poniedziałek, 20 stycznia 2014

800

Nie wiem, ile czasu spędziliśmy w takiej pozycji, ale napajanie się zapachem Louisa oraz fakt, że trzymał mnie teraz w swoich ramionach były dużo przyjemniejsze niż samotne siedzenie w opuszczonym mieszkaniu, mimo iż jeszcze kilkanaście minut temu powiedziałbym zupełnie coś innego. Obecność przyjaciela dawała mi nadzieję, że może jeszcze nie wszystko stracone, a słowa które chwilę później wypowiedział utwierdziły mnie w tym przekonaniu.

- Hazz… Nie zostawię Cię. Obiecuję. – wyszeptał mi do ucha – przepraszam za te cholerne dwa lata. Wiem, że nic mnie nie usprawiedliwia, nie liczę nawet na to, że od razu będzie między nami lepiej. Ale jeśli poprawię ci tym humor, to wiedz, że najchętniej cofnąłbym czas do momentu, w którym zdecydowałem się pójść na casting.

Słysząc to, oderwałem się na chwilę od Louisa i spojrzałem na niego ze zdziwieniem.

- Żałujesz pójścia do programu? – zapytałem prostując ramiona. Moje serce może i radowało się tulącym mnie Tomlinsonem, ale kości płakały i błagały o choćby najmniejszy ruch.

- Żałuję tego, że cię zaniedbałem. Omal nie zepsułem przyjaźni, która trwała przez ponad dziesięć lat.

- Louis… to bolało, ale wydaje mi się, że jestem w stanie ci wybaczyć. – odparłem, nie do końca wierząc we własne słowa.

- Naprawdę? Tak szybko? Przecież gdy przyszedłeś tu pierwszy raz, nienawidziłeś mnie. Jestem pewien, że nie chciałeś robić tego wywiadu ze mną.

- Tak było, to prawda, ale po tej rozmowie czuję się lepiej. Przynajmniej znam prawdę i wiem, że bezpodstawnie cię osądzałem – uśmiechnąłem się. Wziąłem do ręki kubek stojący obok i upiłem nieco gorącej czekolady, która teraz nie była już taka gorąca, bo od momentu, gdy Lou ją przyniósł minęło nieco czasu, a napój zdążył ostygnąć.

Louis zrobił to samo, a po chwili między nami zapadła cisza, przerywana wypowiedziami spikerki telewizyjnej, która jedynie sprawiła, że poczułem się jeszcze podlej. Według jej monologu, nie zanosiło się na poprawę pogody, a na pewno nie do jutrzejszego południa.

- Umrzemy tu – zaśmiałem się – powinienem wrócić do domu. Mam tam jedzenie, jakieś piwo… przeżyłbym do sylwestra.

- Jesteś głodny? Dzisiaj już pewnie nic nie zamówimy, ale mam co nieco w lodówce, mogę coś przygotować – powiedział szatyn, poprawiając swoje skarpety, które kiedyś dostał ode mnie

- Nie, nie jestem. Miałem na myśli to, że nie chcę ci robić kłopotu. Niepotrzebnie tutaj siedzę, jestem pewien, że dałbym radę wrócić do domu. Greenwich nie jest przecież tak daleko.

- Uspokój się, okej? Powiedziałem już, że nigdzie cię nie puszczę dzisiaj. Siedzisz tutaj, czy ci się to podoba czy nie. A teraz podnoś tyłek, idziemy coś ugotować, bo chyba zgłodniałem – odparł i wstał z kanapy. Jego zachowanie było… inne. Louis nigdy nie należał do stanowczych osób, zawsze wolał się podporządkować każdemu, byleby nie wpadać w niepotrzebne kłopoty. Najwyraźniej się zmienił, jednak nie przeszkadzało mi to. Szczerze powiedziawszy, podobał mi się ten nowy Louis. – Idziesz? – usłyszałem z kuchni, więc wziąłem do ręki kubek i podążyłem jego śladami.

2

- W szafce obok twojej nogi jest cebula. Podasz mi ją? – zapytał szatyn, ocierając czoło ręką, w której trzymał nóż. Louis kroił właśnie piersi kurczaka w drobną kostkę, które były potrzebne do czegoś, co nazywał krokodylem w cieście.

Zgodnie z jego wskazówkę, pochyliłem się i otworzyłem jedną z szafek, w której znalazłem plastikowy pojemnik bez przykrycia, a w nim kilka świeżych cebul.

- Trzymaj – powiedziałem kładąc warzywa obok niego.

Louis skroił ostatni fragment mięsa i przeniósł go na rozgrzaną patelnię, a następnie zajął się cebulą.

- Płaczesz – zaśmiałem się, gdy Tomlinson kolejny raz odwrócił głową i mrugnął kilkakrotnie, krzywiąc się.

- Nienawidzę tego – odparł, wycierając ręcznikiem oczy – Ale dam radę.

- Mam nadzieję, bo narobiłeś mi smaka. Skąd w ogóle znasz to danie?

- Nie wiem, kupiłem kiedyś ciasto francuskie i zapomniałem o nim, a kilka dni przed upływem terminu ważności, po prostu podsmażyłem warzywa, które lubię, dodałem mięso i zawinąłem to w ciasto, a potem upiekłem. Co dziwne, wyszło nawet dobre. – powiedział, po czym odwrócił się do kuchenki, gdzie przemieszał kilka razy kurczaka – A właśnie, mam nadzieję, że lubisz cukinię i brokuły, bo też tam będą.

- Przecież wiesz, że lubię – powiedziałem – Zrobiłeś kiedyś w wakacje tę zupę z brokułów. Cholera, ty od zawsze lubiłeś gotować.

- No, w jakimś stopniu chyba tak. Wiesz, kiedyś nawet marzyłem o otworzeniu własnej restauracji, ale to chyba niemożliwe – zaśmiał się

- Dlaczego? Sławni ludzie często to robią, wiesz, jak Longoria czy Kutcher.

- Chyba daleko mi do Kutchera – parsknął Louis, a ja zauważyłem, że gdy to robi, obok jego oczu tworzą się malutkie zmarszczki, dodające mu niezwykłego uroku.

- Nieprawda. Jesteś przystojny, Lou – powiedziałem, a dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, jak to zabrzmiało – To znaczy…

- Podasz mi tę miskę? – szatyn przerwał mi, jak gdyby nie słyszał słów, które wypowiedziałem. Zdziwiłem się – przecież niemożliwe byłoby nie wyłapać tego, co powiedziałem, jednak pokręciłem głową i podałem mu naczynie.

Następne pięć, może dziesięć minut minęło w ciszy, przerywanej jedynie pół-zdaniami Louisa, który prosił, by mu coś podać lub potrzymać. Nic więcej.

Gdy potrawa przygotowywana przez Tomlinsona znalazła się w piekarniku, szatyn ściągnął fartuch, po czym, nie zaszczycając mnie nawet zwykłym spojrzeniem, mruknął:

- Idę pod prysznic. Pewnie zdążę, ale jak coś, to wyłącz piekarnik za jakieś piętnaście minut.

- Jasne – odparłem, a po chwili Louis zniknął mi z oczu, a ja zrezygnowany i zaniepokojony zachowaniem chłopaka, udałem się do salonu, by nieobecnie wpatrywać się w telewizor.

3

Spojrzałem na zegarek – została mi minuta do tego, by wyłączyć piekarnik. Podniosłem się więc z sofy i poszedłem do kuchni. Louis nadal nie wrócił – słychać było nieprzerwanie lejącą się wodę, a to uświadomiło mi, że mimo minionych lat, Tomlinson nadal nie mieści się w limicie czasu, wcześniej przez siebie określonym. Ukucnąłem przed piecykiem i przez szybkę zajrzałem do środka, jednak nie zobaczyłem żądnych detali. Zdając się na własny instynkt, wyłączyłem piekarnik i lekko otworzyłem jego przednią część. Od razu uderzyła mnie fala gorąca oraz zapach krokodyla, który mimo swojej dziwacznej nazwy, pachniał cudownie.

Wyprostowałem się i sięgnąłem do wieszaka po parę rękawic kuchennych. Gdy po chwili powróciłem do poprzedniej pozycji, usłyszałem za sobą głos:

- Hej, zostaw. Ja to wyciągnę – powiedział Louis, który omal nie przyprawił mnie o zawał serca. Stał w szarych dresach, innych niż wtedy i białej koszulce z logo zespołu Arctic Monkeys, a z włosów kapała mu woda.

- Nie słyszałem jak schodziłeś, musiałem się zamyślić.

- Nie, w tym domu jest strasznie dziwna akustyka. W salonie słychać wszystko, a jeśli będą mi za oknem bombardować miasto, a ja będę w tym czasie w kuchni, to nic nie usłyszę – wyjaśnił.

- Mhm. Okej – podałem mu rękawice, których jeszcze nie zdążyłem założyć – Wyciągaj to zwierzę.

Louis parsknął śmiechem i podszedł bliżej mnie, po czym złapał w obie ręce blachę z naszą kolacją, a po wyciągnięciu postawił ją na kuchennym blacie.

- Możesz wyciągnąć talerze z szafki obok zmywarki, a ja pokroję tego gada – powiedział, a ja zachichotałem i zrobiłem to, o co poprosił szatyn.

Po chwili siedzieliśmy przy stole jedząc krokodyla, który wyszedł Louisowi naprawdę smaczny, i po raz kolejny tego wieczora, dziwiłem się samemu sobie, ale przebywanie w towarzystwie Tomlinsona naprawdę mnie uszczęśliwiało.

4

18 grudnia

Promienie grudniowego słońca oraz biel śniegu obudziły mnie z dość twardego snu. Podniosłem się i przetarłem oczy. Zajęło mi to kilka sekund, by powrócić do rzeczywistości i zorientować się, że nie jestem w swoim domu. Westchnąłem, po czym sięgnąłem po telefon leżący obok by sprawdzić godzinę. Było pięć po dziewiątej, a to oznaczało tylko jedno – spóźnienie. W pośpiechu złapałem ubrania leżące na fotelu i zgodnie z wieczornym instruktażem Louisa, udałem się do łazienki, która znajdowała się na końcu korytarza, po prawej.

Zapukałem, a nie słysząc żadnej odpowiedzi, wszedłem do środka. Nic mnie nie zaskoczyło – widziałem ją już wczoraj, więc założyłem po prostu na siebie spodnie i koszulkę, obmyłem twarz zimną wodą, przeczesałem palcami włosy i wyszedłem z pomieszczenia. Sprawdzając jeszcze raz godzinę, zbiegłem na dół. Starałem się jednak robić to jak najciszej, by nie obudzić Louisa, który pewnie jeszcze spał.

Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, gdy po zejściu do kuchni, (gdzie jak sądziłem, zostawiłem wczoraj sweter), zastałem tam Louisa, stojącego przy lodówce. Nie chciałem go wystraszyć, ale gdy ten się odwrócił, niemal padł z przerażenia.

- Jestem aż tak straszny? – zaśmiałem się – Dzięki za wywiad, kolację i przenocowanie mnie. Muszę lecieć, a ty powinieneś iść jeszcze spać.

- Nie musisz mi dziękować, Harry. A, i nigdzie nie idziesz. Dzwoniłem do Grimshawa. Powiedział, że widzi, co się dzieje z Londynem, i że do pracy wrócicie, jak pogoda się poprawi – oznajmił, a ja poczułem radość, jednak nie byłem pewien, czym została ona wywołana.

- Naprawdę? – zapytałem niedowierzając słowom Louisa - Skąd masz jego numer?

- Widzę, że wczesna pora nie sprzyja twojemu logicznemu myśleniu – zachichotał – Zadzwoniłem na ten, z którego on umawiał się ze mną na wywiad.

- Och – odparłem – Nie wiesz, gdzie zostawiłem mój tablet?

- W salonie. Przyjdź za chwilę, kończę już robić śniadanie – powiedział Louis, po czym odwrócił się do blatu, na którym rozłożone miał jajka oraz kilka nieupieczonych jeszcze kromek tostów.

Na moje usta wdarł się delikatny uśmiech; zostawiłem szatyna z kuchnią i przeniosłem się do dużego pokoju, gdzie na stole leżał obiekt mojej wycieczki. Wziąłem do ręki biały tablet, odblokowałem go i sprawdziłem powiadomienia, jednak nic nowego nie przyszło. Wyciągnąłem więc z kieszeni telefon i wybrałem numer do mamy. Po kilku sygnałach usłyszałem w słuchawce jej głos:

„Halo?”

- Hej mamo. To ja, Harry.

„Cześć synku. Słyszałam o pogodzie na Wyspach. Tutaj nic lepszego, o płynięciu nie ma mowy, a tata nie chce słyszeć o locie”

- Więc jednak nie będzie was na święta? – zapytałem

„Najprawdopodobniej nie. Nie mamy nawet zabukowanych biletów, a ciocia Mary nalega byśmy zostali” – wyjaśniła

- Okej, nie ma sprawy. Dam sobie rade – powiedziałem nie do końca będąc pewnym w to, co mówię.

„Na pewno? Chciałabym wrócić, ale naprawdę nie ma jak. Został jeszcze tydzień, ale wątpię, czy da się coś załatwić”

- Rozumiem. Wiesz, co? Muszę lecieć – skłamałem – Odezwę się wieczorem. Pa

„Pa, Harry” – usłyszałem, a po chwili w słuchawce rozbrzmiewał jedynie sygnał rozerwanego połączenia.

Westchnąłem cicho i schowałem telefon do kieszeni. Miałem ochotę zamknąć się teraz w mieszkaniu i nie wychodzić z niego aż do nowego roku, ale w zamian, tkwiłem w domu kogoś, kogo nawet nie mogłem nazwać przyjacielem. Kim tak naprawdę Louis dla mnie jest?, przeleciało mi przez głowę, więc potrząsnąłem nią, wiedząc, że nie czas na epikurejskie przemyślenia, i udałem się do kuchni, gdzie unosił się zapach śniadania.

W ciszy usiadłem przy stole, na którym rozłożone były już talerze z tostami i kilka słoików z dżemami, czekoladą i masłem orzechowym.

- O, dobrze, że już jesteś – powiedział, a ja odpowiedziałem mu nikłym uśmiechem – Coś się stało?

- Nie, nic – dopiero wtedy zauważyłem, jak dobrze szło mi kłamanie

- Jasne. Mów – usiadł przede mną, zarzucając sobie kuchenny ręcznik na ramię

- Nic, po prostu… Będę sam na święta, nic wielkiego – odparłem, po czym wziąłem do ręki jedną kromkę pieczywa oraz nóż.

- Nic takiego? Harry, ty się chyba nie słyszysz. Spędzisz te święta z nami, czy ci się to podoba, czy nie.

- Z wami?

- Ze mną i moją rodziną w Doncaster – powiedział, a mnie wmurowało. Nie byłem w Doncaster od wyprowadzki do Londynu i rozpoczęcia pracy dla British People.

- Jasne – prychnąłem – Nie mam zamiaru zwalać się nikomu na głowę tylko dlatego, że pogoda w Europie ssie. Dam sobie radę – powtórzyłem mój schematach

Louis pochylił się nad stołem i wpatrując się we mnie, wyszeptał:

- I tak ze mną nie wygrasz,

Następnie podniósł się z krzesła i powrócił do wcześniejszego zajęcia, a nasze śniadanie minęło w zupełnej ciszy, zupełnie jak wczorajsza kolacja.

5

24 grudnia

Louis miał rację – nie wygrałem z nim. Siedziałem właśnie w samochodzie Tomlinsona, jadąc z nim do Doncaster. Przez ostatnie kilka dni pogoda nieco się zmieniła, jednak loty międzynarodowe zostały wstrzymane, między innymi z powodu szalejących na Morzu Północnym wiatrów. Tak jak się obawiałem, w pracy od razu rzucił się na mnie Grimshaw z pytaniami, co zaszło między mną a Louisem w nocy, jednak nie do końca rozumiałem, o co mu chodzi – przecież znajomi u siebie sypiają czasem, tak? Wyjrzałem przez okno. Było kilkanaście minut po osiemnastej, więc nic prócz lamp i świateł w domach zobaczyć nie mogłem. Na kolanach leżał świeży numer British People, na okładce którego znajdował się chłopak siedzący obok mnie, oraz napis „Louis Tomlinson – szczery wywiad tylko dla nas!”. Prychnąłem, bo nic szczerego z rozmowy z szatynem nie wyciągnąłem, sam powiedział mi, że od kilku miesięcy ma ustalony schemat tego, co ma mówić.

- Już niedaleko – Louis przerwał niezręczną ciszę panującą między nami – Ale jak chcesz, to się zdrzemnij, jesteś po pracy, więc pewnie padasz z nóg.

- Nie – zaśmiałem się – Dam radę

Jednak nie dałem – już po kilkunastu minutach spałem oparty o szybę w aucie Tomlinsona.

Obudziło mnie ciche szturchanie w ramię oraz szepty szatyna:

- Harry, już jesteśmy.

Otworzyłem więc oczy i przetarłem lekko twarz, po czym odpiąłem pas i wysiadłem z auta. Wziąłem ze sobą małą torbę podręczną, w której oprócz ubrań i potrzebnych rzeczy, znajdował się także prezent dla Louisa. Tomlinson kończył dzisiaj dwadzieścia dwa lata, a ja – owszem – złożyłem mu rano życzenia, jednak chciałem dać mu jakiś upominek, jednak w ciągu dnia nie miałem czasu, chciałem więc zrobić to wieczorem.

- Chodźmy – powiedział Louis, a po chwili obaj znaleźliśmy się w korytarzu państwa Tomlinsonów.

Od progu przywitały mnie siostry Louisa oraz jego mama, która z szerokim uśmiechem na twarzy uściskała mnie i wyszeptała „Wiedziałam, że to będziesz ty”, co kompletnie zbiło mnie z tropu. O co jej chodziło? Spojrzałem najpierw na nią, później na Louisa, który najwyraźniej słyszał jej słowa, jednak każde z nich patrzyło w drugą stronę, a chwilę później Jo zmieniła temat rozmowy. Co się z nimi wszystkimi do cholery dzieje?

6

Siedziałem właśnie w pokoju, który Jo, mama Louisa, zwykła nazywać gościnnym, jednak ostatnio samotność mi nie sprzyjała, więc postanowiłem udać się do szatyna, który miałem nadzieję, zdążył już się umyć. Zamierzałem wręczyć mu w końcu urodzinowy prezent, jednak był jeszcze jeden powód mojej wycieczki do pokoju najstarszego Tomlinsona – chciałem dowiedzieć się prawdy na temat słów jego mamy i tych wcześniejszych, wypowiedzianych przez Grimshawa.

Stanąłem przed drzwiami i lekko zapukałem, a gdy usłyszałem jego głos, wszedłem do środka.

- Hej, Hazz. Siadaj – poklepał miejsce obok siebie na łóżku.

Siadając na wcześniej wskazanym miejscu, wyciągnąłem zza pleców pudełko z prezentem i powiedziałem:

- Wszystkiego najlepszego, Boo – po raz pierwszy od dwóch lat znowu się tak do niego zwróciłem

- O Matko! Dziękuję, Curly – niemal wykrzyczał odbierając ode mnie pakunek.

Przez chwilę obracał go w dłoni, nie będąc przekonanym czy powinien już go otworzyć.

- No dalej! Sprawdzaj! – zaśmiałem się, ponaglając go

Louis odwiązał wstążkę, a naszym oczom ukazała się ramka ze zdjęciem. Naszym zdjęciem, zrobionym na naszych pierwszych wspólnych wakacjach w Leeds. Siedzieliśmy na polu namiotowym, a za nami widać było scenę oraz masę materiałowych domków.

- Harry… Nie wiem, co powiedzieć… To najwspanialszy prezent świata – wyszeptał, a ja poczułem, że moje policzki stają się rumiane.

- Daj spokój, to tylko zdjęcia – powiedziałem i uśmiechnąłem się nieśmiało. Louis w zamian przybliżył się do mnie i mocno mnie przytulił. Po raz kolejny czułem jego zapach, co było niezwykle przyjemne. Moje zachowanie mnie zadziwiało, ale nic nie mogłem na to poradzić – szatyn mnie uszczęśliwiał.

- Lou, chciałbym cię o coś zapytać – zacząłem nieśmiało, gdy oderwaliśmy się od siebie – O co chodziło twojej mamie? Wiesz, wtedy w przedpokoju?

Widziałem, że szatyn odwraca wzrok unikając mojego spojrzenia, a to sprawiało, że czułem się źle, bo nie wiedziałem, o co chodzi.

- Harry… Ja… Jestem gejem – ostatnie zdanie niemal wyszeptał – Wiem, że nie chcesz mnie teraz znać, ale ja się nie zmienię. Nie potrafię.

Wypowiadając to, Louis nie patrzył na mnie. Jego słowa nieco mnie zaskoczyły, jednak znalazłem w sobie niewiadomego pochodzenia moc i zapragnąłem sprawić, by poczuł się lepiej. Przysunąłem się więc do niego jeszcze bliżej i przesunąłem jego brodę tak, bym mógł patrzeć mu w oczy.

- Słuchaj, Lou. To, że jesteś gejem niczego nie zmienia. Nie zamierzam cię znienawidzić przez to, jasne? Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy, idioto?

- Nie wiem – powiedział nieśmiało patrząc na mnie – Tak jakoś…

- Ugh, Boo! Jesteś moim przyjacielem! Nie mógłbym ci tego zrobić, rozumiesz? Szanuję to i cieszę się, że to powiedziałeś.

- Mhm – mruknął – Wszyscy tak mówicie, a i tak połowa naszych znajomych już ze mną nie rozmawia.

- Po pierwsze, Tomlinson – warknąłem – Ja nie jestem wszyscy. Po drugie – pieprz ich! Ważne, że ty jesteś szczęśliwy, co nas obchodzą jakieś cioty, które uciekają od ciebie tylko dlatego, że jesteś gejem.

- Harry…

- Tak? – moja twarz znalazła się bardzo blisko jego

- Nie zostawiaj mnie. Nie dam rady sam…

- Myślisz, że mógłbym?! Nie zostawię. Obiecuję, LouLou. Obiecuję – powtórzyłem jego zdanie sprzed tygodnia i objąłem go mocno ramieniem, napajając się jego zapachem, który działał na mnie jak swego rodzaju narkotyk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz