niedziela, 19 stycznia 2014

770

piątek, 11 czerwca 2012 rok

- Dlaczego twoich rodziców znowu nie było na spotkaniu?

Stałem wyprostowany jak struna, z dłońmi płasko położonymi na blacie szkolnej ławki. Cała klasa przyglądała mi się z zainteresowaniem, jednak udawałem, że tego nie widzę, swój wzrok skupiając na stojącej przede mną pannie Riley. Mimo surowego tonu, w jej błękitnych, inteligentnych oczach dostrzegłem troskę. W swoim beżowym, wełnianym sweterku w drobniutkie, różowe kwiatki i w luźno upiętych, siwych włosach wyglądała jak dobra wróżka. Wiedziałem, że się o mnie martwiła. Często prosiła, abym na chwilę został w klasie, by zapytać, czy wszystko w porządku. Oczywiście za każdym razem przytakiwałem. Nie chciałem, by ktoś się nade mną litował. Nie potrzebowałem tego. Nikogo nie potrzebowałem.


- To nie pierwszy raz, kiedy się nie pojawili.

- Mama nie mogła przyjść. - odparłem, przejeżdżając palcem wskazującym po małym sercu, które ktoś wydrapał cyrklem.

Panna Riley uniosła jedną, starannie wyregulowaną brew ku górze i splotła swoje kościste ramiona na piersi. To znaczyło, że zdecydowanie nie ma zamiaru mi odpuszczać.

- A tata? - dopytywała się, uważnie lustrując moją twarz.

Powstrzymałem zirytowane westchnienie, które chciało mi się wyrwać z piersi i postarałem się, aby mój ton głosu był miły, acz obojętny.

- Tata miał bardzo ważne spotkanie. Nie mogło go na nim zabraknąć. Kontrahenci nie są wyrozumiali.

Omal nie wybuchnąłem na własne słowa szaleńczym chichotem. Doskonale wiedziałem, że ojciec zdradza mamę ze swoją osobistą sekretarką. Albo raczej osobistą dziwką. Widziałem ich kiedyś razem, jak wracałem ze szkoły. Wyglądali jak klient i prostytutka. On - w drogim, idealnie wyprasowanym garniturze od Armaniego i ona - w kusej spódniczce i długich do kolan, czarnych, skórzanych kozakach na niebotycznej szpilce. Zupełnie jak w pieprzonej Pretty Woman.

Poczułem wtedy ogromną złość i obrzydzenie. To już nie był ten człowiek, którego podziwiałem i pragnąłem być taki jak on. To już nie był ojciec, którego kochałem. Jednak chyba najbardziej rozczarowało mnie zachowanie mamy. Byłem pewien, że wiedziała o zdradzie ojca. Nieraz słyszałem ich wieczorne kłótnie, które polegały głównie na rzucaniu w siebie stekiem obraźliwych epitetów i ramkami na zdjęcia. Kiedy do moich uszu dotarło słowo "ździra", wykrzyczane z ogromną dozą pogardy i nienawiści przez moją mamę, domyśliłem się, że chodzi o uroczą sekretarkę ojca. Jednak w ciągu dnia wszystko wydawało się w być w jak najlepszym porządku. Mama uśmiechała się, żartowała i rozmawiała z ojcem, by po jego wyjściu zamknąć się na powrót w sypialni i nie wychodzić z niej, aż do wieczora, kiedy to znów zaczynało się piekło.

Była w tym wszystkim tak denerwująco bierna. Nie robiła nic z niewiernością ojca. Cały dzień grała, nakładając na twarz sztuczną maskę szczęśliwej i zadowolonej z życia pani domu. Udawała kochaną i kochającą żonę, by potem wykrzykiwać ojcu, jak bardzo się nim brzydzi. Cierpiałem widząc, jak moja mama powoli i systematycznie się wypala. W jej oczach nie było już wesołych iskierek, a uśmiech stał się wymuszony. Straciła swój naturalny wdzięk i witalność. To małżeństwo miało na nią destrukcyjny wpływ.

Jednak przecież zawsze było jakieś wyjście, prawda? Dobrym rozwiązaniem byłby rozwód. Dom co prawda był zapisany na ojca, ale zawsze mogliśmy się wyprowadzić do Walii, do posiadłości babci. Wiedziałem, że przyjęłaby nas z otwartymi ramionami. Nigdy nie przepadała za ojcem, zawsze traktując go z oschłością i dystansem. Babcia była inteligentną kobietą. Miała nosa do ludzi i tym razem również się nie pomyliła.

Ze wszystkich ludzi na świecie, to właśnie babci Rose najbardziej ufałem. To ona zasiała we mnie miłość do pisania. Kiedy miałem pięć lat, często zabierała mnie do swojego różanego ogrodu, gdzie czytała mi swoje wiersze i mnóstwo zmyślonych historii o kwiatach, miłości, przyjaźni i marzeniach. Z cierpliwością i dużą dozą delikatności, odpowiadała na wszystkie moje dziecinnie naiwne pytania. Wszystkie traktowała bardzo poważnie, chociaż czasem niektóre jej odpowiedzi były dla mnie niejasne. Jako dziecko często nie potrafiłem ich zrozumieć. Babcia lubiła zagadki i chciała zmusić mnie do myślenia. Jej ulubionym powiedzonkiem było "Rusz mózgownicą, chłopcze. Przecież nie nosisz jej od parady." Nigdy nie narzucała mi swojego zdania, pozwalając mi wyciągać własne wnioski z jej słów. Czasem zaskakiwałem ją swoimi interpretacjami, ale cieszyła się z tego, mówiąc, że mam bujną wyobraźnię. Lubiła ją podsycać swoimi wesołymi opowiastkami, które zawsze skłaniały mnie do domysłów i zadawania mnóstwa pytań. Więc pytałem.

- Babciu, a co to życie? - zapytałem, machając ręką na ważkę, która przysiadła na rękawie mojej zielonej koszulki.

Jak zwykle siedzieliśmy na kraciastym kocu, wśród jej ukochanych kwiatów. Z zainteresowaniem przyglądałem się babci, która plotła pokaźnych rozmiarów wianek z polnych, różnokolorowych stokrotek. Ja też próbowałem, jednak wszystkie kwiatki od razu łamały się od nacisku moich niecierpliwych palców. Westchnąłem z irytacją i wyrzuciłem szczątki swojego dzieła w oczko wodne, zapewne narażając się tym samym na gniew pływających w nim karpi.

Babcia przerwała swoją pracę i zamyśliła się, ze zmrużonymi oczami patrząc na rozciągający się przed nami horyzont. Słońce powoli zachodziło, otulając wszystko swoim pomarańczowym, przytłumionym światłem. Kochałem tutejsze zachody słońca. Znacznie różniły się od tych, które miałem okazję obserwować w tłocznym Londynie. Te były bardziej przejmujące, bardziej wyjątkowe i zwyczajnie piękniejsze, bo odbywały się wśród natury, a nie strzelistych wieżowców.

Minuty się przeciągały i zniecierpliwiony zacząłem wiercić się na swoim miejscu. W tym samym czasie babcia postanowiła dokończyć swoją kwiecistą robótkę i gotowy wianek ułożyła na moich rozczochranych, jasnobrązowych włosach. Wyciągnąłem dłoń, by go z siebie zdjąć, bowiem wianki kojarzyły mi się z noszącymi je dziewczynami, a to zdecydowanie mi nie odpowiadało. Powstrzymałem się jednak, widząc jej czuły uśmiech. Opuściłem dłoń i przymknąłem powieki, kiedy z troską pogłaskała mnie po policzku. Jej skóra pachniała lawendowym olejkiem, który sama robiła. Lubiłem ten zapach. Identyfikowałem go z babcią, miłością i bezpieczeństwem.

- Widzisz… życie to ja i ty. - odpowiedziała łagodnie, przysuwając się i obejmując mnie ramieniem, a w jej szarych oczach błyskały ciepłe iskierki. - To ten ptak…

Wskazała na jaskółkę, która przefrunęła nad nami, trzymając w dziobie kilka owadów. Patrzyłem za nią, dopóki nie zniknęła za kępą wysokich krzewów i spojrzałem z powrotem na babcię, która w świetle zachodzącego słońca przypominała dobrą wróżkę z Kopciuszka.

- To ten kwiat…

Zerwała największą stokrotkę i musnęła nią mój nos, na co automatycznie przetarłem go rękawem i zachichotałem cicho.

- … i to drzewo. - wskazała dłonią na wielką, strzelistą sosnę, która rosła jakieś dwa metry od nas.

Patrzyłem na nią z uchylonymi ustami, bo drzewo było naprawdę na swój sposób piękne i fascynujące.

- To wszystko, co tu widzisz to życie, Liam. To wspaniały dar, który dostaliśmy od Boga. On nam je ofiarował, jednak nie powiedział, jak mamy z niego korzystać. - babcia przygarnęła mnie do siebie, głaszcząc moje włosy, a ja mocniej się w nią wtuliłem, wdychając jej kwiatowy zapach. - To od ciebie zależy, co z nim zrobisz, mój mały. Musisz jednak pamiętać, że w życiu piękne są tylko chwile, więc każdego dnia trzeba czerpać z niego jak najwięcej. Każda chwila jest wyjątkowa i nigdy nie da się jej przeżyć dwa razy. Obiecaj mi, że nałapiesz dużo pięknych chwil.

Uniosłem głowę i, stłumiwszy potężne ziewniecie, uśmiechnąłem się sennie.

- Obiecuję, babciu.



- Liam?

- Tak, obiecuję, że ich poinformuję. - mruknąłem w roztargnieniu i spojrzałem z powrotem na pannę Riley. Niemal całkowicie zapomniałem, że nadal znajduję się w klasie pełnej moich kolegów.

Nauczycielka zmarszczyła czoło, jednak pokiwała głową i nakazała mi zająć miejsce w ławce. W duchu odetchnąłem z ulgą, ponieważ nie lubiłem być w centrum uwagi. Siadając, kątem oka zauważyłem po swojej prawej stronie błysk zieleni.

Do końca zajęć czułem, że osoba siedząca pod oknem nie spuszcza ze mnie wzroku.

~*~

- Oh, do jasnej cholery. - mruknąłem rozdrażniony.

Jednym gwałtownym ruchem wyrywałem zapisaną do połowy kartkę i zgniotłem ją w pięści. Położyłem ją obok torby, by nie zapomnieć jej ze sobą zabrać. Nie chciałem pozostawiać na polanie żadnych śmieci. Kochałem to miejsce. Czułem się w nim dobrze i bezpiecznie. Lepiej, niż w domu, gdzie rodzicie przypominali dwójkę nienawidzących się wrogów. Tylko tutaj mogłem w spokoju pisać i rozmyślać. Byłem daleko od problemów moich rodziców, daleko od szkoły i daleko od rzeczywistości.

Jednak dzisiaj z niewyjaśnionej przyczyny nie potrafiłem się skupić. Słowa nie chciały ze sobą współpracować, wskutek czego tworzone przeze mnie zdania brzmiały całkowicie nielogiczne i głupio. Nie wiedziałem, co się ze mną działo. Byłem całkowicie rozkojarzony od lekcji z panną Riley, chociaż wątpiłem, czy powodem było wspomnienie dawnej rozmowy z babcią.

Odłożyłem swój notes i oparłem głowę o pień brzozy, która dawała mi cień. Środek okrągłej polany zalany był jasnym światłem, które raziło w oczy i cieszyłem się, że rosła tutaj ta jedna brzoza. Prócz nie niej nie było tu żadnych drzew, dlatego według mnie była wyjątkowa. Wyjątkowa i samotna. Tak jak ja.

- Kurczę, ładnie tutaj.

Podskoczyłem na swoim miejscu i gwałtownie otworzyłem oczy, słysząc nad sobą ochrypły, męski głos, który wyrwał mnie z letargu.

Chłopak uśmiechał się do mnie szeroko, prezentując mi idealnie proste, białe zęby i dwa dołeczki w zarumienionych policzkach. Ciemne loki odstawały mu w każdym możliwym kierunku, a część z nich opadła na jego czoło, jednak i tak doskonale widziałem te intensywnie zielone tęczówki, którymi mnie teraz przeszywał. Miał na sobie kraciastą koszulę i wąskie, ciemne dżinsy, przez które jego nogi wydawały się być jeszcze bardziej długie i szczupłe. Widziałem, że był ode mnie wyższy, co najmniej o głowę. Nie czekając na odpowiedź, rzucił swój plecak obok mojej torby i bez zaproszenia siadł przy moich zgiętych nogach.

Niemal zachłysnąłem się powietrzem, widząc jego zuchwałość. Za kogo on się uważał, że tak zwyczajnie wtargnął do mojego azylu?

- Co tu robisz? - warknąłem niezbyt przyjaźnie, jednak na chłopaku nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Wręcz przeciwnie. Przysunął się jeszcze bardziej, po czym wyjął ze swojego plecaka dwie kanapki, jedną kładąc przy mojej dłoni.

- Wiesz, to samo pytanie mógłbym zadać tobie. - wymamrotał, przeżuwając ogromny kęs bułki z szynką.

Zmarszczyłem brwi.

- To moja polana. - rzuciłem wyniośle, posyłając mu groźne spojrzenie.

Chłopak przełknął, po czym przeniósł wzrok na mnie. Z jakiegoś powodu poczułem się nagle niepewnie, kiedy te zielone oczy lustrowały moją twarz. Były duże i niewinne, jednak miały w sobie coś przyciągającego, władczego. Wyprostowałem się na swoim siedzeniu i zacisnąłem palce w pięści.

- Tak? No to gdzie ją podpisałeś? - zapytał zaczepnie, a w jego niskim głosie dźwięczało rozbawienie. Zdecydowanie nie brał mnie na poważnie.

Zgrzytnąłem zębami.

- Nie muszę jej podpisywać. Jest moja i tyle!

Dlaczego po prostu nie mógł sobie pójść?

- Słaby argument. – stwierdził, po czym znowu wgryzł się w kanapkę. Spojrzał na mnie i tę drugą położył na moim brzuchu. – Ta jest dla ciebie. Z serem, bo nie miałem więcej szynki.

- Nie chcę twojej kanapki. – prychnąłem i położyłem mu ją na podołku, na co tylko wzruszył ramionami.

W dwóch kolejnych kęsach zjadł bułkę i przetarł usta dłonią. Rozejrzał się dokładnie po polanie, i wybuchnął śmiechem, kiedy kilka skowronków zaczęło swój powietrzny wyścig, nawołując do siebie melodyjnymi gwizdami. Wyglądał tak, jakby to była najpiękniejsza rzecz, jaką widział. Jego oczy błyszczały, a dziecinną twarz rozświetlił promienny uśmiech, co sprawiło, że wyglądał teraz bardzo niewinnie i bezbronnie. Przyszło mi do głowy, że ten chłopak mimo swojej butności i wesołego usposobienia był w środku bardzo kruchy. Nie miałem pojęcia, skąd ta myśli wzięła się w mojej głowie, więc szybko ją z niej wyrzuciłem. Był po prostu bezczelnym dzieciakiem z za dużymi jedynkami, który wtargnął bez zaproszenia do mojego miejsca.

- Jestem Harry. Harry Styles…

- Nie obchodzi mnie, jak masz na im… - jednak nie dokończyłem, bo chłopak jak gdyby nigdy nic kontynuował dalej.

- … i chodzimy razem do klasy. Ty jesteś Liam, prawda? Kurczę, właściwie jeszcze nikogo tu nie znam. Przeprowadziłem się tu z tatą miesiąc temu, ale nadal wszystko jest takie nowe. Trochę mi trudno zapamiętać tych wszystkich ludzi. Wiesz, tyle obcych twarzy, a ja nie ma zbyt dobrej pamięci. Jednak ciebie zapamiętałem od razu. Nie odzywałeś się, ale pomyślałem, że fajnie będzie cię poznać. Lubię rozmawiać, ty chyba mało mówisz. Zresztą, ja też czasem mogę nic nie mówić. Chociaż nic niemówienie jest trochę nudne. Ale mogę do tego przywyknąć, nie przeszkadza mi ,że…

- Mógłbyś na chwilę przestać gadać? – spojrzałem na niego, szerzej otwierając oczy. Od jego głośnego trajkotania zaczynała boleć mnie głowa. Wolałem ciszę, a jego ochrypły, niski głos rozbrzmiewał po całej polanie.

- Oh, przepraszam. – powiedział, pocierając kark i uśmiechnął się do mnie delikatnie. – Mogę przestać gadać, jeśli ci to przeszkadza. Chciałbym się z tobą zaprzy…

- Nie. – przerwałem mu ostro i podniosłem się z ziemi, otrzepując jasne dżinsy.

Zacząłem zbierać wszystkie kartki do torby, po czym zasunąłem zamek i zarzuciłem ją sobie na ramię. Odwróciłem się, zamierzając zwyczajnie odejść, ale Harry złapał mnie za nadgarstek. Zaskoczony spojrzałem na jego dużą dłoń, która mocno mnie trzymała, jakbym miał zamiar go ugryźć. Szybko ją zabrał, rumieniąc się nieznacznie.

- Dlaczego nie? – zapytał prosto, patrząc mi w oczy. – Nie widziałem, abyś miał jakichś kolegów.

- Nie przyszło ci do głowy, że może ja nie chcę mieć żadnych kolegów? A może te loki blokują ci przepływ myśli, co?

Chłopak machinalnie dotknął swoich włosów i wydął dolną wargę. Wyglądał na lekko zaskoczonego i nawet zranionego moim wrogim zachowaniem, jednak nie zamierzałem popadać w wyrzuty sumienia. Zasłużył na to, prawda? Niepotrzebnie tu za mną przylazł.

- Dlaczego taki jesteś?

Odwróciłem się na pięcie, kierując się ku wąskiej ścieżce, która wyłaniała się spomiędzy małych świerków.

- Nie lubię ludzi. – rzuciłem przez ramię, nawet się nie oglądając.

~*~

sobota, 12 czerwca 2012 rok

- Cześć.

- Nie poddajesz się, co? – mruknąłem, nie odrywając wzorku od kartki, na której mój długopis zaciekle wirował. Byłem na mojej polanie już od ponad dwóch godzin i podświadomie wiedziałem, że Harry znowu się pojawi, więc nie byłem zaskoczony, gdy jego postać rzuciła na mnie długi cień. Poczułem w środku jakieś dziwne, niechciane uczucie. Coś jakby… radość. Potrząsnąłem głową, chcąc jak najszybciej się tej myśli pozbyć. Wcale nie cieszyłem się, że Harry przyszedł tu po raz drugi, by się ze mną zaprzyjaźnić. Byłem samotnikiem i jego towarzystwo było mi zbędne.

- Jestem jednym z tych upierdliwych i upartych. – zaśmiał się i usadowił na trawie obok mnie.

Nagle jego loki zasłoniły mi długopis i zrobiłem na kartce dużego kleksa, na co zmieliłem w ustach przekleństwo. Wiatr poderwał kilka kręconych kosmyków, które załaskotały mnie w szyję, i zawierciłem się niespokojnie. Do nozdrzy wdarł mi się przyjemny zapach rumiankowego szamponu i nieświadomie się nim zaciągnąłem, na chwilę przymykając oczy. Woń była bardzo przyjemna. Przypominała mi zapach płynu, w którym babcia płukała wszystkie swoje ciepłe swetry.

Gdy otworzyłem oczy Harry patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Chrząknąłem i przybrałem obojętną minę, odganiając w międzyczasie pszczołę, która zaczynała nad nami wirować, bzycząc wściekle.

- Co piszesz? – zainteresował się.

Owad odleciał, na co odetchnąłem z ulgą, i zgiąłem kartkę, chowając ją do tekturowej teczki. Dalsze próby pisania nie miały sensu. W tej chwili zapomniałem wszystkiego, co chciałem zapisać i była to jego wina. Nie chodziło o to, że rozkojarzyła mnie jego obecność. Nie, po prostu mi przeszkodził.

- Nic takiego. Same bzdury, naprawdę. – machnąłem lekceważąco dłonią, patrząc jak unosi brew ku górze.

Szturchnął mnie zaczepnie w ramię, a ja od razu poczułem w tym miejscu przyjemne ciepło, które zaczęło mnie rozgrzewać. Tłumaczyłem sobie, że to zapewne od promieni słonecznych, które przedzierały się przez gałęzie mojej smukłej brzozy. Nie było innego powodu.

- Nieprawda. Przeczytałem kilka zdań i absolutnie nie uważam, że są to bzdury. Masz talent. – stwierdził i sięgnął po małą, papierową torebkę.

Zamyśliłem się na chwilę, patrząc jak długimi, delikatnymi palcami zdziera brązowy pergamin z ciepłej grzanki. Poczułem smakowity zapach przypieczonego chleba i czosnkowej przyprawy. Zapach domowego jedzenia, którym zawsze witała mnie babcia.

- Naprawdę tak myślisz?

To pytanie samo wyszło z moich ust, chociaż nie zamierzałem tego mówić. Przecież nie obchodziła mnie jego opinia. On też mnie nie obchodził, bo nie lubiłem ludzi. Jednak coś podpowiadało mi, że nie będzie tak łatwo nie lubić Harry’ego Stylesa.

Chłopak spojrzał na mnie znad grzanki i uśmiechnął się promiennie.

-Pewnie, że tak myślę. – odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

Mimowolnie się uśmiechnąłem. Może przez jego słowa, a może przez to, z jakim entuzjazmem pochłaniał pieczywo. Zupełnie jakby napełnienie żołądka było w tej chwili najważniejszą rzeczą na świecie.

- Chcesz grzankę? – wyciągnął rozerwany i lekko zatłuszczony papier w moją stronę, wyglądając jak mały przedszkolak, który dzieli się swoim podwieczorkiem.

- Nie jestem głodny. – skłamałem, jednak jak na komendę w moim brzuchu zaczęło głośno burczeć z głodu, przez co zalałem się rumieńcem. Zdrajca, pomyślałem.

Chłopak parsknął śmiechem i przysunął jedzenie bliżej mnie.

- Jasne. Wierzę ci. – żachnął się – Bierz póki ciepłe. Jak wystygną można na nich złamać ząb. Wiem, co mówię.

Tym razem nie odmówiłem.

~*~

niedziela, 13 czerwca 2012 rok

- Z sekretarką?! Poważnie? – Harry wybuchnął niekontrolowanym chichotem, odchylając głowę do tyłu i łapiąc się za brzuch. – Twój ojciec nie jest zbytnio oryginalny. Zdrada z sekretarką jest już przereklamowana.

Obaj zaśmialiśmy się głośno, chowając twarze w zielonej, miękkiej trawie. Czułem, że dzięki niemu cały stres i niepokój uleciały ze mnie niczym pęk balonów, pozostawiając po sobie przyjemną pustkę. Jego humorystyczne podejście do całej sprawy sprawiło, że problem z którym nie umiałem sobie poradzić przez dłuższy czas, nagle stracił na swojej wadze. Nie był już tak duży i przytłaczający. Stał się bezwartościową błahostką, którą nie warto zaprzątać sobie głowy.

Sam nie wiem, w którym momencie całkowicie się przed nim otworzyłem. Harry jak zwykle przyszedł na moją polanę i wyciągnął kanapki, z zainteresowaniem przyglądając się, jak piszę kolejną historię. Kiedy zaczął się nudzić, rzucał w moim kierunku mnóstwo pytań o błahostki. Pytał o mój ulubiony kolor, potrawę, liczbę, dzień tygodnia. O to czy wolę książki od filmów. Czy oglądałem ostatnią część Star Trek’a. Czy mam zwierzątko. Jednak, gdy zaczął wypytywać o moją rodzinę zwyczajnie poczułem potrzebę, by o wszystkim mu opowiedzieć. O zdradzie ojca. O mamie, która każdego dnia coraz bardziej wypalała się na moich oczach i o babci, która kazała mi się cieszyć chwilą. Opowiedziałem też o mojej ucieczce w pisanie, która dawała mi poczucie oderwania się od problemów.

Mówiłem i mówiłem, co jakiś czas nabierając do płuc powietrza, a Harry ani razu mi nie przerwał. Wpatrywał się we mnie uważnie, okazyjnie potakując potarganą głową i mrucząc ciche ‘mhm’. Dotarło do mnie, że naprawdę tego potrzebowałem. Potrzebowałem wyrzucić z siebie te wszystkie przytłaczające myśli, które skumulowały się we mnie przez te kilka miesięcy. Teraz czułem się zadziwiająco lekki i zrelaksowany.

Nigdy z nikim nie rozmawiałem o tym, co powoduje u mnie strach, niepokój, czy zmartwienie, jednak w Harry’m było coś takiego, co sprawiało, że mu zaufałem. Nie musiałem się obawiać, iż komukolwiek wyjawi moje tajemnice. Zwyczajnie wiedziałem, że tego nie zrobi. Bo to był Harry. Chłopak, który potrafił słuchać i częstować kanapkami.

Przekręciłem się na prawy bok, unosząc się na łokciu. Spojrzałem na Harry’ego, który trzymał w zębach źdźbło trawy i nucił cicho, jakąś nieznaną mi melodię. Wykorzystałem fakt, że jego powieki były przymknięte i dopiero teraz tak naprawdę mu się przyjrzałem. Nienaturalnie długie i gęste rzęsy rzucały cienie na jego zaróżowione on śmiechu i słońca policzki, a w prawym, za sprawą nieznacznego uśmiechu, widniał dołeczek. Najbardziej charakterystyczną w nim rzeczą, były jego ciemne loki, które szczelnie opatulały jego drobną, chłopięcą twarz w kształcie serca. Drugą były oczy. Najbardziej zielone oczy, jakie kiedykolwiek widziałem. W kolorze szmaragdów albo wczesnej, wiosennej trawy. Tak, były jak trawa, na której leżeliśmy i podobało mi się to porównanie. Było proste, ale wiedziałem, że Harry nie lubił wzniosłych określeń. Pasowała do niego ta prostota, bo swoją osobowością nadawał jej szczególnego, niezwykłego znaczenia.

Wystarczyły mu trzy dni. Trzy dni, by zburzyć moje mury, które tak misternie wokół siebie budowałem. Trzy dni, bym mu zaufał i zdał sobie sprawę, że jednak kogoś potrzebuję. Że potrzebuję jego. Zielonych oczu, dużych rąk i szerokiego uśmiechu, który zawsze widniał na jego pełnych, nieporadnych i nieco krzywych ustach. Ta myśl uderzyła we mnie tak nagle, że niemal nie wylądowałem na powrót twarzą w trawie.

- Dlaczego chciałeś się ze mną zaprzyjaźnić? – zapytałem bez namysłu, a Harry otworzył oczy.

Jego spojrzenie znowu mnie poraziło. Miałem wrażenie, że za każdym razem, gdy na mnie patrzył, jego tęczówki stawały się coraz bardziej zielone. Zupełnie, jakby rozbłyskiwały na mój widok. Zawierciłem się nerwowo, ignorując ucisk w żołądku. Było mi nieswojo, bo było to jedno z tych przyjemnych, radosnych zakłuć i nie wiedziałem, czemu akurat czułem je przy Harry’m.

- Jestem nudny. Mało ciekawy. Nie mam poczucia humoru, ani…

Wypluł wysuszone źdźbło i również uniósł się na łokciu. Nawet teraz nade mną górował.

- Jesteś inny. – powiedział, a ja spuściłem wzrok. Wiedziałem, co to znaczy. Tym słowem zawsze określano wyrzutków i frajerów. Wykrzywiłem usta, jednak nagle poczułem, że jego ciepłe palce unoszą mój podbródek do góry, zmuszając mnie, bym na niego spojrzał. Uśmiechał się do mnie delikatnie. – … a to znaczy, że jesteś wyjątkowy, Liam. Lubię wyjątkowe rzeczy.

Dziwnie spokojny ułożyłem się z powrotem na dywanie z trawy i patrzyłem, jak Harry wyjmuje z pojemnika dwie kanapki.

Chyba zaczynam łapać piękne chwile, babciu.

~*~

poniedziałek, 14 czerwca 2012 roku

Harry był dzisiaj cichy. Poprosił, abym opowiedział mu historię, którą tak skrupulatnie zapisywałem w swoim grubym notatniku. Od razu zauważyłem, że coś jest nie tak. Jego skóra była nienaturalnie blada, a na jej powierzchni pojawiały się przeźroczyste kropelki potu, chociaż temperatura była o wiele niższa niż wczoraj. Dopiero teraz dostrzegłem, jak bardzo szczupły i delikatny jest ten chłopak. Biała koszulka w serek odsłaniała blade, mocno wystające obojczyki, a palce były jeszcze dłuższe i bardziej kościste. Zaciskał je na ofoliowanej kanapce, której jeszcze nie tknął. Zieleń w jego dużych oczach była przygaszona, jakby zasnuta pajęczyną, a policzki nie były pucołowate i rumiane. Nagle poczułem, jak po moim kręgosłupie przepływa strużka zimnego potu.

Moje ciało ogarnął niepokój i strach. Nie wiedzieć czemu, znikąd przyszło mi do głowy, że mogę stracić Harry’ego. Stracić chłopaka, który siłą swojego zielonego spojrzenia zburzył moje mury. Który, zapewne nieświadomie, podarował mi kilka pięknych chwil.

Przerwałem opowieść i rzuciłem swój notatnik na ziemię. Przesunąłem się na trawie i zarzuciłem ramiona na szyję chłopaka, ostrożnie przyciągając go do siebie. Wtuliłem twarz w jego miękkie loki i w tym momencie poczułem ciepły oddech na swojej skórze, kiedy jego nos znalazł się we wgłębieniu mojej szyi. Skulił się pode mną, czepiając się mojej pomiętej, szarej koszulki niczym mała małpka. Zadrżał lekko, na co od razu zacząłem pocierać jego plecy, nieświadomie zaczynając się razem z nim kołysać.

- Harry… - zdziwiłem się, słysząc, jak bardzo słabo brzmiałem.

- Liam, obiecaj, że mnie zapamiętasz. – powiedział, mocniej się do mnie przytulając. Jego głos był, jak zwykle ochrypły, ale i zdecydowany. Wychwyciłem w nim też błagalną nutkę.

- Co ty mówisz? – zmarszczyłem brwi, słysząc słowa chłopaka. Nie podobało mi się to. Nagle zdawało mi się, że temperatura na polanie spadła do zera, a krew w moich żyłach tężeje.

- Po prostu obiecaj, dobrze?

Milczałem przez długą minutę.

- Obiecuję, Harry. – westchnąłem cicho.

Próbowałem zdusić w sobie nieprzyjemne przeczucie, które podpowiadało mi, że zdarzy się coś złego.

wtorek, 15 czerwca 2012 roku

Dzisiaj Harry’ego nie było na lekcji biologii, którą zaczynaliśmy każdy wtorek. Nie traciłem jednak nadziei. Chłopak mógł zaspać. Nawet mnie się to czasem zdarzało mimo, że ustawiałem najgłośniejszy i najbardziej irytujący dźwięk na poranny budzik. Nadal będąc dobrej myśli, poszedłem na lekcję angielskiego, jednak na niej również Harry’ego nie było. Godziny mijały mi niezwykle powoli i gdy usłyszałem ostatni dzwonek ogłaszający koniec zajęć, gwałtownie złapałem z podłogi swoją skórzaną torbę i niemal wybiegłem z klasy.

Gdy dotarłem na polanę, od razu rzuciłem swoje rzeczy pod moją brzozę po czym usiadłem obok nich, nasłuchując. Nie słyszałem nic, prócz głosu skowronka, który śpiewał jakąś rzewną melodię, siedząc na najniższej gałązce głogu.

Czekałem. Sekundy zamieniały się w długie minuty, a minuty w godziny. Jednak nie usłyszałem wesołego „cześć”, wypowiedzianego ochrypłym głosem przez chłopaka, do którego tak bardzo zdążyłem się przywiązać. Harry nie przyszedł. Opuściłem naszą polanę dopiero wtedy, gdy z oddali dotarło do mnie wycie wilków, a owalną łąkę zalało wyblakłe światło księżyca.

~*~

Dni mijały, a Harry nigdzie się nie pojawiał. Było tak jakby nagle zniknął, wyparował. Zaczynałem się zastanawiać, czy naprawdę kiedykolwiek z nim rozmawiałem. Czy dotykałem jego miękkich, sprężystych loków i słyszałem jego ochrypły, dźwięczny śmiech. W nocy zrywałem się zlany potem, ponieważ w swoich snach widziałem duże, zielone oczy, które ufnie się we mnie wpatrywały. Dopiero teraz zrozumiałem, jak bardzo się od tej zieleni uzależniłem.

Gdzie jesteś Harry? Dlaczego nie pozwalasz mi nałapać więcej pięknych chwil?

~*~

sobota, 19 czerwca 2012 roku

Gdy po raz kolejny zjawiam się na polanie, dostrzegam zapisaną kartkę, którą ktoś przyczepił na pniu mojej brzozy. Tylko jedna osoba wiedziała o tym miejscu.

Rzuciłem plecak, do którego zapakowałem dwie kanapki – jedną z serem, a drugą z szynką – i w dwóch susach podbiegłem do drzewa. Zerwałem ją ostrożnie, uważając, by nie podrzeć pomiętego do granic możliwości papieru.

Widząc pochyłe, drobne pismo, które tak bardzo do niego pasowało, zsunąłem się po pniu na trawę.

„Drogi Liamie,

Kochany Liamie,

Cześć.

Wiesz, nie jestem dobry w pisaniu listów. To takie staroświeckie i niemodne, nie? Jednak Ty lubisz pisać. Ja jestem z tych, którzy ciągle coś mówiąc, trajkoczą jak najęci o wszystkim i o niczym, co pewnie zauważyłeś. O czym to ja… Ah, tak. Więc… Chcę Cię przeprosić. Przepraszam, że stchórzyłem i uciekłem się do napisania listu. Mimo tego, że lubię rozmawiać, to tak było prościej. Myślę, że nie potrafiłbym powiedzieć Ci tego, stojąc przed Tobą i patrząc w Twoje oczy. Wiesz? Lubię Twoje oczy. Są takie brązowe, jak… jak czekolada! Lubię czekoladę, chociaż dawno jej nie jadłem. To smutne, ale podobno przez cukier moje leki mogłyby się nie przyjąć, chociaż uważam, że to głupie. W końcu, co za różnica? Jestem ciekaw, czy Ty też lubisz czekoladę. Żałuję, że Cię o to nie spytałem. Wiem, wiem. Pewnie zastanawiasz się o co mi chodzi z tym całym listem, nie? Kurczę, nawet nie wiem za bardzo jak to przystępnie napisać. Jestem w tym beznadziejny. Założę się, że Tobie pisanie listów nie sprawia tylu trudności. Bo Ty jesteś artystą. Lubię tak o Tobie myśleć. Pasuje Ci to określenie, naprawdę. Cieszę się, że mogłem przyjaźnić się z artystą. To takie wspaniałe! Szkoda, że ja nigdy nim nie będę. Nigdy Ci tego nie mówiłem, ale marzyłem, by zostać muzykiem. W naszym starym domu w Home Chapel miałem nawet fortepian. Mama nauczyła mnie na nim grać zanim…zanim umarła. Ale to było dawno temu. Jak to się mówi – dawno i nieprawda, właśnie tak! I tak nigdy bym nim nie został. W końcu muzyk z białaczką? Tego jeszcze nie grali. Tak, nie mówiłem Ci, że mam białaczkę. Nie chciałem, żebyś mnie inaczej traktował. Nie chciałem litości. Podobało mi się, że przy Tobie mogłem udawać, że wszystko jest w porządku. Że jestem zdrowy i wcale nie liczę dni do swojej śmierci. Bo je liczyłem, wiesz? Lekarze dali mi pół roku życia i te pół roku minie w tym tygodniu. Może to dziwne ale nie jest mi tak bardzo smutno, a wiesz czemu? Bo pozwoliłeś mi się z Tobą zaprzyjaźnić. Byłeś jedynym przyjacielem, jakiego miałem. Jedynym i najlepszym. I dlatego nie chciałem się z Tobą spotykać. Byłoby mi trudniej, gdybym znowu zobaczył Twoje oczy i tę śliczną polanę. Cieszę się, że dzięki Tobie nazbierałem dużo pięknych wspomnień. Zabiorę je ze sobą. Przepraszam. Wiem, że to trochę samolubne, ale mam nadzieję, że Ty też ich trochę nazbierałeś. Chyba będę już kończyć, bo robię się trochę śpiący. Nienawidzę spać w dzień, bo wtedy strasznie dużo tracę, a i tak nie zostało mi wiele czasu.

PS: Przepraszam, że przynosiłem Ci tylko kanapki z serem, ale prawda jest taka, że wyjadałem całą szynkę.

PS2: Obiecaj, że zawsze będziesz się uśmiechał, bo bardzo lubiłem Twój uśmiech. Obiecaj, że nie będziesz płakał, bo zobaczę to z góry i też się rozpłaczę. Obiecaj, że mnie nie zapomnisz, Liam.

Twój Harry.”

Przycisnąłem kartkę do piersi i położyłem się na trawie. Miejsce na którym leżał Harry nadal odznaczało się na równym, zielonym dywanie. Przejechałem po nim palcami i spojrzałem na małe krzaczki poziomek, na których czerwieniły się owoce.

Przymknąłem oczy i wsłuchałam się w szum wiatru, który tańczył między gałęziami drzew, poruszając liście, a także moją przydługawą grzywkę. Było spokojnie. Drzewa nadal szeleściły, ptaki tkały swoje gniazda, a białe bałwany leniwie poruszały się po letnim, błękitnym niebie. Pozornie nic się nie zmieniło, a jednak nie było tak samo. To miejsce nie było takie samo bez chłopaka z lokami i uśmiechem przyozdobionym dwoma dołeczkami.

- Obiecuję, Harry. – wyszeptałem.

Pojedyncza łza wypłynęła spod moich zaciśniętych powiek i wylądowała w zielonej trawie.

~*~

sobota, 26 czerwca 2012

Znowu byłem na naszej polanie, jedząc poziomki, które zasypały owocami całą łąkę. Skowronek znowu śpiewał swoją smutną melodię, siedząc na gałązce głogu, a brzoza po raz kolejny chroniła mnie przed upałem. Mój notatnik leżał przy torbie, razem z listem, który ciągle przy sobie nosiłem. Składałem i rozkładałem go tak wiele razy, że papier w kilku miejscach naddarł się lekko i całkowicie pomiął.

Minął tydzień od pogrzebu Harry’ego na którym się nie pojawiłem. Nie zniósłbym widoku trumny wkładanej do głębokiego grobu, w której leżało jego drobne, zimne ciało. Chciałem zapamiętać go żywego. Z zielonymi, błyszczącymi radośnie oczami, gęstymi lokami i ciemnymi rzęsami, które kładły długie cienie na jego zarumienione, gładkie policzki. Był moim Harrym, którego na zawsze będę nosił w sercu. Moim Harrym, który nauczył mnie, jak należy łapać piękne chwile.

Wyciągnąłem rękę po nieco przybrudzoną kartkę papieru, na której widniało jego staranne pismo i delikatnie ją pogłaskałem. Uśmiechnąłem się, oglądając zaczerwienioną od maleńkich owoców polanę i wystawiłem twarz do słońca.

Nałapałem kilka szczęśliwych chwil, babciu. Z Harrym. W miejscu, w którym rosły poziomki…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz