niedziela, 19 stycznia 2014

762

6

Rozłączył się i spojrzał na wyświetlacz swojego telefonu, po czym zablokował go. Siedział z głową spuszczoną na swoje kolana. Czuł się źle, okłamując swojego teraz byłego pracodawcę. A poczuł się naprawdę podle, gdy to samo kłamstwo powtórzył Emmie. Kto jak kto, ale ona miała prawo wiedzieć, gdzie tak naprawdę się udaje. Jednak nie chciał ryzykować. Nie chciał jej narażać.

Kątem oka dostrzegł ruch i podniósł swoje jasne spojrzenie na Zayna. Stał w pełni ubrany, z rękoma splecionymi na piersiach i lustrował go swoimi ciemnymi oczyma. Spinka błyszczała wpięta w jego włosy. Chwilę potem wyciągnął dłoń w jego stronę, a Niall oddał mu komórkę. Chłopak wyciągnął z niej kartę, którą złamał na pół i wraz z telefonem wrzucił do kosza.


- Nie będzie ci już potrzebny – zapewnił go, kierując się do wyjścia i po drodze biorąc torbę podróżną Irlandczyka. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi, spoglądając na chłopaka. Zacisnął palce na pasku torby, w której spoczywał dziennik oraz pióro i podniósł się z materaca. Minął bruneta i wyszedł na korytarz, przystając przy ścianie. Książę zamknął drzwi na klucz, po czym obaj zeszli do recepcji, gdzie wymeldowali się i uregulowali rachunek. Wyszli przed hotel i przy najbliższym kontenerze zostawili resztę rzeczy Nialla.

- To też nie będzie ci potrzebne. W Arkadii nosimy się trochę inaczej – wyznał Malik, wciskając ręce w kieszenie płaszcza i posłał mu delikatny uśmiech. – Ale to chyba wiesz.

Horan przytaknął, a chłodny, nadmorski wiatr przebiegł przez jego złote kosmyki. Spojrzał na spokojne morze i westchnął ciężko. Wczoraj był podekscytowany przejściem do Arkadii, ale dziś rano obudzi się z wątpliwościami. Miał zostawić w tym świecie swoją rodzinę oraz przyjaciół i to go trochę przybiło. Nie był pewien czy tego chce. Nie wiedział, czy kiedykolwiek wróci z Arkadii.

- Niall – usłyszał głos bruneta, więc spojrzał na niego smutnymi oczyma. – Wiem, że jest ci ciężko, ale nie mamy wyjścia. Demony i cienie chcą cię dopaść, a tu nie będziesz bezpieczny.

- Tak, wiem – przyznał mu rację. – Więc co teraz?

- Musimy się udać do Great Wood. Powinniśmy tam być w pół godzinny – odparł mulat, rozglądając się po ulicy. – Tam jest punkt ustalony za wrota. Ruszajmy więc.

Blondyn spojrzał na księcia Pik, który odwrócił się na pięcie i ruszył chodnikiem. Niall westchnął i ostatni raz spojrzał na morze. Zawsze pragnął mieszkać nad wodą, a gdy w końcu mu się to udało, po dwóch latach musiał opuścić to miejsce.

- Skrybo – usłyszał stanowczy głos Malika, więc spojrzał na niego. Stał w połowie chodnika i czekał na niego, więc dogonił go i zrównał się z nich, chowając ręce w kieszenie swojego płaszcza. Koniec końców było zimno.

Szli w ciszy. Budynki powoli zaczęły się przerzedzać, aż w końcu zeszli na drogę prowadzącą do Stanmer. To wtedy Zayn postanowił się odezwać.

- Mroczny Dwór i Ankyrum położone są nad morzem – odparł. – Jeśli chcesz to dostaniesz komnatę z widokiem na nie. W słonecznie dni widać tęczę, która góruje nad Nibylandią.

- Ankyrum? – spytał Horan nie bardzo wiedząc o czym mowa.

- Myślałeś, że mój zamek stoi sobie samotnie na środku polany? – odpowiedział pytaniem na pytanie mulat, gdy skręcili w polną drogę i ruszyli przez las. – Mam podwładnych, których muszę chronić. Skądś się bierze moja armia. Może i nie opisywałeś miast przylegających do zamków, ale one są mimo wszystko.

- Faktycznie. Zazwyczaj skupiałem się na was. To znaczy, na książętach – odparł Irlandczyk, rozglądając się dookoła.

- Bo nie musiałeś tworzyć czegoś, co zostało już ukształtowane – wyjaśnił Zayn. – Ankyrum stworzył pierwszy Skryba i to wystarczyło. I… Powiedz mi? Byłeś kiedyś w Wenecji?

- Nie. A czemu pytasz? – Irlandczyk zmarszczył brwi i spojrzał na księcia. Kącik jego ust drgnął, gdy przystanęli na rozdrożu, po czym jego ciemne tęczówki spojrzały na prawo. Blondyn również spojrzał w tamtą stronę i spostrzegł stary łub wykonany z cegłówek. Moment potem przeniósł tęczówki na bruneta, który właśnie wyczarował srebrzysty klucz. Jego oczko było w kształcie pika.

Ruszył w stronę ceglanego łuku, a Niall przyglądał mu się chwilę, po czym ruszył za nim. Im bliżej byli, tym bardziej przestrzeń w nim falowała i wyostrzała się formując drewniane wrota, z niezwykłymi rycinami i metalowymi wykończeniami. Jego jasne tęczówki z fascynacją wpatrywały się w to, co właśnie działo się na jego oczach. Cały żal i smutek, które do tej poty nim targały, ustąpiły miejsca zaciekawieniu, gdy Malik wkładał klucz w dziurkę.

- Niall! – usłyszał jak ktoś woła jego imię. Odwrócił się na pięcie i spostrzegł biegnącego w jego stronę Liama. Za nim dostrzegł Emmę oraz Olly’ego i Asię. Chwilę potem poczuł ciepły podmuch wiatru na swoich plecach i przeszedł go przyjemny dreszcz. Szatyn zatrzymał się gwałtownie, podniósł zaciśniętą dłoń i uderzył w coś co go powstrzymało. Jednak dostrzegł to, bo za każdym razem, gdy książę Karo uderzał dłonią, złotawe fale rozchodziły się po tafli niczym kręgi na jeziorze.

- Niall! Nie rób tego! Nie przechodź z nim! – krzyczał Liam, a jego głos był przytłumiony przez magiczną barierę. Wpatrywał się w niego mając mieszane uczucia. On mu powiedział kim jest. Ale to Zayn uratował go przed demonami i wyznał całą prawdę. A on nie chciał zostać tutaj i tylko pisać. Chciał zobaczyć to co opisuje. A skoro nadarzyła się taka okazja.

Poczuł jak brunet zaciska dłoń na jego ramieniu, a pełne usta szatyna zaciskają się mocno i zwężają. Zmrużył groźnie sarnie oczy i ciskał piorunami w stronę chłopaka stojącego tuż obok niego.

- Wrota są otwarte – wyszeptał do jego ucha książę Pik. – Arkadia czeka byś ją odkrył.

Irlandczyk ostatni raz spojrzał na Liama i odwrócił się na pięcie. Zlustrował ponownie murowany łuk, który teraz był z czarnego, skrzącego się marmuru, ze strzelistymi wieżyczkami zakończonymi srebrnymi sercami, które za pewne miały oznaczać Pik. Wziął wdech i pewnym krokiem ruszył w stronę otwartych wrót.

Gdy podszedł bliżej dostrzegł jakby lustrzane odbicie siebie, tylko bez całej reszty za jego plecami i w kompletnie innym stroju. Jego ubranie miało białą koszulę, falami opadającą na jego biodra. Jej zwiewne rękawy nad łokciami przewiązane były delikatnymi wstążkami w kolorze pastelowego błękitu. Pod szyją w tym samym kolorze zawiązana była duża kokarda. Dopasowane białe spodnie wpuszczone były w buty z cholewami tego samego koloru. Na ramiona natomiast opadała wełniana jasnoszara peleryna, która wyglądała na ciepłą. Pod nią dostrzegł torbę na ramię wykonaną ze jasnej skóry. To tam pewnie ukryte będą dziennik i pióro.

Wyciągnął rękę, a gdy jego palce zetknęły się z powierzchnią, ta zaiskrzyła lekko.

- Nie przechodź! Niall, to pułapka! On ci zamącił w głowie! – dotarł do niego głos Liama, więc spojrzał na niego przez ramię i posłał mu stanowcze spojrzenie. Następnie przeniósł je na swoje odbicie. – Nie przechodź! To przecież książę Pik! Czarny Książę! On cię…

Jednak nie dane mu było usłyszeć do końca, co ma mu do powiedzenia szatyn, bo uczynił krok w przód i przymykając powieki, przeszedł na drugą stronę. Moment potem ogarnął go chłód i gdy otworzył oczy spojrzał na małą polankę otoczoną kręgiem drzew. Wzdrygnął się i odruchowo chciał sięgnąć do swego płaszcza, jednak odkrył, że ma na sobie strój z odbicia. Otulił się więc jasnoszarą peleryną, zacisnął palce na skórzanym pasku torby i odwrócił by spojrzeć na wrota, przez które powinien przejść mulat.



Zayn patrzył jak postać blondyna znika po drugiej stroni i sam szczerze zapragnął również przejść przez wrota, by po prostu popatrzeć na chłopaka. Był więcej niż pewien, iż wygląda jak anioł, któremu brutalnie odebrano skrzydła i upadł na ziemię. Delikatny uśmiech wkradł się na jego usta, z których po chwili spełzł, gdy słyszał wrzaski księcia Karo. Odwrócił się więc na pięcie i pojrzał na szatyna.

- Zamknij mordkę, Payne, bo poskarżę się twojemu panu – zwołał ze znajomą dla siebie złośliwością, gdy ruszył w stronę chłopaka.

- Niech mu włos z głowy spadnie, a znajdę cię w tym twoim mrocznym zamczysku i przebiję ci serce moim mieczem – powiedział, pięścią uderzając w barierę ich dzielącą.

- Spokojnie. Siadł piesek – odezwał się z ironią, po czym zaśmiał się złośliwie, słysząc warknięcie ze strony szatyna. – Nawet wydajesz dźwięki jak piesek.

- Zabiję cię – sapnął rozwścieczony Liam. – Przysięgam na Dzwonkowe Wróżki, że cię zabiję, jeśli stanie mu się krzywda.

- Wystarczyło powiedzieć mu kilka ciekawych rzeczy – wyznał Malik z nonszalancją i wyższością. – Jak na przykład, że ma własny pałac, że jako Skryba może przejść do Arkadii. To chyba spodobało mu się najbardziej. Poszedł za mną jak królik za marchewką.

Szatyn mocno zacisnął pięści, na co książę Pik w odpowiedzi uśmiechnął się złośliwie. Wyciągnął dłoń i dał pstryczka w nos szatynowi, który ruszył na niego. Jednak bariera go powstrzymała i znów w nią uderzył.

- On jest nam potrzebny – wysapał z wściekłości Payne. – I dobrze o tym wiesz.

Zayn zmierzył księcia Karo od czubka włosów po same stopy i prychając cicho odwrócił się na pięcie. Pewnym krokiem ruszył w stronę wrót, ignorując wrzaski Liama, który jawnie go obrażał. Spojrzał na niego jeszcze przez ramię, posyłając kolejny złośliwy uśmieszek i przeszedł na drugą stronę.

Pierwsze co poczuł to koronę, która przypomniała mu jak ciężka jest. Poczuł też idealnie skrojone, czarne szaty przylegające do jego ciała. Od razu spojrzał na ręce, gdzie odkrył dopasowany kostium. Na niego narzucona została jedwabna szata. Wełniana peleryna okrywała ramiona, a czarne futro przyjemnie łaskotało go po karku.

Wrota kliknęły cicho za nim, zamykając się, więc odwrócił się i wyją srebrny klucz z zamka. Marmur zamienił się w ceglany łuk, podobny do tego, który znajdował się w Great Wood, a klucz rozpłynął się na jego dłoni. Zacisnął ją, po czym obrócił się obcasem żłobiąc wgłębienie w miękkiej ziemi.

Ciemne tęczówki napotkały jasne spojrzenie, skryte pod złotą grzywką. Moment potem prześliznął się na zarumienione policzki i okryte jasnoszarą peleryną ramiona. Gdy spojrzenie zatrzymało się na bladoniebieskiej kokardzie, uśmiechnął się delikatnie. Wzrok złagodniał, gdy podszedł do niższego chłopaka i zlustrował go uważnie. Nie pomylił się ani trochę. Wyglądał jak anioł, który spadł z nieba.

- Dlaczego to mnie nie dziwi? – westchnął, dotykając palcami jasnej kokardy, na co Horan uśmiechnął się. – Chodźmy. Łódka pewnie czeka.

- Łódka? – zdziwił się blondyn. – Czekaj. Jaka łódka?

- Zobaczysz – odpowiedział mulat i puścił mu oczko.

Przeszli przez wąską ścieżkę i wyszli na brzeg rzeki, która szumiała cicho. Zayn ruszył w dół i już po chwili dostrzegł niewielką przystań, gdzie była zacumowana przepiękna łódka. Wykonana była z hebanu, który lśnił, a jej żłobienia zaznaczone zostały złotą farbą. Na niewielkim dziobie znajdował się pysk wilka, który był lekko rozchylony.

- Ta łódka – odparł brunet, wskazując na nią palcem, a błysk podekscytowania, w jasnych oczach przywołał na jego twarz szeroki uśmiech. Złapał więc chłopaka za nadgarstek i pociągnął w jej stronę.

- Wasza Książęca Mość – skłonił się nisko rudy mężczyzna, który wypadł z małej chatki, owijając się szczelnie granatowym szalem. – Pańska łódka czekała, jak sobie książę życzył.

W tej samej chwili z chatki wraz z długim wiosłem wyszedł kolejny mężczyzna. Ten miał włosy równie czarne, jak te mulata, ale jego skóra była blada. Posępny wyraz twarzy sprawił, że Niall cofnął się i skrył za Malikiem, gdy szczupły facet zmierzył go uważnym oraz nieprzyjaznym wzrokiem.

- Dziękuję – odpowiedział brunet i sięgnął pod pelerynę. Coś zabrzęczało, a chwilę potem wysypał na wyciągniętą dłoń rudzielca kilka złotych monet. Mężczyzna spojrzał na niego dużymi oczyma, po czym skłonił się nisko i mamrocząc pochlebne epitety w jego stronę wycofał się do swojej chatki.

- To był bardzo hojny dar, jak mniemam – odezwał się Niall, gdy szli w stronę łódki, na której czekał ich posępny wioślarz.

- To kraj jak każdy inny. Jednym się powodzi lepiej, innym mniej – odpowiedział bezbarwnym głosem. – Niestety nie można wszystkim dogodzić, ale zawsze można choć trochę pomóc.

- To prawda – blondyn przyznał tak cicho, że zastanawiał się czy Zayn w ogóle go usłyszał i spojrzał na niego. Książę wyciągnął do niego dłoń, którą ujął i pozwolił by pomógł mu wsiąść na łódkę. Zakołysała się nieprzyjemnie i Horan kurczowo zacisnął palce na ramionach wyższego chłopaka. Jednak, gdy zdał sobie sprawę z tego co robi, poluzował uścisk, a policzki zarumieniły się.

- Przepraszam – odezwał się cicho, siadając na jednym z miejsc. – Nigdy nie płynąłem czymkolwiek.

- Nic nie szkodzi – odpowiedział ciepło, zajmując miejsce obok niego i skinieniem głowy dał znak mężczyźnie. Ten rzucił linę na brzeg, odepchnął się długim wiosłem i pozwolił by łódka ruszyła z prądem.

Niall w ciszy przyglądał się ciemnym drzewom, na gałęziach, których pozostały resztki liści. Widocznie również do Arkadii zagościła jesień i chłód. Jednak jego uwagę bardziej przyciągną ciemny pas przebijający się przez konary. Wychylił się lekko, chcąc zobaczyć co to właściwie jest i poczuł dłoń na plecach. Spojrzał więc na Malika, który uśmiechał się do niego.

- Cierpliwości. Za chwilę las ustąpi – odparł, a on przytaknął i odruchowo wtulił się w ciepłe ciało. – Zimno ci?

- Tak, trochę – przyznał zmieszany blondyn, a gdy spostrzegł, że mulat zdejmuje swoje futro, przecząco pokręcił głową. – Nie musisz.

- Przed nami jeszcze kawałek, a ja nie chcę byś się przeziębił – odparł, owijając szal wokół jego ramion. – Ja przywykłem do chłodu. A teraz spójrz przed siebie.

Horan odwrócił głowę, a jego oczom ukazał się wielki mur wykonanym z czarnego marmuru. Był wysoki na kilkadziesiąt metrów, a jedyną przerwą w nim była wielka brama, nad którą wyżłobione były symbole pika oraz trefla. Srebrna krata powoli otworzyła się, wywołując delikatne fale na spokojnej rzece, a jego jasne oczy rozbłysły i stały się wielkie, gdy mijali bramę, wpływając do miasta.

I nagle zrozumiał pytanie Zayna o to czy był kiedyś w Wenecji. Ankyrum bowiem było niezwykle podobne do tego włoskiego miasta. Kanały cięły je wstęgami, dzieląc je na małe wysepki połączone mostami. Co rusz przepływali obok przystań wypełnionych łódkami lub jakieś mijali na rzece. W oddali dostrzegł nawet morze, o którym wspominał książę. Ludzie krążący po nabrzeżu, uważnie przyglądali mu się przez co trochę się zmieszał.

- To przez szaty – usłyszał szept bruneta przy uchu. – Tak jasne tutaj to rzadkość. Preferujemy czerń i wszystkie ciemne odcienie.

- Oh – wymsknęło mu się i poprawił czarne futro, jakby chcąc zakryć nim każdy skrawek jasnego stroju. Spotkało się to z chichotem rozbawienia ze strony Czarnego Księcia. Zerknął więc na niego spod rzęs i uśmiechnął się na wesołe iskierki tańczące w czekoladowych oczach.

- Nie chowaj tego – odparł i przebiegł palcami przez jasne kosmyki. – To właśnie czyni cię tak wyjątkowym.

Niall zarumienił się i skrył twarz w futrze. Przez resztę podróży zerkał na miasto spod grzywki, zachwycając się co piękniejszymi budynkami. Jednak ten najwspanialszy miał dopiero zobaczyć, a gdy wyłonił się przed nim, kiedy wpłynęli do bardzo wąskiego kanału, podniósł głowę wysoko. Ciche łał wyrwało się spomiędzy malinowych warg, a dłonie nie zaciskały się już tak kurczowo na szarej pelerynie.

Ukazała mu się bowiem najwspanialsza i najbardziej majestatyczna budowla jaką kiedykolwiek widział. I był pewien, że nawet w słowach nie oddałby wspaniałości tego zamku z czarnego marmuru, który błyszczał w świetle dnia. Strzeliste wieżyczki szarpały niebo, jakby pragnęły przyciągnąć je bliżej siebie i utulić, a na ich szczytach powiewały flagi z symbolami. Mury obronne otaczały go, ukrywając za pewne wspaniały dziedziniec z fontanną w kształcie potężnego smoka, który czasem opisywał. Był jednak przekonany, iż jest piękniejszy niż próbował oddać to w słowach.

Wpłynęli do jednej z zatoczek przy zamku, a wioślarzowi rzucono linę, którą przywiązał do brzegu. Mulat podniósł się i pewnie wyszedł na stopnie, by chwilę potem odwrócić się i wyciągnąć obie dłonie w stronę blondyna. Ten sięgnął by je złapać, jednak Malik pewnie chwycił go w pasie i wręcz wyciągnął z łódki, stawiając na brzegu. Horan zarumienił się i ponownie skrył twarz w czarnym futrze. Zayn uśmiechnął się lekko i potargał jego jasne kosmyki.

- Chodźmy – odparł i wspiął się po schodach na chodnik. Niall poszedł w jego ślady i przeskakując co dwa stopnie dogonił go, ruszając za nim do jednej z trzech łukowych bram, prowadzących prosto na dziedziniec.

- Witaj w Mrocznym Dworze – odezwał się książę Pik, gdy przekraczali środkowy łuk. Oczom Horana dopiero teraz w całej swej okazałości ukazał się zamek. Każdy jego szczegół był dopracowany, a okna na głównej fasadzie miały kształt pików oraz trefli. Na samym środku dziedzińca znajdowała się ów fontanna w kształcie smoka, z którego paszczy wylewała się woda. Przystanął przy niej z fascynacją przyglądając jej się. Wyciągnął dłoń i opuszkami palców przejechał po chłodnym marmurze, a szeroki uśmiech czystej radości wpłynął na jego malinowe usta.

- Zayneh! – usłyszał dziewczęcy głos i odwrócił głowę. Po schodach na dziedziniec zbiegła młoda dziewczyna. Jej długie, jasne włosy powiewały, granatowa suknia falowała, a duże, jasne oczy błyszczały. Brunet rozłożył ramiona i blondynka wpadła prosto w jego objęcia. Przyglądał się temu z boku, a następnie przysłuchiwał wymianie zdań, która między nimi nastąpiła.

- Gdzie twój brat? – zapytał mulat, odsuwając ją na odległość wyciągniętych ramion. Ta oparła ciężar ciała na prawej stopie i podparła dłonie na biodrach.

- Zadajesz głupie pytania – odparła z przekąsem, po czym dodała. – Oczywiście, że zaraz po tym, jak wypłynąłeś osiodłał konia i pojechał na schadzkę. Zostawił mi cały zamek na głowie.

Niall przygryzł dolną wargę i sięgnął do skórzanej torby. Wyciągnął z niej dziennik, odpiął klamrę i otworzył go. Chwilę potem zaczęły formować się literki.

Książę Trefl wpatrywał się swoimi turkusowymi oczyma w spokojnie śpiącego u jego boku bruneta. Oczy błyszczały mu, gdy tak na niego patrzył, a na wąskie usta wkradł się czuły oraz ciepły uśmiech. Wyciągnął dłoń i przejechał palcami przez czekoladowe sprężynki, które odgarną z zaróżowionego policzka młodszego.

Lokaty mruknął niczym kociak, a zza powiek wyłoniły się zaspane oczy. Ich zieleń była tak intensywna i powalająca nawet teraz, o poranku. Pełne usta wygięły się w uśmiechu, a chłopak przeciągnął się.

- Dzień dobry, mój książę – odezwał się szeptem szatyn i nachylił, skradając całusa z pełnych warg. Chwilę potem usiadł na brzegu materac i powoli zaczął się ubierać.

- Gdzie idziesz? – spytał brunet, głębokim i zachrypniętym głosem. – Jest wcześnie. Zostań jeszcze ze mną w łóżku.

- Już prawie południe – odpowiedział książę Trefl. – Muszę jechać do zamku. Nie wiem, kiedy wraca Zayn.

Niall był szczerze zaskoczony, że w tekście pojawiło się imię bruneta. Do tej pory padały tylko figury. Uznał jednak, iż to efekt tego, że znalazł się w Arkadii. Wznowił więc czytanie, a jego lewa dłoń zniknęła w torbie i zaczęła obracać się na piórze.

- Louis. Nie martw się księciem Pik – odezwał się lokaty, siadając na materacu i przyglądając się plecom swojego kochanka, które napinały się z każdym ruchem. – Zostań ze mną jeszcze jedną noc, proszę.

- Harry – szatyn spojrzał w szmaragdowe oczy i westchnął. – Wiesz jak władać moim sercem. W końcu jesteś księciem Kier. I uwierz mi, bardzo cię kocham, ale muszę wracać.

- Jedna noc – wyszeptał brunet, przysuwając się na brzeg materaca i chwytając księcia Trefl za biodra, przyciągnął go do siebie. – Proszę. Jeszcze jedna noc. Tak rzadko możemy być ze sobą.

- Bo to co między nami nie powinno mieć miejsca i oboje to wiemy – odparł Louis, przebiegając przez czekoladowe loki swoimi długimi palcami. – Nie powinniśmy się kochać. Ty jesteś Czerwonym Księciem, a ja Czarnym.

- Jedna noc, błagam – szepnął zielonooki i oddechem omiótł brzuch drobniejszego chłopaka.

Blondyn kciukiem zdjął zakrętkę z ciemnozielonego pióra i wyciągnął je z torby. Przyłożył do pożółkłej kartki i zaczął dopisywać ciąg dalszy, zagryzając dolną wargę.

Harry musnął swoimi pełnymi ustami rozgrzaną skórę księcia Trefl na brzuchu, składając drobne pocałunki i przyprawiając go dreszcze. Szatyn westchnął cicho, przymykając turkusowe oczy i odchylając głowę do tyłu. Tak bardzo kochał być blisko swego ukochanego i tak bardzo nienawidził się z nim rozstawać.

Wplótł palce w loki i przebiegł po nich, po czym złapał w drobne dłonie twarz księcia Kier. Nakierował jego szmaragdowe tęczówki na swoją twarz i uśmiechnął się do niego z uczuciem.

- Niech będzie. Jeszcze jedna noc – westchnął. – Ale jutro o świcie wyjeżdżam.

Harry uśmiechnął się szeroko co wywołało urocze dołeczki w jego policzkach. Mocno zacisnął palce na biodrach księcia Trefl i pociągnął go na materac łóżka. Ich radosne śmiechy zmieszały się ze sobą, a ciała splątały w kolejnej pieszczocie.

- Niall! – dotarł do niego głos mulata, a gdy podniósł wzrok napotkał jego czekoladowe, niezwykle zainteresowane spojrzenie. Uśmiechnął się, zatrzaskując dziennik i pospiesznie schował go wraz z piórem do skórzanej torby. – Co ciekawego wyczytałeś i dopisałeś?

- Nic – odpowiedział zbyt szybko przez co ugryzł się w język.

- Gdzie jest Louis? – zapytał brunet, splatając ręce na piersiach.

- Nie wiem – odparł Horan, a widząc wzrok księcia Pik dodał: - No naprawdę nie wiem. Nic poza tym, że jest z miłością swojego życia i wróci jutro.

- A ty skąd wiesz, że wróci jutro – wtrąciła się blondynka, stając przy boku Malika.

- Bo tak napisałem – odpowiedział, przenosząc na nią spojrzenie.

- Lottie. To Niall Horan. Skryba na to stulecie – przedstawił go mulat, a oczy dziewczyny zabłysły. – Niall. To Charlotte Tomlinson, młodsza siostra Louisa. Księżniczka Trefl.

- Oh. W takim razie to dla mnie przyjemność móc cię poznać, księżniczko Charlotte. – stwierdził jasnowłosy i skinął lekko głową.

- Wystarczy Lottie – odpowiedziała z uśmiechem dziewczyna. – I to dla mnie przyjemność poznać ciebie. Skryby nie było w Arkadii od stuleci, a w mrocznym dworze to chyba nigdy.

- Słońce, zajmiesz się Niallem? – odezwał się Zayn. – Skoro LouLou wybył na kolejną schadzkę, na pewno jest sporo papierkowej roboty. Obiecuję dla ciebie znaleźć czas wieczorem, Maluszku. Dobrze?

Blondyn przytaknął, na co książę Pik posłał mu ciepły uśmiech i spojrzał z niezwykłą czułością w czekoladowych tęczówkach. To sprawiło, że serce Irlandczyka zatrzepotało. A gdy brunet pogładził go po plecach i złożył delikatny pocałunek na skroni, milion motylków rozszalało się w jego brzuchu, a policzki zaczerwieniły się


6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz