11
Dzisiejszy poranek był niezwykle jasny i Niall skrył się pod granatową narzutą, wciąż odrobinę zaspany. Pragnął zostać w łóżku jeszcze trochę dłużej, gdyż nie spał dobrze tej nocy. Znów miał niespokojny sen, pełen cieni i zjaw. Dwa razy przebudził się w środku nocy zalany zimnym potem. Jednak szybko z powrotem zasypiał.
Wynurzył głowę spod kołdry i usiadł na łóżku. Przeciągnął się, ziewając głośno i przeczesał roztrzepane włosy, robiąc jeszcze większy bałagan. Jego wzrok spoczął na stoliku, gdzie stała taca ze śniadaniem oraz parującym kubkiem herbaty z imbirem, miodem oraz cytryną. Westchnął głośno, bo to znaczyło, że spał tak mocno, iż nie dało się go dobudzić na śniadanie z Zaynem.
Postawił stopy na zimnej podłodze, aż przeszedł go dreszcz. Pogłaskał Emeralda, który leżał w nogach łóżka i podszedł do szafy wyciągając z niej cieplejsze ubrania. Był już prawie koniec listopada, więc temperatury w nocy spadały poniżej zera. Założył kremowe, dopasowane spodnie, żakardową tunikę, która miała piękne, bordowe wzory, a na ramiona zarzucił ciepły sweter z wełny. Zapiął guzik pod szyją i podszedł do stolika skąd wziął filiżankę z ciepłą herbatą oraz grzankę. Upił łyk napoju, a przyjemne ciepło rozlało się po jego ciele. Zagryzając tost podszedł do okien.
Jego oczy rozszerzyły się i zabłyszczały dziecięcą radością, gdy dostrzegł śnieg zalegający na niższych partiach zamku oraz w porcie. Niall pomyślał, iż musiał spaść w nocy, bo wczoraj wieczorem wszystko jeszcze było czarne i szare. Teraz biały puch zdobił okolicę, odbijając światło i sprawiając, że zamek z marmuru lśnił jeszcze bardziej niż zwykle.
Zaśmiał się głośno i pospiesznie zjadł swoje śniadanie, dopijając herbatę. Wyciągnął z szafy jasnoszary, zimowy płaszcz do kolan, którego rękawy, kaptur oraz brzegi zostały obszyte białym futerkiem. Porwał swój biały szalik i w pośpiechu zawijając go wokół szyi wypadł ze swojej komnaty. Niezgrabnie zapinał guziki biegnąc korytarzami, aż w końcu wpadł do głównego holu. Nacisnął klamkę i wyszedł na oblodzony taras, na którym o mało nie strzaskał sobie pupy.
Powoli zszedł po schodach, a mróz przyozdabiał jego policzki dorodnymi rumieńcami. Oddech zamieniał się w małą chmurkę, oczy błyszczały z radości, a cichy chichot opuścił jego usta. Bo on naprawdę uwielbiał zimę.
Śnieg osiadł na krzewach czarnych róż, a te które jeszcze jakoś się zachowały zostały przyozdobione przez szron. Blondyn przyglądał im się i z fascynacją rejestrował każdy cal ogrodu pokrytego śniegiem. Opisywał kiedyś zimę w Arkadii, ale nie przypuszczał, że może być tak piękna. Biały puch był tak jasny, tak czysty, że słońce, które od niego się odbijało, aż raziło w oczy. Czarny marmur lśnił od szronu, który go pokrył.
Niall z głośnym okrzykiem radości rzucił się na śnieg, szeroko rozkładając ramiona. Jego głośny, szczery śmiech poniósł się po ogrodzie i zapewne dotarł do pałacu, gdy robił swojego aniołka. Gdy skończył, chwile leżał na ziemi patrząc w jasne niebo.
- Bo się przeziębisz, Maluszku –usłyszał znajomy głos, a gdy przekręcił głowę jego oczy zatrzymały się na księciu Pik. Jak zawsze ubrany był na czarno. Na tunikę z postawionym kołnierzem, zarzucona była szata, która mimo faktu iż była z cieplejszego materiału, sprawiała wrażenie zwiewnej i lekkie. Falami opadała wzdłuż ciała chłopaka, a dłonie niknęły w szerokich rękawach.
Brunet pochylił się, chwytając wyciągnięte dłonie Horana i pociągnął go do góry. Otrzepał jego plecy ze śniegu, po czym spojrzał na niego z czułym uśmiechem i łagodnością w ciemnych oczach.
- Jeśli ktoś tu się przeziębi to raczej ty – odpowiedział Niall lustrując jeszcze raz strój królewicza. – Nie zimno ci?
- Przywykłem do zimna – odparł Malik, nasuwając na jasne kosmyki kaptur płaszcza. – Chłód mi nie przeszkadza.
Chwycił podbródek blondyna i nakierował jego spojrzenie na swoje. Spostrzegł w niebieskich tęczówkach cień zmęczenia, zdradzały go też delikatne cienie pod oczami. Przejechał po nich kciukiem, lekko przekrzywiając głowę, a dłoń przebiegła po ramieniu chłopaka, odnajdując jego palce i splatając je razem.
- Wyspałeś się? – zapytał, gładząc kciukiem jego dłoń. – Ponoć nie szło cię do budzić na śniadanie.
- Eh… Właściwie to nie – odpowiedział Niall, spuszczając wzrok na ich splecione dłonie. – Od kilku dni nie sypiam najlepiej. Mam niespokojne sny. A dziś dwa razy budziłem się w nocy zlany potem.
- Koszmary? – zdziwił się Zayn marszcząc brwi.
- Są pełne cieni i zjaw – szepnął cicho chłopak, przysuwając się bliżej.
- Będę musiał sprawdzić barierę – wyznał mulat i trzymając mocno dłoń jasnowłosego, skierował się z powrotem do pałacu. – A ty, gdy znów będziesz miał koszmar, przyjdź do mnie, dobrze?
- Dobrze – przytaknął, kiedy weszli do pałacu. Spojrzał na księcia, który prześliznął palcem po jego nosie i ucałował go w dłoń.
- Pójdę sprawdzić tę barierę – stwierdził. – Zobaczymy się później.
Przytaknął, zdejmując kaptur z głowy. Książę ucałował go w policzek, po czym odwrócił się na pięcie. Odprowadził go spojrzeniem jasnych tęczówek dopóki nie znikną za zakrętem korytarza. Westchnął i palcami przejechał po policzku, na którym wciąż czuł palący ślad po ustach bruneta.
- Powiedz mi. Coś ty mu zrobił? – usłyszał dziewczęcy głos, a gdy się odwrócił jego wzrok zatrzymał się na Lottie. Podeszła do niego, odrzucając długie, blond włosy na plecy i posłała mu uśmiech.
- Nic mu nie zrobiłem – wzruszył ramionami.
- Proszę cię. On był… No cóż. Nie uśmiechał się, nie miał tego błysku w oku i był raczej stanowczy. Nie pozwoliłby wyjechać mojemu bratu – stwierdziła księżniczka Trefl. – A odkąd tu jesteś stał się taki inny. Stał się zdecydowanie łagodniejszy.
Niall uśmiechnął się, a jego policzki zarumieniły się delikatnie.
- On zawsze taki był – odparł. – Potrzebował tylko kogoś, kto wydobędzie z niego to wszystko.
- Czyli ciebie – stwierdziła Lottie. Poklepała go po ramieniu i skierowała się w swoją stronę. Odprowadził ją spojrzeniem, gdy wspinała się po schodach, a potem znów spojrzał na korytarz, w którym zniknął Zayn. Westchnął, zastanawiając się, czy to faktycznie z jego powodu książę tak bardzo się zmienił.
♠
Było już późno. Za oknem panowała ciemność. Mróz powoli zaczął przyozdabiać szyby, a śnieg, który padał, osiadł na szerokich parapetach. Ogień trzaskał w każdym kominku niewielkiej posiadłości, ogrzewając pokoje oraz korytarze.
Zamieszał łyżeczką w jednym z dwóch kubków i oblizawszy ją wrzucił do zlewu. Do jego nozdrzy dotarł przyjemny zapach kakao, który wciągnął, wzdychając ciężko. Codziennie dochodził do wniosku, że nabawi się jakiejś choroby przez swoje zamiłowanie do wszystkiego co słodkie, ale miał to gdzieś. To tak poprawiało mu humor, kiedy nie był z Nim.
Wziął oba kubki i przeszedł przez wąski korytarz posiadłości, która należała do niego oraz Zayna. Przystanął w progu, opierając się o framugę. Na jego wąskie usta wkradł się delikatny uśmiech, kiedy turkusowe oczy zatrzymały się na chłopaku siedzącym na podłodze z nogami wyciągniętym w stronę kominka, gdzie wesoło trzaskał ogień. Jego czekoladowe loki lśniły w żółtym świetle.
- Gorące kakao dla Pana mego serca – odezwał się Louis, wchodząc do środka, zwracając tym na siebie uwagę szmaragdowych tęczówek. Na pełne usta wkradł się uroczy uśmiech, który wywołał dołeczki w policzkach.
Podał jeden z kubków Harry’emu i przysiadł obok niego, upijając łyk słodkiego napoju. Przymknął oczy, mrucząc cicho, na co usłyszał cichy chichot bruneta. Spojrzał na niego, mrugając.
- Jesteś uroczy, wiesz – odparł, a w zielonych oczach zatańczyły iskierki. – Mam się czuć zazdrosny o to kakao? I o inne słodkie rzeczy?
- Oczywiście, że nie – odparł Tomlinson i cmoknął księcia Kier w policzek. – Jesteś słodszy, niż najsłodsze elfie wino. A wiesz jakie one są.
- Och, tak – lokaty wzdrygnął się. – Są prawie jak syropy z winogron. Swoją drogą, zostaliśmy zaproszeni na Hiemelia Solstitium. Tak więc, to chyba nasze ostatnie spotkanie w tym roku.
- I tu cię zaskoczę. Wraz z Zaynem, Elfi Król zaprosił nas na Hiemelia Solstitium – wyznał szatyn, upijając kolejny łyk kakao. – Jednak to prawdopodobnie przez fakt, iż Niall u nas przebywa. Zazwyczaj nie zaprasza nas na takie święta.
- A właśnie. Jak się ma Skryba? – spytał zainteresowany Harry, a gdy spostrzegł szatański uśmieszek na twarzy swojego kochanka, wysoko uniósł brwi.
- Och… Oczarowuję księcia Pik, przez co sporo rzeczy uchodzi mi płazem. Jak na przykład ten wyjazd – odparł Lou, spoglądając na niego. – Poza tym wydaje mi się, że Niall nas wspiera. W sensie. Mnie i ciebie.
- Louis, Słońce ty moje, jesteś przeuroczy. Ale przyznaj mi się. Co piłeś? – zapytał Styles, po czym przyłożył dłoń do czoła szatyna. – Gorączki też nie masz. A może uderzyłeś się w głowę?
- Kocie, mówię poważnie – westchnął książę Trefl i zamoczył usta w kakao. – On nam pomaga. Stworzył nam ten moment, mówię ci. Opisał to w tym swoim dzienniku.
- Myślisz, że czytał o tym jak robiliśmy, no wiesz? – szepnął na ucho starszego i przygryzł płatek. Zauważył rumieniec na policzkach, przez co zaśmiał się dźwięcznie.
Wyjął kubek z dłoni szatyna i odstawił na niewielki stolik. Podniósł się z miękkiego futra, które rozłożone było przed kominkiem i wyciągnął dłonie w stronę Tomlinsona. Pociągnął go do góry, jedną ręką objął w talii, a w drugiej mocno ścisnął drobną dłoń Czarnego Księcia.
Zaczął nucić pod nosem melodię, stawiając pierwsze kroki. Powoli zaczęli wirować po pomieszczeniu w rytm nuconej przez Harry’ego melodii. Oczy Louisa błyszczały z radości, a na ustach błąkał się uśmiech. Cichy śmiech opuścił wąskie usta, co rozczuliło młodszego chłopaka.
Może i był młodszy, ale miał wrażenie, iż był zdecydowanie doroślejszy od szatyna. Jednak jemu to nie przeszkadzało. Lubił patrzeć na tą roześmianą twarz Tomlinsona. Był jak duże dziecko: głośny, lekkomyślny, z zamiłowaniem do słodkości. I chyba to w nim pokochał.
- Kocham Cię – szepnął cicho, przyciągając go bliżej siebie i układając dłonie na jego rumianych policzkach. Wpatrywał się w turkusowe tęczówki, duże oraz błyszczące, otulone długimi rzęsami. I czekał. Czekał na te dwa słowa, które on ciągle powtarzał, ale wciąż ich nie usłyszał. Westchnął tylko ciężko i przebiegł po kasztanowej grzywce.
- Dlaczego nie chcesz tego powiedzieć? – spytał Harry, wpatrując się w jego twarz.
- Nie wiem, naprawdę – odpowiedział cicho książę Trefl. – Boję się. Mam wrażenie, że to za wiele jak dla mnie. I kiedy powiem te słowa, to wszystko się skończy. Lubię, kiedy ty to mówisz.
Lokaty uśmiechnął się lekko i pogładził kciukiem jego policzek. Przejechał po dolnej wardze, nachylił się i przygryzł ją. Chwilę potem wsunął język w jego usta, penetrując każdy zakamarek. Jego dłonie prześliznęły się po talii drobnego mężczyzny i zacisnęły mocno na udach. Louis oplótł go nogami mocno w pasie oraz rękoma wokół szyi i pozwolił zanieść się do łóżka.
♠
Czarne macki wdzierały się w zakamarki jego umysłu, próbując dostać się w głąb jego duszy. Widział wielkie, przerażające, błyszczące ślepia. Długie kły szczerzyły się w złowieszczych uśmiechach. Cienie wirowały gdzieś na granicach jego świadomości, sprawiając, iż czuł niekontrolowany niepokój w swym sercu.
Otworzył oczy szeroko, ciężko oddychając. Czuł zimny pot na swoim ciele, które sparaliżowane było strachem. Wpatrywał się w sufit nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Tym razem to nie był jeden z tych snów, które miewał do tej pory. Był zbyt realny jak dla niego. I właśnie to go tak strasznie przerażało. Miał wrażenie, jakby ten demon naprawdę go zaatakował. I wtedy przypomniał sobie co rano powiedział mu Zayn.
Wyplątał się z pościeli i nie zważając na nic dopadł drzwi swojej komnaty. Wypadł na korytarz i pędem puścił się w stronę tej zajmowanej przez księcia Pik. Jego ciało drżało i nie wiedział, czy to ze strachu, czy może z chłodu jaki nim zawładną z powodu potu. Zatrzymał się przed drzwiami i zawahał. Nie był pewien czy zapukać, czy po prostu wejść. Podejrzany dźwięk dochodzący gdzieś z oddali podjął decyzję za niego. Nacisnął klamkę i wpadł do środka, dokładnie zamykając za sobą drzwi.
- Z-Zayn – wyszeptał drżącym głosem i dotknął ramienia, śpiącego chłopaka. Ten mruknął tylko coś niezrozumiałego pod nosem i wtulił się w poduszkę.
- Zayn! – krzyknął jego imię, stojąc przy łóżku. Brunet szeroko otworzył oczy i podniósł się do pozycji siedzącej, szukając źródła głosu, a gdy jego ciemne spojrzenie zatrzymało się na blondynie, odrzucił kołdrę i usiadł na brzegu.
- Co się stało, Maluszku? – zapytał, układając ręce na jego ramionach. – Matko, jesteś cały roztrzęsiony i spocony. Choć tu do mnie.
Pociągnął go i posadził na swoich kolanach, zamykając w szczelnym uścisku. Przebiegł dłonią po jego włosach i ucałował w czoło, gładząc po plecach. Chwycił go za podbródek, spoglądając w jego szafirowe oczy pełne przerażenia.
- Hej, co się stało, Aniołku? – spytał szeptem, pozwalając mu wtulić się w swoją pierś.
- P-Powiedziałeś, że jak będę miał koszmar, to m-mam przyjść – wydukał blondyn, wciąż trzęsąc się. Zayn sięgnął po narzutę i okrył nią ramiona chłopaka, pocierając je, by dodać mu otuchy.
- Co ci się śniło? – zapytał cicho, całując go w czubek głowy i mocno przyciskając do swojej piersi.
- To… Te macki wdzierały się w m-mój umysł – odparł drżącym głosem Horan. – Otaczały go i p-próbowały wedrzeć się w duszę. Jakieś cienie k-krążyły dookoła.
- Wcześniej tak to nie wyglądało? – dopytywał się Zayn, wplatając palce w złote kosmyki i delikatnie masując głowę Skryby.
- N-Nie. Zazwyczaj tylko krążyły. Przyprawiały o niepokój, a-ale nic poza tym – wytłumaczył chłopak, zaciskając palce na koszuli nocnej królewicza. Ten tylko przytulił go mocniej i pogładził po plecach, powoli uwalniając magię. Chwycił za podbródek i nakierował jasne tęczówki na swoje ciemne, obramowane złotą obręczą.
- Zaśpiewam ci kołysankę – odezwał się miękkim, delikatnym głosem mulat, odgarniając z czoła blondyna grzywkę. – Ale zrobię to w wyjątkowy sposób, bo z pomocą magii i pewnej runy, która pozwoli ci spokojnie spać do rana. Jedyne co musisz zrobić, to jak najdłuższej zdołasz utrzymać ze mną kontakt wzrokowy, dobrze? Nie będziesz miał po tym snów.
- Tak – potaknął Niall. Brunet uśmiechnął się do niego delikatnie i przyłożył palce do jego czoła. Pojawił się na nim ten sam srebrzysty krąg, lecz zmieniła się runa. Tym razem pojawiła się Algiz, oznaczająca ochronę zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. Uznał, iż to idealna runa do tego zaklęcia.
- Now the door is open. The world you knew is broken. With no return* – jego głos wypełnił zarówno pokój, jak i ciało blondyna. Ciepła fala wdarła się w niego i zaczęła otulać jego serce oraz umysł, powoli kojąc nerwy z każdą kolejną linijką. – I’ll be here waiting, hoping, praying, that this light will guide you home.
Powieki powoli zaczynały mu ciążyć, gdy wpatrywał się w te migoczące złotem brązowe tęczówki. Spokój nim zawładną, a jego umysł ogarnęło przyjemne miękkie światło i coś jakby puchowa chmurka? Analizował to resztkami swojej świadomości, ale i ona zniknęła pod wpływem jedwabistego głosu Malika, który otulał go oraz uspokajał z każdym wyśpiewanym słowem.
- When you’re feeling lost don’t leave, my love, hidden in the sun, for when the darkness comes – dokończył, widząc, jak chabrowe tęczówki znikły za powiekami. Jeszcze chwilę budował barierę, a mając pewność, że jest szczelna, powoli wycofał się z umysłu blondyna, przyglądając się jego spokojnej twarzy. Równomierny oddech ulatywał spomiędzy rozchylonych warg na co uśmiechnął się lekko.
Ostrożnie wsunął dłoń pod kolana Niall i podniósł się z brzegu materaca. Okrążył łóżko i delikatnie ułożył go na posłaniu jakby w obawie, iż go zbudzi, choć wiedział, że nic nie będzie w stanie go wyrwać ze snu, aż do poranka. Na tak długo bowiem utworzył barierę.
Nakrył go narzutą, pod którą sam się wślizną. Ułożył się blisko niego, by móc patrzeć na jego spokojną twarz. Przebiegł palcami po jasnym policzku i ramieniu, a jego głowa opadła na poduszki. Ułożył dłoń na talii blondyna, przysuwając go bliżej siebie i zatapiając nos w jego włosach, zamknął oczy.
*When The Darkness Comes – Colbie Caillat; tekst trochę zmieniłam na potrzeby opowiadania.
11
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz