niedziela, 19 stycznia 2014

761

7

Jesienne słońce odbijało się od czarnego marmuru i wpadało do przestronnej komnaty. W wielkim i niezwykle miękkim łóżku spokojnie spał blondyn, jak zwykle cicho pochrapując i rozwalając się na całym materacu.

Odbijające się światło zatańczyło na powiekach chłopaka, rozbudzając go. Mruknął cicho, wyciągając dłonie przed siebie i wyginając ciało w łuk, gdy się przeciągał. Ponownie opadł na miękki materac i westchnął z przyjemnością. Podniósł powieki, a jego jasne tęczówki spoczęły na granatowym baldachimie. W pierwszym momencie nie wiedział co się dzieje. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego gdzie jest i co się właściwie wydarzyło ostatnio w jego życiu.


Materac ugiął się przy jego boku, a gdy odwrócił głowę, jego jasne tęczówki spoczęły na białym tygrysie, który wygodnie ułożył się na posłaniu. Uśmiechnął się na jego widok i podciągnął na łokciach, nagle zdając sobie sprawę, że nie widział go przez jakiś czas. Jednak jakoś specjalnie nie odczuwał braku jego obecności.

- Cześć Emerald – przywitał się i wplótł palce w miękkie futerko, przebiegając po nim, a wielki kot, nastawił jedno ucho w jego stronę. – Gdzieś ty się podziewał?

Tygrys spojrzał na niego swoimi błękitnymi oczyma, po czym polizał go szorstkim językiem po policzku. Zaśmiał się dźwięcznie i wyplątał z aksamitnej pościeli. Postawił bose stopy na drewnianej podłodze i w kilku susach znalazł się przy dużych oknach, które wychodziły na - dziś spokojne - morze. Woda iskrzyła się w promieniach słońca, a w oddali faktycznie dostrzegł tęczę, która ponoć rozciągała się nad Nibylandią.

Przeniósł wzrok na prawo, gdzie znajdował się port. Wpływał do niego wspaniały statek, który na purpurowym żaglu miał godło z dwoma lwami. Dziób wyrzeźbiony był na wzór otwartej paszczy i szyi smoka, a burta, na którą miał widok przyozdobiona była wyrytymi skrzydłami. Wykończony był złotą i zieloną farbą. Po pokładzie kręcili się żeglarze. Zmarszczył brwi próbując sobie przypomnieć, gdzie widział ten statek.

- Nie możliwe – mruknął do siebie, gdy nagle go olśniło. – Chociaż nie. Tutaj wszystko jest możliwe.

Ktoś stanowczo zapukał do drzwi komnaty, a gdy się odwrócił, do środka wchodził mężczyzna o brązowych włosach i z powagą wymalowaną na twarzy. W rękach niósł jego wczorajsze ubranie, które ułożył na łóżku.

- Widzę, że panicz już wstał. Mniemam, iż spało się dobrze? – zapytał i Niall otwierał usta by odpowiedzieć, jednak mężczyzna nie dał mu dojść do słowa. – Tak jak prosił Jaśnie Książę, odświeżyłem pańskie ubranie.

Podszedł do niego i chwycił za ramiona, przyglądając mu się z powagą i z dezaprobatą patrząc na jego potargane włosy.

- Jest panicz taki marny i te włosy – chwycił kosmyk w palce i potarł nimi. – Trzeba coś z nimi zrobić, ale najpierw ubierzemy panicza.

- Eee… Ja sam – wydukał, ale mężczyzna pociągnął go w stronę łóżka, gdy ponownie rozległo się pukanie do drzwi, a do komnaty weszła tym razem kobieta niosąc tacę, stawiając ją na stoliku, przy którym stała sofa i dwa fotele.

- Śniadanie dla panicza. Nalać herbaty czy może kawy? – odezwała się, a on otworzył buzię, by coś powiedzieć. Jednak żadna odpowiedź nie uleciała spomiędzy jego warg. Był skołowany tym co się właśnie działo. On paniczem? Niby był gościem w zamku Czarnego Księcia, ale nie był przekonany, czy takie traktowanie go jest konieczne.

Chwilę potem pisnął, czując chłodne dłonie mężczyzny na karku i odskoczył. Spiorunował go swoim błękitny spojrzeniem, a jego mość tylko wyprostował się, wygładzając swój strój.

- Panicz pozwoli… – zaczął, ale przerwał mu dziewczęcy głos.

- Wystarczy. Możecie już odejść – odezwała się Lottie, jak zawsze przenosząc ciężar ciała na prawą nogę i splatając ręce na piersi. Służba ukłoniła jej się i opuściła pokój zamykając za sobą drzwi. Blondyn westchnął ciężko i opadł na fotel przy stoliku. Spojrzał na tacę i lustrując ją sięgnął po tost. Posmarował go dżemem i spojrzał na księżniczkę, która usiadła po przeciwnej stronie, zakładając nogę na nogę.

- Smacznego – posłała mu ciepły uśmiech. Dziś jej włosy kręciły się lekko, a wąskie pasma z przodu zostały zaczesane lekko do tyłu. Jej suknia miała kolor bardzo ciemnej purpury i ozdobiona była złotymi nićmi.

- Dziękuję – odpowiedział i nalał sobie do filiżanki herbaty. – Może masz ochotę?

- Nie, dziękuję. Ja już jadłam – odpowiedziała dziewczyna, a na jej ramieniu przysiadł kanarek. – Przychodzę na prośbę Zayna. Będzie teraz trochę zajęty. Sprawy polityczne. Prosił mnie bym zabrała cię do miejscowego krawca.

- Sprawy polityczne? – zdziwił się Horan, odgryzając kawałek tostu, po czym przypomniał sobie o okręcie, który na jego oczach wpływał do portu. – Oh. Masz na myśli ten statek, który wpłyną do portu? To Wędrowiec do Świtu, prawda?

- Tak, dokładnie. Król Kaspian wybiera się na poszukiwanie zaginiony, narnijskich baronów – wyjaśniła, choć on doskonale wiedział co się dzieje. Czytał tę książkę chyba z dziesięć razy i znał ją na pamięć. – Cumuje tutaj, bo to ostatni bezpieczny port przed wpłynięciem na Wielki Wschodni Ocean.

Niall skinął jej głową i już wiedział, że to wydarzenie nie miało miejsca w książce, bo ona zaczyna się w momencie, gdy Kaspian jest już w drodze na Samotne Wyspy.

- To twój Animus? – zapytał, spoglądając na kanarka, który siedział na ramieniu dziewczyny.

- Tak. Ma się nijak do twojego wielkiego kociska – wyznała spoglądając na łóżko, gdzie wygodnie ułożył się Emerald.

- Uważam, że jest uroczy – odparł i upił łyk swojej herbaty. Lottie uśmiechnęła się do niego przyjaźnie, po czym podniosła się z krzesła.

- Zjedz i ubierz się w spokoju. Zaczekam na ciebie w głównym holu – oświadczyła, przyglądając mu się chwilę, po czym opuściła komnatę.

Wchłonął jeszcze kilka tostów i zjadł pyszną smażoną kiełbaskę, dopijając herbatę. Chwilę siedział na miejscu w błogim stanie najedzenia, po czym podniósł się, pamiętając o księżniczce czekającej na niego w holu. Ubrał się pospiesznie, zostawiając włosy w nieładzie. I tak nic by z nimi nie zrobił. Zarzucił jeszcze na ramiona swoją szarą pelerynę, a z komody wziął czarne futro, które owinął wokół ramion. Skrył w nim nos i uśmiechnął się, bo wciąż pachniało Zaynem.

Przez chwilę zastanawiał się czy powinien brać dziennik i pióro, ale zrezygnował. Schował je pod poduszki i spojrzał na swojego Animusa.

- Zostaniesz tutaj i będziesz pilnował? – spytał, a wielki kot spojrzał na niego, po czym podniósł się i wygodnie ułożył na poduszce, mrucząc gardłowo. Podrapał go za uchem, odwrócił się na pięcie, a obcasy jego butów z cholewami cicho stukały, gdy zamykał za sobą drzwi komnaty i szybko stawiał kroki. Zbiegł po marmurowych schodach i spostrzegł dziewczynę czekającą na niego wraz z rycerzem. Uśmiechnęła się i po chwili oboje wyszli na dziedziniec, pilnowani przez żołnierza.



Odgarnął jasną grzywkę z czoła i westchnął ciężko wykończony odwiedzinami u krawca. Chodził czasem na zakupy z Emmą, ale nie były one w stanie przygotować go na to, co przeżył z Lottie. Gdy tylko przekroczyli próg, przywitał ich starszy mężczyzna, który powoli zaczynał siwieć, a na nosie spoczywały okulary. Dziewczyna podała mu małą karteczkę, którą przeczytał i od razu udali się na zaplecze.

Krawiec zdjął z niego miary, a potem zaczęli wybierać materiały na stroje. Przerzucali kolejno szpule z jedwabiami, aksamitami, satyną, żakardami czy koronkami. Przebierali od śnieżnobiałych, których było niewiele, do przeróżnych odcieni szarości. A gdy zapytał, czemu nie wybiorą jakiegoś ciemniejszego materiału, dziewczyna odpowiedziała, iż Zayn zażyczył sobie jasnych materiałów. Ciemne mogą być tylko wykończenia. Westchnął więc i po dwóch godzinach miał już dosyć. Gdy w końcu zdecydowali się na materiały, kupili jeszcze kilka gotowych strojów w jasnym odcieniu szarości i poprosili o dostarczenie do pałacu.

Tak więc teraz, powoli wracali do zamku. Przyglądał się budynkom, o których opowiadała mu księżniczka, ale nie był nimi szczerze zainteresowany. Chciał już wrócić do pałacu, gdzie z okna komnaty, będzie mógł podziwiać Wędrowca do Świtu.

I nagle jego jasne oczy rozbłysły, wpadając na pomysł. Skoro już byli w mieście i Lottie oprowadzała go po Ankyrum to czemu nie udać się na nabrzeże.

- Możemy iść do portu? – wpadł jej w słowo, a ona spojrzała na niego, wysoko unosząc brwi.

- A po co? – zdziwiła się. – Tam nie ma nic ciekawego.

- Tam jest Wędrowiec do Świtu – odpowiedział podekscytowany z błyskiem w oku. – Chodźmy go zobaczyć z bliska. Tyle razy o nim czytałem.

- Oh. Rozumiem – odparła w końcu z uśmiechem. – Zatem chodźmy.

Skręciła w prawo na szeroki most, a chłopak dogonił ją i przeszli na drugą stronę. Ponownie zagłębili się w wąskie uliczki Ankyrum, mijając sklepiki oraz ludzi, którzy dygali przed nimi lub lekko się kłaniali. W końcu do uszu blondyna dotarł znajomy szum, a chwilę potem wyszli prosto na port.

Z fascynacją chłoną każdy szczegół. Młodzieńca handlującego świeżymi rybami. Mężczyzn przetaczających beczki, które zapewne miały zostać załadowane na statek. Liny oraz sieci rozciągnięte na palach. I oczywiście statki cumujące w porcie.

- To statek Zayna – wyjaśniła blondynka, gdy zeszli do portu, a niebieskie tęczówki Horana spoczęły na wielkim dwumasztowym statku z hebanu. Dziób wyrzeźbiony był na wzór wielkiego wilka z rozwartą paszczą i wyciągniętymi przednimi łapami.

- Ten obok należy do mojego brata – odparła, kiedy mijali kolejny statek. Ten był wykonany ze znacznie jaśniejszego drewna i pomalowanego na granatowo. Jego dziób przypominał lisa i był pokryty farbą w rudym kolorze. Ten miał tylko jeden maszt, co zapewne świadczyło o hierarchii książąt. To Zayn był tym ważniejszym.

- Tam jest Wędrowiec do Świtu – Lottie wskazała palcem na statek ze smoczym dziobem. Niall uśmiechnął się szeroko i pobiegł w tamtą stronę. Staną tak blisko, jak tylko było to możliwe i zadarł głowę lekko go góry, spoglądając na smoczą paszczę. Ciche łał wyrwało się spomiędzy jego malinowych warg. Oczy błyszczały fascynacją, a policzki zarumieniły się. Nie mógł uwierzyć w to, że stoi tak blisko Wędrowca do Świtu. To było tak nierealne, a jednak prawdziwe.

- Nie rozumiem twojej fascynacji – odparła lekko rozbawiona blondynka, stając niedaleko i przyglądając mu się.

- Ja nigdy nie płynąłem statkiem – wyjaśnił. – Właściwie, to poza przeprowadzką z Irlandii do południowej Anglii nie zrobiłem nic szczególnie ekscytującego.

- A przejście do Arkadii z księciem, który uważany jest za bezlitosnego mordercę? – zapytała rozbawiona dziewczyna, na co pokazał jej język. Zaśmiała się dźwięcznie i również spojrzał na statek. – Ale trzeba przyznać, że robi wrażenie.

- Tak – przytaknął i znów zadarł głowę, spoglądając na smocza paszczę. Chłodny podmuch wiatru zatańczył z jego jasną grzywką i lekko zmrużył oczy, czując jak zaczynają mu łzawić. Przebiegł niebieskimi tęczówkami po burcie, które zatrzymały się przy pomoście prowadzącym na brzeg. Dostrzegł tam bowiem Zayna rozmawiającego z młodym, szczupłym mężczyzną o długich kruczoczarnych włosach.

- Król Kaspian – odparł, wpatrując się w bruneta.

- W rzeczy samej – usłyszał z dołu, a gdy spuścił wzrok dostrzegł pod swoimi stopami szarą mysz. Na uszko założoną miała złotą obręcz z piórkiem, a do malutkiego, brązowego pasa przypasana była niewielka szpada. Od razu wiedział, iż to najszlachetniejsza mysz narnijska oraz jak należy z nią rozmawiać.

- Czyż to szlachetny Ryczypisk – odezwał się i lekko skinął głową. – To zaszczyt móc cię poznać, Panie.

- Widzę, iż ignorancja nie jest tu tak powszechna, jak śmiałem przypuszczać – odpowiedziała mysz, prostując się i dumnie podnosząc głowę. – Jak cię zwą chłopcze?

- Niall Horan, Panie – grzecznie odpowiedział na pytanie i uśmiechnął się uroczo do zwierzęcia. – Słyszałem o waszej wyprawie.

- Ah, tak. Trudna podróż przed nami, ale odwagi nam nie brak – stwierdził dumnie Ryczypisk, przebiegając łapką po czerwonym piórku i ponownie spoglądając na blondyna. – Wybacz mi mą zuchwałość chłopcze, ale czy mógłbym cię prosić, abyś wniósł mnie na statek. Trochę zmarzły mi łapki.

- Ależ z wielką przyjemnością – odparł Niall, kucną i wyciągnął dłoń, na którą wskoczyła masz. – Może chcesz schować się w futrze? Ogrzejesz się choć trochę.

- Oh tak. Bardzo chętnie – stwierdził i wskoczył na jego ramię, kryjąc się w czarnym okryciu. – Jakże tu przyjemnie.

Horan uśmiechnął się przyjaźnie i zerknął na Lottie, która machnęła tylko ręką, więc ruszył w stronę kładki. Wspiął się po niej ostrożnie, a ciche pomruki myszy skrytej w futerku bawiły go coraz bardziej. Stanął na pokładzie, a wiatr ponownie przebiegł przez jego jasne kosmyki. Już chciał zwrócić się do Ryczypiska, gdy usłyszał słowie imię.

- Niall? – zawołał go Zayn, a on spojrzał na niego. – Co tu robisz?

- Chciałem zobaczyć Wędrowca do Świtu, więc przyszliśmy z Lottie – wyjaśnił, podchodząc bliżej i kłaniając się lekko Kaspianowi. – Wasza Królewska Mość. Ma król wspaniały statek.

- Dziękuję – odpowiedział brunet, po czym wyciągną swoją dłoń i przystawił do jego ramienia. – No już. Wyskakuj Ryczypisk.

Z czarnego futra najpierw wyłonił się smukły ogonek, a potem czerwone piórko. Dopiero po chwili pojawił się pyszczek. Mysz westchnęła głośno i wyskoczyła na dłoń władcy. Odwróciła się w jego stronę i skłoniła nisko.

- Było bardzo miło móc cię poznać – stwierdziła, a Niall uśmiechnął się przyjaźnie.

- Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedział i lekko skinął głową, po czym spojrzał na Kaspiana i wykonał ten sam gest. Młody mężczyzna uśmiechnął się do niego przyjaźnie i odwzajemnił gest. Cofnął się więc na kilka kroków i stanął za Zaynem, który cały czas mu się przyglądał.

Spojrzał w jego czekoladowe tęczówki i dostrzegł, jak kąciki warg księcia Pik unoszą się ku górze. Widział w nich błysk i spokój. Pojawiła się również nutka radości. Moment potem odwrócił od niego wzrok, by wrócić do rozmowy z Kaspianem, a on stał u boku Malika i lustrował błękitnymi tęczówkami każdy szczegół pokładu.

Po zakończeniu dyskusji, pożegnali króla Narnii, zeszli z pokładu i w towarzystwie eskorty wrócili do zamku. Gdy znaleźli się na dziedzińcu, przez boczną bramę, wpadł jeździec. Jego czarne szaty łopotały na wietrze, a ciemna grzywa konia falowała. Zaciągnął lecie, koń zatrzymał się, a mężczyzna zeskoczył z niego. Od razu podbiegł do niego sługa, odbierając konia, a Zayn zatrzymał się splatając ręce na piersiach. Gdy jeździec odwrócił się, Niall mógł spostrzec rozwichrzone, kasztanowe włosy, zarumienione od pędu policzki i turkusowe tęczówki, które spoczęły na brunecie.

- Zayn! – zawołał szatyn i zaśmiał się nerwowo. Poprawił strój i podszedł do niego. – Kiedy wróciłeś?

- Wczoraj – odpowiedział i zrobił krok w bok odsłaniając blondyna, który uśmiechnął się przyjaźnie do niższego chłopaka. – Niall Horan. Skryba na to stulecie.

- Oh. To znaczy – odchrząknął i wyprostował, po czym lekko skinął głową. – Louis Tomlinson. Książę Trefl. To zaszczyt gościć cię w Mrocznym Dworze.

- Powinieneś zrobić to wczoraj, gdy przybyliśmy – skarcił go brunet. – Gdzieś ty znowu się podziewał?

- No wiesz. Tu i tam – odparł zmieszany Louis, pocierając kark dłonią, a rumieńce na jego policzkach przybrały intensywniejszy odcień.

- To znaczy gdzie? – dociekał książę Pik, a Tomlinson zaczął przestępować z nogi na nogę w zdenerwowaniu. Niall przygryzł dolną wargę, po czym oparł dłoń na ramieniu mulata, wspinając się na palce.

- Daj mu spokój – szepnął mu na ucho, omiatając je ciepłym oddechem. – Kiedy będzie gotowy to ci powie.

Zayn spojrzał na niego swoimi ciemnymi oczami, na co uśmiechnął się do niego uroczo. Chłopak westchnął ciężko, zastanawiając się, jak Horan to robi, że ulega mu tak łatwo, po czym machnął ręką, odwrócił się na pięcie i skierował do zamku. Blondyn puścił oczko szatynowi i ruszył za Malikiem, zostawiając chłopaka w kompletnym zaskoczeniu.


7

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz