14
Przeskoczyłem furtkę i udałem się do naszego domu. Spojrzałem jeszcze ostatni raz za siebie czy aby nic mi nie wypadło. Postanowiłem zrobić kolacje Harry’emu. Po ciężkim dniu w pracy przyda mu się jakiś normalny posiłek. Chłopak ciężko pracował ostatnimi czasy, bo jednak pogodzenie pracy w Hard Rock Caffee i nauki w klasie maturalnej to jak dla mnie nie lada wyczyn. Aż mnie w sercu ściskało, kiedy przychodził do domu cały zmęczony. W jego zielonym spojrzeniu nie było tego charakterystycznego blasku, który często tam gościł. Mizerniał z każdym dniem, ale postanowiłem to zmienić.
Dziś to ja miałem dzierżyć berło, albo raczej trzepaczkę w kuchni.
Nie byłem jakimś sztukmistrzem w te klocki. Wiedziałem jak nastawić wodę na herbatę czy zrobić płatki na mleku. Dobra raz mi się zdarzyło, że zrobiłem to proste i prawie, że prehistoryczne danie bez kluczowego składnika jakim są ewidentnie płatki, ale no każdemu się może to zdarzyć.
Rozejrzałem się uważnie po kuchni, szukając grubej książki, która się powinna tu znajdować. Tajna księga Harolda, której mi nigdy nie dawał dotykać. Raz krzyknął na cały dom, że jak jeszcze raz się do niej zbliżę to zrobi mi coś i to bez przyjemności. Ale skoro go nie ma to się nie będę krępował i zależę co tam nasz książę garkuchni.
Sięgnąłem po owy przedmiot i zacząłem go uważnie kartkować w poszukiwaniu w miarę prostego do przygotowania. Czytałem uważnie każdy przepis, ale większość była tak zaawansowana, że nawet nie umiałbym najprostszej rzeczy zrobić. Kiedy już mój zapał opadł, mój wzrok padł na napis Pancakes czyli amerykańskich naleśników. Z uwagą przeleciałem tekst i chwile potem krzątałem się po kuchni. Podszedłem do wierzy, która wiernie stała przy szafce z zastawą. Włączyłem ulubioną stacje radiową w rytmach Stereo Hearts zacząłem wirować pośród garnków. Jeszcze sięgnąłem ręką po ulubiony fartuszek Hazzy z kocimi łapkami i mogłem już w pełni oddać się wirowi gotowania.
Zerknąłem na przepis i zacząłem szukać potrzebnych składników. Większość już wiernie stała przy wielkiej misce, gdzie zaraz miała się pojawić, opisywana na stornie Haroldowej księgi, masa z owych składników.
Wyliczałem, pokazując palcem na poszczególne rzeczy, co chwila latając jak głupi po kuchni w przeszukiwaniu szafek. Jako, że moja codzienna przygoda w kuchni kończyła się tylko na przygotowaniu porannej herbaty. Chociaż czajnik pamięta moje gotowanie rano wody. Przez godzinę musiałem czyścić przypalony spód.
- Gdzie jest ta cholerna soda – pytałem sam siebie rozglądając się po pomieszczeniu. – bez tego nie wyjdzie to co trzeba. Tylko nie panikuj, Louis – powtarzałem sobie. Przeszukałem chyba wszystkiego możliwe szafki w poszukiwaniu jednego, małego opakowania sody. Usiadłem na blacie, rozglądając się po kuchni z uwagą. – Gdybym był nią, to gdzie bym się schował?
Oświeciło mnie i poleciałem jak wariat do koszyczka z przyprawami, który Harry zawsze stawiał przy okapie, żeby mieć lepszy i szybszy dostęp do nich, gdy gotuje. Zdjąłem go i przeszukałem. Soda oczyszczona. Od dziś ten napis będzie mnie prześladował w moim nocnych koszmarach.
Do miski wbiłem jajka, dodałem olej, sodę, cukier, szczyptę soli, maślankę i mąkę. Spojrzałem na to z góry i sięgnąłem po blender z odpowiednią końcówką. Przycisnąłem przycisk i… mąka buchnęła mi w twarz. Prychnąłem pod nosem i rozrabiałem dalej ciasto na naleśniki. Kiedy masa przypominała tę opisywaną w przepisie czyli gęstej śmietany, wyłączyłem urządzenie.
Sięgnąłem jeszcze po odrobinę cynamonu, aby nadać smaczek. Wiedziałem, że Harry lubi cynamon w daniach.
„Poszukiwania patelni” uważam za oficjalnie rozpoczęte. Zajrzałem ponownie do szafek i do zmywarki. Nie było. Otworzyłem piekarnik i bingo. Czyste patelnie czekały, aż Wujek Louis ich użyje, aby zrobić z nich użytek i przygotować znamienite danie.
Podgrzałem owy przedmiot i wlałem masę na rozgrzaną powierzchnie. Odczekałem chwilę i przewróciłem go na drugą stronę. Po pomieszczeniu roznosił się przyjemny zapach cynamonu i naleśników.
I’m at a payphone trying to call Home
Do moich uszu doszedł dźwięk głosu Adama i poleciałem do salonu po dzwoniący telefon. Na wyświetlaczu widniał nieznany mi numer telefonu. Wahałem się, ale ostatecznie odebrałem.
- Już myślałem, że nie odbierzesz – do moich uszu doszedł głos uroczego Irlandczyka. Mimowolnie się uśmiechnąłem, bo chłopak naprawdę był niesamowity i tak bardzo zmienił Liama. – Chciałem Ci przypomnieć, że we wtorek są moje urodziny i zapraszam ciebie oraz Hazzę- w oddali mogłem usłyszeć głośne prychnięcie Payne’a - na małe, kameralne przyjęcie w Hard Rock Caffee. Mam nadzieje, że przyjdziecie?
- Jasne, że będziemy. – odwróciłem się do wejścia do kuchni i zobaczyłem kłęby dymu, unoszące się w powietrzu. – Emm wybacz Niall, ale właśnie spaliłem kuchnie, za co mnie Harry zabije. Jeśli będę jeszcze żywy, to na pewno się pojawię. Pa – rozłączyłem się i popędziłem tam, skąd unosiła się chmura dymu. Patelnia stała dosłownie w płomieniach – No to po naleśnikach.
Usłyszałem trzask drzwi i pośpieszne kroki do kuchni.
- Co. To. Ma. BYĆ?! – spytał Harry, opierając się jedną ręką o framugę, patrząc na mnie z rządzą mordu w oczach. Wszystkie jego mięśnie twarzy były niebywale napięte. Oddychał głęboko, a pod nosem mruczał najprzeróżniejsze wiązanki w kierunku mojej osoby. – Pytam się, Louis. Czemu masz mój fartuszek, moją księgę przepisów i dlaczego do cholery patelnia stanęła w płomieniach? – jego głos był spokojny, ale dało się wyczuć, że ma ochotę mnie udusić własnym fartuszkiem, który okalał moje ciało.
Podrapałem się po karku, nie wiedząc co odpowiedzieć Harry’emu.
- Bo ja chciałem – zaciąłem się, wpatrując się w jego twarz. – Chciałem Ci zrobić kolacje, bo ostatnio mizerniejesz w oczach, ale widać z kuchnią się nie dogadujemy zbyt dobrze. – mruknąłem pod nosem.
- Chciałeś zrobić mi kolacje, Louis? – zapytał z nutą radości, a jego twarz monstrualnie się zmieniła. Nie było już na niej tej złości jaka przed chwila ją okalała. Uśmiech jaki zawsze bywał na jego obliczu, ponownie zakwitł niczym wiosenny kwiat, przebijający się przez pokrywę śnieżną. W oczach były te radosne ogniki co zawsze. Powrócił mój Harry.
- Tak, ale Niall zadzwonił i zapomniałem, że zostawiłem patelnie na gazie. Wybacz, Hazz – spojrzałem na niego z wymalowaną skruchą na mojej twarzy. On się jedynie uśmiechnął i podszedł do patelni i wrzucił ją do zmywarki, następnie otworzył okno, aby chociaż trochę dymu wyleciało z kuchni. Wyjął z szafki chleb tostowy, oraz masło orzechowe z lodówki. Wyciągnął parę kromek i posmarował masą. Wziął jedną do ust, a drugą podstawił pod moje. Ugryzłem kawałek, następnie zabierając ją od niego.
- Takie zastępstwo. Następnym razem nie cuduj z gotowaniem, bo wole wracać do kuchni, która nie jest pokryta gęstym dymem. –uśmiechnął się promiennie, pochłaniając kolejne kanapki. – ale głodny faktycznie byłem jak wilk. Poza tym dziękuje, że chciałeś sprawić, żebym się poczuł lepiej i jednocześnie przepraszam za moje zachowanie jak tu wpadłem – podszedł do mnie i nachylił się w moim kierunku. Spojrzałem w jego niesamowicie zielone oczy. Były jak pola świeżej trawy, której zieleń była tak soczysta, że aż chciało się na niej leżeć i zapominać o bożym świecie. Jego malinowe usta, teraz lekko pobrudzone masłem orzechowym, prosiły się, aby składać na nich pełne tęsknoty, pożądania i miłości pocałunki.
Zawiesił swój hipnotyzujący wzrok na moich wargach, potem prześlizgnął się na moje oczy. W jego widniała radość, ale coś jeszcze, coś czego nie umiałem nazwać ani odgadnąć z tych pięknych spojówek. Sięgnąłem ręką do jego ust, lekko ścierając masę z nich. Mogę się założyć, że kiedy to zrobiłem poczułem delikatne muśnięcie jego delikatnych warg. Ale mogłem mieć również jakieś omamy.
Jego chłodna dłoń powędrowała do mojego, rozpalonego niczym piec hutniczy, policzka. Ten kojący chłód powodował, że chciałem więcej jego dotyku, który tak bardzo kochałem. Pochylił się jeszcze nieznacznie w moją stronę, a jego ciepły oddech owinął moją twarz, sprawiając, że poczułem jak moje policzki płoną żywym ogniem. Hipnotyzujące spojrzenie bruneta mnie paraliżowało. Delikatnie pogładził powierzchnie mojego policzka. Uśmiechnął się do mnie, widząc zdziwienie na mojej twarzy. Następnie stało się coś, czego się nie spodziewałem. Jego malinowe wargi dotknęły moich. To było niczym trzepot skrzydeł motyla. Tak subtelne, tak delikatne, że z początku nie wiedziałem co się dzieje wokół mnie. Zarejestrowałem, że taki fakt miał miejsce, kiedy ponownie zawiesił swoje usta tak bardzo blisko moich.
Spojrzałem na niego z rządzą pożądania i przykułem go do ściany. Chęć robienia z nim niegrzecznych rzeczy powodowała, że chciałem go tu i teraz. Spojrzałem na niego i gwałtownie wpiłem się w jego rozchylone wargi. Przejechałem po jego dolnej wardze, a następnie mój język zatańczył z jego w szaleńczym tańcu dwóch kochanków. Jego dłonie zakleszczyły się na moich pośladkach, a ja wydałem z siebie jęk rozkoszy. Wplotłem swoje palce w jego loki, bardziej przyciągając do siebie. Mruknął coś i bardziej, o ile to w ogóle jest możliwe, przycisnął mnie do siebie. Moje ręce zjechały na jego szyje, zakleszczając się na niej. Sapnąłem, kiedy jego usta znalazły się na mojej szyi, tworzące ścieżkę pełną czułości. Namiętność jaka się w nas wytworzyła, była niemal namacalna i dałoby się pokroić ją na cząsteczki niczym owoc. Jęknąłem kiedy przygryzł delikatnie moją skórę. Wtedy przyszło również opamiętanie. Zaprzestałem ruchów na jego plecach i odsunąłem się od niego. Spojrzałem z przerażeniem w jego zielone oczy.
- Przepraszam – szepnąłem i w mgnieniu oka wybiegłem jak oparzony z kuchni. Potykałem się co rusz o swoje nogi, wylatując z naszego mieszkania. W moich oczach znalazły się łzy, które powodowały, że nie miałem stuprocentowej widoczności na to co jest przede mną. Moje nogi się plątały co chwila ze sobą, powodując, że mogłem w każdym momencie wylądować jak długi na chropowatym chodniku. Otarłem wierzchem dłoni lecące słone krople i skierowałem się do parku. Kiedy poczułem żwir pod bosymi stopami, zorientowałem się, że w amoku nie założyłem żadnych butów. Odnalazłem wzrokiem ławkę i usiadłem na niej. Podkuliłem nogi i oparłem na nich głowę. Co chwila przez moją głowę przelatywały urywki tego co miało miejsce przed chwilą. To jak się zachowałem. Kochałem Hazzę, to było pewne. Był tak bardzo niesamowitą osobą, tak wrażliwą i kruchą, że przypominał tym usposobieniem kruchą, chińską porcelaną. Trzeba się z nim postępować dokładnie tak samo jak z nią, delikatnie. Bałem się, tak cholernie mnie przerażało to, że on przez to może się potłuc. Że nie będzie wstanie spojrzeć na mnie tak samo jak wcześniej. Że będzie czuł jakiegoś rodzaju obrzydzenie czy dyskomfort przebywając ze mną. Ale z drugiej strony to on to zainicjował to zbliżenie. Najpierw sprawdził, czy aby go nie odtrącę. A nie mogłem tego zrobić. Zbyt był mi bliski i tak bardzo mi na nim zależało, że nawet przez myśl mi odtrącenie jego osoby nie wchodziło w plan.
Upijałem się jego bliskością podczas tego pocałunku. Namiętność jaka zapanowała między nami była niczym najsilniejszy narkotyk, który zaczął krążyć w naszych żyłach. Czułem się jak na głodzie, kiedy robił sekundowe przerwy. Chciałem, pragnąłem więcej. Byłem uzależniony od jego skromnej i delikatnej osoby. Był niczym kwiat orchidei. Bałem się go zepsuć.
Otarłem, mokre od napływających do moich oczu, łez. Świat nadal mi się zamazywał. Spojrzałem w bok i zauważyłem burze ciemnych włosów, która siedziała obok mnie. W pierwszej sekundzie chciałem uciekać, bo myślałem, że to Harry. Jednak przy dłuższym przyjrzeniu się zobaczyłem, że włosy są ciemniejsze, dłuższe oraz okalały drobną dziewczęcą twarz. Kiedy osóbka poczuła moje spojrzenie na mnie, odwróciła się ku mnie. Wtedy zobaczyłem te węgielkowe oczy, okryte wachlarzem ciemnych rzęs. Na jej jasnej twarzy były oznaki współczucia.
- Zastanawiałam się, kiedy zorientujesz się, że ktoś z tobą tutaj jest – powiedziała spokojnym tonem, przyglądając mi się uważnie. – Co się stało, Loueh?
Przełknąłem głośno ślinę i wbiłem wzrok w gruby pień klonu, który rósł majestatycznie naprzeciwko naszej ławki.
- Co byś zrobiła, gdyby twój kumpel był gejem? –spytałem się, nadal przyglądając się drzewu.
- Co? – zdezorientowanie wpłynęło na jej twarz – Przecież Niall jest gejem, więc..
- Emm… Daisy, bo ja… lubię grać do tej samej bramki. Wiesz ta sama liga – odpowiedziałem, o dziwo całkiem spokojnie.
- Wiesz, szczerze to się tego spodziewałam. Widziałam jak patrzyłeś na Harry’ ego i domyślałam się paru istotnych faktów. A jeszcze bardziej uświadomiło mnie w tym przekonaniu twoje zachowanie pierwszego dnia szkoły. Kiedy Hazza przyprowadził tego swojego nowego kolegę – moja twarz momentalnie zmieniła wyraz i stała się bardzo napięta. – Zayn, chyba tak mu było. Twoje gesty i słowa w stosunku do niego były tak bardzo oczywiste. Nie jesteś aż tak dobrym aktorem, Louis. Widać ile ten małolat dla ciebie znaczy. Ale nadal nie wiem czemu płakałaś?
- Bo ja go dziś pocałowałem. Znaczy on coś tam zaczął, ale to ja się na niego rzuciłem niczym wygłodniałe zwierze na zdobycz. Czuje się teraz jak jakiś napaleniec, albo zboczeniec – mruknąłem i ponownie ukryłem twarz między kolanami. Poczułem jak klepie mnie pokrzepiająco po plecach, chcąc dodać mi otuchy.
- Harry nie będzie zły. Mogę się założyć. Ale jeśli z nim nie porozmawiasz na ten temat szczerze, to on będzie się obwiniał o to całe zajście – szepnęła. Spojrzałem ponownie na jej delikatną twarz, a po moim policzku poleciała pojedyncza łza.
- Nie może się obwiniać. To jedynie moja wina. Nie jego. I jeśli mówiąc szczerość masz na myśli to, że mu powiem jaka jest moja orientacja to jednak bastuje. Nie powiem mu tego. Nie chce, żeby miał mnie za jeszcze gorszego zboczeńca niż dotąd. Wesz porozmawiam z nim, ale tylko w sprawie pocałunku. W żadnym innym.
- Skoro tak chcesz. A teraz wybacz, mam zmianę. Do zobaczenia Louis –pomachała mi jeszcze na pożegnanie i pobiegła w stronę wyjścia z parku. Ja jeszcze chwile siedziałem w tej pozycji, a potem ruszyłem ku drugiej bramie. Chciałem być sam, a samotna wędrówka po Londynie była idealna do tego.
14
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz