Tytuł: Not Over You
Pairing: Larry Stylinson (Harry Styles + Louis Tomlinson)
Miejsce akcji: Londyn, Nowy Jork
Czas akcji: grudzień 2016
Ilość słów: 4202
Postacie: Louis Tomlinson, Harry Styles, Abbey Poynter, Gemma Styles, Anne Twist
Opis: Louis próbuje się jakoś pozbierać po odejściu Harry’ego. Gdy zaczyna dopiero co mu się to udawać, jego były chłopak przychodzi do niego z nieoczekiwaną wizytą..
Uwaga: W opowiadaniu pojawi się miłość dwóch mężczyzn.
Od autorki: Po bardzo długim czasie pisania i zmieniania tytułu, nareszcie dodaję na tumblra (wcześniej dodałam na wattpada). Pewnie Wam się nie spodoba ze względu na to, że nie potrafię zbyt dobrze pisać, a sama fabuła jest oklepana, no ale jednak postanowiłam to wstawić. :)
Inne: Z tym one-shotem zdobyłam piąte miejsce w tym konkursie.
***
Nie było cię, a jesteś. Moment, w którym pojawiłeś się u progu moich drzwi był zarazem najlepszym, jak i najgorszym w moim życiu. Odszedłeś, a teraz wracasz. Powinienem się cieszyć. I tak jest, lecz nie do końca. Bo czy zdradzona miłość jest czegoś warta?
Odszedłeś do niej, dla niej. Pamiętam dzień, w którym się poznaliście. Była wiosna. Słońce porządnie dawało o sobie znać, temperatura wynosiła mniej więcej tyle samo co w najgorętszy dzień zeszłorocznego lata. Spacerowaliśmy uliczkami Paryża. Razem, lecz w pewien sposób osobno. Choć byliśmy już od dawna dorośli, oni nie pozwalali nam pokazać swoich uczuć światu. Bo przecież nasza miłość była zła, musiała poddać się zniszczeniu. I właśnie gdy spotkałeś ją, uległa samo destrukcji.
Miała osiemnaście lat. Była śliczną blondynką, na pozór zwykłą fanką. Miała w sobie coś, czego na pewno nie miałem ja. Gdybym mógł tylko odkryć co to było, jestem pewny, że byłbym w stanie cię zatrzymać. Bo przecież odszedłeś do niej, nie zostałeś ze mną.
Oczarowała cię od razu. Była nieśmiała i niewinna. W kwietniowym słońcu delikatne rysy nadawały wyglądu anioła pogodnej twarzyczce dziewczyny. Gdy ją przytuliłeś, bo przecież była fanką i cię o to zwyczajnie poprosiła, wyglądaliście jak stworzeni dla siebie. Ja do was nie pasowałem. Podczas waszej rozmowy zostałem wręcz zepchnięty na bok. Gdy niespodziewanie poprosiłeś ją o numer telefonu, wiedziałem już, że to oznacza nasz koniec. Niby zwykły gest, a złamał mi serce. Bo przecież nigdy wcześniej tego nie robiłeś. Nie dawałeś swojego numeru byle komu. A ona była tym zachwycona. Twoje zachowanie przewyższało jej oczekiwania. Twoje serce w tamtej chwili należało już nie do mnie, a do niej.
Pisałeś z nią smsy przez jakiś czas. Dowiedzieliście się o sobie bardzo dużo. Między innymi też to, że Abbey, bo tak jej było na imię, mieszka w Londynie. W Paryżu była tylko na wycieczce z najlepszą przyjaciółką. Co prawda odległość nigdy nie stanowiłaby dla ciebie przeszkody, bo byłeś na swój sposób obywatelem świata, ale gdy już wiedziałem, że jest dużo bliżej niż podejrzewałem, byłem pewien już w stu procentach co do swojej porażki. Wcześniej tliła się we mnie jeszcze nadzieja na przetrwanie naszego związku, lecz w tamtym momencie już zgasła.
Spotkaliście się po miesiącu. Pamiętam, że przed wyjściem szykowałeś się kilka godzin. Ubrałeś się niesamowicie seksownie. Nawet dla mnie nie starałeś się nigdy chociaż w małym stopniu tak wyglądać. Umówiliście się w parku. Wróciłeś późno. Byłeś szczęśliwy. Jednak nie powiedziałeś nic, nie chciałeś mnie ranić. Chociaż robiłeś to przez następne pięć miesięcy. Doskonale wiedziałem, że się z nią umawiasz. Przecież widziałem o tym liczne wiadomości w mediach. Nagłówki gazet mnie raniły. Bo przecież Harry Styles znalazł sobie nową dziewczynę. Nie robiłem jednak o to awantur. Wiedziałem, że cię nie zatrzymam, a chciałem tak po prostu spędzić z tobą jeszcze trochę czasu i nacieszyć się twoją obecnością. Chociaż i tak była ona niezauważalna, bo znikałeś praktycznie na całe dni i gdyby nie obowiązki związane z zespołem, nie mielibyśmy nawet okazji do rozmowy.
Dopiero po długim czasie, który minął na randkowaniu z nią, bez słowa spakowałeś swoje rzeczy z naszego wspólnego domu i udałeś się do wyjścia. Pytałem “co robisz?”, “dlaczego mnie opuszczasz?”, “co zrobiłem źle?” i “czemu mi to robisz?”. Jednak jedyną twoją odpowiedzią było głupie “przepraszam”. Nie umiałeś wydukać z siebie nic innego. Doskonale wiedziałeś, że mnie zraniłeś, a każde twoje kolejne słowo bolałoby mnie jeszcze bardziej. Potem wyszedłeś. A moje serce roztłukło się na miliony drobnych kawałeczków. Jeszcze kilka lat temu twierdziłem, że nic nas nie zniszczy. A jednak, myliłem się.
Widziałem cię prawie codziennie, lecz nie rozmawialiśmy. Nie daliśmy sobie nawet szansy na zostanie przyjaciółmi. A mnie rozrywały od środka nieodwzajemnione uczucia do ciebie. Miałem ochotę wyszarpać sobie serce z klatki piersiowej, aby nie czuć. Stać się jak kamień i zapomnieć o tym wszystkim co nas kiedyś łączyło.
W wakacje skończył się kontrakt płytowy zespołu z wytwórnią. W ten dzień całą piątką zdecydowaliśmy, że to już koniec One Direction. Jeszcze kiedyś miał być to dzień naszego ujawnienia. Dzień, w którym mieliśmy być szczęśliwi. Razem. Zakochani w sobie do szaleństwa.
A ty, zupełnie tak jak wcześniej, postanowiłeś mnie zignorować. Nawet nie spojrzałeś w moją stronę. A ja, jak idiota zabiegałem o twoją uwagę. Widać było, że zmieniłeś się przez te kilka miesięcy. Podejrzewam, że to jej wina. Już nie byłeś tym uroczym Hazzą, którego poznałem w X-Factorze. Teraz byłeś kimś całkiem innym, dalekim od osoby, którą kiedyś miałem przyjemność znać. Nie polubiłem twojego nowego “ja”. Może dlatego, że nie było w nim już mnie. Tego dnia, widziałem cię po raz ostatni. Chociaż i nasza rozłąka nie zmieniła tego, że wciąż cię kochałem. Tęskniłem jak wariat, a przez rok twojej nieobecności w moim życiu, wciąż łudziłem się, że wrócisz.
A teraz, gdy stałeś w moich drzwiach, nie wiedziałem co powiedzieć. Dopiero co wyleczyłem się z tej chorej miłości, pogodziłem się z twoim odejściem. A ty co? Tak po prostu sobie przede mną stałeś, czekając na to aż się odezwę i cię przytulę, mówiąc że tak bardzo tęskniłem i cieszę się, że wróciłeś, a między nami nic się nie zmieniło. Nie potrafiłbym tego zrobić. Mam jeszcze swoją dumę. Choć zdeptaną i zszarganą przez ciebie, to jeszcze jej szczątki istnieją i się bronią przed całkowitym zniszczeniem.
Bez słowa wpuściłem cię do środka. Była dość mroźna zima, więc nie chciałem żebyś przemarzł i rozchorował się przez moje głupie widzimisię. Nawet mimo tego, że byliśmy dla siebie teraz niemal jak obcy, wciąż się o ciebie troszczyłem.
W sumie najbardziej zabolało mnie to, że zjawiłeś się akurat 24 grudnia, w dzień moich 25 urodzin. To był naprawdę nietrafiony prezent od losu. Ostatnio czuję się jakby nawet moje własne życie było moim wrogiem.
Zaprowadziłem cię do niegdyś naszego, aktualnie mojego salonu. Rozsiadłeś się wygodnie na skórzanej kanapie niczym u siebie w domu. Pozwoliłem ci na to, bo choć uciekłeś, w jakimś stopniu to miejsce również należało do ciebie. Uważnie mi się przyglądałeś. Zauważyłeś chyba, że w moich oczach nie ma tego żywego blasku co kiedyś. To ty go zabrałeś, razem ze swoją miłością. Cicho westchnąłem.
- No więc? Po co tu przyszedłeś? - zapytałem, przygryzając ze zdenerwowania dolną wargę.
- Chciałem porozmawiać - odpowiedziałeś cicho ze słabym uśmiechem na ustach. Widać było, że się stresowałeś.
Głośno wypuściłem powietrze z płuc. Starałem się opanować nerwy jak tylko mogłem, ale za nic mi to nie wychodziło. Nie chciałem żadnej rozmowy, nie chciałem żebyś tu w ogóle przychodził. Na dodatek jeszcze to jak wyglądałeś, utrudniało mi funkcjonowanie. Wciąż byłeś istną definicją seksu.
- Niby o czym? My w ogóle mamy o czym rozmawiać?! - nagle wybuchnąłem, podnosząc gwałtownie ton swojego głosu aż do piskliwego krzyku. Cała ta sytuacja zaczęła mnie przerastać. Nie mogłem poradzić sobie z emocjami.
Wyglądałeś na nieco przelęknionego. Nigdy wcześniej nie zachowywałem się tak w twoim towarzystwie. Nie znałeś mnie od tej strony.
- Najpierw do niej odchodzisz, a teraz chcesz ze mną gadać?! - dalej krzyczałem. Zrobiłeś minę, jakbyś całkowicie nie rozumiał tego o czym mówię.
- Właśnie o to chodzi. Chciałem cię zaprosić na nasz ślub. Mój i Abby - odpowiedziałeś spokojnie.
Uniosłem brwi ze zdziwienia. Zamrugałem kilka razy oczami, zastanawiając się nad tym, czy aby dobrze usłyszałem.
- Ślub? - powtórzyłem niepewnie. Przewróciłeś oczami.
- Tak.
- Wow. Jesteście ze sobą dopiero od półtorej roku, a już bierzecie ślub? Nieźle.
- To niezależne ode mnie – westchnąłeś, spuszczając wzrok. - Zresztą nie mówmy o tym. Ślub jest za trzy dni.
- Serio, już nie dało się powiedzieć tego później?
- Wcześniej jakoś nie było okazji. Poza tym chciałbym też, abyś został moim świadkiem.
- Co? - zapytałem zdezorientowany.
Rozumiałem już samo zaproszenie na ślub, ale to żebym został twoim świadkiem? Czy to była jakaś kpina?!
- Chciałem abyś został moim świadkiem - powtórzyłeś, przygryzając górną wargę.
Widziałem, że dla ciebie to było niemniej stresujące niż dla mnie, ale.. Dobra. Jednak to dla mnie było bardziej stresujące. Nie dość, że się wygłupiłem, to na dodatek nie wiedziałem dlaczego to ja miałem doznać takiego zaszczytu. O ile można było to tak nazwać.
- Ale dlaczego ja?
- Jesteś tak jakby moim najlepszym kumplem, prawda? Poza tym chcę się pogodzić i sprowadzić nasze relacje do normalnego stanu, więc myślę, że ta propozycja jest całkiem dobra.
Nie wiedziałeś chyba co znaczyła normalność między nami dwojga. Bo na pewno to nie było udawanie dwójki przyjaciół. Taka jest prawda. Nie byliśmy nawet przyjaciółmi. Ludzie, którzy tak mogą nazwać siebie nawzajem na pewno nie zachowują się jak my - jak dwójka całkiem obcych sobie ludzi. A przecież jeszcze niedawno łączyło nas tak wiele. Tak. Normalność u nas jeszcze niedawno była przytulaniem się na kanapie w zimowe poranki i szeptaniem sobie czułych słówek do uszu, przy gorącej czekoladzie, którą uwielbialiśmy razem pić. A teraz? Nawet nie potrafiłem powiedzieć co oznacza u nas normalność w tej chwili.
- Więc.. Będziesz? - zapytałeś niepewnie, a po twoich oczach było widać, że bałeś się mojej odmowy. Nie umiałem dłużej cię przetrzymać w niepewności.
- T-tak - wydukałem - Myślę, że tak.
- Dzięki Louis. Wiedziałem, że zawsze mogę na ciebie liczyć! - zawołałeś entuzjastycznie i wstałeś z kanapy. – Tylko wiesz, jest jeden problem.
- Hm? – mruknąłem, unosząc jedną brew.
- Bo… - urwałeś, przygryzając wargę. – Ślub jest w Nowym Jorku.
- Co? – zapytałem zdziwiony. Przecież to było kilka tysięcy kilometrów stąd. Skąd na to w ogóle pomysł?
- Kilka miesięcy temu przeprowadziliśmy się razem z Abby do Stanów, ponieważ dostała się tam na studia do Juilliard School.
- Ach.. Okej. To fajnie – oznajmiłem, uważnie cię obserwując, kiedy nagle wstałeś z kanapy. – Wybierasz się gdzieś?
- Muszę już lecieć. Wiesz, do Nowego Jorku lot wcale nie jest krótki, a mamy jeszcze sporo poprawek przed ślubem. No to do zobaczenia – uśmiechnąłeś się w moją stronę jeszcze raz i zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, zniknąłeś za ścianą, łączącą salon z przedpokojem.
Potem usłyszałem już tylko dźwięk zatrzaskujących się drzwi, który na nowo rozerwał moje serce. Nie chciałem żebyś wracał. Lecz tym bardziej nie chciałem, abyś wciąż z nią był. To mnie wyniszczało od środka. Nie potrafiłem zaakceptować tego, że w pobieracie się już pojutrze. Czasem nawet miłość może być wrogiem człowieka.
Trzy dni później rano, znajdowałem się już w hotelu w Nowym Jorku wynajętym dla gości. Byłem całkowicie wykończony nocnym lotem, a przede mną był jeszcze twój ślub i zabawa na weselu. Po wypiciu dość sporej kawy i wzięciu prysznica, spojrzałem na zegarek. Była prawie jedenasta. Oznaczało to, że musiałem zacząć się przygotowywać do wyjścia.
Założyłem białą koszulę, ciemnoszarą marynarkę, czarne jeansowe spodnie ściśle przylegające do moich nóg oraz eleganckie, brązowe buty. Gdy spojrzałem na siebie w lustrze, zaśmiałem się.
Dokładnie tak samo wyglądałem na London Fashion Week’u w 2013. Pamiętam, że pojawiłem się na nim z Eleanor. Nienawidziłeś jej. Nie wiedziałem nawet dlaczego, bo udawanie mojej dziewczyny było tylko jej pracą, którą zresztą dziewczynie zlecił jej własny ojciec, mający powiązania z naszym managementem. To był ich pomysł, a Calder była idealną osobą, ponieważ jej rodzina też siedziała w tym biznesie, więc nie miałaby prawa odmówić, a złamanie kontraktu pociągnęłoby za sobą jeszcze większe konsekwencje, niż gdyby była ona tylko zwykłą osobą z ulicy.
Modest chciał nas w ten sposób rozdzielić, żeby nikt się nie połapał, że jesteśmy razem. Jednak istniało jeszcze “wyzwolone” zgrupowanie shipperek Larry’ego Stylinsona. Bo taką nazwę właśnie nam nadały te dziewczyny, które mimo sztuczek managementu, widziały to co jest między nami. I to było naprawdę urocze. Obydwoje kochaliśmy tą część fanek, które uparcie wierzyły w naszą miłość.
Za to ty, znienawidziłeś ten drugi “obóz” - shipperek Elounor, czyli mojego związku z Eleanor. Były one dla ciebie niczym usposobienie zła. Kochały Eleanor. Twoją rywalkę. I choć nie czyniła ona dla ciebie żadnego zagrożenia, to brałeś ją za największego wroga. Byłeś zazdrosny o każde nasze wyjście. Bałeś się, że kiedyś do niej odejdę. I jak widzisz, to nie ja odszedłem do kogoś innego, lecz ty.
Po ostatnich poprawkach wyglądu w łazience stwierdziłem, że nawet mimo mojego wewnętrznego nastroju, wyglądałem oszałamiająco. Jeszcze dwa lata temu, widząc mój aktualny wygląd, z pewnością rzuciłbyś się na mnie z namiętnymi pocałunkami, a już chwilę potem, moje ubrania wylądowałyby na podłodze. Za to teraz z pewnością nawet nie zwrócisz uwagi na to, że starałem się dobrze wyglądać. Będzie ci to obojętne. Bo przecież będziesz zainteresowany swoją przyszłą żoną.
Ponownie spojrzałem na zegarek. Trzynasta. Czas było się zbierać.
Do kościoła dotarłem dość szybko. Nie było jeszcze zbyt wielu gości w środku. Wszedłem w jakieś boczne drzwi i znalazłem się w długim korytarzu. Usłyszałem czyjeś głosy. Podszedłem bliżej, lecz nie na tyle blisko, aby właściciele tych dwóch brzmień mogli mnie rozpoznać. Dopiero po kilku minutach przysłuchiwania się, zorientowałem się, że jeden z głosów należał do ciebie. A drugi o ile dobrze zgadłem, był twojej siostry.
- Harry, nie musisz brać tego ślubu! - odezwała się Gemma podniesionym tonem. Chwilę potem usłyszałem twoje westchnięcie.
- Ale muszę.
- Nie musisz.
- Przecież nie mogę jej tak zostawić, ona jest w ciąży! - zawołałeś rozpaczliwie, a mnie ścisnęło w żołądku na dźwięk tych słów.
- I co z tego, Harry? Obydwoje wiemy, że to było tylko zauroczenie i gdyby nie to dziecko, już dawno byś z nią zerwał!
- Tak, ale..
- Nie bierz tego ślubu, proszę - nalegała twoja siostra, wręcz błagalnym tonem.
- Muszę go wziąć. Muszę wychować to dziecko. Jest moje.
- Możesz je wychowywać bez ślubu!
- I jak to będzie wyglądać, co?
- Normalnie, przestań wreszcie przejmować się opinią ludzi! - krzyknęła Gemma, kiedy wychyliłem się nieco zza ściany. Jednak wciąż pozostawałem dla was niewidoczny. - Już zrujnowało to twój związek z Louisem, więc nie pozwól żeby zrujnowało ci to twoje życie!
W pomieszczeniu nastała cisza.
- Muszę wychować to dziecko razem z Abbey. Jako małżeństwo. Mówi się trudno. Muszę jakoś zapłacić za swoje błędy - odezwałeś się po dłuższej chwili, po czym powędrowałeś wzdłuż korytarza. Na szczęście mnie nie zauważyłeś.
- Obydwoje wiemy, że wciąż kochasz Louisa! - krzyczała biegnąca za tobą Gemma, a ja stanąłem jak wryty.
Z chwilą, gdy zobaczyłem zatrzaskujące się drzwi za tobą i twoją siostrą, znowu coś we mnie pękło. Czułem jak powoli robi mi się słabo, a oczy zachodzi lekka mgła. W momencie, gdy moje nogi odmówiły posłuszeństwa, poczułem że moje ramię podtrzymuje kobieca ręka.
Zwróciłem swój ledwo przytomny wzrok ku owej osobie, stojącej obok mnie i niepozwalającej mi upaść. Okazało się, że była to Anne, twoja matka. Przymknąłem oczy.
- Louis? Słyszysz mnie? - zapytała głośno, lekko mną potrząsając.
- T-tak. - przytaknąłem, słabo kiwając przy tym głową. Czułem, że odpływam, a moje powieki były niesamowicie ciężkie.
- Dobrze się czujesz? Co ci jest?
- Słabo mi.. - oznajmiłem cicho, podczas gdy kobieta podprowadziła mnie do ławki i pomogła mi na niej usiąść. - Może wróć do hotelu?
- Ale ślub..
- Spokojnie. Harry i Abbey sobie poradzą. Najważniejsze jest twoje zdrowie, nie chcemy żebyś nam tu zemdlał - oznajmiła Anne, uśmiechając się w moją stronę. Chciałem odwzajemnić ten gest, ale nie udało mi się. Nie miałem na tyle siły, a z każdą sekundą coraz bardziej zapadałem się w sobie.
- Ale.. - urwałem wydając z siebie cichy jęk.
Nie potrafiłem wydusić z siebie już żadnego słowa. Moje powieki opadły i ogarnęła mnie ciemność.
- Louis.. Louis.. Słyszysz mnie? - słyszałem w oddali głos twojej matki. Lecz był on zbyt daleki. I oddalał się jeszcze bardziej..
A potem już kompletnie urwałem swój kontakt ze światem. Zemdlałem.
Gdy zacząłem się przebudzać, wciąż ogarniała mnie ciemność. Ale nie tak pusta jak wcześniej. Teraz czułem czyjąś dłoń na swoim czole, odgarniającą moją grzywkę i bawiącą się moimi włosami. Chwilę potem poczułem mokry pocałunek na czole złożony przez usta, które w żadnym wypadku nie mogły przypominać kobiecych, a zapach, który dochodził od tego osobnika..
Otworzyłem oczy. To ty. Gwałtownie się ode mnie odsunąłeś. Byłeś wciąż ubrany w ten sam garnitur, w którym widziałem cię wcześniej. Tylko, że tym razem, był nieco wygnieciony. Co tu robiłeś? Po co tu przyszedłeś? Przecież powinieneś być na weselu, bawić się ze swoimi gośćmi.
- K-która g-godzina? - wydukałem zdezorientowany. Spojrzałeś na ścianę, na której wisiał zegar.
- Pierwsza w nocy. Byłeś nieprzytomny naprawdę długo.
Cicho westchnąłem.
- Ile tu już siedzisz?
- Dobre kilka godzin. Przyszedłem tu gdzieś przed 21.
Moje oczy znów zaczęła zakrywać gęsta mgła. Nie. Nie mogłem w tej chwili zasłabnąć..
- D-dlaczego?
..a jednak to zrobiłem. Znów straciłem kontakt z rzeczywistością i oddaliłem się do dalekiej krainy snu i marzeń, nie doczekując się odpowiedzi na swoje pytanie.
Kiedy rano się już obudziłem, ciebie nie było. Natomiast na twoim miejscu siedziała Gemma, a w kącie pokoju na ciemnym fotelu spoczywał lekarz. Gdy zauważył, że się przebudziłem, odbyliśmy krótką rozmowę i szybko mnie zbadał.
Okazało się, że zemdlałem aż dwa razy przez wygłodzenie i wycieńczenie organizmu. Bo zero snu i pożywienia na trochę więcej niż 48 godzin zrobiło swoje. Ale jak mogłem coś zjeść, lub zasnąć choć na chwilę, myśląc o tym, że nie pokochasz mnie już nigdy, a na twym serdecznym palcu spocznie obrączka symbolizująca wieczną miłość do niej? I choć dziś wiedziałem już, że taka nie była, nawet mimo mojego osłabienia, nie miałem ochoty zjeść niczego.
Moje zaprzeczenia, że nie jestem głodny zostały zignorowane, a po prysznicu i szybkiej zmianie ubrań, niezwłocznie zostałem zaprowadzony do hotelowej restauracji przez Gemmę. W środku było pełno weselnych gości, którzy dopiero co rozpoczynali śniadanie.
Błądziłem wzrokiem po całej sali przez dobre piętnaście minut. Lecz całkiem niepotrzebnie. Nie było tu ani ciebie, ani Abby. Ukłuło mnie coś w sercu. Pomyślałem, że może wciąż śpisz, z nią u swoim boku, ponieważ byliście zbyt wykończeni po tej nocy, aby wstać tak wcześnie z łóżka. Chociaż nie było wcale wcześnie. Zegar na ścianie nad wejściem pokazywał kwadrans przed dwunastą.
Nie zastanawiałem się długo nad tym gdzie jesteś. Wolałem zostawić w mojej głowie twój obraz spokojnie śpiącego u jej boku, niż tworzyć jakieś krzywe domysły.
Skonsumowanie śniadania poszło mi naprawdę rezolutnie. Już kilka minut po wybiciu dwunastej zmierzałem windą do swojego pokoju. Tam spakowałem swoje rzeczy, a następnie udałem się na lotnisko.
Po przylocie do Londynu i już samym przybyciu do domu postanowiłem, że ten ślub skończył wszystko. Definitywnie. Nie wiem czy wpłynęła na mnie tak deszczowa i refleksyjna pogoda, czy może to, że siedziałem w kuchni, najbardziej filozoficznym pomieszczeniu w całym moim domu.
Wpatrując się w ścianę stwierdziłem, że decyzja o tym, aby skreślić cię ze swojego życia i całkowicie o tobie zapomnieć, zdecydowanie była tą najlepszą. Nie wiedziałem czy tak jak mówiła Gemma, wciąż mnie kochasz czy już nie, bo wyszliście oboje. Czy mój los zawsze musi podtykać mi kłody pod nogi? Potrząsnąłem głową. Miałem już tego dosyć. Chciałem to skończyć. Wykreślić cię raz na zawsze ze swojego życia. Rozejrzałem się wokół.
Na blacie kuchennym leżał zeszyt, a na nim długopis. Wziąłem je do ręki. Wyrwałem kartkę po czym wielkimi literami napisałem na niej twoje imię i nazwisko. Nieco krzywe HARRY STYLES na pustej kartce wyglądało tak obco. Zupełnie tak samo jak ty wyglądasz dla mnie od dłuższego czasu. Długo się nie zastanawiając, jedną, długą i szybko narysowaną linią, przekreśliłem napis. Poczułem ulgę. Znów zacząłem być wolny. Jednak to wciąż nie było to. Wziąłem zapalniczkę leżącą na stole. Może byłoby to dla ciebie coś dziwnego, że w domu trzymam taką rzecz, ale dla mnie to normalne. Zacząłem palić już kilka lat temu. Co prawda na początku w tajemnicy przed tobą, lecz gdy odszedłeś, nie miałem już przed kim ukrywać ten nałóg. Nacisnąłem na mały guziczek, po czym przede mną błysnął żywy ogień. Przyłożyłem go do rogu kartki, a ona automatycznie zaczęła się spalać. Podziwiałem ten widok. Nasza miłość się spalała. Nareszcie. Nareszcie jej nie będzie. W chwili, gdy ogień dotknął opuszków moich palców syknąłem z bólu, upuszczając papier na beżowe, kuchenne płytki, gdzie zakończył ostatecznie swój żywot. Teraz byłem już całkowicie wolny. Całkiem jak wtedy, gdy jeszcze cię nie znałem. Czułem się wręcz jak nowonarodzony.
Dni do sylwestra minęły mi szybko i spokojnie. Znowu byłem szczęśliwy. Nigdy wcześniej nawet nie podejrzewałem, że kiedyś to zrobię, że całkowicie odetnę się od ciebie i zacznę nowe życie. A teraz mi się to udało. I to nawet w krótkim czasie.
Koniec roku spędzałem sam. Przez okres, gdy nie było cię u moim boku, naprawdę oddaliłem się od ludzi. Dlatego też nie miałem z kim go spędzić. Co prawda dzwoniłem do Nialla, Liama i Zayna, bo tylko oni mi zostali. Ale nie mieli dla mnie czasu. Każdy z nich miał inne plany na wieczór. A ja byłem zostawiony sam sobie tej nocy. W pewnej chwili usłyszałem pukanie do drzwi. Głośne. Nie miałem pojęcia kto to mógł być. Najprawdopodobniej sąsiadka lub jakiś domokrążca żebrający o pieniądze. Leniwie wstałem z kanapy, powoli udając się do przedpokoju.
Otworzyłem drzwi nawet nie patrząc kim jest osoba do nich pukająca. Wbiłem wzrok w podłogę, po której rozlewał się spory półcień. Miałem już pewność, że był to mężczyzna. Po chwili niepewnie podniosłem głowę, by zobaczyć kim jest osobnik stojący w moich drzwiach.
Moje oczy się lekko wytrzeszczyły. Przede mną stałeś ty. Miałeś w ręce szampana i byłeś oparty o framugę moich drzwi. Wyglądałeś naprawdę seksownie, a zielona koszula idealnie podkreślała twoje szmaragdowe oczy, w które właśnie spojrzałem.
Twój wzrok pogłębił moją dezorientację, ale i.. złość. Byłem wściekły, że ponownie stoisz w moich drzwiach. Co tym razem, chciałeś żebym był chrzestnym twojego dzieciaka? Czas mijał nieubłaganie szybko. Z każdą sekundą byłem coraz bardziej zdesperowany. Podniosłem rękę. Chciałem cię uderzyć.
Jednak mój mózg nie zarejestrował tego. Tego, że w pewnej chwili zatrzymałeś moją rękę przed uderzeniem w twój policzek, a następnie odstawiłeś szampana na komodę stojącą przy drzwiach. Następnie już tylko wepchnąłeś mnie do środka mieszkania, rzucając się na mnie z dzikimi pocałunkami. Oszołomiły mnie one na tyle, że nawet nie wiedziałem kiedy i jakim cudem zamknąłeś drzwi.
Twój język szybko znalazł się we wnętrzu moich ust. Nie sprzeciwiałem się temu. Kochałem, gdy pieściłeś nim moje podniebienie.
Prowadziłeś mnie do sypialni. Popchnąłeś mnie na łóżko, a następnie usiadłeś mi na kolanach. Oplotłem rękoma twoją szyję. Znów się całowaliśmy. A ja czułem się jak w niebie, skąpany w pocałunkach anioła.
Dopiero do świata trzeźwo myślących wróciłem pół godziny przed północą. Po wszystkim. Gdy już leżałem całkiem nagi, szczęśliwy i wtulony w twój bok. Panowała między nami błoga cisza, którą postanowił przerwać głośny huk z ogródka osób mieszkających obok mnie. A może znowu nas?
- Jak widać, rodzina Andersonów jak co roku robi huczną imprezę noworoczną - skomentowałeś, wiercąc się nieco pod moim ciałem.
- Mhm - mruknąłem, podczas gdy twoja ręka spoczęła na moim brzuchu. - Tak właściwie to dlaczego tu jesteś? Abbey o tym wie?
- Unieważniliśmy małżeństwo w ciągu 24 godzin.. - oznajmiłeś cicho wzdychając.
- Co? To tak się da? - zapytałem zdziwiony. Czy wychodziło na to, że zniszczyłem ich małżeństwo? - A co z dzieckiem?
Zaśmiałeś się.
- Już wiem dlaczego zemdlałeś w kościele tam, a nie gdzie indziej. Podsłuchiwałeś nas.
Zarumieniłem się. Przyłapał mnie. I specjalnie zachował to aż do dzisiaj. Cwaniaczek. Speszony skinąłem głową.
- Dziecko ma się dobrze. Tylko szkoda, że nie jest moje. Zdradziła mnie z jakimś kolesiem, który nie wiem nawet jakim cudem pojawił się na weselu. No i słyszałem ich kłótnię. Stwierdziłem, że to koniec.
- A co ze mną? Dlaczego tu jesteś?
- Bo cię kocham - odpowiedziałeś z uśmiechem na twarzy. Westchnąłem.
- Gdybyś mnie kochał, nie odszedłbyś do niej.
- Pogubiłem się. Gdy chciałem ją zostawić, wyskoczyła z tym dzieckiem.. Nie mogłem wtedy odejść - mówiłeś smutnym tonem, a ja wtuliłem się w ciebie jeszcze mocniej. – Naprawdę przepraszam.
- Ta.. – westchnąłem, przymykając oczy.
- Nie wierzysz mi? – upewniłeś się, a ja skierowałem swój wzrok na twoje piękne oczy.. Wszystkie emocje znowu wróciły, a przekreślanie twojego imienia i palenie kartki poszły na nic. Moja miłość do ciebie zwyciężyła wszystkie próby jej unicestwienia. Jest nieśmiertelna.
- Wierzę. Ale.. obiecaj mi coś.
- Hm? – mruknąłeś, przeczesując swoje włosy.
- Że już nigdy mnie nie opuścisz.
Uśmiechnąłeś się do mnie, po czym złożyłeś pocałunek na moich włosach.
- Obiecuję. – powiedziałeś cicho, gładząc skórę mojego ramienia. Odwzajemniłem twój uśmiech.
Leżeliśmy tak jeszcze kilkanaście minut, gdy usłyszeliśmy głośne huki fajerwerków. Odsunąłem się na chwilę od ciebie i sięgnąłem pod łóżko, gdzie trzymałem szampana. Nie myślałem, że ten schowek aż tak mi się przyda. Bo na pewno nie chciało mi się teraz wstawać i iść do przedpokoju po butelkę, którą zakupiłeś ty przed przyjściem do mnie. Siadłeś na łóżku obok mnie, uśmiechając się szeroko w moją stronę.
- Serio trzymasz szampana pod łóżkiem? – zaśmiałeś się, a ja przewróciłem oczami, otwierając butelkę.
- Masz jakieś kieliszki? – zapytałeś, gdy skończyłem się mocować z otwarciem, a korek wystrzelił w ciemny kąt pokoju.
- Aktualnie takowych nie posiadam – zachichotałem, po czym pociągnąłem długi łyk trunku. – Szczęśliwego nowego roku, kochanie – powiedziałem, podając ci butelkę.
- Nawzajem! – zawołałeś i śmiejąc się, upiłeś trochę szampana, podczas gdy ja obserwowałem cię uważnie.
Następnie odłożyłeś go i złapałeś mnie za podbródek. Potarłeś swoim nosem o mój, ponownie wywołując mój chichot. Cmoknąłeś mnie delikatnie w usta, co ja kilka sekund później przerodziłem w długi i namiętny pocałunek.
Znów byłem szczęśliwy. Lecz z tobą. Zupełnie tak jak sobie wymarzyłem. Chociaż w moim scenariuszu codziennie układanym w głowie miałeś wrócić o wiele wcześniej, to i tak nie wybrzydzam. Ważne, że byłeś u mojego boku, a my obydwoje cieszyliśmy się nowym rokiem. I mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz