niedziela, 19 stycznia 2014

771

Lew zakochał się w owcy.

Biedna, głupia owca…chory na umyśle lew masochista.




Szedłem powoli pustą parkową alejką, uważnie się rozglądając.W świetle lamp wszystkie ławki kute z ciężkiego żelaza oraz jeszcze nie do końca przystrojone w liście drzewa i krzewy wyglądały inaczej niż w świetle dnia, bardziej tajemniczo, bardziej niepokojąco. Mimowolnie przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz więc jeszcze głębiej wsadziłem dłonie do kieszeni moich ciemnych spodni.

Wiedziałem, że musi być gdzieś blisko, za sprawą cynamonowego posmaku w ustach, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy jeden z nich był w pobliżu. Z każdym kolejnym krokiem smak przyprawy w moich ustach stawał cię coraz intensywniejszy. Miałem ochotę splunąć, by pozbyć się tej okropnej słodkości z moich ust ale wiedziałem, że to nic nie da, a tylko jeszcze bardziej pogorszę sprawę.



Wieczór, mimo dającej się wyczuć w powietrzu wiosny, był chłodny, i teraz żałowałem, że nie narzuciłem na siebie czegoś cieplejszego, niż przyduża dżinsowa kurtka. Na nogach miałem lekkie trampki, więc mogłem stąpać bezszelestnie, chociaż wiedziałem, że mimo tego bez trudu mnie usłyszy. Ich zmysły były niezwykle wyostrzone, to dzięki nim i nadludzkiej szybkości są takimi skutecznymi i groźnymi drapieżnikami. Ludzie nie mieli w starciu z nimi żadnych szans. Ale ja nie byłem zwykłym człowiekiem, zwykłym słabeuszem. Byłem Łowcą. W Bractwie Czarnego Krzyża szkolą nas jak zabijać te potwory. Brad, przewodniczący Rady Bractwa, mówi, że Zimnokrwiści to nasienie samego Szatana. Zepsute owoce związku Diabła z ludzką kobietą, która została skuszona i wydała na świat te krwiożercze bestie. Zasługują na wieczne potępienie, na wieczne oglądanie Krainy Grzeszników. A ja szkoliłem się po to aby je tam wysłać. Do cholernego Diabła.

Gdy zamordowali moją matkę i siostrę moja nienawiść do nich wypełniła mnie całego, wrząc w moim sercu i czekając na chwilę, w której będzie mogła się stamtąd uwolnić. To będzie chwila, w której pomszczę śmierć moich najbliższych, gdy stanę z ich oprawcą oko w oko i wbiję drewniany kołek głęboko w jego niebijące serce.

Alejka delikatnie zakręcała w prawo; poprawiłem moją przydługą i zapewne niemiłosiernie potarganą, blond grzywkę, by nic nie przysłaniało mi widoku. W takich sytuacjach sekunda nieuwagi mogłaby mnie kosztować życie, i co najważniejsze pozbawiłaby mnie możliwości zemsty. Nie mogłem do tego dopuścić, musiałem być ostrożny i czujny.

Nagle usłyszałem cichy szelest, dobiegający zza wysokiego, strzelistego krzewu po mojej lewej stronie. Była to chyba jakaś odmiana tui, one potrafiły osiągać duże rozmiary. Zapach cynamonu był teraz tak intensywny, że próbowałem nawet nie połykać śliny, nie chcąc by to słodkie świństwo dostało się do mojego gardła, i niemal nie zacząłem się przez to krztusić. Lewą ręką sięgnąłem do zaostrzonego kołka, wetkniętego za pasek spodni, który w tej chwili stał się jakby cięższy, a ja poczułem się pewnej, gdy moja dłoń spotkała się z chłodnym, gładkim drewnem. Krzew teraz wyraźnie się poruszył na moich oczach, a ja jednym płynnym ruchem wyciągnąłem moją broń, przybierając odpowiednią pozycję, gotowy do wbicia jej prosto w serce tego sukinsyna. Minęła pełna napięcia minuta, potem dwie i nic się nie działo. Nie spuszczałem oczu z krzewu, a moje ręce cały czas mocno ściskały kołek uniesiony do góry. Już miałem postąpić krok naprzód, kopnąć go, zrobić cokolwiek, gdy nagle do moich uszu dobiegło ciche, lecz wyraźne miau, i zaraz miałem okazję zobaczyć, jak zza swojej kryjówki, powolnym, wdzięcznym krokiem, wychodzi mała, czarna kulka futra. Spojrzał na mnie i w świetle latarni błysnęła figlarna zieleń. Jego oczy wydały mi się nad wyraz ludzkie i rozumne. Prychnął na mnie dwa razy, jakby zdegustowany moim zachowaniem, po czym, jak gdyby nigdy nic, zupełnie mnie ignorując, zaczął czyścić swoje błyszczące, gładkie futerko.

Ciężko wypuściłem powietrze z płuc, wcześniej nawet nie zdając sobie sprawy,że to dej pory je wstrzymywałem, całkowicie zdezorientowany i zaskoczony, i opuściłem ręce, pozwalając im swobodnie zwisać wzdłuż ciała.

Kot. Omal nie rzuciłem się z osikowym kołkiem na kota. Jak to możliwe? Czyżby mój instynkt łowcy, aż tak mnie zawiódł? Czy przestałem był nieomylny? Nigdy nie popełniałem tak głupich pomyłek, więc jak można wytłumaczyć to, co się teraz stało? Co z cynamonowym posmakiem w ustach, którego dla zabawy nazywałem "szarlotkowym ostrzeżeniem"? On nigdy mnie nie zawodził, pojawiając się zawsze wtedy, gdy w okolicy był jakiś wampir;ostrzegał mnie, informował o zagrożeniu i nakazywał czujność.

Teraz był tak intensywny, że przyprawiał mnie o mdłości, swoją słodkością i korzennym aromatem, a gdy kot przerwał swoją toaletę, podszedł do mnie bezszelestnie i z ogromną gracją, przywierając do mojej nogi, swoim kruchym ciałem, i łasząc się, jeszcze bardziej przybrał na sile.

Dla pewności jeszcze raz rozejrzałem się po pustej alejce ale nie zauważyłem niczego niepokojącego. Może to naprawdę był fałszywy alarm? W końcu nawet najlepszym Łowcom zdarzają się wpadki. A może wampir był tutaj niedawno, może dopadł tu swoją ofiarę, a futro kota zaabsorbowało jego zapach? Widocznie tak właśnie było, i dochodząc do tego wniosku poczułem bezsilną wściekłość, że znowu ktoś zginął, że ten bydlak znowu kogoś zabił, aby się posilić, a ja nic nie zrobiłem; jednak rozluźniłem się nieco. Uspokojony wetknąłem kołek z powrotem pod kurtkę i kucnąłem przed tym małym kłębkiem futra.

- No, i co mały? Skąd się tu wziąłeś? - wyciągnąłem rękę, chcąc go pogłaskać ale ten najeżył się i prychnął, jakby oburzony moją zuchwałością. Roześmiałem się, a on patrzył na mnie tak, jakby rozumiał każde moje słowo - Hej, spokojnie. Nie zrobię ci krzywdy. Ale ktoś inny mógłby. - westchnąłem i przysiadłem na piętach, przecierając dłonią oczy, nagle niezwykle zmęczony. - Nie powinno cię tu być. Nie, kiedy grasuje tu jakiś sukinsyn, pijący krew. Twoją też mógłby wypić. Powinieneś uważać. Nawet takie małe kotki nie są bezpiecznie.

Kot patrzył na mnie uważnie, błyskając intensywną zielenią w zwężonych źrenicach. Nigdy u nikogo, czy to u człowieka czy zwierzęcia, nie widziałem tak szmaragdowych oczu. Znowu, bardzo powoli i ostrożnie, wyciągnąłem dłoń, i tym razem mi się udało. Pozwolił mi się dotknąć, a ja korzystając z tego, zanurzyłem palce w aksamitnym, czarnym futrze, zachwycając się tym, jak przyjemne jest w dotyku. Zacząłem go delikatnie głaskać, przesuwając dłoń wzdłuż jego wygiętego grzbietu. Rozluźniłem się, a kot wydał z siebie cichy pomruk aprobaty, odchylając kształtny łepek do góry, cały czas mnie obserwując spod półprzymkniętych powiek.

- Co mam z tobą zrobić, hm? - zastanowiłem się głośno, nie licząc oczywiście na żadną odpowiedź. Kot usiadł na przeciwko mnie i zaczął się uważnie przysłuchiwać. - Pewnie nie masz dokąd pójść, na twojej szyi nie ma obroży, musisz nie mieć pana. Imienia też pewnie nie masz, co? - wydawało mi się, że kot nieznacznie poruszył łepkiem. - Może w takim razie jakoś cię nazwiemy? Co powiesz na Figaro? - kot prychnął głośno i uniósł swój łepek dumnie do góry. - Nie? No to może…Pirat? - kolejne prychnięcie. Nagle mnie olśniło. - Wiem. Nazwę cię Cinn.* - kot, rozchylił lekko pyszczek, jakby się zastanawiając, aż w końcu mruknął głośno, co było chyba zgodą.

- Okej, imię mamy z głowy.W takim razie, Cinn, co powiesz na to, żeby wybrać się do mojego domu? - zapytałem, jakby oczekując, że mi odpowie. - To właściwie niedaleko, nie będziemy się śpieszyć. Nie mam tu już nic do roboty, ty pewnie też. Idziesz ze mną? - kucnąłem przed nim, a ten przez chwilę stał, nie ruszając się, aż w końcu, podreptał wprost do moich wyciągniętych rąk. Podniosłem go, i teraz z bardzo bliska mogłem zobaczyć jego niesamowicie zielone źrenice tuż przed moją twarzą. Usadowił się wygodnie w moich ramionach, mrucząc cicho, a ja ruszyłem prosto do mojego domu, zastanawiając się co zrobić z tym fantem.

~

Otworzyłem drzwi do mojego mieszkania, które znajdowało się w starej, ale zadbanej kamienicy. Nie było duże; jeden pokój, mały salon połączony z kuchnią i łazienka. Dla mnie jednak było idealne. Czułem się tu bardzo dobrze. Od razu widać, że nie przyłożyłem się do przykładnego umeblowania go, nie stosując się do dzisiejszych trendów. Dwa różne krzesła przy kuchennym blacie, i stojący na nim wielki słoik na ciastka, w kształcie krowy, bujany fotel w kącie, przy oknie, stara, jasna kanapa w obicie w drobne wzory. Nad telewizorem wisiał Pocałunek Klimta, a obok niego wielki plakat wieży Eiffla, obok której, na półce przeznaczonej na odtwarzacz DVD i płyty, stał stary gramofon, na którym czasami puszczałem Beatlesów nagranych na winylach.

Był to misz masz który całkowicie mi odpowiadał, i w którym czułem się swobodnie. To moje małe królestwo, mój prywatny azyl.

Rzuciłem klucze od mieszkania, niedbale na starą, rzeźbioną szafkę, nogą zamykając drzwi, i lewą ręką zasuwając zasuwkę. Pozbyłem się również drewnianego kołka, który teraz nie był mi do niczego potrzebny. Ukucnąwszy, odstawiłem mojego gościa na lakierowaną, drewnianą podłogę i wyprostowałem się, patrząc na niego z góry. Rozłożyłem szeroko ręce i uśmiechnąłem się.

- Ta-dam. Tak mieszkam. I jak ci się podoba? - Cinn rozejrzał się podejrzliwym wzrokiem po mieszkaniu, węsząc, i wprawiając w ruch swoje długie wąsy. Nagle, cichutko, po kociemu kichnął i spojrzał na mnie z wyrzutem. - No co? Wybacz, nie miałem czasu zetrzeć kurzy. Ale chyba nie jest tak źle, co? Śmiało, rozgość się.- ściągnąłem dżinsową kurtkę i odstawiłem ją na wieszak. Kiedy pozbyłem się także trampek, skierowałem swe kroki od razu do lodówki, która niemal całkowicie świeciła pustkami. Na szczęście miałem jeszcze mleko, a z szafki nad kuchenką wyciągnąłem dwie miski, łyżkę i płatki śniadaniowe. Do jednej nalałem samo mleko, a do drugiej wsypałem trochę płatków i również zalałem je mlekiem. Wziąłem pierwszą miskę i postawiłem ją przed Cinnem. Nachylił się nad nią, wąchając jej zawartość, po czym prychnął i z niechęcią odwrócił od niej łepek.

- Ej! Myślałem, że koty lubią mleko. Co jest? Czemu nie chcesz pić? - wziąłem swoją miskę i również ją powąchałem. Nic nie poczułem, czyli jeszcze nie straciło daty ważności i nadawało się do spożycia. Zanurzyłem łyżkę w płatkach i zacząłem jeść, patrząc rozdrażnionym wzrokiem na kota, który wyglądał jakby był rozbawiony, o ile koty mogły tak wyglądać. - Musisz być głody. Na pewno dawno niczego nie jadłeś. Nic innego nie mam. Spróbuj, na pewno będzie ci smakować. Widzisz? Ja jem. - trajkotałem do niego z pełnymi ustami, pochłaniając już drugą z kolei miskę z miodowymi kółkami, nie pozwalając im nawet dobrze rozmięknąć. Gdy skończyłem zabrałem miskę sprzed jego nosa i razem z moją wsadziłem do zlewu, wylewając całe mleko, mamrocząc pod nosem coś niezrozumiałego,po czym je obie umyłem, wytarłem ściereczką i z powrotem wsadziłem do szafki. - Nie to nie. Twoja strata. Jeśli chcesz być głodny, proszę bardzo.

Wyminąłem go ostentacyjnie i wszedłem do swojej sypialni, po czym z powrotem wkroczyłem do salono-kuchni, trzymając w ręku czyste bokserki i wielki puchowy ręcznik w fioletowe paski. Kot przyglądał mi się z ogromnym zainteresowaniem,mrużąc delikatnie oczy, i co dziwne, pod wpływem tego zwierzęcego spojrzenia poczułem jak po moim ciele przechodzi dreszcz, który trudno było mi zinterpretować. Poczułem się niezwykle dziwnie bo te oczy były zbyt inteligentne, zbyt rozumne i nazbyt wypełnione trudnymi do określenia emocjami, by mogły należeć do zwykłego, domowego futrzaka. Potrząsnąłem głową i przetarłem dłonią oczy, które zaczynały mnie szczypać od zmęczenia. Włóczyłem się po Londynie cały dzień licząc, że szczęście w końcu się do mnie uśmiechnie i wreszcie dopadnę tego skurwiela. Jednak i to polowanie, podobnie jak poprzednie, skończyło się fiaskiem. Zamiast kołka ozdobionego krwią oprawcy mojej matki i siostry, przyniosłem do domu kota, który patrzył na mnie jak na mysz, którą ma zamiar upolować. Może to efekt zmęczenia i po prostu miałem zwidy.

Ten dzień był do dupy i jedyne czego pragnąłem w tej chwili, to długi, gorący prysznic i moje własne, cholernie wygodne, łóżko.

Prawie jak lunatyk wszedłem do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi. Przed lustrem zacząłem powoli zdejmować wszystko, co miałem na sobie. Moje palce systematycznie pozbywały się ubrań, a moim ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Doskonale, brakowało mi tylko pieprzonego przeziębienia. Zacząłem łajać się w myślach za to, że nie zabrałem na dzisiejszy wypad czegoś cieplejszego.

Kiedy zostałem już w samych bokserkach dokładniej przyjrzałem się swemu odbiciu. Włosy stanowiły na mojej głowie ogromny nieład, opadając mi na czoło i przysłaniając oczy, pod którymi widniały delikatne fioletowe cienie, wywołane zapewne zmęczeniem. Źrenice były nieco rozszerzone i przybrały barwę letniego nieba, lekko zasnutego poranną mgłą. Spojrzałem w dół i dopiero teraz, z zaskoczeniem zarejestrowałem to, jak bardzo wychudłem. Widocznie nieregularne, marne i niskokaloryczne posiłki, stres, ostre treningi i ciągle obecna w moim sercu chęć zemsty, dawały o sobie znać.

Wszystkie moje kości bardzo wyraźnie odznaczały się pod chorobliwie bladą, napiętą skórą i wyglądały jakby lada chwila miały ją przebić. Wcześniej nie docierało do mnie, jak bardzo jest ze mną źle. Mój stan psychiczny i fizyczny nie był najlepszy. Nie. Był cholernie zły, i jeśli chciałem go pokonać musiałem wziąć się w garść. Nie dla siebie- dla nich. Stojąc nad ich grobem, przysiągłem na wszystko w co wierzę, że je pomszczę. Dotrzymam słowa, choćby to miała być ostatnia obietnica, którą wypełnię.

Nagle poczułem jak ciężar zemsty na moich barkach, stał się jeszcze bardziej wyczuwalny, przybierając niemal materialną formę. Westchnąłem ciężko i ze znużeniem przejechałem dłonią po włosach, jeszcze bardziej je mierzwiąc.

Jedną ręką, bez większego problemu, zsunąłem ze swoich wąskich bioder bokserki i rzuciłem je niedbałym ruchem do kosza na brudną bieliznę. Powolnym krokiem ruszyłem w kierunku prysznica, majstrując chwilę przy kurkach, aż w końcu udało mi się ustawić idealną temperaturę. Gdy pierwsze krople rozprysły się na mojej nagiej, zziębniętej skórze, z ust wyrwało mi się głębokie, pełne ulgi westchnienie. Woda delikatnie obmywała moje ciało z kurzu, napięcia i zmęczenia. Czułem jak moje mięśnie powoli się rozluźniają, kiedy opuszczały je wszystkie negatywne emocje dzisiejszego dnia. Sięgnąłem na półkę po miętowy żel pod prysznic. Nabrawszy go na myjkę, zacząłem dokładnie mydlić klatkę piersiową i ramiona. Znajomy zapach mięty podziałał na mnie kojąco i orzeźwił moje, przytępione zmęczeniem, zmysły. Poczułem jak mój umysł się oczyszcza i relaksuje. Para wodna robiła się coraz gęstsza, tworzyła ochronną woalkę wokół mojego ciała. Byłem teraz odizolowany od wszystkiego, co przytłaczało mnie na zewnątrz i chciałem aby to trwało wiecznie.

Myjką zacząłem mocniej szorować wszystkie części ciała, chcąc przywrócić w nich odpowiednie krążenie. Dzięki owalnym ruchom dłoni i gorącej wodzie, po chwili poczułem jak rozchodzi się po mnie ciepło, niosąc ze sobą uczucie błogości. Mój umysł odpoczywał, zwalniał swoje obroty. Przymknąłem oczy i nastawiłem twarz pod natrysk prysznica, pozwalając wodzie dokładnie ją obmywać. W końcu wziąłem z półki szampon, i wylałem go odrobinę na moje wilgotne włosy. Zaciągnąłem się jego rumiankowym zapachem i zacząłem delikatnie wmasowywać go w skórę głowy. Powolne ruchy moich palców mnie uspokajały. Przypominały chwile z dzieciństwa mojego i Jay, kiedy to mama wsadzała nas do wanny pełnej białej piany i z matczyną delikatnością zmywała z nas plamy kolorowych farbek i kurzu.

A teraz ich obu nie ma. Zabił je. Zabił ze zwykłych prymitywnych pobudek, do których można zaliczyć głód krwi. Nie obchodziło ich kogo zabijają. Chodziło im tylko o to, żeby się posilić. Chociaż czasem zabijali ot tak, dla zabawy. Śledzenie ofiary było dla nich wyśmienitą rozrywką, idealnym sposobem na wypełnienie wieczności. Brzydziłem się tym. Brzydziłem się nimi i nienawidziłem ich całym sobą.

Nagle moim ciałem wstrząsnął dreszcz i dotarło do mnie, że skończyła się ciepła woda, a ja stoję ze zwieszonymi ramionami, oblewany chłodnymi kroplami, nieprzyjemnie siekącymi moją skórę. Miałem wrażenie, że wychodzę z jakiegoś dziwnego letargu. Wyszedłem ostrożnie spod prysznica, uważając by nie przewrócić się na mokrej podłodze. Potrząsnąłem głową niczym pies, a woda rozprysła się po białych kafelkach. Na powrót stanąłem przed lustrem, dokładnie badając wzrokiem każdy centymetr mojego nagiego ciała. Gorący prysznic rozgrzał mnie na tyle, że nie wyglądałem już jak chodzący trup. Skóra przybrała nieco zdrowszy, zarumieniony odcień, jednak nadal ciasno opinała moje wystające kości. Woda pomogła mi też zmyć z twarzy trochę zmęczenia, więc nie wyglądałem już tak źle. Sińce pod oczami niemal całkowicie zniknęły, co zarejestrowałem z zadowoleniem.

Wyciągnąłem rękę po ręcznik wiszący przy umywalce i zawiązałem go niedbale na moich wąskich biodrach. Musiałem nieco się postarać, by z nich nie spadł. Naprawdę musiałem lepiej się odżywiać. Łowca musiał być silny. Kiedy jeszcze mieszkałem w Zakonie Bractwa, codziennie mogłem liczyć na pełnowartościowy posiłek. Jadłospis był dokładnie dobierany do indywidualnych potrzeb. Jeśli brakowało ci białka, dostawałeś więcej ryb i nabiału, a jeśli żelaza, na twoim talerzu lądował spory wołowy stek i góra szpinaku. Czasem za tym tęskniłem, przynajmniej nie musiałem się wtedy martwić, że moja lodówka potrzebuje nowego zaopatrzenia.

Na szafce leżały moje świeże bokserki, więc ostatecznie zrzuciłem z siebie, już nieco mokry, ręcznik i nasunąłem je na biodra.

Wyszedłem z zaparowanej łazienki, w myślach taksując filmy, które mógłbym obejrzeć. Może coś o gryzoniach? Uśmiechnąłem się pod nosem, jakby zadowolony, że tego wieczoru nie spędzę samotnie. Wkroczyłem do małego saloniku i od razu zorientowałem się, że coś tu nie gra.

- Cinn? Kici, kici. Gdzie jesteś? - zacząłem cicho nawoływać, lecz po kocie nie było śladu. Rozejrzałem się po całym pomieszczeniu i nagle w moje nozdrza uderzył silny zapach szarlotki z cynamonem. Od razu odwróciłem się do szafki przy drzwiach ale kołek zniknął. Niech to, kurwa, szlag, przekląłem w myślach. Nie zdążyłem nic więcej pomyśleć, a do moich uszu dobiegł cichy, ochrypły i wyraźnie rozbawiony głos, którego tak nienawidziłem.

- Tego szukasz? - ten skurwiel z nonszalancją opierał się biodrem, o mój drewniany stół w jednej ręce obracając kołek. Byłem kompletnie zaskoczony. Jak się tu dostał? Nagle ze zgrozą coś sobie uprzytomniłem i miałem ochotę zastrzelić się, za swoją lekkomyślność. Miałem wrażenie, że znów siedzę, na jednej z wielu grubo ciosanych, dębowych ław, które były ustawione w półkolu, a na środku stoi nasz przywódca i mentor, mierząc każdego swoim surowym, doświadczonym wzrokiem, z ręką przy buteleczce ze święconą wodą, przytroczoną do pasa.Głos Brad’a w mojej głowie był tak wyraźny i obecny, jakby mówił to do mnie w tej chwili, stojąc tuż obok. Pamiętajcie,nigdy, ale to NIGDY nie wolno ich lekceważyć. Zimnokrwiści, podobnie jak Zmiennokształtni mają w sobie gen, warunkujący przemianę. Wystarczy, że odpowiednio się skupią i w następnej chwili mogą stać się wszystkim : szczurem, psem, nietoperzem. Pieprzone gnidy. Animagi, jak w jebanym Harrym Potterze. Nigdy nie wiadomo czy zwierzak, którego przygarniesz nie jest tak naprawdę zanimizowanym krwiopijcą. Zawsze miejcie się na baczności.

- Kot. - wychrypiałem głucho przez zaciśnięte gardło. Dlaczego się nie zorientowałem, że w tym pieprzonym kocie coś jest nie tak? Może naprawdę nie nadawałem się na Łowcę, skoro udało mu się mnie oszukać. Sam go do siebie przyprowadziłem. Byłem taki głupi. I oto mam odpowiedź, czemu nie chciał mleka - z pewnością wolałby chłeptać krew. Świeżą i gorącą. Wzdrygnąłem się na samą myśl o tym.

- Prawda, że to przydatna umiejętność? - spojrzał na swoje paznokcie z nienaturalnym zainteresowaniem i lekkim uśmieszkiem, pocierając nimi o swoją idealnie białą, bawełnianą koszulkę.Miał na sobie również ciemne, bardzo obcisłe dżinsy, idealnie podkreślające jego długie i zgrabne nogi, które ze sobą skrzyżował. Miałem chwilę, żeby mu się przyjrzeć. Wyglądał na, co najwyżej dwadzieścia lat. Gładkie policzki i pełne, malinowe usta, jeszcze nie oszpecone przez wystające kły. Jego nastoletnią twarz okalała burza ciemnych loków, która nadawała mu młodzieńczego, niesfornego uroku. Wiedziałem, że to tylko pozory. Tak naprawdę w środku siedział, Bóg jeden wie jak stary, wampir. Nagle wbił swoje intensywnie zielone tęczówki we mnie. Poczułem jak mnie paraliżują, przenikają głęboko, do samej duszy. Byłem jak mysz z przerażeniem wpatrująca się w żmiję, która szykuje się do ataku. Oderwał się od stołu i zaczął zmierzać do mnie nieznośnie powolnym krokiem, cały czas się we mnie wpatrując, przez co nie mogłem się ruszyć. Chciałem, ale zwyczajnie nie mogłem. Te oczy mną zawładnęły, wcisnęły w miejsce, zamurowały…oczarowały. - Nie sądziłem, że pójdzie mi tak łatwo. - wyznał z zawiedzioną miną, kręcąc głową. - Zamierzałem się z tobą podroczyć. Doskonale wiedziałem, że na mnie polujesz. Specjalnie zostawiałem ofiary blisko twojego lokum. Oh, tak bardzo bolała cię śmierć tych wszystkich osób. Prawie tak samo jak śmierć ich.

- Ty sukinsynu - syknąłem, nadal niezdolny żeby się poruszyć. Zrozumiałem, że jakimś sposobem mnie unieruchomił.

- Oh, daj spokój! - prychnął i machnął dłonią o długich, smukłych palcach. - Wiesz tak samo dobrze, jak ja, że to tylko gra. Prowadzimy ze sobą te rozgrywki od stuleci. My zabijamy wam bliskich, a wy na nas polujecie. Muszę przyznać, że to zabawne. Jeszcze żaden Łowca nie okazał się tak zdeterminowany jak ty, Niall. - ucichł na moment - I tak głupi.

Przymknąłem powieki, tylko na tysięczną część sekundy, a gdy je otworzyłem on stał tuż przede mną, z twarzą niebezpiecznie blisko mojej. Jego cynamonowy zapach wdzierał się w moje nozdrza, delikatnie je łaskocząc, a oddech owiewał moje policzki, teraz zarumienione od złości i bezradności. Przejechał wzrokiem po całej mojej sylwetce, a ja uświadomiłem sobie, że mam na sobie tylko białe bokserki. Tak, kurwa, one miały być moją jedyną osłoną i bronią w jednym. Świetnie, Niall. Dzięki temu na pewno go pokonasz. Gratulacje, pieprzony idioto.

- Niall, Niall, Niall. - zanucił jeszcze bardziej zmniejszając odległość między nami, tak że niemal dotykaliśmy się nosami. - Powiedz mi…- zamruczał jak kot. Miałem ochotę się zaśmiać, co nie było na miejscu. Widocznie był z tym zwierzęciem wyjątkowo związany. - …powiedz, jak zamierzasz mnie pokonać? Jestem silniejszy. Szybszy. Jestem nieśmiertelny. A ty? Ty jesteś tylko marnym człowiekiem, słabym, bezradnym. Takimi samym jak twoja matka i siostra.

- Nie masz prawa o nich mówić. Były silne, silniejsze niż ty kiedykolwiek będziesz, pieprzony krwiopijco. - chciałem splunąć mu w twarz, jednak się powstrzymałem. Potrzebowałem przestrzeni, by móc coś zrobić. Wykonać jakiś ruch, dzięki któremu zyskałbym choć chwilową przewagę. Nie miałem na to szans, kiedy stał tak blisko mnie, a oplucie go, też by mi nie pomogło.

- Wiesz, jestem zmuszony przyznać ci rację. Były naprawdę waleczne, zwłaszcza twoja matka. Wiesz, co powiedziała zanim..?.- przerwał i poruszył znacząco brwiami z perfidnym uśmiechem, który chociaż powinien, nie szpecił go ani trochę. Moja nienawiść pogłębiła się. Był tak obrzydliwie zadowolony z siebie. Zadowolony z tego, że pozbawił je życia. Wyglądał przy tym jak podekscytowany, radosny pięciolatek, któremu udało się zbudować większą wieżę z klocków, niż jego rówieśnicy. - Powiedziała, żebym nie robił ci krzywdy.Właściwie sama chciała oddać mi swoją krew, bylebym tylko nie ruszył ciebie. To naprawdę wzruszające. Szkoda, że nie będę mógł wypełnić jej ostatniego życzenia.

Wyglądał jakby naprawdę żałował i był skruszony. Cofnął się o krok do tyłu, wydął wargi i spuścił wzrok. To była ta chwila. Zamachnąłem się, ściskając dłoń w pieść, i z całej siły uderzyłem go w szczękę. Poczułem w dłoni tępy, pulsujący ból, jakbym walnął w cement, jednak udało mi się go zaskoczyć, zatoczył się do tyłu. Nie tracąc ani jednej cennej chwili, rzuciłem się do blatu, gdzie leżał nóż. Mocno zacisnąłem palce na rękojeści i odwróciłem się do wampira, który zdążył się pozbierać, po moim nieoczekiwanym ataku.

Uśmiechał się, i bynajmniej nie był to miły, przyjazny uśmiech. Jego śnieżnobiałe kły zahaczały o pełną, dolną wargę. Loki były niemiłosiernie zmierzwione, a oczy błyszczały niczym wypolerowane szmaragdy.

Wyglądał dziko, jego prawdziwa natura się ujawniała. Było w tym coś…pociągającego. Czułem się do niego przyciągany. Byłem pszczołą a on plastrem miodu. Nęcił mnie jego zapach. Nęcił mnie on.

Nie, do cholery! To kolejna sztuczka. Niall, opamiętaj się. On próbuje przejąć nad tobą kontrolę, siłą swojego umysłu nagiąć twoją wolę. Nie pozwól mu na to.

- To było naprawdę głupie - jego głos był ochrypły ale przyjemny dla ucha. Nie drażnił , lecz pieścił. Hipnotyzował, kołysał, uwodził.

I znowu, tak jak wcześniej, nagle znalazł się przede mną wykręcając mi przy tym nadgarstek. Szarpaliśmy się przez chwilę, aż udało mi się go drasnąć w pierś. Na białym, bawełnianym materialne pojawiła się szkarłatna plamka. Rozwścieczyłem go tym. Nie miałem szans, był sto razy silniejszy. Mocniejszy nacisk jego długich palców, i nóż z brzękiem upadł na podłogę. Miałem wrażenie jakby na moich nadgarstkach zacisnęły się imadła. Mimowolnie, cicho jęknąłem i od razu zganiłem się w myślach za ten objaw słabości.

- Boli cię to, Niall? - zacisnął palce jeszcze bardziej, a oczy rozbłysły dziką zielenią. - Powiedz, sprawiam ci ból?

- Chciałbyś. - wysyczałem i kopnąłem go w brzuch. Jego reakcje była natychmiastowa. Powalił mnie na podłogę, przygniatając swoim ciężarem. Uniósł się nade mną i wcisnął swoje kolano w moje krocze. Jęknąłem, a on uśmiechnął się z satysfakcją. Był potargany, a jego usta i policzki zaróżowione. Wyglądał jak jakiś mroczny Kupidyn, z tymi swoimi lokami, albo gwiazda wampirycznego, gejowskiego pornosa. - Co teraz zrobisz, Łowco?

Nachylił swoją twarz do mojej i mogłem podziwiać jego intensywnie zielone oczy. Z bliska zauważyłem, że mają maleńkie, czarne cętki. Tonąłem w nich. Wiedziałem, że tego chciał. Chciał bym się w nich zatracił, wtedy łatwiej by mu było mnie zabić. Nie chciałem mu tego ułatwiać. Odwróciłem od niego twarz, mocno zaciskając oczy. Nagle poczułem delikatny, prawie niewyczuwalny dotyk. Otworzyłem oczy i zobaczyłem jak sunie opuszkiem wskazującego palca po moim obojczyku, aż po brodę. Nagle, nieoczekiwanie przyłożył usta do mojego jabłka Adama i delikatnie je zassał. Westchnąłem niekontrolowanie.Sądziłem, że zaraz wbije tam kły, jednak ze zdziwieniem dostrzegłem, że je schował. Zaczął wodzić koniuszkiem języka po mojej szyi, przejechał nim po linii szczęki. Jego włosy przyjemne mnie łaskotały, zadrżałem. Nagle zapragnąłem zatopić w nich palce, chciałem poczuć jakie są w dotyku.

Znowu, jakby czytając mi w myślach, puścił mój jeden nadgarstek i wsunął moje palce w swoje loki.

To nie powinno mi sprawiać takiej przyjemności. A jednak sprawiało, i to niewyobrażalną.

Z pewnością byłem pod wpływem jakiegoś uroku, nie myślałem trzeźwo. Jego zapach mącił mi w głowie, mieszał myśli. To co robiłem było złe.Złe było to, że mu ulegałem.

On zabił twoją rodzinę. Ty powinieneś zabić jego. Pragnąłeś tego, pamiętasz? Pragnął zemsty. Obiecałeś im.

Na chwilę znów myślałem trzeźwo. Byłem w transie, on mnie hipnotyzował.

- Zostaw mnie, do cholery. - chciałem wykorzystać ten przebłysk zdrowego rozsądku, który zaświtał mi w głowie. Pociągnąłem go za włosy, ale szybko mnie unieruchomił, przygważdżając mi nadgarstki wysoko nad głową. Dlaczego, do cholery byłem taki słaby?- Nienawidzę cię, rozumiesz? Pragnę twojej śmierci, jak niczego innego na świecie.

- Nie musimy działać tak, jak nasi poprzednicy, Niall. - jego głos był łagodny. Zupełnie jakby tłumaczył coś, wyjątkowo nierozumnemu dziecku. - Wiesz, że mógłbym cię zabić. Mógłbym w każdej chwili. - wiedziałem o tym, aż nazbyt dobrze. Jednak dlaczego tego nie robił. Na co czekał? - To nie byłoby trudne. - ujął w dłonie mój policzek, wpatrując się we mnie. Kciukiem pogładził kącik moich ust. - Jesteś teraz taki kruchy, taki delikatny. Zabicie ciebie nie przyniosłoby mi satysfakcji. Byłoby zbyt łatwe, a ja lubię komplikację.

- Dlaczego więc je zabiłeś?Były równie kruche i niewinne. Bawiło cię to, tak? Bawiło cię patrzenie, na ich cierpienie.

- Nadal nie rozumiesz? - przejechał palcem po moich ustach, zadrżałem.- One były tylko nic nieznaczącymi pionkami w tej grze. Prawdziwe starcie miało nastąpić między nami.

- Dlaczego mnie nie zabijesz? Masz okazję. - warknąłem zirytowany. Roześmiał się, i usiadł na mnie okrakiem. Po moim podbrzuszu rozlało się niechciane ciepło.

- Jak już mówiłem, byłoby za łatwo. - cały czas mi się przyglądał, a ja nie potrafiłem oderwać od niego oczu. Przejechałem językiem po dolnej wardze, a jego wzrok momentalnie się na niej zatrzymał, płonąc czymś, czego nie umiałem określić. - Śledziłem cię od dawna. Nie bez powodu czułeś wszędzie zapach cynamonu.

Intrygujesz mnie. Żaden inny człowiek mnie tak nie zainteresował. Nie chcę tak po prostu z tobą kończyć, to byłoby marnotrawstwo. Zwłaszcza, że teraz, kiedy rzecz się dokonuje… Jesteś inny.

Wkrótce się o tym przekonasz. A ja przyjdę. Przyjdę i pokażę ci, tą druga stronę, która cię pociąga, chociaż jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy.

- O czym ty mówisz?- czułem, że całkowicie się pogubiłem. Czyżby naigrywał się ze mnie, chcąc do reszty wytrącić mnie z równowagi? - Jestem Łowcą. Zawsze nim byłem i moim przeznaczeniem jest zabicie ciebie i całej reszty krwiopijców.

Zaśmiał się i pokręcił głową.

- Naprawdę mnie fascynujesz, Niall. - znowu wypowiedział moje imię miękko, a jednocześnie dając na nie duży nacisk. W jego ustach brzmiało jak coś grzesznego, zakazanego. - Przyjdę, by dokończyć to, co już się zaczyna. Gdy będziesz gotowy.

- W takim razie przyjdziesz po śmierć. - powiedziałem to pewnym, wyzywającym głosem. Jednak moja pewność siebie nie trwała długo, bo trącił czubkiem nosa, mój nos i delikatnie nim potarł.

Szeroko otwartymi oczami patrzyłem jak powoli zbliża swoje usta do moich. Polizał moją dolną wargę, i delikatnie ją zassał. Poczułem smak cynamonu, malin i czegoś metalicznego. Wiedziałem, co to było, jednak nie wzdrygnąłem się. Wręcz przeciwnie, leżąc pod nim chciałem więcej, zupełnie jakbym nie był sobą.

Nie byłem. Czułem, że coś się zmieniło. Byłem dziwne pewien, że wiem, co się ze mną stało ale nie dopuszczałem jeszcze tego do wiadomości.

Teraz już nic nie będzie takie samo. Zawiodłem je. Zawiodłem siebie. Zgrzeszyłem. Posmakowałem Diabła i straciłem dawną część siebie, zyskując nową, obcą, o której nie miałem wcześniej pojęcia. Czułem, że teraz dopiero zacznę ją poznawać.

Ze zgrozą stwierdziłem, że ten Diabeł smakuje znakomicie.



____

* Cinn - imię kota, od słowa ‘cinnamon’, łatwo się domyśleć. ^^ Niall czuł cynamon, kiedy znalazł kota, stąd też to imię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz