louis, pomagając Rosie rozerwać jej pączka na kilka praktyczniejszych kawałków. - Była absurdalnie ruchliwa, prawda?
- Noc jak z cholernego koszmaru – oznajmił Zayn w roztargnieniu.
- Cholernego koszmaru! - Rosie rozpracowała powoli, zanim wypowiedziała ostatnie słowo z zaskakującym przekonaniem. Upuściła nawet kawałek pączka, trzymanego w swojej pięści. - Cholernego, cholernego! - Louis zarumienił się, a twarz Zayna rozświetlił winny, szeroki uśmiech.
- Dzięki za to, stary – powiedział Louis ze znużeniem, bezskutecznie uciszając małą.
- Wybacz, nie mogłem nic na to poradzić – odrzekł, wzruszając ramionami. Zwrócił uwagę na swoją chrześnicę, której fascynacja nowym słowem nie ustawała. - Bardzo dobrze, kochanie. - Poklepał ją czuło po plecach.
- Nie zachęcaj jej – zbeształ go Louis. - Wujek Zayn jest okropnym przykładem do naśladowania, nie zapominaj o tym, robaczku.
- Ziaini – powtórzyła z buzią pełną pączka. Od dłuższego czasu miała problemy z wymówieniem imienia Zayna, lecz teraz odmawiała mówienia tego w inny sposób.
- Rosie robaczek – rzucił Zayn głupkowato, z zabawną miną. Dziewczynka wybuchnęła śmiechem.
Louis obserwował, jak oczy Zayna mrugały w rozbawieniu i zamiłowaniu. Jeżeli było coś takiego, co Louis mógł powiedzieć o Zaynie, to że kochał Rosie bardzo mocno. Był z nimi przez cały czas; od momentu, gdy Eleanor powiedziała mu, że jest w ciąży, po dzień, w którym urodziła i Louis zapytał go, czy będzie ojcem chrzestnym, aż do chwili, gdy Louis spędził prawie dwadzieścia cztery godziny, pogrążając się w rozpaczy po tym, jak Eleanor odeszła. Życie osobiste Zayna – miłosne życie, w szczególności – mogło być w rozsypce, ale Louis zawsze mógł liczyć na swojego najlepszego przyjaciela, wiedząc, że będzie przy Rosie w chwilach ważnych i mniej ważnych. Było wiele dni, podczas których zastanawiał się, jakby sobie poradził, gdyby nie było Zayna u jego boku.
- O, właśnie – odezwał się nagle Zayn, patrząc na Louisa, jakby coś sobie przypomniał. - Jak poszło obsługiwanie One Direction? Zrobiło się ruchliwie, nie miałem jak skontaktować się z tobą później.
Louis nie mógł powstrzymać jęku.
- Byłeś aż tak zły? Towarzysko nieprzystosowany? - Zayn wyglądał na autentycznie zainteresowanego.
- Nie! - Louis krzyknął defensywnie. - To znaczy, raczej dawałem sobie radę, dopóki Harry Styles nie zaczął traktować mnie jak jakiegoś człekokształtnego.
Zayn zmrużył oczy w dezorientacji.
- Człeko… kształtnego? Co do chol… Mam na myśli, co to w ogóle znaczy?
- To, że czerpał prawdziwą frajdę z dyrygowania mną i zachowywania się tak, jakby był lepszy ode mnie. Czułem, jakby dla niego był to pewien rodzaj żartu, którego ja nie do końca rozumiałem.
- Jasne, stary, ale czy on nie jest tym psotnym typem? Liam jest rozsądny, a Niall jest dobrym towarzyszem do zabawy. Tak prawdopodobnie na co dzień zachowuje się Harry.
Louis roześmiał się na jego wypowiedź.
- Na Boga, obejrzałeś jedną serię X Factor, a zachowujesz się tak, jakbyś znał tych kolesi osobiście.
Chłopak wzruszył tylko ramionami i skierował ponownie swą uwagę na Rosie, która obecnie analizowała kuchnię w poszukiwaniu kolejnego pączka do zjedzenia. Podał jej różowo polukrowaną słodkość, malując szeroki uśmiech na jej twarzy.
- Chodzi o to, że jestem pewien, że poszedłeś zbyt delikatnie do całej sprawy.
- Hej – powiedział Louis, marszcząc brwi. - Nie byłem delikatny, dziękuję ci bardzo. Jeżeli ty byłbyś na moim miejscu, jestem przekonany, że poczułbyś się tak samo.
- Ale ja nigdy nie założyłbym Tomsów, więc, na szczęście, jest to sytuacja, z którą nigdy nie będę musiał się zmagać – wyznał, uśmiechając się głupkowato.
- Przypomnij mi, kto cię tutaj zaprosił?
- Ta mała – oznajmił cichym, dziecinnym głosem i pochyliwszy się, złożył krótkiego całusa na policzku Rosie. Jej głos zadrżał z rozbawienia. - I zostanę tak długo, jak będzie chciała.
Louis skrzyżował ręce na piersi, uśmiechając się.
- Zatem nie potrwa to długo.
Powrócili do śniadania, rozpoczynając normalną rozmowę. Dyskutowali o typowych frustracjach w pracy, przewidywali, czy Zayn znajdzie sobie randkę na dzisiejszy wieczór i zastanawiali się, czy Rosie może zjeść trzeciego pączka (co zakończyło się donośnym ‘nie’ od Louisa i bolesnym, przekonującym grymasem od malucha).
W istocie rzeczy, rosnące poczucie ulgi rozkwitało w Louisie. I kiedy w końcu zrozumiał, co to było, poczuł się tak, jakby wreszcie mógł wyrzucić wydarzenia zeszłej nocy ze swojego umysłu.
W końcu, już nigdy nie spotka Harry’ego Stylesa ponownie.
* * *
Zayn został u nich jeszcze długo po śniadaniu, spędzając dzień z Louisem i Rosie, oglądając futbol i zasypiając na kanapie przed południem. Louis pomyślał dwa razy, zanim postanowił go obudzić, rozumiejąc, że może skorzystać z obecności swojego najlepszego przyjaciela. Był gotowy tak szybko, jak tylko mógł, zostawiając wiadomość na stoliku, niedaleko swojego chrapiącego przyjaciela, mówiącą, że wróci w ciągu najbliższej godziny.
- Zachowuj się – powiedział Louis, zanim złożył pocałunek na czole Rosie. Była w salonie z Zaynem, otoczona przez zabawki, porozrzucane na podłodze. Zazwyczaj była bardzo głośna, kiedy się bawiła, ale była także świadoma swojego śpiącego ojca chrzestnego i z szacunkiem utrzymywała cichy głos. Louis był pod wrażeniem jej troskliwości. - Jeżeli obudzi się, zanim wrócę, zrób coś uroczego, dobrze?
Rosie przytaknęła, dając mu znać, że zrozumiała, a Louis pocałował ją jeszcze raz, zanim wyszedł.
Tylko dziesięć minut zajęło Louisowi dotarcie do sklepu i wtedy poczuł się znacznie lżej, niż czuł się zwykle o porankach. Zazwyczaj spędzał je w domu, z Rosie, co było czymś, na co nie mógł narzekać, ale odrobina świeżego powietrza od czasu do czasu również działa cuda w jego nastawieniu. Był to również pierwszy raz, od dłuższego czasu, kiedy udał się do sklepu spożywczego bez Rosie i był wewnętrznie wdzięczny za perspektywę kupowania jedzenia we względnej ciszy.
Był w dziale z nabiałem, rozmyślając, który rodzaj jogurtu lubi najbardziej, gdy usłyszał bardzo znajomy głos za sobą, dochodzący z tej samej alejki.
- Tym razem nie mam zamiaru brać dużego mleka – odezwał się ten sam głos, podczas gdy Louis wciąż odrzucał od siebie ochotę odwrócenia się i potwierdzenia swojego zrządzenia losu. - Ostatnim razem ty i Liam zostawiliście go w połowie nietkniętego. Nie chcę mieć znowu zepsutego mleka w mojej lodówce.
- To musi być jakiś pierdolony żart – wymruczał Louis pod nosem, nagle bardzo świadomy dwóch kubków jogurtu w jego rękach. W roztargnieniu odłożył jeden z powrotem, a drugi włożył do swojego koszyka. Zastanowił się, czy będzie w stanie uciec od tej sytuacji bez szwanku, niezauważony.
Obrócił się powoli, mentalnie planując swój kolejny ruch, gdy odkrył, że Harry stoi znacznie bliżej, niż Louis przypuszczał.
Młodszy chłopak rozmawiał przez telefon – z Niallem, jak przypuszczał – więc nie patrzył on jeszcze wprost na niego. Lecz Louis został, w niewytłumaczalny sposób, rozproszony przez każdy szczegół jego wyglądu; poczynając od loków, opadających krótko przed jego brwiami, po sposób, w jaki jego niebieska bluza wyglądała wygodnie i raczej dobrze na jego figurze. Louis szybko wyrzucił ze swojego umysłu tę myśl i wykonał ruch, zanim para zielonych oczu spotkała się z jego niebieskimi, powodując nagłe zastygnięcie w bezruchu.
Wydawało się, jakby czas się zatrzymał, kiedy Louis obserwował rysy twarzy Harry’ego, początkowo wykrzywiające się w zdziwieniu, zanim rozświetliły się jasno w rozpoznaniu. To sprawiło, że Louis chciał jęknąć, a zarazem świętować w tym samym czasie.
- Słuchaj, Nialler, zadzwonię do ciebie później. Tak, zadzwonię, obiecuję. Okej, pa – Harry odłożył słuchawkę, patrząc na niego. - Louis – powiedział z zaskakującą pewnością.
Louis wzruszył tylko ramionami.
- Jak na kogoś tak sławnego, jak ty, pojawiasz się po prostu wszędzie, prawda? - Miał nadzieję, że to wszytko, co będzie musiał powiedzieć.
Lecz jego szczęście nie szło dokładnie w tym kierunku.
- Świat jest mały – wycedził Harry, pchając wózek w kierunku Louisa. - Nie przypuszczałem, że będę miał przyjemność zobaczenia twojej twarzy ponownie.
Przyjemność?
- Zatem, oto jestem – rzekł Louis, raczej niemo, a Harry zaśmiał się. - To znaczy, nieważne. Przepraszam, potrzebujesz czegoś, co jest za mną? Ostatecznie, mleko jest tutaj, a słyszałem, jak rozmawiałeś z kimś na temat mleka, więc możesz po prostu go wziąć… - Jego głos cichnął, zanim całkowicie zamilkł. Ale gdy popatrzył w górę, zauważył, że Harry jedynie patrzy się na niego, trochę za bardzo intensywnie, jak na jego upodobania. - Co? - Louis parsknął, rozumiejąc, że jego ton mógł być ostrzejszy, niż myślał, ponieważ Harry wydawał się wstrząśnięty jego pytaniem. - Przepraszam, to dlatego, że ty naprawdę lubisz się gapić, prawda?
Po tym pytaniu, rysy twarzy Harry’ego ponownie złagodniały i uśmiechnął się.
- Słuchaj, przepraszam za wczorajszy wieczór – wyjaśnił. - Mogę stwierdzić, że prawdopodobnie byłeś bardzo zakłopotany przez sposób, w jaki na ciebie patrzyłem. - Jeżeli mógł to stwierdzić, to, do cholery, dlaczego wciąż to robił? - Ale nie mogłem się powstrzymać – kontynuował, szeroko się uśmiechając. - Nie, kiedy wyglądałeś tak uroczo, jak wtedy.
Twarz Louisa była zagrożona przez uśmiech, który chciał się włamać na jego usta, lecz trzymał go z daleka, przybierając obojętny wyraz twarzy. Jednakże wewnątrz, był on niezmiernie zmieszany.
Uroczy? Czy on to powiedział?
- Tak, um, bez obaw zatem – wyjąkał. Jego ciało stało się nagle bardzo ciężkie, jakby praktycznie przyciągało go do miejsca, w którym stał. - Nie chcę zabierać ci czasu, więc…
- Nie zabierasz mojego czasu – oznajmił zwyczajnie Harry. - Gadanie jest fajne.
Normalnie Louis starałby się zaimponować mu odpowiedzią jeszcze bardziej, ale naprawdę nie chciał rozmawiać. Lecz coś w Harrym uczyniło go przerażonym, a zarazem pragnącym tej konwersacji. To była przelotna chwila, jedna z tych ryzykownych, która mogła zakończyć wszystko szybciej, niż było to konieczne i miał nadzieję, że to on zakończy tę rozmowę, zanim Harry zrobi to pierwszy. Ale gdy dłużej nad tym rozważał, była to prawdopodobnie szansa – druga szansa – której mógłby nie dostać ponownie, więc zdecydował zagłębić się w to.
- W porządku. O czym?
Harry zachichotał.
- Może o… Kiedy ponownie pracujesz?
Louis zamrugał.
- W restauracji?
- Jeśli nie masz innej pracy, o której nie wiem – odpowiedział Harry z porozumiewawczym uśmieszkiem.
- Racja, um, jutro wieczorem.
- Cholera. - Harry wyglądał na zawiedzionego. - Nie dam rady wtedy. Wybacz. Może będę miał okazję zobaczyć cię w akcji podczas innego wieczora.
Dlaczego Harry był prawdziwie przygnębiony tym faktem? Louis chciał zrozumieć zainteresowanie drugiego chłopaka jego harmonogramem pracy, ale jedyne, o czym mógł myśleć, to jak absolutnie pięknie wyglądał Harry, nawet w fluorescencyjnym, jaskrawym świetle sklepu spożywczego. Kiedy w końcu przestał patrzeć w ten jasny, szmaragdowy raj, zwany oczami, zauważył, jak blady on był, ale nie miało to znaczenia, gdy jego policzki rumieniły się lekko różowym kolorem. Jego tak młody wygląd sprawił, że Louis poczuł się nieco winny swojemu rosnącemu uczuciu pragnienia. Co do cholery w niego wstąpiło?
- Tak… może – wychrypiał po chwili, która wydawała się trwać w nieskończoność. Harry uniósł brew.
- Patrz, kto teraz się gapi – rzekł pewnie.
Louis zakaszlał, trochę zbyt agresywnie, dławiąc się lekko swoją własną śliną, zanim powiedział:
- Wiesz, powinienem już iść. Ale miło było cię spotkać, Harry.
- Jeszcze milej było spotkać ciebie, Louis. I nie żartowałem, mówiąc, że chcę jeszcze raz zobaczyć, jak pracujesz.
- Okej, w porządku – wybełkotał Louis, odchodząc tak szybko, jak tylko mógł.
Ale pomimo wzrastającego tempa, nie mógł on pozbyć się odczucia, że Harry wciąż gapił się na niego od tyłu.
* * *
2
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz