1
Mleczna mgła zawisła nisko, przykrywając Brighton białą, puchową pierzyną, kryjąc ulice oraz budynki. Słońce skryte było gdzieś za wiszącymi na niebie ciężkimi, granatowymi chmurami, które zdecydowanie zwiastowały deszcz. Fale groźnie rozbijały się o falochron, a bałwany wdzierały się na plażę.
Po niewielkiej sypialni rozniósł się dźwięk budzika, a spod ciepłej kołdry uleciał cichy jęk niezadowolenia. Chwilę potem wyłoniła się spod niej głowa Nialla. Jasne włosy były roztrzepane i sterczały każdy w inną stronę. Niebieskie oczy, wciąż zaspane rozejrzały się za budzikiem. Odnalazł go na szafce i zgasił ręką.
Usiadł na materacu, ziewając głośno i przebiegając palcami po włosach, robiąc z nich jeszcze większy bałagan. Zamrugał, a jego wzrok spoczął na poduszce, gdzie leżał zeszyt oraz jego okulary. Westchnął zdając sobie, że znów przysnął, pisząc.
Wsunął okulary na nos, a obraz dookoła wyostrzył się. Kątem oka dostrzegł błękitną smugę, więc odruchowo odwrócił w tamtą stronę głowę. Jak zwykle natrafił na ścianę, pomalowaną na czerwono. Zrzucił wszystko na zmęczenie i przeziębienie, z którym walczył cały weekend.
Przeciągnął się, zgarnął zeszyt z poduszki wraz z długopisem i wrzucił do torby, która leżała przy szafce. Podniósł się, podszedł do szafy, cicho nucąc pod nosem i wyciągnął czarne dżinsy oraz koszulkę, a do tego dobrał szary sweterek zapinany na guziki. Tak zaopatrzony udał się do łazienki, gdzie wykonał poranną toaletę i przebrał się.
Na śniadanie zjadł proste kanapki z szynką, serem i pomidorem, a do tego wypił ciepłą herbatę z miodem oraz cytryną. Babcine lekarstwo na gardło. Wziął jeszcze witaminy, oraz paracetamol i wrócił do pokoju, skąd zabrał swoją torbę.
Założył conversy, ubrał szary płaszcz, a pod szyją zawiązał szalik. Zgarnął z komody klucze do mieszkania oraz antykwariatu i wyszedł zamykając je za sobą. Zbiegł po schodach, pchnął drzwi do budynku i stanął u szczytu schodów. Mleczna mgła otuliła go swymi mackami tak, że ledwo widział chodnik na dole.
Zszedł ostrożnie i zajrzał do sąsiadującego z budynkiem sklepu The Loop. Meg, ekspedientka, która pracowała zawsze od rana, gdy tylko go spostrzegła od razu wyciągnęła z pod lady jego ulubioną drożdżówkę z serem. Wymienili uśmiechy, zapłacił i w końcu udał się na pobliski przystanek autobusowy.
Podróż zajęła mu niecałe dziesięć minut. Jednak i tak musiał dojść na Little Western, gdzie pod numerem czwartym znajdował się antykwariat – jego miejsce pracy. Wyciągnął, więc z torby drugi pęk kluczy i wszedł do środka, przekręcając tabliczkę w szybie z „Zamknięte” na „Otwarte”.
Uwielbiał swoje miejsce pracy, być może dlatego, że kochał książki. Była też ona spokojna, gdyż rzadko miewał klientów. Mógł sobie pozwalać na zaszycie się gdzieś między regałami z kubkiem kawy i poczytać, coś ciekawego, co wpadło mu w ręce. Jednak mimo niewielkiej ilości klientów interes jakoś się kręcił.
Jak zwykle pierwsze dwie godziny spędził za ladą, siedząc na niewielkim krzesełku i wpatrując się w widok za oknem. Mgła powoli szła do góry, odsłaniając chodnik i budynki po przeciwnej stronie. Był przekonany, że po południu spadnie deszcze i miał nadzieje, że przejdzie do siedemnastej. Nie miał bowiem ochoty moknąć w drodze powrotnej, a lubił wracać na piechotę.
Po dwunastej postanowił zrobić sobie kawę. Udał się, więc na zaplecze, gdzie do swojego ulubionego granatowego kubka, nasypał trochę cukru, łyżeczkę granulek rozpuszczalnej kawy i zalał wszystko gorącą wodą oraz kapką śmietany. Zamieszał i biorąc z torby zeszyt wyszedł wraz z kubkiem do antykwariatu. Usiadł na schodkach, które prowadziły na antresolę, gdzie znajdowała się dalsza część sklepu.
Upił łyk i odstawił kubek na stopień. Ciepło rozlało się po jego organizmie i na moment przymknął oczy. Chwilę potem, poprawił okulary zsuwające się z nosa, przeczesał blond grzywkę i otworzył zeszyt na ostatniej zapisanej kartce. Przeczytał tekst i ułożył usta w dzióbek, zastanawiając się co dopisać. Chwilę potem przyłożył długopis do papieru, a pierwsze słowa zaczęły spod niego wypływać.
Książę Pik siedział znudzony na swym tronie, podpierając głowę na dłoni. Wpatrywał się w pustą i przestronną salę tronową, rozciągającą się przed nim. Bawiąc się koroną, przyglądał się płomieniom tańczącym na ścianach, z czarnego marmuru i złowrogim cieniom, czającym się po kątach.
Westchnął głośno, podnosząc się z miejsca, a jego kroki odbiły się echem, gdy skierował się w stronę wielkich okien, wychodzących na ogród. Zgrabnymi palcami wsuną srebrzystą koronę na swoje kruczoczarne włosy i splatając ręce na piersi, przystanął przyglądając się krzewom czarnych róż.
Był znudzony monotonią barw w swym życiu. Otaczała go tylko czerń i szarość. Nawet kwiaty w jego ogrodzie były jak noc. Owszem. Był zimny, bezlitosny i nieprzewidywalny, ale to nie oznaczało, że był zły, a za takiego go uważano. Nikt tak naprawdę go nie znał. Nikt tak naprawdę nie wiedział, jakie jest jego serce.
Nacisnął klamkę i wyszedł na taras. Jedwabna szata ciągnęła się za nim, gdy schodził po kamiennych schodach do ogrodu. Przeszedł kilka kroków jedną z alejek uważnie przyglądając się kwiatom i szczerze pragnął, by miały odcień tych, które znajdowały się w pałacu Księcia Karo, ale nie był pewien czy to możliwe.
Zatrzymał się naglę, widząc na altanie coś, co naprawdę go zaskoczyło i zastanawiał się czy aby nie miał zwidów. Podszedł, więc i przyjrzał się uważnie pędom róż otaczających jedną z drewnianych kolumn. Nie mógł uwierzyć w to, co widział.
- Biały pąk – szepnął do siebie, zaskoczony, a jego smukłe palce prześliznęły się po delikatnych płatkach. Był naprawdę zszokowany, gdy kwiat pod jego dotykiem otworzył się i rozkwit, ukazując swoje śnieżnobiałe płatki w pełnej krasie, powalając go swoją jasnością. Delikatny uśmiech wkradł się na jego pełne usta.
Dźwięk otwieranych drzwi sprawił, że Irlandczyk podniósł głowę, domyślając się kogo tam zastanie. Od progu szerokim i szczerym uśmiechem przywitała go niewysoka blondynka. Jej włosy były spięte w koński ogon, a usta podkreślone czerwoną szminką. Parasolka była perfekcyjnie dopasowana pod jej kolor. Pod beżowym płaszczem dostrzegł elegancką, białą koszulkę z wstążka zawiązaną na kokardkę pod szyją. Czarne dżinsy idealnie podkreślały jej szczupłe i długie nogi, a szpilki, które miała na stopach zastukały znajomo o drewnianą podłogę.
- Cześć Misiek – przywitała się pieszczotliwie, zamykając za sobą drzwi. – Znowu coś piszesz? I to w godzinach pracy?
- Em, wiesz jak wygląda praca tutaj – stwierdził, odkładając zeszyt na bok. – Poza tym, ty nawet nie jesteś klientką.
- Czuję się urażona – prychnęła, po czym dodała, opierając się biodrem o blat. – A co ciekawego pisałeś?
- To co zwykle – odparł, wzruszając ramionami i wyciągając nogi przed siebie. Sięgnął po kubek z kawą i upił kolejny łyk wciąż ciepłego napoju.
- Kolejne perypetie Księcia Pik przy udziale Księcia Kier?
Emma Watson była studentką medycyny na miejscowym uniwersytecie. Poznał ją przypadkiem, gdy szukała książek na zajęcia. Od tamtej pory przychodziła tu, gdy czegoś potrzebowała lub po prostu porozmawiać - jak to uważała - z kimś normalnym. Była też jedyną osobą na świecie, której pokazał swoje zapiski na temat Arkadii oraz historii z nią związanych. Od dobrych dwóch lat nie umiał pisać nic innego, a w ciągu ostatnich sześciu miesięcy zbytnio skupił się na postaci Księcia Pik. Za bardzo chciał stworzyć czarny charakter, który nie do końca nim jest.
- Może – rzucił zdawkowo i spróbował zmienić temat. – Szukasz czegoś konkretnego?
- Nie. Przyszłam porozmawiać z kimś normalnym – wyznała, rzucając swoją brązową torebkę na ladę, a czerwoną parasolkę opierając o kant. – I może znaleźć coś do poczytania dla relaksu. Jeśli ponownie spojrzę w książkę do anatomii, czy na spis chorób zakaźnych, to chyba zwariuje.
Weszła między regały, odprowadzona przez Horana czułym spojrzeniem oraz uśmiechem. Jej obcasy sygnalizowały gdzie jest, a gdy ucichły domyślił się, przed jakim działem się zatrzymała. Romans. O tak. Emma była prawdziwą romantyczką i gdy wychodziła stąd z jakąś książką to był to właśnie romans.
- Słuchaj. A czy w tej twojej krainie nie może pojawić się jakaś piękna niewiasta? – Zapytała, a blondyn spostrzegł jak drzwi ponownie otwierają się i do środka wchodzi młody mężczyzna w towarzystwie może dwunastoletniego chłopca. – No wiesz. Niewiasta, która oczarowałaby któregoś księcia. Na przykład Księcia Karo.
Niall uderzył się otwartą dłonią w czoło, dostrzegając wyraz twarzy starszego. Był to szatyn o ciepłym spojrzeniu orzechowych tęczówek. Brązowe włosy idealnie się układały, a jego policzki zdobił kilkudniowy zarost. Czarny płaszcz, przepasany szerokim paskiem, ze złotą klamrą idealnie układał się na jego ciele, podkreślając doskonałą budowę i szerokie barki. Wyglądał niezwykle dostojnie w mniemaniu blondyna.
Mężczyzna spojrzał wyraźnie zaskoczony, taką uwagą wydobywającą się z głębi sklepu, a młodszy chłopiec o kruczoczarnych włosach, jasnej cerze i przenikliwych, stalowych oczach zachichotał cicho pod nosem. Miał na sobie mundurek pobliskiej szkoły – czarne spodnie, biała koszulka i bordowy sweterek z żółtymi wykończeniami. Z szyi zwieszał się szalik, a na ramiona zarzucony miał lekki, granatowy płaszcz w kratkę.
Szatyn spiorunował chłopca spojrzeniem i zdzielił go po głowie, co ten skomentował cichym „ał”. Usłyszeli stukot obcasów, a mężczyzna spojrzał w przejście. Kroki dziewczyny ustały, a szatyn posłał jej uśmiech. Brunet w mundurku, przyglądał się temu, po czym pociągnął starszego za rękaw płaszcza. Ten spojrzał na niego wysoko unosząc brwi.
- Książka – dotarł do niego cichy głos chłopca, który spojrzał na Irlandczyka jasnymi tęczówkami. Miał wrażenie, że przeszywają go na wylot.
- Ah, tak. Książka – szatyn odchrząknął i również ulokował swoje spojrzenie w Niallu, który przyglądał im się uważnie. Miał nieodparte wrażenie, że skądś ich zna. – To zabrzmi dziwnie, ale… Nie macie tu może jakichś książek z magicznymi istotami? Mój brat bardzo lubi fantastykę.
- Brat? – Wyraźnie zdziwił się Horan, patrząc najpierw na szatyna, a potem na bruneta i doszukując się jakichkolwiek podobieństw, jednak nie dostrzegł ani jednego.
- Przyrodni brat – wyjaśnił starszy, widząc wyraźną konsternację na jego twarz. Blondyn kątem oka dostrzegł, jak Emma wygląda zza regału i lustruje uważnie szatyna.
- Oh – skomentował jego odpowiedź i poprawiając okulary spojrzał na chłopca, posyłając mu uśmiech. – A wolisz coś o dobrych duszkach i przyjaznych magicznych istotach, czy może interesuje cię bardziej coś o demonach?
Brunet ułożył usta w dzióbek i przyłożył do nich palce, dając wszystkim dookoła znać, iż się zastanawia. Niall podniósł się ze stopni, otrzepał spodnie i spojrzał na niego z uśmiechem. Ten zadarł głowę i zerknął na swojego brata.
- A możesz mi kupić dwie? Jedną taką, jedną taką? – Zapytał i złożył ręce jak do modlitwy. – Proszę, Liam. Proszę.
- Dobrze, Asa – westchnął szatyn, a chłopiec uśmiechnął się radośnie. Blondyn wspiął się po schodach na antresolę i przykucnął wodząc palcami po grzbietach tomów. Znalazł dwie książki, które wydawały mu się wystarczająco odpowiednie dla dwunastolatka. Zszedł na dół, zahaczając stopą o kubek wypełniony kawą. Spojrzał na niego z przestrachem i patrzył jak kawa zalewa kartki zeszytu.
- Nie – jęknął, wypuszczając książki z rąk, które upadły na podłogę z hukiem. Horan podbiegł do stopni, podniósł zeszyt i przyglądał się jak brązowy napój spływa po stronach, rozmazując tusz. Błękitne tęczówki napełniły się łzami.
- Coś ważnego? – Usłyszał głos Liama, o ile dobrze pamiętał. Odwrócił głowę i spojrzał na niego. Patrzył swoimi sarnimi tęczówkami, a dłonie zaciskał na ramionach młodszego brata, który również wbił w niego swoje spojrzenie.
- Nie. Nic wielkiego – odparł, wchodząc za ladę i kładąc zeszyt, na starym, żeberkowym kaloryferze. – Taki tam opis postaci.
Odwrócił się i ciut przybity wrócił do książek, które upuścił. Podał je dwunastolatkowi, by mógł je obejrzeć i przepraszając ich, udał się na zaplecze. Wrócił z mopem, starł rozlaną kawę i odstawiając go w kąt, spojrzał na chłopca.
- Mogą być? – Spytał, patrząc jak przerzuca strony. – Jak ci się nie podobają to wybiorę inne.
W odpowiedzi pokręcił przecząco głową i podał obie młodemu mężczyźnie, który podszedł z nimi do lady. Ułożył na niej książki, a Niall mógł dostrzec srebrną bransoletkę na lewym nadgarstku z czerwoną zawieszką w kształcie rombu. Nie przywiązał do tego jednak wielkiej uwagi. Bransoletka jak każda inna.
Nabił ceny książek na kasę.
- Razem dwadzieścia sześć funtów – odpowiedział i włożył paragon do książki na wierzchu, a chłopak podał mu dwa banknoty dwudziestofuntowe. Wydał mu resztę i zmusił się do przyjaznego uśmiechu.
- Miłej lektury – zawołał do chłopca, gdy szatyn podał mu reklamówkę z książkami. Brunet uśmiechnął się i pierwszy udał się w stronę drzwi. Zaraz za nim ruszył szatyn, który posłał Emmie przyjazny uśmiech. Dziewczyna odwzajemniła go i rumieniąc się zaczesała pasmo włosów za ucho.
- Powodzenia w czarowaniu księcia – rzucił jeszcze na odchodne i puścił jej oczko. Blondynka zaśmiała się nerwowo i odprowadziła go wzrokiem przez okno wystawy, dopóki nie zniknął za winklem. Chwilę potem jęknęła i ze spuszczoną głową podeszła do lady. Wygrzebała z torebki paczkę chusteczek higienicznych.
- Przystojny był – stwierdziła, podając je Niallowi, który zdjął z kaloryfera swój zeszyt. Przyjrzała się jak delikatnie osusza kartki. – I jak? Coś z tego będzie?
- Nie wiem – przyznał, wzdychając ciężko i przyglądając się częściowo rozmazanym literką. – Co nieco?
Ocenił sytuację, ale nie był do końca przekonany czy zdoła ocalić, choć część teksu. A gdy będzie próbował go odtworzyć, to nie będzie już ten sam tekst. Nigdy nie umiał dwa razy napisać tego samego.
♠
Zgasił światło i włączył alarm znajdujący się przy drzwiach, po czym wyszedł na chodnik. Powietrze było rześkie i wilgotne po kilku godzinach intensywnego deszczu. Zamknął drzwi, klucze wrzucił do torby i wcisnął ręce w kieszenie swojego płaszcza. Skrył nos w szaliku i ruszył w dół ulicy.
Był październik i o tej porze było już szarawo. Zapaliły się pierwsze latarnie uliczne, które rzucały na chodnik blade kręgi żółtego światła. Ciche szmery dochodziły z zaułków, w których czaiły się pewnie dachowce albo bezpańskie psy. Dlatego wyciągnął słuchawki z bocznej kieszonki, podłączył do telefonu i włączył jedną ze swoich ulubionych piosenek Marsów.
Ustawiając głośność na maksa, by odciąć się od świata zewnętrznego i nie słyszeć tych wszystkich podejrzanych dźwięków, ruszył przez miasto w stronę Brighton Pier. Od czasu do czasu bezwiednie poruszał ustami wraz z Jaredem Leto, a gdy zdawał sobie z tego sprawę, rozglądał się dookoła, sprawdzając czy ktoś go nie przyuważył.
Wyszedł na King’s Road i ruszył brzegiem morza w stronę majaczącego w oddali Brighton Pier, gdy dopadło go to nieodparte wrażenie, że ktoś za nim idzie. Przez dłuższą chwilę nie odwracał się, by spojrzeć za siebie. Bał się, że to tylko sprowokuje ewentualnego napastnika. Jednak, gdy przystanął na przejściu i spojrzał w dół ulicy nie dostrzegł nic nadzwyczajnego. Tylko grupkę studentów zapewne wybierających się na drinka do baru.
Przeszedł, więc na drugą stronę i ruszył deptakiem. Wolał iść pośród ludzi niż pustym chodnikiem, ale wrażanie śledzenia nie zniknęło. Znów zrzucił wszystko na przeziębienie. Wciąż nie wyleczył się do końca i czuł jak nos mu się zatyka.
Minął molo, przebiegł na drugą stronę i pospiesznie wspiął się po schodach, wyciągając słuchawki z uszu. Stanął przy drzwiach prowadzących na sień i zaczął przeszukiwać torbę, gdy coś otarło się o jego nogi. Odskoczył przestraszany, ale chwilę potem odetchnął, gdy spostrzegł małego kociaka, którego łapki wyglądały jak białe skarpetki. Usiadł owijając ogon wokół łap i miauknął, przyglądając mu się szarymi oczyma.
- Ale mnie wystraszyłeś, kocie – odezwał się, kucając i przebiegając palcami po główce zwierzaka. Ten zamruczał cicho, na co Niall się uśmiechnął się. – Choć tu, maluchu.
Wziął futrzaka na rękę, a drugą, otworzył drzwi. Zamknął je i wyjrzał na ulicę przez szybę. Nie dostrzegł jednak nic nadzwyczajnego. Tylko pobliska latarnia na moment zgasła i dostrzegł pod nią dziwny cień. Ale kiedy znów się zapaliła nie było tam nikogo. Przeskakując, więc co dwa stopnie wspiął się na ostatnie piętro, wpadł do swojego mieszkania i po raz pierwszy odkąd się tu wprowadził zamknął drzwi na klucz.
Postawił kotka na podłodze, a ten uważnie rozejrzał się po niewielkim przedpokoju. Horan zdjął w tym czasie buty, płaszcz oraz szalik i w skarpetkach skierował się do salonu, gdzie rzucił torbę na kanapę. Wszedł do kuchni, z lodówki wyciągnął mleko, a z półki miseczkę, którą napełnił. Postawił ją na podłodze, a czarny kociak zlustrował najpierw jego, potem porcelanową miseczkę, do której ostrożnie podszedł i zaczął pić mleko.
- Smacznego – uśmiechnął się, wyprostował i wstawił wodę na herbatę. Wrzucił do mikrofali ostatnie kawałki pizzy z wczoraj i tak zaopatrzony udał się do swojego pokoju. Postawił kubek na szafce nocnej i zapalił małą lampkę, a talerz odłożył na materac. Wykopał spod pokreślonych kartek swojego laptopa, usiadł na łóżku i zajadając się swoją kolacją w postaci pizzy, włączył go.
Sięgnął po zalany zeszyt i otworzył tam gdzie skończył pisać w antykwariacie. Spojrzał na zamazane literki i poprawiając okulary na nosie, zaczął przepisywać to co zostało, uzupełniając o to co pamiętał. Westchnął głośno, a kotek, którego zabrał sprzed klatki, zwinął się w kulkę przy jego nodze. Przyglądał mu się przez moment, po czym przebiegł palcami po błyszczącym futerku. Zwierzak spojrzał na niego szarym okiem, a gdy posłał mu uśmiech, zamknął je z powrotem.
Pokręcił głową i spojrzał w tekst wpisany w Worda. Ułożył usta w dzióbek i zaczął zastanawiać się, co dalej dopisać. Niall naprawdę uwielbiał pisać. Robił to odkąd pamiętał. Zawsze miał ze sobą notes oraz długopis, a przeprowadzając się do Brighton wziął ze sobą mnóstwo starych zeszytów oraz notesów, które teraz walały się po jego mieszkaniu. Jednak zdały się one na nic, bo odkąd przeprowadził się tu dwa lata temu nie pisał o niczym innym jak o Arkadii.
Pewnego popołudnia, siedząc w kawiarni, którą prowadził bardzo miły starszy pan o wdzięcznym nazwisku Williams, po prostu wpadł mu do głowy pomysł magicznej krainy i tak oto zaczęły się perypetie czterech książąt, których imiona pochodziły od nazw karcianych figur. Ostatnio jednak zaniedbał pozostałych skupiając się na Piku. Chciał by był zimny, bezlitosny i szorstki, ale by jego dusza i serce nie były czarne, jak figura, którą mu przypisał. Książę Pik miał nadzieję oraz marzenia, lecz skrywał je głęboko w sobie. Bardzo głęboko. W najdalszych zakamarkach swego serca.
Westchnął, więc i skupił się na białej róży, która rozkwitła pod dotykiem bruneta.
Zazwyczaj kamienne oblicze księcia nagle złagodniało, na widok tak delikatnych, czystych i pięknych płatków. Jego smukłe palce ponownie prześliznęły się po płatkach i poczuł dziwne ciepło, które rozlało…
Coś połaskotało blondyna po policzku, więc przejechał po nim dłonią, domyślając się, że to pewnie rzęsa i wrócił do tekstu.
…które rozlało się po jego ciele. Zapragnął mieć białą róże już zawsze przy sobie. Móc na nią patrzeć, gdy zasypia i widzieć ją, jako pierwszą, kiedy się budzi. Chronić ją od całego zła, które czyhało na nią w świecie. Zwłaszcza w jego szarym, smutnym i ciut brutalnym świecie. Postanowił, więc, iż poleci nadwornemu ogrodnikowi ścięcie jej, tak by przetrwała jak najdłużej.
- Trochę jak Mały Książę – mruknął do siebie, przekrzywiając głowę i upijając łyk herbaty. Ponownie zbliży palce do klawiatury, chcąc wprowadzić trochę zamieszania w ogrodzie Księcia Pik, jednak stukanie w szybę zwróciło jego uwagę. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby odgłos nie był rytmiczny, w jednakowych odstępach czasu. Bo nawet gdyby to były krople deszczu, nie rozbijały by się miarowo o szybę czy parapet.
Nialla przeszedł dreszcz, więc odłożył laptopa na bok, ześliznął się z materaca i pochwycił koc, którym szczelnie się okrył. Powoli stąpając po podłodze przeszedł przez pokój i wyjrzał przez szybę. Nie dostrzegł jednak niczego poza diabelskim młynem. Mimo to rytmiczne stukanie nie ustało.
Usłyszał głośne fuknięcie i odwrócił głowę w stronę łóżka. Kociak, którego zabrał sprzed klatki wyciągnął pazurki i wygiął grzbiet. Prychał głośno w jego stronę, a on zmarszczył brwi zaskoczony. Nawet nie zdał sobie sprawy, że stukanie ustało, tak zaskoczyła go nagła zmiana zachowania zwierzaka. Dopiero zimny dotyk na policzku sprawił, że znów odwrócił się w stronę okna.
To co zobaczył sprawiło, iż poczuł jak jego nogi mięknął, a kolana uginają się pod nim. Oddech uwiązł mu w płucach i przysiągłby na świętej pamięci babcię, że serce stanęło mu na kilka sekund. Oczy rozszerzyły się i można było w nich dostrzec najczystsze przerażenie.
Na wysokości jego twarzy wyciągnięta była, bowiem oślizgła dłoń. Skóra była szara, pomarszczona, a palce zakończone były długimi, spiczastymi pazurami, bo paznokciami Niall by tego nie nazwał. Za szybą, po drugiej stronie okna, czaiła się reszta postaci o równie szarej i pomarszczonej skórze. Długie włosy były splątane, a w oczodołach głęboko spoczywały czarne, jak węgiel ślepia. Usta były wąskie, ale to długie sztyletowate kły przeraziły blondyna najbardziej.
- Śliczny – wycharczała mara za oknem. – Chodź.
Jej dłoń wyciągnęła się do niego, a on zrobił krok w tył. Jednak szponiasty paznokieć zahaczył jasny policzek, bledszy niż zazwyczaj i zostawił na nim rozcięcie. Z pomiędzy warg zmory wydobył się przeraźliwy wrzask, który uaktywnił jego mechanizm obronny. Pognał przez pokój i skrył się za szafką nocną kuląc się i okrywając dokładnie kocem. Przeszywający wrzask rozbrzmiewał w pokoju jeszcze chwilę. Potem usłyszał jakby drapanie paznokci po szybie i wszystko zniknęło. Jednak nie wyjrzał zza szafki, za którą się skrył.
Krzyknął krótko, gdy coś otarło się o jego nogi, a okulary ześliznęły się mu z nosa. Usłyszał miauknięcie i przypomniał sobie o kociaku. Teraz zrozumiał jego zachowanie. Chyba również dostrzegł marę za oknem. Pogłaskał stworzonko po głowie, a to zwinęło się w kłębek tuż przy nim.
1
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz