niedziela, 19 stycznia 2014

760

8

Było późne popołudnie i słońce wdzierało się do zamku od zachodniej strony, powoli niknąc w toni morza. Promienie rzucały długie cienie oraz smugi w komnatach i na korytarzu, a cichy stukot obcasów odbijał się od marmurowych ścian, którymi przechadzał się Niall i podziwiał każdy szczegół zamku.

Dziś miał na sobie jeden z zakupionych strojów u krawca. Biała koszula z żabotem wpuszczona była w dopasowane szare spodnie. Na raniona założony miał ciepły kontusz w tym samym kolorze co spodnie. Jego szerokie rękawy były obszyte złotą nicią, która układała się w wymyślne wzory.


Wspiął się po schodach na kolejne piętro, przyglądając się obrazom wiszącym na ścianach. Miał wrażenie, że zamek jest tak wielki, iż nie zdoła odkryć każdego jego zakamarka. Był tu od prawie tygodnia, a wciąż czasami skręcał w złe korytarze i gubił się. W ostateczności musiał prosić napotkaną służbę, by mu pomogła.

Zayn nie okazał się być taki zły, jak to mówił Liam. Jadali razem śniadania w komnacie księcia. Czasem towarzyszył mu w bibliotece, kiedy czegoś szukał lub przeglądał księgi z zaklęciami. Popołudniami brunet zajmował się swoimi sprawami, a on starał się poznać zamek. Wieczorami zamykał się w swojej komnacie, czytał dziennik i czasem coś dopisywał. Zazwyczaj zasypiał szybko po męczącym dniu - łóżko w jego komnacie było niezwykle miękkie.

Szedł ze spuszczoną głową, patrząc na swoje trzewiki, które stukały o posadzkę. Ręce splecione miał za plecami, a stopy stawiał na całych kafelkach. Wiedział, że to dziecinne, ale było mu lekko na sercu i tak dobrze. Miał wrażenie, że w końcu znalazł swoje miejsce. Jego troski gdzieś uleciały i nie zawracał sobie głowy niepotrzebnymi rzeczami.

Wszedł w wąski korytarz wciąż stawiając stopy na całych kafelkach. Po chwili podniósł wzrok i obrzucił go przelotnym spojrzeniem. Był kompletnie pusty, nie licząc drzwi na samym końcu. Przyglądał im się chwilę, po czym wzruszył ramionami i odwrócił się na obcasie. Chciał odejść, ale dotarły do niego ciche szepty. Jak zwykle wsłuchał się w nie, bo zawsze dobrze mu radziły i pomagały odnaleźć się w tym świecie. Teraz chciały, by wszedł do komnaty.

Odwrócił się i ponownie spojrzał na drzwi. Przekrzywił głowę w bok niczym kociak, który wpatrywał się w swojego pana. Przygryzł dolną wargę, zastanawiając się czy powinien słuchać szeptów i tym razem. Starał się nie wchodzić do komnat, do których Zayn nie dał mu przyzwolenia. Zrobił więc krok w tył, ale szepty nasiliły się i wiedział, że nie wytrzymałby, gdyby teraz odszedł. Ruszył więc powoli przez korytarz.

Przejechał opuszkami palców po ciemnym drewnie, ześlizgując się na chłodną klamkę. Ułożył na niej palce, które jakby idealnie pasowały do niej i spojrzał przez ramię, sprawdzając, czy nikt go nie przyłapie na gorącym uczynku. Nacisnął więc klamkę i pchnął drzwi, które ustąpiły, a głosy zamilkły.

Wśliznął się do środka, cicho zamykając za sobą drzwi i obrzucił pomieszczenie uważnym spojrzeniem. Przez wysokie okna do okrągłej komnaty wpadały ostatnie promienie zachodzącego słońca. Po prawej znajdował się kominek, do którego powoli podszedł. Stała na nim zakurzona śnieżna kula z baletnicą w środku. Przetarł ją i potrząsnął, a białe drobinki wzbiły się w powietrze, po czym opadły z powrotem. Uśmiechnął się, odwracając i spoglądając na resztę pomieszczenia.

Po przeciwnej stronie musiała stać sofa, ale nakryta była białą tkaniną, zapewne po to, by się nie zakurzyła. On jednak podszedł do stającego między oknami wysokiego lustra, z którego zerwał białą tkaninę. Przyjrzał się dokładnie jasnej ramie, po czym umieścił niebieskie tęczówki na swoim odbiciu. Wygładził białą koszulę i dostrzegł w odbiciu Zayna, który za nim stanął, uśmiechając się promiennie. Jednak, gdy odwrócił się, by przywitać się z nim, nie dostrzegł nikogo. Zmarszczył brwi i ponownie spojrzał w lustro, by dostrzec tylko siebie.

Przeczesał blond grzywkę i spojrzał w taflę na to, co stało skryte pod białym prześcieradłem, na samym środku komnaty. Odwrócił się, podszedł i chwycił w palce materiał. Pociągnął za niego mocno, a on ześliznął się, odsłaniając śnieżnobiały fortepian, który aż błyszczał w promieniach zachodzącego słońca. Niallowi zaparło dech w piersiach, gdy przejechał po chłodnym drewnie, pomalowanym i wypolerowanym.

Chwycił w palce nuty, które leżały na pokrywie klawiszy. Spojrzał, przyglądając im się uważnie i próbując odtworzyć dźwięki w głowie. Szło mu to jednak marnie. Usiadł więc na taborecie przy instrumencie, podniósł pokrywę i rozłożył nuty przed sobą. Nacisnął kilka przypadkowych klawiszy, by sprawdzić w jakim stanie jest fortepian. Był zaskoczony czystymi dźwiękami jakie z niego się wydobywały, biorąc pod uwagę, iż zapewne dawno nikogo tu nie było. Wyprostował więc plecy, odetchnął i ułożył palce na klawiszach.

{Moonlight}

Spod jego palców zaczęła wypływać delikatna melodia, która powoli rozbiegła się po okrągłej komnacie, wdzierając się w każdy zakamarek i rozbudzając go. Nagle wypełniła się dziwnymi wibracjami, a on zaczął grać utwór automatycznie, przymykając powieki, jakby znał go na pamięć.

Pozwolił nutą wtargnąć w jego duszę i napełnić ją dziwnymi uczuciami. Ciepło i beztroska radość wypełniły go do granic możliwości. Uśmiech wkradł się na jego malinowe wargi, a melodia przez niego grana stała się jeszcze bardziej delikatna. Grał ją z uczuciami, które były mu obce, a jednak niezwykle bliskie.

Podniósł powieki, odsłaniając błękitne tęczówki wypełnione do granic możliwości miłością. Komnata wydała mu się nagle dziwnie znajoma, jakby już tu kiedyś był. Dawno temu. I grał dokładnie tę melodię Zaynowi, siedzącemu na skórzanej sofie, który przyglądał mu się z czułością i wspaniałym uśmiechem na ustach.

Delikatna melodia, która wypływała spod jego palców została rozdarta, a czar zaklęty w komnacie prysł, gdy surowy i pełen złości głos przeszył ją na wskroś.

- Co ty tu robisz!– wrzasnął książę Pik, a Niall podskoczył na taborecie, przestraszony. Brunet mocno zacisnął dłoń na jego ramieniu i szarpnął do góry, stawiając chłopaka przed sobą. Podniósł na niego lekko przestraszone niebieskie oczy i skulił się w sobie, widząc bezgraniczną wściekłość, malującą się na twarzy Malika. Usta miał zaciśnięte w wąską linię, a z ciemnych oczu ciskały w niego wręcz pioruny.

- Kto ci pozwolił tu wchodzić? – warknął mulat przez zaciśnięte zęby, wzmacniając uścisk na ramieniu Horana, który skrzywił się, czując ból.

- Nie wiedziałem, że nie można – odpowiedział cicho, a chwilę potem otrzymał siarczystego policzka. Łzy zebrały się w jego oczach. Nie odważył się podnieść wzroku na rozwścieczonego księcia.

- Jasno powiedziałem, do których komnat wolno ci wchodzić! – zagrzmiał, a Niall jeszcze bardziej skulił się w sobie. Zayn szarpnął nim oraz popchnął w stronę drzwi tak gwałtownie, że potknął się o własne nogi i upadł na posadzkę.

- Wynocha! – wrzasnął, stojąc nad przestraszonym chłopakiem, który szybko pozbierał się z podłogi i wybiegł z komnaty.

Zayn wpatrywał się w drzwi, które zamknęły się za blondynem, oddychając ciężko. Ręce zacisnął tak mocno, że aż zbielały mu knykcie, a paznokcie wbijały się w skórę, zostawiając półokrągłe ślady. Chwilę potem jego ciemne spojrzenie zaczęło wędrować po wnętrzu, aż zatrzymało się na fortepianie.

Gdy w pierwszej chwili usłyszał tak dobrze znany mu utwór, jego serce zatrzepotało w piersi niczym szalone. Moment potem pomyślał, iż duchy nawiedziły jego zamek. Szybko więc przeszedł korytarzem i wszedł do tej komnaty.

Kiedy zobaczył Nialla, siedzącego przy białym fortepianie w jasnych szatach, pomyślał, że wygląda trochę jako On. A moment potem jego serce rozpadło się na milion kawałków, gdy wsłuchał się w melodię. Grał ją dokładnie tak samo jak On. Delikatnie, z uczuciem i pasją. Grał ją dla niego. I wtedy wezbrała w nim złość.

Teraz jednak opadła, gdy usiadł na taborecie i przejechał po znajomym zapisie nut. Jego serce po raz drugi w ciągu kilkunastu minut rozpadło się na kawałeczki, o ile było to możliwe. Przygryzł dolną wargę, a jego oczy napełniły się łzami. Ramiona niebezpiecznie zadrżały, a gdy pierwsza słona kropelka spłynęła po jego karmelowym policzku, skrył twarz w dłoniach.

Nie płakał od dawna. Od bardzo, bardzo długiego czasu. Właściwie nie płakał od momentu, kiedy On odszedł. A wystarczyło tylko, by dopuścił do siebie tego niewinnego chłopaka, jakim był Niall, aby wszystko wróciło.

Zgarbił się, a cichy szloch poniósł się po komnacie, gdy kolejne wspomnienia wracały do niego ze zdwojoną siłą.



Był późny wieczór, kiedy siedział w swojej komnacie na rzeźbionym krześle i wpatrywał się w ogień skaczący w kominku. Wszystkie emocje w końcu opadły i gdy zdał sobie sprawę z tego, co zrobił, złość na nowo go ogarnęła. Tym razem na samego siebie, bo w końcu jak mógł uderzyć tę niewinną oraz delikatną istotkę jaką niewątpliwie był Niall? Zbyt długo nie miał nikogo o kogo mógłby się troszczył i teraz czekały na niego skutki. I wiedział, że powinien go przeprosić, ale nie umiał. Resztę dnia więc trzymał się z dala od korytarza, na którym mieściła się komnata blondyna.

Westchnął ciężko i przetarł czoło dłonią. Podniósł się z krzesła, a czarna koszula nocna opadła falami wzdłuż jego ciała, odsłaniając obojczyki. Nie miał bladego pojęcia, co powinien teraz zrobić. Właściwie to wiedział, ale nie uważał, że wypowiedzenie zwykłego „przepraszam” załatwi sprawę. Uderzył go. Uderzył.

Zacisnął dłoń w pięść i odwrócił na pięcie. Jego spojrzenie spoczęło na białej róży skrytej pod szklaną kopułą. Pozwolił opaść złości i znów dopadł go smutek oraz żal. Jego ramiona opadły, gdy stanął na środku komnaty, a Marco spojrzał na niego z łóżka. Chwilę potem porwał z ramy aksamitny szlafrok z futerkiem przy kołnierzu oraz rękawach i w pośpiechu zakładając go, wypadł z komnaty.

Szedł szybko, czując chłód posadzki na bosych stopach. Chciał go zobaczyć, sprawdzić czy nie zrobił mu zbyt wielkiej krzywdy, czy wszystko jest w porządku. Czasem kiedy wpadał w złość nie kontrolował siebie i trochę bał się o blondyna. Tak więc teraz, kiedy zapewne już spał, będzie mógł po prostu na niego zerknąć.

Stanął przed drewnianymi drzwiami i ułożył palce na klamce. Długo jednak zastanawiał się czy powinien wejść. Nagle stracił całą pewność siebie i zaczął sobie wmawiać, że zobaczy się z nim rano na śniadaniu. Moment potem i w to zwątpił, więc przełknął ślinę, nacisnął klamkę i pchną drzwi.

Wśliznął się do środka i niczym cień przemknął przez komnatę, przyczajając się przy łóżku blondyna. Biła od niego jakby delikatna poświata i zrzucił wszystko na jego białą koszulę, która podwinęła się, odsłaniając kolana chłopaka i bladą skórę. Blond włosy rozsypały się na ciemnej poduszce wokół głowy niczym aureola. Uśmiechnął się delikatnie i bawiąc palcami zrobił krok w stronę chłopaka. W tej samej chwili usłyszał gardłowe mruczenie, które dochodziło z nóg łóżka, a gdy spojrzał w tamtą stronę, spostrzegł białego tygrysa.

- Spokojnie, Emerald. To ja – szepnął i pstryknął palcami, miedzy którymi przeskoczyły iskierki. Mały płomień rozbłysnął na jego otwartej dłoni i oświetlił twarz. Wieli kot uspokoił się, a on podszedł do niego i podrapał go za uchem.

- Przyszedłem tylko popatrzeć – dodał cicho i dmuchnął w płomień, który zaiskrzył się, rozdzielając na kilka mniejszych. Lekko machnął dłonią, a płomyczki osiadły na knotach świec ustawionych w świecznikach przy łóżku. Rzuciły blade światło na materac, na brzegu którego przysiadł.

Jego uśmiech poszerzył się, gdy spostrzegł magiczny dziennik spoczywający na piersi chłopaka. Wziął go w smukłe palce, a gdy go odwrócił, spojrzał na czyste, pożółkłe kartki. Przejechał po nich opuszkami palców, wiedząc, że zapewne tworzy się na nich teraz tekst, który może odczytać tylko blondyn. Zamknął dziennik na klamrę i odłożył go ostrożnie na szafkę, spoglądając na twarz chłopaka.

Wyglądał tak spokojnie, kiedy spał. Długie rzęsy układały się na policzkach wachlarzem, chowając pod powiekami błękitne tęczówki, w które uwielbiał patrzeć. Przez rozchylone, malinowe wargi ulatywał miarowy oddech. Wyciągnął dłoń i przejechał po nich opuszkami palców, co sprawiło, że Niall poruszył się. Przekręcił głowę na drugi bok i mruknął cicho, ukazując zaczerwieniony policzek.

Zayn spuścił wzrok na swoje dłonie i westchnął cicho, wiedząc, że to jego sprawka. Chwilę potem zagryzł dolną wargę i uwalniając magię, potarł dłońmi, dopóki nie poczuł znajomego ciepła. Wyciągnął rękę w stronę policzka i delikatnie przejechał po nim opuszkami palców, by go nie obudzić. Nie pamiętał, kiedy się tego nauczył, ale wiedział, że potrafi zaleczyć każdą ranę, - jeśli nie jest zbyt głęboka - każdego siniaka czy stłuczenie, po prostu pocierając dłonie przy uwalnianiu magii, a potem przejeżdżając gorącymi palcami po miejscu do uleczenia. Tak więc gdy cofnął palce, nie było śladu po zaczerwienieniu i znów mógł pogładzić znajomy, blady policzek.

Przez chwilę zastanawiał się czy nie podwinąć rękawa koszuli nocnej chłopaka i nie pozbyć się siniaków, które zapewne zaczęły się pojawiać na ramieniu od jego silnego uścisku, ale zrezygnował.

Wiedział, że kontakty między nimi ulegną zmianie, ale pragnął załagodzi je między nimi choć trochę. Uznał, że ten sposób będzie najlepszy. Zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele potrafi zdziałać jego śpiew przy odrobinie magii oraz odpowiednich run.

Odgarnął więc zabłąkany, złoty kosmyk z czoła Nialla i delikatnie dotknął jasnej skóry, zostawiając na niej niewielki srebrzysty krąg, w którym pojawiła się runa Dagaz. Ponoć łagodziła konflikty, a on nie chciał mu opowiadać wszystkiego. Dobrał więc odpowiednio słowa, a jego melodyjny głos rozniósł się po komnacie.

- Standing frozen in the life I’ve chosen. You won’t find me, the past is so behind me buried in the snow – jego głos dźwięczał, wirując w powietrzu, a srebrzysty symbol na czole blondyna rozjaśnił się, gdy tylko zaczął śpiewać swoją piosenkę. – And here I stand. And here I’ll stay. The cold never bothered me anyway.*

Skończył, patrząc jak symbol znika z czoła Nialla, a jasna grzywka miękko na nie opada. Uśmiechnął się niemrawo i odgarnął pasma, a chłopak znów się poruszył. Cofnął dłoń, nie chcąc go obudzić, więc poprawił tylko jego koszulę i nakrył go kołdrą.

Podniósł się powoli z materaca i spojrzał, jak blondyn przekręca się na bok. Patrzył jak podciąga kołdrę pod samą szyję i uśmiechnął się ciepło. Chwilę potem zdmuchnął świece i na palcach skierował się do wyjścia. Zamknął drzwi najciszej jak umiał i ruszył do swojej komnaty.

Spuścił wzrok, patrząc pod swoje stopy. Przebiegł palcami przez kruczoczarną grzywkę, zastanawiając się jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień. Zaczął się zastanawiać czy zaśpiewanie dla Nialla było właściwe, ale teraz było już po fakcie. Nie mógł tego odwrócić nawet, gdyby bardzo tego pragnął. I wiedział, że jutro rano Niall będzie czuł się skołowany, ale przynajmniej będzie się do niego odzywał. Taką przynajmniej miał nadzieję.

- Włóczysz się po zamku o tej porze? – usłyszał znajomy głos, więc podniósł głowę. Na parapecie jednego z okien siedziała drobna postać, jaką był Louis. Jego turkusowe oczy wpatrywały się w niego i świdrowały spojrzeniem. W palcach obracał ciastko, które zapewne wykradł z kuchni. – To do ciebie niepodobne.

- Odezwał się ten, co najmniej się włóczy – odparł z sarkazmem. – Ja przynajmniej robię to po zamku, a nie całym królestwie.

- Nie zmieniaj tematu, mój drogi – pogroził mu ciastkiem szatyn, po czym odgryzł kawałek. Mruknął cicho i Zayn wiedział, że było to jego ulubione z kawałkami gorzkiej czekolady. – Słyszałem, co się stało dziś po południu. Mogę założyć się o dzień na twoim tronie, że byłeś teraz w jego komnacie.

- Wcale nie byłem – burknął mulat, splatając ręce za plecami, palcami u stóp uderzając w posadzkę. W tej chwili zachowywał się jak mały chłopiec, który został przyłapany przez mamę na czymś, czego nie powinien robić. I naprawdę chciał wiedzieć, co Louis ma w sobie takiego, że właśnie tak się zachowuje. Może to fakt, iż szatyn był starszy o dwa lata. To jednak on był księciem Pik.

- Byłeś, byłeś. Przecież widzę, jak się zachowujesz – stwierdził Tomlinson, huśtając nogami i dokańczając swoje ciastko. – Domyślam się też, co zrobiłeś. Myślisz, że czary rozwiążą każdy twój problem? Może i tak, ale na pewno nie z Niallem. On jest inny.

Nie skomentował tego. Odwrócił tylko głowę w stronę okna i spojrzał na swoje odbicie w szybie. Chwilę potem usłyszał, jak Lou zgrabnie opada na podłogę i podchodzi do niego. Wyczuł jego obecność, po czym dostrzegł odbicie w szybie. Uporczywie wpatrywał się w nie.

- Niall jest bardziej jak On – stwierdził szatyn, a książę Pik przekręcił głowę w jego stronę. – Wiesz, strasznie jest do Niego podobny.

- Wcale, że nie. Pamiętam jeszcze jak wyglądał – oburzył się.

- Tak. Ja też Go pamiętam. Ale nie mam na myśli wyglądu fizycznego – Tomlinson nachylił się i szepnął mu na ucho. – Spójrz na jego charakter. To co z tobą robi.

- Co robi? – spytał Zayn, spoglądając w turkusowe oczy przyjaciela. Ten uśmiechnął się tylko i poklepał go po plecach, po czym oddalił się korytarzem, zostawiając Malika samego z sobą.

Odwrócił głowę i ponownie spojrzał na swoje odbicie w szybie. Nic się w nim nie zmieniło. Wciąż ta sama czarna grzywka opadając na czoło. Te same ciemne oczy, a pod prawym niewielki tatuaż pika. Może powinien się ogolić, bo to faktycznie nie wygląda za dobrze. Tak więc nie bardzo wiedział, o co chodziło Louisowi.

*Demi Lovato – Let It Go


8

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz