piątek, 24 stycznia 2014

883

2

Ostatecznie Anne wygrywa tę sprawę i Harry, choć niechętnie, wsiada w samochód i rusza w podróż do Manchesteru, nie mając na to ochoty. Zdaje jednak sobie sprawę, że jego mama chce dla niego jak najlepiej, a pieniądze nie mogą się zmarnować. Poza tym, chce sprawić jej przyjemność i wydaje mu się, że spędzanie tam dwóch godzin tygodniowo przez dwa miesiące nie może być trudne.

Ośrodek, do którego zapisała go Anne nie jest wielki. Zbudowany z czerwonej cegły, z dachem pokrytym jasną dachówką razi jednak przepychem, a Harry szczerze nienawidzi takich miejsc. Ma jednak nadzieję, że metody personelu będą równie nowoczesne co budynek i nie będzie musiał spędzać tam czasu myśląc tylko o tym, by stamtąd uciec.

Kiedy przekracza próg od razu uświadamia sobie, że tutaj nie pasuje. Jasny hol jest za bardzo radosny na jego nastrój, a tuzin drzwi wokół nie ułatwiają mu dostania się od razu na miejsce. Chce przecież po prostu znaleźć się w sali numer cztery i sprawdzić, co ma dla niego przygotowane jego terapeuta. Trochę boi się kontaktu z innymi ludźmi, ale musi pogodzić się z faktem, że to terapia grupowa.

Kiedy nie za bardzo wie, gdzie ma się udać, postanawia podejść do recepcji. Zza kontuaru wita go drobna blondynka z kolczykiem w nosie, która odwraca wzrok od komputera, kiedy podchodzi do jej biurka. Ma naprawdę ładną twarz i Harry uśmiecha się do niej, gdy zadaje pytanie.

- Gdzie znajdę salę numer cztery?

- Po schodach na górę, pierwsze drzwi na lewo – odpowiada bez zająknięcia, ale nie odwzajemnia jego uśmiechu. Może dlatego, że przecież Harry jest tu, by się leczyć i nie podoba jej się ta wizja.

Odwraca się i rusza w kierunku, który wskazała mu recepcjonistka i dwie minuty później wchodzi do sali, która jest prawie zapełniona. Wszystkie głowy odwracają się w jego stronę; Harry zwraca uwagę na fakt, że są tam tylko młodzi ludzie, a on wydaje się najmłodszy z nich wszystkich. Nic nie mówiąc odnajduje wzrokiem wolne miejsce, a potem przechodzi przez krąg utworzony z niebieskich krzesełek i siada na swoim, po prawej mając brązowowłosego chłopaka z grzywką na czole, który bawi się swoim telefonem. Harry ukradkiem przygląda mu się i zdaje sobie sprawę, że chłopak nie wygląda na takiego, którego trapi jakiś problem. Cóż, tu nikt nie wygląda, jakby był chory.

To wszystko przypomina sesje terapeutyczne w amerykańskich filmach.

W pomieszczeniu jest dosyć ciepło, więc rozbiera się ze swojej kurtki i wiesza ją na oparciu, czując na sobie wzrok nieznajomego.

- Nie wyglądasz, jakbyś cierpiał na depresję – odzywa się nagle, a Harry zaskoczony tą uwagą podskakuje na krześle i zwraca do niego głowę.

- Ty też nie – rzuca.

Chłopak śmieje się w odpowiedzi i wyciąga w jego stronę rękę. Harry widzi na jego nadgarstku kilka blizn, ale nie pyta o nic; nie po to tu jest.

- Jestem Louis.

- Harry.

Dłoń Louisa jest ciepła i mokra, a uścisk lekki. Harry potrząsa nią wystarczającą ilość razy i odwraca od niego głowę, by jeszcze raz spojrzeć na uczestników terapii. Zauważa ze zdziwieniem, że więcej tu mężczyzn, niż kobiet; niektórzy rozmawiają z sąsiadami, inni patrzą tępo w ścianę lub wzrok spuszczają w swoje buty.

Harry zaczyna się denerwować; sięga lewą ręką do prawego przegubu i zaczyna obracać brązowym rzemykiem wokół nadgarstka. To pomaga mu się uspokoić i jest dobrą metodą na zniecierpliwienie. Ich terapeuta się spóźnia, jest już pięć minut po wyznaczonym czasie. Styles nie lubi spóźnialskich; to oznacza, że nie traktują go poważnie, a on pragnie być traktowany poważnie. Inaczej właśnie siedziałby z Liamem, wolał to zamiast spędzania godziny drogi na dostaniu się tutaj, gdzie mają go za nic i marnują pieniądze jego matki.

W końcu do pomieszczenia wchodzi mężczyzna i Harry uznaje, że to kolejny uczestnik terapii, bo nie wszystkie miejsca są zajęte. On jednak siada dokładnie tam, gdzie jedno krzesło jest odsunięte nieco od pozostałych; miejsce w sam raz do obserwacji. Ma w rękach duży plik kartek i długopis zatknięty za ucho.

Harry przygląda mu się z uwagą, uważając, że nie może być o wiele starszy od niektórych osób znajdujących się tutaj. Po drugie, wcale nie wygląda jak terapeuta. Styles wyobrażał sobie w tej roli kogoś takiego jak pana Meyersa - mężczyznę pod pięćdziesiątkę, z widoczną łysiną na głowie i w niedopasowanym do sylwetki brązowym garniturze, z grubymi szkłami na nosie. Jednak ten terapeuta jest inny. A może jest tylko asystentem psychologa, który zaraz do niego dołączy?

- Dzień dobry wszystkim. Nazywam się Zayn Malik i chociaż pewnie więcej niż połowa z was nie wierzy, że to ja będę spędzał z wami te dwie godziny tygodniowo, to muszę was zmartwić. To ja będę waszym terapeutą przez osiem tygodni. Mam nadzieję, że spędzimy ten czas owocnie.

Kilka osób wydaje z siebie mruknięcia aprobaty, a Zayn kontynuuje, podczas gdy Harry nie może oderwać od niego wzroku.

- Nie jestem wiele starszy od was, więc mówcie mi po imieniu. Przepraszam was za spóźnienie, mój motocykl trochę nawalił i musiałem potraktować go inaczej, niż zazwyczaj.

Zayn uśmiecha się, jakby do siebie, a w oczach Harry’ego staje się jeszcze bardziej interesujący.

- Na początku chciałbym, żeby każdy z was się przedstawił i opowiedział coś o sobie, uwzględniając to, dlaczego tu jesteście i dlaczego myślicie, że warto tu być. Zacznijmy od ciebie.

Wskazuje na dziewczynę po swojej lewej, a ona rumieni się pod jego spojrzeniem. Zayn dodaje jej uśmiechem otuchy, a gdy dziewczyna zaczyna mówić, patrzy na nią z uwagą, od czasu do czasu zakreślając coś w swoich notatkach długopisem wyjętym zza ucha.

Harry nie skupia się na Rosalie, bo tak ma na imię dziewczyna, a w duchu oblicza, kiedy przyjdzie na niego kolej. W głowie układa sobie krótki opis siebie, ale słowa mylą mu się i wędrują bez sensu, bo jego uwaga skupiona jest na czymś innym.

Na Zaynie, siedzącym kilka miejsc dalej.

Taksuje go natrętnie wzrokiem, patrząc na ciemne dżinsy na szczupłych nogach chłopaka, na białą koszulkę, opinającą jego klatkę piersiową, na tatuaże na prawym ramieniu i odkrytym kawałku torsu. Właściwie, każdy obecny w tej sali patrzy w ten sam sposób na Zayna, co Harry; może jest to podziw, bo Zayn naprawdę wygląda jak model z okładki młodzieżowego pisma, a może zwykła ludzka ciekawość, co kryje się w jego głowie i jakie ma tajemnice.

Harry przełyka ślinę, kiedy jego oczy spotykają twarz mężczyzny. Patrzy na mocno zarysowane kości policzkowe i bladoróżowe usta, układające się w jakieś zdanie, którego nie słyszy, bo jest zajęty czymś innym. Stwierdza, że jego terapeuta raczej nie należy do zwolenników żyletki, bo nosi długi zarost, podkreślający jego urodę. Jest naprawdę bardzo egzotyczny w porównaniu z innymi osobami znajdującymi się tutaj.

Zayn chyba czuje, że ktoś na niego patrzy; rozgląda się badawczo po twarzach swoich podopiecznych i Harry’emu nie udaje się ukryć. Kiedy mężczyzna odkrywa, że to Harry narusza już tę niewerbalną granicę, po prostu uśmiecha się i puszcza mu oko, jakby to, co robi Styles wcale nie było krępujące. Harry zamiera na swoim miejscu, a potem odwzajemnia uśmiech i obiecuje sobie, że już więcej tego nie zrobi.

Wreszcie nadchodzi jego kolej, gdy Louis kończy swoją opowieść. Wszystkie pary oczy zwracają się w jego stronę, co powoduje nieco większe zdenerwowanie, ale rzemyk na nadgarstku uspokaja go, gdy zaczyna mówić.

- Hm, hej. Nazywam się Harry Styles i cierpię na cyklotymię. Właściwie, wiem to od kilku miesięcy, więc mówienie o tym wciąż jest jakąś nowością. Przychodzę tutaj, bo moja mama uważa, że dobrze mi zrobi spotykanie się z innymi, choć czuję się dobrze, a ostatnią fazę depresji miałem jakieś dwa tygodnie temu. – Harry zawiesza głos, nie wiedząc, co ma mówić dalej. To, co wpada mu do głowy wydaje się durne i niepotrzebne, ale w końcu Zayn chce wiedzieć, kim jest i co lubi robić. – Udaje mi się czasami łagodzić objawy, najczęściej dlatego, że przy Niallu nie jestem w stanie być smutny, a Liam zawsze sprawia, że umiem ochłonąć. Niall i Liam to moi przyjaciele, znamy się od dziecka. Cóż, chyba najbardziej lubię po prostu spędzać z nimi czas, bo akceptują mnie i nie są moją mamą. Hm, to chyba tyle.

Kiedy kończy, czuje, jak jego policzki płoną czerwienią. Zayn kiwa głową i zapisuje coś w swoich notatkach.

- Dziękuję, Harry.

Sposób w jaki wypowiada jego imię powoduje, że w podbrzuszu Stylesa coś zaciska się i nie może puścić do czasu, kiedy pierwsze spotkanie dobiega końca i Zayn oznajmia, że spotkają się za tydzień o tej samej porze.

Harry w tym samym momencie staje się pewien, że te motyle w brzuchu muszą coś znaczyć i odrobinę panikuje na myśl o tym, że jest to coś, co obserwuje u siebie już od dłuższego czasu.

Sam nie wie, dlaczego dociera to do niego właśnie wtedy, kiedy wstaje i mija Zayna, by wyjść i po prostu wrócić do domu. Może dlatego, że to właśnie przy tym mężczyźnie z jego ciałem dzieje się coś nowego, ale jednak już znanego, bo Harry przypomina sobie to uczucie, gdy flirtował z Nickiem na ostatniej imprezie. To jest jednak inne… Może dlatego, że Zayn wydaje się go nie zauważać; jest tylko jednym z jego podopiecznych, jednym z dwudziestu, a wszystkich powinien przecież traktować tak samo. Harry jednak nie czuje się z tym dobrze, bo chociaż zazwyczaj jest cichy i nie lubi zainteresowania swoją osobą, teraz potrzebuje całej uwagi Zayna skupionej na sobie.

Ociąga się więc pod drzwiami i bije się z myślami, bo wie, że zobaczy Zayna dopiero za tydzień, a to aż siedem dni. Siedem dni to dużo, by zapomnieć to fascynujące uczucie w podbrzuszu i kolejne, pojawiające się z tyłu czaszki. Więc czeka, aż Zayn wyjdzie i zamknie za wszystkimi drzwi oraz pogasi światła, choć nie wie, co zrobi, kiedy znajdzie się z nim sam na sam. To głupi pomysł, stać tak i po prostu czekać, podczas gdy ostatnie osoby właśnie opuszczają salę numer cztery.

Wreszcie Zayn pojawia się na zewnątrz, żegnając dziewczynę o imieniu Violet i gdy ta rusza ku schodom, okazuje się, że są tam tylko oni dwaj. Zayn nie zauważa Harry’ego od razu; próbuje utrzymać swoje notatki i jednocześnie wyciągnąć z kieszeni spodni klucz, by zamknąć drzwi. Szamota się z bałaganem w dłoniach i Harry jest gotowy, by pomóc, ale wtedy mężczyzna z uśmiechem satysfakcji dociera do klucza i wkłada go do zamka. Dopiero wtedy zauważa, że nie jest sam.

Jego spojrzenie jest zaskoczone, gdy widzi sylwetkę Harry’ego niedaleko. Zamiera na chwilę, a Harry po prostu patrzy na niego. Przecież to nie przestępstwo, prawda? Jednak z sekundy na sekundę robi się to coraz bardziej dziwne.

- Hm, Harry? Potrzebujesz czegoś?

Stylesa zaskakuje to pytanie, jednak udaje mu się pokręcić głową przecząco. W tej samej chwili drzwi sali otwierają się i z pomieszczenia wychodzi Louis, z zakłopotanym wyrazem twarzy.

Harry oddycha z ulgą.

- Louis, czekałem na ciebie.

Zayn marszczy brwi, patrząc to na jednego, to na drugiego, a Louis z poczuciem winy wypisanym na twarzy spogląda na niego.

- Przepraszam, zapomniałem wziąć bluzy i…

- W porządku, Louis. Dołącz do kolegi – przerywa mu Zayn. Harry czuje jego badawcze spojrzenie, gdy czeka, aż Louis podejdzie do niego i razem zejdą na dół, ale stara się nie przejmować.

Nie przejmować się tym, że właśnie wyszedł na świrusa.

- Harry? Co to za pomysł z tym czekaniem na mnie? – dopytuje Louis, gdy razem opuszczają ośrodek, po wcześniejszym pożegnaniu się z recepcjonistką, która nawet im nie odpowiada.

- Uznałem, że możemy wyskoczyć gdzieś razem. Co myślisz? – pyta Harry.

Tak naprawdę proponuje to tylko dlatego, że Zayn wymija ich w drzwiach z kaskiem pod pachą i rusza w stronę parkingu. Wcale nie ukrywa zainteresowania tym, że tam już ktoś na niego czeka i witają się niedźwiedzim uściskiem, a potem mężczyzna wsiada do samochodu i odjeżdżają spod budynku w kierunku centrum miasta.

Harry’emu w ogóle nie podoba się to, co wtedy czuje.

* * *

Louis nie domyśla się, że propozycja Harry’ego to tylko próba ewakuacji i tak naprawdę wcale nie chce iść z nim gdziekolwiek, ale mimo wszystko zgadza się, by Louis poprowadził go w swoje ulubione miejsce. Trochę boi się, że to może źle się skończyć; w końcu tak naprawdę go nie zna i nie wie, do czego jest zdolny. Obiecuje sobie, że będzie na niego uważać i idą w ramię w ramię, aż docierają do przytulnego baru kilka przecznic dalej.

Louis mówi bardzo dużo przez następne dwie godziny. Harry nie potrafi mu przerwać; sączy swój sok i od czasu do czasu rzuca jakieś pytanie, by Louis nie pomyślał, że go nie słucha.

Z tego monologu dowiaduje się, że Louis choruje od kilku lat na depresję, a ślady na nadgarstkach ma po tym, jak ciął się w wieku siedemnastu lat. Podobno ma się teraz o wiele lepiej i zniknęły już myśli samobójcze, a do terapii grupowej namówiła go jego dziewczyna. Louis wydaje się naprawdę w porządku, dlatego Harry odwozi go do domu i życzy spędzenia miłego tygodnia, a potem rusza w drogę powrotną do domu. Wie, że jego mama na pewno zaczyna się niepokoić, że długo nie wraca; wciąż traktuje go jak dwunastolatka, który przegapił godzinę policyjną. Harry ma jednak już osiemnaście lat, prawo jazdy i pracuje na własny rachunek, a ilość przygód, które przeżył z pewnością nie pomieściłyby jej się w głowie. Jeszcze nie jest przygotowana na to, by wypuścić syna spod swoich skrzydeł.

Dociera do domu tuż przed ósmą wieczorem. Anne wydaje się już czekać przy drzwiach, gdy Harry wchodzi i zdejmuje z siebie kurtkę.

- I jak było? – pyta zaciekawiona, podczas gdy Harry beznamiętnie rozwiązuje buty i rzuca je byle jak.

- Normalnie. Trochę pogadaliśmy, a potem poszliśmy do domu.

Anne nie jest zadowolona z odpowiedzi, więc idzie za synem do kuchni i nadal wypytuje, bo chce wiedzieć jak najwięcej. Harry nie dziwi się temu i cierpliwie odpowiada na każde pytanie, zgrabnie omijając temat Zayna Malika i określając go jako „spoko terapeutę”. Kiedy jego mama wreszcie odpuszcza, z ulgą udaje się na górę, do swojego pokoju i siada na łóżku. Zapomina o tym, że powinien napisać do przyjaciół o wizycie w ośrodku, a zamiast tego najpierw bierze prysznic, a potem wsuwa się pod kołdrę.

Tej nocy bardzo wiele myśli o swoim terapeucie, a jego dłoń wsunięta jest pod bokserki przez cały ten czas.

* * *

Harry wydaje się być zdziwiony tą myślą, ale kiedy nadchodzi następny czwartek, bardzo chce wrócić do ośrodka i spędzić kolejne dwie godziny na ćwiczeniach psychologicznych. To nowość, bo jeszcze do niedawna ten pomysł uważał za głupi i był w stanie kłócić się o to z Anne, aż ta zrezygnuje, a przecież potrafi być równie uparty, co jego matka.

Jego ręce sprawnie wyszukują w szafie najnowszy t-shirt oraz jeansy, w których jego nogi wyglądają najlepiej i nikt nie może nabrać podejrzeń, że są trochę za szczupłe. W tym samym czasie zastanawia się, co założy następnym razem, by wyglądać dobrze i jednocześnie tak, by nikt nie pomyślał, że robi to specjalnie.

Wychodzi z domu o kilkanaście minut za wcześnie i wsiada w samochód, a jego ręce drżą niespokojnie przez całą drogę. To dosyć śmieszne, że tak denerwuje się spotkaniem z Zaynem, bo właściwie wcale go nie zna, ale jego głupi osiemnastoletni rozum mówi mu, że Zayna opinia o nim jest w jakiś sposób ważna.

Drogę pokonuje szybko i kiedy przekracza próg ośrodka, nie widzi nikogo znajomego. Za kontuarem siedzi ta sama recepcjonistka, która obrzuca go nieprzyjaznym spojrzeniem, żując gumę. Harry w tej samej chwili myśli, że w takim ośrodku powinni zatrudniać pracowników, którzy potrafią sprawić samym uśmiechem, że osoby dotknięte jakimiś zaburzeniami od razu czują się tam lepiej. Bardzo chce uświadomić jej pracodawcy, że jej zachowanie z pewnością nie należy do najprzyjemniejszych, ale też nie chce wyjść na kapusia.

Siada na jednej z kanap tuż przy oknie i opiera się o podłokietnik, obserwując ludzi wchodzących i wychodzących z budynku. Dziwi się, kiedy wśród osób potrzebujących pomocy znajduje się też mała, na oko dziesięcioletnia dziewczynka, która powłóczy nogami idąc za swoją matką i nie odpowiada na jej pytania.

Na razie dobrze się z nim dzieje. Faza depresji nadal nie nadchodzi, a to pozytywnie wpływa na jego nastrój. Zresztą, za chwilę ma zobaczyć Zayna i nawet jeśli przeżywałby właśnie tę gorszą huśtawkę humorów, widok terapeuty z pewnością w jakiś sposób ułatwiłby mu przeżywanie tego.

Wreszcie widzi kogoś znajomego; Louis przechodzi przez drzwi i wyciera zamaszyście buty o wycieraczkę, bo na zewnątrz trwa właśnie typowa, angielska ulewa. Kiedy widzi Harry’ego, podnosi rękę i macha do niego, a potem rusza w jego stronę.

- Wyglądasz na zadowolonego z życia – zauważa Louis, gdy siada obok Harry’ego. – To znaczy, że ta zła pora jeszcze nie nadeszła?

Louis wydaje się naprawdę przejmować tym, co odczuwa Harry i jaki ma nastrój. Początkowo, gdy Harry opowiedział mu, na czym polega cyklotymia, nie mógł uwierzyć, że taki rodzaj choroby istnieje; teraz, gdy jest już tego świadomy łatwiej mu zrozumieć, co musi przechodzić Harry podczas fazy depresyjnej. Chyba lubi świadomość, że radosny Harry to przyjacielski Harry, a on potrzebuje przyjaciół. Tak wydaje się Harry’emu i właściwie podoba mu się myśl, że mógłby bliżej poznać Louisa, pomijając fakt, że jego uwaga jest bardziej skupiona na Zaynie, który właśnie wchodzi do ośrodka i od razu rusza na górę, nie przejmując się mokrymi butami i wodzie spływającej po skórzanej kurtce.

Harry i Louis wstają z kanapy i idą za nim, a potem zajmują miejsce w sali numer cztery, kiedy Zayn znika za drzwiami niedostępnymi dla nich. Znowu siadają obok siebie, jednak bliżej środka i krzesła Wielkiego Zet, jak zaczyna nazywać miejsce Zayna Louis. Harry orientuje się, że z ich grupy ubyło kilka osób i wtedy do środka wchodzi Zayn.

- Cześć wszystkim.

Wszyscy mruczą ciche cześć w odpowiedzi, kiedy Zayn zajmuje swoje miejsce. Nie ma już swoich notatek, a w dłoni trzyma mały czarny dyktafon. Wzrokiem przesuwa po obecnych i kiedy napotyka nim Harry’ego, jego spojrzenie ciemnieje i natychmiast odwraca wzrok.

Szczerze mówiąc, Harry nie wie, co to ma znaczyć.

Spotkanie zaczyna się; tym razem Zayn prosi wszystkich o to, by opowiedzieli o swoich lękach. Matthew mówi o tym, że boi się swoich samobójczych myśli, ale równocześnie cieszy się, że ma kochającą żonę, która na pewno mu na to nie pozwoli. Rosalie, pucołowata blondynka z krótko ostrzyżonymi włosami wspomina o nawrotach depresji, której nienawidzi. Richard boi się, że zapomni wziąć tabletek, które pomagają mu przeżyć dzień. Louis rozwodzi się nad lękiem, że jego dziewczyna go zostawi, a to ona skutecznie zabija w nim depresyjne myśli.

Harry za to obawia się, że nie znajdzie się nikt, kto mógłby go pokochać bez żadnych definicji. Zayn unosi brew i pyta:

- Twój lęk nie jest związany z chorobą, dlaczego?

- Bo jeżeli ktoś będzie mnie kochał, będę w stanie znosić ją, a jeżeli nikt taki nie pojawi się w moim życiu, pewnie się poddam. Potrzebuję tej osoby, choć nie wiem, kim ona jest – odpowiada Harry, patrząc prosto w oczy Zayna. Mężczyzna odwzajemnia to spojrzenie na tyle długo, że cisza staje się bardzo męcząca, a Louis chrząka, bo ta nić relacji między jego nowym kolegą a ich terapeutą nie jest zwyczajna.

- Skończymy na dzisiaj – mówi nagle Zayn, a każdy spogląda na niego zaskoczony. Minęła dopiero godzina piętnaście i jest to dopiero połowa spotkania, za które płacą, ale nikt nie sprzecza się z Zaynem. Zresztą, on podnosi się i wychodzi z sali, nie odzywając się do nikogo. Powoli zaczynają opuszczać ją uczestnicy terapii, a w końcu zostają w niej tylko Harry i Louis.

- Co go ugryzło? – pyta Louis. Harry wzrusza ramionami, ale tak naprawdę ma dziwne wrażenie, że na decyzję terapeuty wpłynęła jego odpowiedź. Towarzyszy mu ono do chwili, aż wychodzi z ośrodka. Na parkingu znowu proponuje Louisowi, że go podwiezie, ale nie jest świadomy faktu, że nieopodal stoi Zayn i patrzy na ich obu, gdy wsiadają do samochodu, żartują między sobą i odjeżdżają. I słyszy wszystko, co mówią.

A mówią wiele. Zwłaszcza o swoim terapeucie.

* * *

Tego wieczoru Harry nie za bardzo chce zostać sam. Kiedy żegna się z Louisem, dzwoni do Liama i zaprasza go do siebie. Ma po niego zajechać w drodze powrotnej. Dobrze się składa, bo w telewizji ma lecieć jakiś mecz, a podczas niego zawsze można porozmawiać.

Chociaż, Styles zupełnie nie wie, jak ma powiedzieć przyjacielowi o tym, co go męczy. Nadal nie wie, czy to uczucie w podbrzuszu na widok Zayna jest naprawdę tym, za co to uważa i nie wydaje mu się, że Liam zna odpowiedź na pytanie. Zwłaszcza dlatego, że motyle Liama są spowodowane widokiem Danielle, a Liam na pewno nigdy nie czuł ich na widok kogokolwiek innego, niż jakaś kobieta.

Trochę boi się też braku akceptacji, chociaż jego przyjaciel jest najbardziej tolerancyjną osobą, jaką zna. Jednak wciąż wstrzymuje się przed tym, kiedy siedzą na kanapie w salonie i patrzą w ekran, a między nimi stoi miska z paprykowymi chipsami i puszki piwa.

- Liam, znasz jakiegoś geja?

Pytanie pada z jego ust zbyt szybko, by mógł się nad nim zastanowić. Przeklina się w duchu, kiedy Liam długo nie odpowiada; jego oczy są wlepione w ekran telewizora, gdzie piłkarz posyła piłkę tuż obok słupka w bandę reklamową.

- Niech to szlag! – klnie głośno, a potem upija kilka łyków ze swojej puszki. Dopiero po chwili dociera do niego, że Harry o coś pytał. – Co mówiłeś?

Harry kręci szybko głową.

- Nic, tak tylko mruczałem.

Liam nie dopytuje, wracając do oglądania meczu, a Harry uznaje, że to jeszcze nie czas. Jeszcze znajdzie się okazja do porozmawiania o tym. Na razie powinien skupić się na sobie i odnalezieniem siebie w tym wszystkim. To wtedy wpada na pomysł, który może mu w tym pomóc i ma nadzieję, że uda mu się przekonać do niego matkę.

Dwie godziny później żegna Liama w drzwiach, uszczęśliwionego z powodu wygranej jego ulubionego klubu, a potem wraca na kanapę. W tym samym momencie schody zaczynają skrzypieć i na dole pojawia się Anne.

- Nie chciałam wam przeszkadzać – zaczyna – a chciałam spytać, jak było na terapii.

- Ta grupa mnie przytłacza – kłamie Harry i myśli o Louisie, który wcale tak na niego nie działa; jest zabawny i całkiem normalny, kiedy nie zaczyna mówić o depresji. Myśli o tym, że głupio zostawiać go samego, ale jego potrzeby mimo wszystko są ważniejsze od kogoś, kogo zna zaledwie tydzień. – Czuję się w niej źle.

- Och – wyrywa się jego mamie, kiedy siada obok niego. – Są dla ciebie nieuprzejmi?

- Nie, nie o to chodzi! – protestuje Harry. – Po prostu… ich problemy… One nie pasują do mnie i mojej sytuacji i przez to czuję, że jest mi gorzej, gdy siedzę wśród nich.

Kolejne kłamstwo. Już nie ma odwrotu.

- A terapeuta?

Na wzmiankę o Zaynie motyle zrywają się do lotu, a serce przyspiesza.

- Zayn jest miły i pomaga mi myśleć, że cyklotymia nie jest aż taka zła.

- Więc o co chodzi, Harry? Chcesz się wypisać? Mogę jutro zadzwonić i…

Harry zbiera w sobie odwagę i w końcu pada to ostateczne pytanie, którego tak się boi, a jednocześnie wizja jego pomysłu bardzo go ekscytuje.

- Mam inny pomysł. Mamo… mogłabyś mnie przepisać na terapię indywidualną?


2

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz