4
Obiecałem Harry’emu, że nie będę zbyt często przychodzić do Hard Rock Caffee, by go nie „dekoncentrować”. Uważał moje żarty za rozpraszające. Może i miał racja. Lubiłem dużo mówić. Właściwie to paplałem jak najęty, a buzia mi się nie zamykała. Miałem swoje „ciche dni” – jak to określa Hazza – ale zdarzały się one bardzo rzadko. Mając Styles’a za przyjaciela nie umiałem siedzieć spokojnie. Cały czas wariowaliśmy. Po kilku latach naszej przyjaźni mama Harry’ego zaczęła nas nazywać „Flip i Flap”, tylko że nigdy nie powiedziała, kto jest kim.
Telefon od Liam’a lekko mnie zaskoczył. Nie spodziewałem się tego, że zaproponuje mi spotkanie. Zazwyczaj całe lato poświęcał na spotkania z Hazel. Nawet urodziny matki nie zbytnio go obchodziły. Zawsze miał coś ważniejszego do roboty. No i do tej pory zastanawiało mnie, czemu się ze mną zadaje. Dzieciakiem, którego poznał w gimnazjum. Miał wtedy dużo znajomych, był popularny, z resztą nadal jest. Ja zawsze trzymałem się na uboczu, nie chciałem, żeby ktoś wiedział o mojej odmienności. Ale wtedy pojawił się on. Zakolegowaliśmy się i zaczęliśmy spędzać wspólnie czas. Była to szkoła z internatem, więc Harry’ego nie widywałem tak często.
Wyjrzałem przez okno. Pogoda była idealna, słońce świeciło, ludzie chodzili cienko ubrani, a na niebie nie było nawet jednej pojedynczej chmurki. Ubrałem się szybko, a na nos założyłem moje ulubione czarne okulary przeciwsłoneczne i wyszedłem z mieszkania. Tak jak myślałem, Liam już na mnie czekał. Siedział przy stoliku moim i Hazzy. Uśmiechnąłem się do niego, gdy mnie zauważył i pomachałem mu energicznie ręką. On odwzajemnił ten gest i skinął na mnie głową, bym usiadł obok niego. Podszedłem do stolika i bez większych ogródek, po prostu się dosiadłem.
- Więc – zacząłem – po co ci to „męskie” towarzystwo? Znowu szukasz nowych doznań?
- Bo jak to ująłeś „ociekasz zajebistością” – odpowiedział, przedrzeźniając mnie.
Zmarszczyłem brwi, lustrując go uważnie. Od naszego ostatniego spotkania minęło kilka tygodni, a patrząc na jego włosy, miałem wrażenie, jakby minęły miesiące. Przyglądając się mu bliżej zauważyłem więcej zmian. Widać było, że zaczął chodzić na siłownię. Opalił się lekko, ale dość widocznie. W jego czekoladowych oczach tańczyły iskierki, mimo że był całkowicie poważny. Do tego w końcu przestał prostować włosy. Nareszcie wyglądał jak człowiek a nie jakaś podróbka Bieber’a. Zmrużył oczy, jakby się nad czymś zastanawiał. Postanowiłem przerwać niezręczną ciszę.
- Tylko mi nie mów, że znowu zapomniałeś o urodzinach własnej matki – oświadczyłem z niemalże bezradnością w głosie.
- No co ty? – prychnął oburzony. – Właśnie od niej wracam. Za kogo ty mnie masz?
- Za kogoś, kto nie dał swojej rodzicielce prezentu, od kiedy skończył pięć lat?– spytałem retorycznie, machając beztrosko ręką przed jego nosem. – Powinieneś jej to w końcu wynagrodzić, a nie siedzieć tu ze mną.
- Nie czułem się najlepiej, więc wyszedłem. Jasne? – jego ton głosu stał się nieco ostrzejszy.
Liam skrzyżował ręce na piersi i odwrócił głowę w przeciwną stronę. Nadął policzki. Wyglądał jak pięcioletnie dziecko, któremu nie chciano kupić lizaka. Prychnął. Wbił wzrok w ścianę, na której wisiały zdjęcia. Na jednych byli ludzie – stali klienci i jednocześnie dobrzy przyjaciele właściciela „Hard Rock Cafe” – a na innych były, jakby to określił Harry – widoczki. Pejzaże najprzeróżniejszych miejsc na ziemi. Payne przez chwile się nie odzywał, oczekując na interwencje z mojej strony. To ja musiałem wychodzić z inicjatywą, bo on nigdy nie umiał przepraszać. Nigdy nie wyciągnął pierwszy ręki na zgodę. Wyczekiwałem na dzień, w którym się to zmieni, ale powoli zaczynałem tracić nadzieję. Nagle stało się coś, czego nigdy nie robił. Pogrążył się w rozmyślaniach w swoim własnym świecie. Nie reagował na żadne moje słowo. Po prostu siedział i patrzył się nieobecnym wzrokiem na ścianę. Jakby nic innego nie było dookoła niego.
- Liam – wypowiedziałem jego imię dość głośno, by w końcu mnie usłyszał, jednocześnie kładąc mu rękę na ramieniu. – Nie dąsaj się i spójrz na mnie.
- Loueh – szepnął, wymawiając moje imię tak, jak robił to, gdy byliśmy młodsi i dalej nie odwrócił wzroku. – Nic nie idzie po mojej myśli.
- Nic nie idzie po twojej… Czekaj. Nie rozumiem – powiedziałem zdezorientowany, przeczesując palcami włosy. – Wyjaśnij mi.
- Po prostu. – Wzruszył ramionami. – Najzwyczajniej w świecie wszystko układa się tak, jak nie powinno.
- Ty chyba naprawdę nie czujesz się dobrze, co? – spytałem, przykładając mu dłoń do czoła, by zmierzyć mu temperaturę. – Nie masz gorączki i nie wydajesz się być chory…
- Czuję się dobrze! – Lekko podirytowany strzepnął moją rękę ze swojej twarzy. – Chcę tylko się odprężyć i pogadać. Jak facet z facetem.
- Chyba trafiłeś pod zły adres. Pamiętasz?
- Wolisz ptaszki od dziupli – strzelił z dziecinnym wyrazem twarzy. – Co w tym złego? Dalej jesteś facetem. Czy tego chcesz, czy nie. Różni nas tylko pociąg fizyczny do danej płci.
Wmurowało mnie w siedzenie. Zamrugałem kilka razy i otworzyłem szeroko usta. Przełknąłem głośno ślinę. Po chwili Liam zaśmiał się, zamykając mi usta. On to powiedział? On? Liam Payne to powiedział? Ten Liam? Mój Liam…
- No co? – rzucił mi zdziwione i jednocześnie rozbawione spojrzenie. Musiałem wyglądać naprawdę komicznie.
- Może naprawdę powinieneś iść do lekarza? Nie boli cię gardło albo coś innego? Twoje słowa… Nigdy nie spodziewałbym się ich z twoich ust.
- Dzięki – mruknął. Sarkazm dało się czuć na kilometr. Westchnął i machnął ręką na Daisy. – Poproszę piwo.
Wywróciłem oczami. Najlepszy sposób, by zapomnieć o problemach? Upić się. Efekt może nie jest długotrwały i skutki uboczne są dobijające, ale to zawsze jedno z pierwszych rozwiązań. Zaczyna się od piwa, a kończy na trunkach wysokoprocentowych. Potem zostaje już tylko położyć się na podłodze, bo nie można wstać. Wtedy ja muszę mu pomagać. Siedzi w jakiejś herbaciarni spity w trzydupy i dzwoni do mnie, żebym mu pomógł wrócić do domu, a następnego dnia nie pamięta, co się działo. Za każdym razem próbuję mu wmówić, że przespał się z jakąś nowopoznaną dziewczyną, a ja przyłapałem go w trakcie aktu w łazience, ale nigdy mi nie uwierzył. Za dobrze mnie zna. Tak naprawdę to zna mnie nawet lepiej niż Harry. Może byłoby inaczej, gdybym wtedy nie wyznał mu miłości. Zaśmiałem się pod nosem, przypominając sobie to zdarzenie.
Miałem wtedy 14 lat, a Liam 13. Kiedy go zobaczyłem po raz pierwszy, wiedziałem, że nie obchodzi go nikt poza nim samym i nie przejmuje się tym, że musi zostać w internacie. To było zaledwie parę miesięcy po śmierci mamy. Starałem się z tym pogodzić, a tata stał się zamknięty w sobie. Przestał zwracać na mnie uwagę. Stałem się dla niego kimś obcym. Wysłał mnie do internatu, by nie musieć się mną przejmować. Tak było dla niego łatwiej. Nie podobało mi się to, że kazał mitam pojechać. Po prostu spakował mnie i dał tylko kilka minut na pożegnanie się z Harrym. Nie wiedziałem, kiedy wrócę. To było najgorsze. Niewiedza. Jedyne co mnie pocieszało w tej sytuacji, był fakt, że ten internat znajdował się na obrzeżach Londynu, więc kiedy tylko rodzice Harry’ego mieli czas, przywozili go na spotkanie ze mną. Wiedzieli bardzo dobrze, że dla nas obu ta rozłąka byłaby nie do wytrzymania. Dlatego starali się odwiedzać mnie regularnie razem ze swoim synem. Dzięki temu czułem, że jakoś uda mi się wytrzymać.
Byłem tam kilka tygodni. Na lunchach siedziałem sam. Zdaje się, ze nikomu nie spodobały się moje kolorowe spodnie. W sumie to kilku chłopaków się ze mnie nabijało z tego powodu. Zazwyczaj nie podchodzili do mnie, kiedy była przerwa, żeby coś zjeść – tym razem zrobili wyjątek.
- Hej, Gogusiu! –zawołał lider grupki, która mnie prześladowała. – Co masz dobrego do jedzenia?
Z początku chciałem go zignorować. Chciałem po prostu skończyć jeść i pójść sobie, ale oni mieli inne plany. Któryś z nich uderzył pięścią w stół. Nawet nie drgnąłem. Nie bałem się ich, ale nigdy nie lubiłem wdawać się w bójki. Byłem pacyfistą. Nie uznawałem przemocy. Ja po prostu chciałem żyć beztrosko i szczęśliwie. Bez zmartwień. Ale zdaje się, że nie jest mi to pisane.
- Zostawcie go – powiedział ktoś jakby od niechcenia. – Nie macie nic lepszego do roboty?Zróbcie coś pożytecznego. Wyrzućcie śmieci na przykład.
- Słucham? – Jeden z osiłków odwrócił się z tępym wyrazem twarzy.
- Chyba niezbyt uważnie. Może wizyta u laryngologa, by pomogła, co? – spytał chłopak, którego nie widziałem przez bandę, otaczającą mnie. Zasłaniali mi widok. – Mogę ci pożyczyć kasę, jeśli nie masz. To dlatego tak się zachowujesz? Wystarczyło poprosić, a dałbym ci coś do jedzenia. Biedaczek. Musisz głodować. Choć z drugiej strony… wcale po tobie tego nie widać. Przyznaj się. Wydajesz wszystko na sterydy?
- Ty mały… - Już chciał się na niego rzucić, gdy lider położył mu rękę na ramieniu, a mój obrońca wstał. Dopiero wtedy zauważyłem kto to. Payne… Znałem jego nazwisko. To jego widywałem na przerwach równie samotnego co ja, ale jemu to najwidoczniej nie przeszkadzało. – Jak ci przywalę to…
- To co? – zakpił.– Wyląduję na księżycu? Daj sobie spokój, człowieku. Ile ty masz lat, żeby rzucać takimi tekstami? Na pięciolatka mi nie wyglądasz, ale twój mózg najwyraźniej zatrzymał się na tym etapie rozwoju. Mam racje?
- Odpuść, Tony – lider szepnął osiłkowi na ucho, ale ja to usłyszałem. – Jego rodzice mogliby nas wpakować w niezłe kłopoty.
Odeszli tak po prostu. Nie miałem pojęcia, kim byli jego rodzice, ale wiedziałem, że bezpiecznie było trzymać się blisko niego. Po tym zdarzeniu zrobił na mnie dobre wrażenie. Uśmiechnął się do mnie kilka razy, a gdy zobaczyłem ten uśmiech. Był taki niewinny. Taki uśmiech jakiego się po nim nie spodziewałem. On nie był wcale niewinny. I za to go lubiłem. Wygląd zupełnie nie zdradzał jego charakteru. A za każdym razem, gdy robił coś nowego i ekscytującego oczy się mu świeciły jak dwie gwiazdy. To chyba wtedy, gdy po raz pierwszy się do mnie uśmiechnął, by pokazać, że nie mam się czym martwić. Że oni nie zrobią mi krzywdy. Zauroczył mnie. Nie zdziwiłem się, gdy po wyznaniu miłości tylko spojrzał na mnie i powiedział:
- Nie dziwię ci się. Każdy na mnie leci.
Wtedy zostaliśmy przyjaciółmi. Spędzałem z nim każdą chwilę, gdy nie było obok Harry’ego. Czasami czułem się winny temu, że powiedziałem jemu o swojej orientacji a nie przyjacielowi, którego znam prawie od zawsze. Ale Harry jest po prostu zbyt cenny. Nie mogę go stracić. Nie jestem na to gotów. Chciałem tylko go mieć przy sobie. Tak długo jak się da. Wyjawiając mu swój sekret mogłem narazić naszą przyjaźń, a tym samym powodując jego odejście. Nie. Nigdy mu nie powiem. Ukryje swoje uczucia na dnie serca i nigdy mu nie powiem, że czuje coś więcej niż przyjaźń.
- Ty też jesteś milczący, Lou – zauważył Liam, wyprowadzając mnie z przemyśleń. – Czyżby problemy z chłopakiem?
- Ile razy mam ci mówić, że Harry…
- Kociak na horyzoncie – przerwał mi, szepcząc do ucha, by nas nie usłyszał.
***
{Trouble is a friend}
Wymusiłem uśmiech. Nie byłem w tym dobry, ale tym razem chyba się udało, bo Lou nie spojrzał na mnie tym swoim wszechwiedzącym wzrokiem. Ciężko mi było być szczerym, kiedy w pobliży był Liam. Nie lubiłem go. Ten cichy, nikły głosik w mojej głowie próbował wmówić mi, że to przez zazdrość, ale ja wiedziałem lepiej. On po prostu nie był odpowiednim towarzystwem dla mojego przyjaciela. Narcystyczny arogant, który polega tylko na pieniądzach rodziców, nie powinien się zadawać z dobrym i kochanym BooBear’em. Nie umiałem patrzeć na nich, gdy siedzieli tak blisko siebie, ale byłem w pracy. Nie mogłem tupnąć nogą i wyjść. A może?
- Witam, cny rycerzu – zażartował Payne, a Louis zaśmiał się cicho. – Jakież toniebezpieczne zadanie sprowadza cię w me skromne progi?
- To ty przyszedłeś do kawiarni, w której pracuję – zauważyłem. Już nie starałem się uśmiechać. – Jesteś taki głupi czy tylko udajesz?
- Harry! – skarciła mnie Daisy, która stała przy ladzie. – Opamiętaj się. To nasz klient.
- Nic się nie stało – powiedział beztrosko i puścił do niej oczko.
- Przepraszam – mruknąłem, zamykając na chwilę oczy. Kiedy je otworzyłem, patrzyłem się na ścianę ponad nimi. Na Liama nie chciałem nawet zerknąć, a Lou zabiłby mnie wzrokiem, gdybym spuścił na niego oczy. Postawiłem zamówienie Payne’a na stoliku. Od piwa się zaczyna. Potem pewnie zamówi coś mocniejszego. – Coś jeszcze podać?
Pokręcili głowami, a ja odszedłem najszybciej, jak się dało za blat, przy którym stała Daisy. Spojrzała na mnie wymownym wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Położyła mi rękę na ramieniu. Podniosłem wzrok i uśmiechnęła się ciepło.
- Zrób sobie przerwę – szepnęła.
Pokiwałem głową i odłożyłem notesik, w którym zapisywałem zamówienia. Wsadziłem dłonie w tylne kieszenie spodni. Wyszedłem. Nawet się nie odwróciłem w drzwiach, by spojrzeć na Lou. Wiedział dobrze, że nie lubię Liama, a on to odwzajemnia. To się już powoli przeradza w nienawiść. Nie umiałem go nawet tolerować. Nie kiedy byli tak blisko, a ja nie mogłem go przed nim ochronić. Ponieważ ja byłem jego tarczą. Mimo że to on uratował mnie przy naszym pierwszym spotkaniu i był starszy. Mimo to, to właśnie ja się nim opiekowałem. On był zbyt miły i wrażliwy, żeby się postawić. Był typem grzecznego i kochanego chłopaka z chochlikiem w sercu. Za to go właśnie kochałem, ale musiałem to ukrywać. Pozostało mi tylko bronienie go przed światem.
To było kilka dni po tym, jak ojciec zabrał go z internatu. Właśnie skończył się rok szkolny i zaczęły wakacje. Siedziałem na schodach domu, czekałem. Powiedział, że wraca. Powiedział, żebym był cierpliwy i na niego czekał. Więc siedziałem tam. Było strasznie ciepło. Już prawie zasypiałem przez słońce, które leniwie świeciło. Oparłem głowę na dłoni, przymykając oczy. Po kilku minutach poczułem, jak ktoś delikatnie mną potrząsa. Zdezorientowany otworzyłem oczy i ujrzałem Lou. Uśmiechał się do mnie promiennie. Tak, że moje serce przyspieszyło. Uśmiechnął się uśmiechem przeznaczonym tylko i wyłącznie dla mnie. Odwzajemniłem ten gest.
- Loueh! – krzyknąłem i rzuciłem się mu na szyję. – Nawet nie wiesz, ile już tu czekam.
- Przepraszam – powiedział, obejmując mnie mocniej. – Tata zabronił mi wychodzić z domu, aż nie skończy pracy, więc musiałem się wymknąć oknem. To nie było takie łatwe.
- Tęskniłem, BooBear – szepnąłem, odsuwając się od niego, by spojrzeć mu w oczy.
- Harreh – jęknął i skrzywił się, gdy usłyszał swoje przezwisko z czasów, gdy jeszcze jego mama żyła.
- Przepraszam – mruknąłem, spuszczając wzrok. – Nie chciałem…
- Nie szkodzi. Po prostu… To jeszcze za wcześnie.
Pocałował mnie wczoło i złapał za rękę wchodząc po schodach na werandę. Chwycił za klamkę. Otworzył drzwi i wbiegł do środka, śmiejąc się głośno. To właśnie tą nieprzewidywalność w nim ceniłem. Ale nie tylko to. Poza tym był radosny, szczery i nigdy nie szukał zwady. Unikał wiec wszystkich problemów. On chciał tylko mieć spokojne, normalne życie, w którym miałby samych przyjaciół – nie wrogów. Dla niego każda osoba szukająca pretekstu do bójki czy kłótni była słaba. Według niego słabość to gniew. Jeśli jesteś słaby jesteś smutny, zadręczony własnymi problemami i wyładowujesz wtedy swoją furię na innych. On starał się być silny. Starał się zawsze odnajdować we wszystkim coś, z czego mógłby się cieszyć. Za to go podziwiałem.
- Idziemy na boisko?– spytał, nagle zatrzymując się przy oknie. – Nowe. Prawda?
- Kilka dni temu skończyli. Jeszcze tam nie byłem. Czekałem na ciebie – powiedziałem ostatnie zdanie nieśmiało. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, czemu się rumienię w jego obecności. – Chcesz iść teraz?
Przytaknął w odpowiedzi i poszliśmy się bawić. Dołączyliśmy do dwójki nieznanych nam chłopaków, grających w kosza. Chyba nie lubili przegrywać, bo za każdym zdobytym przez Lou punktem, robili się coraz bardziej czerwoni na twarzy. Jeden z nich – chyba starszy – podszedł do nas, kiedy przybijaliśmy piątkę. Zamachnął się i pchnął Louis’a z całej siły. Upadł na beton, a we mnie się zagotowało. Spojrzał na nowo poznanego chłopaka zdziwionym wzrokiem.
- Przepra… - zaczął, ale mu przerwałem:
- Nic nie mów, Lou. To nie ty powinieneś przepraszać. To ty nie powinieneś kiedykolwiek przepraszać.
Podszedłem do niego i pomogłem mu wstać. Nie odezwał się słowem. Patrzył na mnie w skupieniu. Chyba zdziwiły go moje słowa. Nigdy nie mówiłem mu co ma robić. Zawsze to były tylko prośby albo delikatne aluzje. Nigdy nie powiedziałem mu czegoś takiego wprost. Natychmiast odwróciłem się do tamtego chłopaka. Stał z głupim uśmieszkiem na twarzy.
- Nie umiecie przegrywać z klasą, co? Tylko pokazujesz tym, jakim dupkiem jesteś. Mógłbym cię też popchnąć, ale co by to dało? Pokazałbym tym, że jestem takim samym idiotą jak ty! Jesteś nic niewartą ciot… - Lou zakrył mi dłonią usta, żeby uchronić mnie od powiedzenia jednego słowa za dużo.
- Chodźmy do domu – szepnął mi na ucho. Nagle się uspokoiłem. – Po prostu… Chodźmy.
Chciałem, żeby teraz też tak podszedł do mnie i objął. Chciałem usłyszeć jego kojący szept. To było silniejsze ode mnie. Usłyszałem, jak ktoś woła moje imię i zacząłem biec. Zatrzymałem się dwie przecznicę dalej, opierając zmęczony o skrzynkę na listy. Po chwili czyjeś dłonie złapały mnie za ramiona i odwróciły. Zobaczyłem, że to Louis. Dyszał tak samo jak ja, a w jego oczach widziałem przebłysk złości zmieszanej ze strachem. Przytulił mnie do siebie pewnie. Najwidoczniej bał się, że mogę mu się wyrwać, ale nie miałem na to ochoty. W jego ramionach było mi tak dobrze…
- Czemu się tak zdenerwowałeś, Słodziaku? – wyszeptał mi do ucha, a mnie przeszedł dreszcz. Miałem tylko nadzieję, że tego nie zauważył. – Dlaczego tak bardzo nie lubisz Lia…?
- To prawda – powiedziałem, przerywając mu. – Nie lubię go. To rozpieszczony bachor. Nie zasługuje na takiego przyjaciela jak ty.
- To głupie – zaśmiał się cicho. – Nie jestem taki wspaniały. Poza tym Liam… On jest moim przyjacielem. Ty jesteś moim bratem, ale on również jest dla mnie ważny. Już z nim nie przyjdę do Hard Rock Caffe, ale nie zabraniaj mi się z nim spotkać.
Spojrzał na mnie prosząco. Nie mogłem mu odmówić. Przytaknąłem tylko i przywołałem uśmiech na twarzy. Chwyciłem jego dłoń, ruszając powoli przed siebie.
- Gdzie idziemy? – spytał.
- Wciąż mam pracę. Pamiętasz?
4
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz