3
Dochodziła szesnasta, kiedy w końcu postanowiłem wyjść na te głupie urodziny do mamy. Miałem dość siedzenia w domu.N ie chciałem żeby Hazel mnie z nów nawiedziła. Nie miałem ochoty znów się z nią pieprzyć. A w domu przynajmniej mogłem sobie z tatkiem pogadać o ostatnim meczu, który swoją drogą, Anglia przegrała.
Poprawiłem ostatni raz włosy i wyszedłem z mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Zszedłem na dół, wyszedłem przed kamienicę i założyłem na nos okulary przeciw słoneczne. Powietrze było ciężkie. Takich upałów Londyn dawno nie widział. Podwinąłem rękawy granatowej koszuli, wcisnąłem ręce w kieszenie spodni i powoli ruszyłem w dół ulicy. Wyszedłem z za rogu i moją twarz ogrzało słońce. Jezu. Dlaczego musi być tak gorąco? Czemu nie może powiać, choć jeden lekki podmuch wiatru? Zaraz się normalnie roztopię i na chodniku zostanie mokra plama. To jest po prostu niemożliwe. Od dwóch miesięcy nie spadła nawet kropelka deszczu, tylko z dnia na dzień robiło się co raz goręcej.
Przeszedłem przez jezdnię, dostrzegając po drugiej stronie kwiaciarnie. Kupię rodzicielce chociaż jakieś kwiatki. Niech ma ze mnie chociaż tyle. Spojrzałem na witrynę kwiaciarni, gdzie widniała jej nazwa – Flower Paradise. Były w niej wystawione jakieś kolorowe kwiatki i paprocie. Drzwi były otwarte na oścież, chcąc najwidoczniej zaprosić choć jeden podmuch niewiejącego wiatru.
{In A Second}
Zajrzałem do środka i dostrzegłem młodego chłopaka. Kucał przy jakichś żółtych kwiatkach i coś nucił cicho. Na jego twarzy błąkał się delikatny uśmiech, a na oczy opadała farbowana, blond grzywka. Ubrany był w zwykły T-Shirt i ogrodniczki podwinięte z powodu ciepła. To może zabrzmi dziwnie, biorąc pod uwagę, że jestem facetem, ale wyglądał naprawdę uroczo.
- Dzień dobry – przywitałem się, przekraczając próg sklepu. Powietrze tutaj było jeszcze cięższe niż na zewnątrz, a do tego okropnie wilgotne. Chłopak podniósł na mnie spojrzenie i jego niesamowicie niebieskie oczy przeszyły mnie na wskroś. Myślałem, że w tej jednej chwili poznał mnie całego wzdłuż i wszerz. Miałem wrażenie, że nie ukryję się przed nim za tymi okularami, tak więc zdjąłem je. Posłałem mu uśmiech, który on odwzajemnił.
- Dzień dobry – przywitał się z radością w głosie i wyprostował, wycierając ręce w papierowy ręcznik. – Słucham. W czym mogę Panu pomóc?
- Pracujesz tutaj? – spytałem lekko zdziwiony, wskazując na niego palcem.
- Tak – odpowiedział, idąc w głąb kwiaciarni. – Więc w czym mogę Panu pomóc?
- Liam – wyrwało mi się. Blondyn spojrzał na mnie zaskoczony, nie bardzo wiedzą co co chodzi. Tak więc zacząłem się tłumaczyć:
- Tak mam na imię, Liam. Po prostu nie lubię jak ktoś… - tu spojrzałem na niego. – …w moim wieku, zwraca się do mnie per pan. Bez przesady. Aż tak stary nie jestem.
Blondyn uśmiechnął się do mnie i oparł dłonie na ladzie.
- Ale jak sam zauważyłeś, ja tu pracuję – przypomniał mi, a ja nie wiedzieć czemu, zmieszałem się. – Tak więc, w czym mogę ci pomóc, Liam.
Zapytał mnie po raz trzeci ze stoickim spokojem. Drgnąłem gdy wypowiedział moje imię. W jego ustach brzmiało ono tak jakoś… Inaczej. Nie wiem co sprawiało, że tak było, ale tak było. W sumie… Może to ten jego akcent? W każdym bądź razie, spojrzałem na niego, a potem zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu, w poszukiwaniu kwiatów, które bym znał. Jedyne co rozpoznałem to róże.
- Tuzin róż – odpowiedziałem, wskazując na nie palcem i spoglądając na chłopaka.
- Mają być długie czy krótkie? – dopytywał się, wychodząc z za lady. Zmarszczyłem brwi nie bardzo wiedząc, gdzie tkwi różnica. Róża to róża. On dostrzegł moją minę, po czym uśmiechnął się lekko. Stanął przy wazonach z różami, wyciągnął dwie, z dwóch różnych i odwrócił do mnie. Ułożył je równo płatkami, na wysokości swojej twarzy, a ja zlustrowałem oba kwiaty. I ten i ten miał tak samo czerwone płatki. Mógłby się wajać o ich rozłożystość. Wolałbym bardziej otwarte. Zjechałem w dół i dostrzegłem w czym tkwi szczegół.
-Aaaaaaaa… Chodzi o długość łodygi – stwierdziłem z dziwnym tonem odkrywcy w głosie. Z za kwiatków wyjrzała na mnie uśmiechnięta twarz blondyna. – To niech będzie tuzin długich.
Przytaknął, odłożył tę krótką do wazonu i dobrał jeszcze jedenaście ładny róż do tej długiej. Każdą z nich wyciągał z niezwykłą ostrożnością, by nie pokłóć się o kolce i nie zniszczyć ich. Był tak czuły przy tym co robił, że wywnioskowałem, iż musi naprawdę kochać kwiaty.
- Wiesz… To na urodziny mojej mamy – wyjaśniłem. Nie wiem czemu, ale chciałem żeby to wiedział. Chciałem żeby wiedział, że to dla mojej mamy, a nie dla kogoś innego.
-To należy je ładnie przyozdobić – stwierdził. Wyciągnął ładną, czerwoną folię, a na niej ułożył duże liście paproci. Na nich położył kwiaty. Odwrócił się i z dwóch rolek odciął złotą i czerwoną wstążkę. Tą drugą związał bukiet na dole, a tę pierwsze przewiązał raz, podkręcił na nożyczkach i ładnie ułożył na liściach. Popsikał jeszcze kwiaty jakimś specyfikiem i przesunął bukiet w moją stronę.
- Niall – odezwał się. Tym razem to ja spojrzałem na niego zaskoczony.
- To moje imię – wyjaśnił, uśmiechając się lekko. W oczach zabłysły mu wesołe iskierki i odwzajemniłem jego gest. – Nie chciałem być dłużny. Skoro ty zdradziłeś mi swoje imię, to ja zdradzam ci moje. Niall.
- Miło mi – odparłem z uśmiechem i wyciągnąłem do niego dłoń, którą uścisną. – To ile płacę?
- Dziesięć funtów – oznajmił. Wyciągnąłem portfel, podałem odpowiedni banknot, po czym z powrotem schowałem do kieszeni. Wziąłem bukiet i podziękowałem grzecznie. Wyszedłem z kwiaciarni i znów założyłem na nos okulary przeciwsłoneczne. Ruszyłem ulicą w dół, przyglądając się kwiatom przez moment, po czym powąchałem je. Pachniały tak przyjemnie i ładnie. Uśmiechnąłem się pod nosem i ruszyłem na ten głupi obiad urodzinowy.
***
Oparłem rękę na blacie, a na niej ułożyłem brodę. Zacząłem wpatrywać się w drzwi kwiaciarni, przez które właśnie wyszedł najcudowniejszy facet świata – Liam. Czyż to nie ładne imię? Liam miał ciemnoblond kręcone włosy. Śliczne, orzechowe oczy, w których tańczyły takie wesołe iskierki. I naprawdę ładnie się uśmiechał. Na mojej twarzy zapewne pojawił się teraz głupkowaty, rozmarzony uśmieszek, który po chwili znikł. Znając życie, taki przystojniak jak Liam nie mógł być homo. To po prostu niemożliwe. Westchnąłem, a z zaplecza wyszedł wujcio. Spojrzałem na niego kątem oka i posłałem uśmiech.
- Zrób sobie przerwę – stwierdził, przeczesując jasne włosy palcami. – Jesteś tu od samego rana.
Otworzyłem buzie aby mu powiedzieć, że mi to nie przeszkadza. On jednak mnie uprzedził, jakby czytał w moich myślach.
- Tak, wiem. Lubisz to, ale bez przesady – sięgnął do tylnej kieszeni i wyciągnął z niej portfel. – Masz tu… Pięćdziesiąt funtów i idź na coś słodkiego do kawiarni. Tam wyżej jest taka fajna i przyjemna.
Wcisnął mi banknot w dłonie i zaczął wypychać za drzwi. Gdy byłem już na chodniku, odwróciłem się i spojrzałem na niego. Stał w progu ze splecionymi dłońmi. Po chwili wskazał palcem w moją lewą stronę i tym gestem dał mi znać, że mam iść do tej pieprzonej kawiarni. Westchnąłem i ruszyłem chodnikiem. Spojrzałem się przez ramię i zobaczyłem, że wuj obserwuje mnie. Nie miałem innego wyboru, jak iść do tej kawiarni.
Stanąłem przed lokalem o nazwie Hard Rock Caffee. Pchnąłem drzwi i poczułem przyjemny zapach, świeżo parzonej kawy. Wszedłem do środka i obrzuciłem pomieszczenie przelotnym spojrzeniem. Pod ścianami ustawione były kanapy, a przy nich stoliki. Resztę pomieszczenia zajmowały kwadratowe stoły, przy których stały po cztery krzesła. Była też nieduża scena. Zapewne prowadzili jakieś wieczorki muzyczne albo coś. Na wprost wejścia był bar.
Przekroczyłem próg i skierowałem się do niego. Usiadłem na wysokim krześle i przysunąłem do siebie menu. Zdałem sobie sprawę, że naprawdę mam ochotę na coś dobrego i słodkiego. Marszcząc czoło zacząłem studiować uważnie kartę.
- Dzień dobry – usłyszałem czyjś głos. Podniosłem głowę i spojrzałem na chłopaka o ciemnych, kręconych włosach i ślicznych zielonych oczkach. Posłał mi uśmiech, a na twarzy pojawiły mu się słodkie dołeczki. Był całkiem przystojny. Odwzajemniłem jego uśmiech.
- Cześć – zawołałem radośnie.
- Coś podać? – zapytał Loczek, a ja znów spojrzałem w menu.
- Tak się zastanawiam… - zacząłem, przeglądając spis ciast. – Które ciasto byś polecił?
- Ja uwielbia szarlotkę – odpowiedział z entuzjazmem. – Mają tu najlepszą pod słońce.
-No to niech będzie szarlotka i do tego expresso z mlekiem – poprosiłem, zamykając menu i odsuwając. Przytaknął i podszedł do jakiejś dziewczyny. Ja obrzuciłem lokal przelotnym spojrzeniem. Nie było zbyt wielu klientów. Nic dziwnego. Kto normalny w taki upał idzie na kawę. Większość raczej woli iść na lody, albo coś zimnego do picia.
- Proszę – usłyszałem znów głos Lokatego. Spojrzałem na niego i zobaczyłem jak stawia przede mną talerzyk z kawałkiem ciasta. – Kawa za raz będzie.
- Dzięki – posłałem mu uśmiech, a on odwzajemnił gest i oddalił się. Chwyciłem łyżeczkę i zabrałem się za ciastko. Muszę przyznać, że faktycznie było dobre.
- Niall? – usłyszałem jak ktoś mówi moje imię. Zdziwiłem się, no bo przecież nikt mnie tu praktycznie nie znał. Byłem w Londynie zaledwie od tygodnia. Podniosłem wzrok, a moje oczy spoczęły na wysokiej brunetce. To była ona. To jej wtedy powiedziałem o mojej przypadłości, jaką jest inna orientacja seksualna. Sąsiadka wujcia. Jak ona miała na imię?
-Daisy, prawda? – zapytałem, niepewny czy dobrze zapamiętałem imię.
- Tak – potwierdziła, stawiając przede mną filiżankę. – Fajnie cię znów zobaczyć.
- O czyżby? – mruknąłem do siebie pod nosem, a ona najwyraźniej to dosłyszała.
- Nie dziw się mojej reakcji tam tego dnia – odezwała się, opierając dłonie na ladzie. – Nie co dzień słyszy się z ust całkiem przystojnego faceta, że jest homo.
Spojrzałem na nią, a ona uśmiechnęła się do mnie i puściła oczko.
- Nie przeszkadza ci to? – zapytałem. – Znaczy. No wiesz co.
- Nie. Ani trochę – odparła. – Jestem tolerancyjna. Nie oceniam ludzi po kolorze skóry, czy orientacji seksualnej. Co ty na to żeby zacząć od początku?
Przytaknąłem, a ona wyciągnęła w moją stronę dłoń.
- Daisy Virgo.
- Niall Horan – odparłem i ścisnąłem jej dłoń.
- A ten tutaj – zarzuciła rękę na szyje Loczka i przyciągnęła do siebie. Zachwiał się, położył dłoń na ladzie i w ostatniej chwili złapał równowagę. – Ten tu, to Harry Styles.
- Hej – uśmiechnąłem się do niego. – Niall Horan jestem.
- Cześć - przywitał się. – Daisy. Puszczaj.
Dziewczyna wyciągnęła rękę i zaczęła czochrać mu włosy. Lokaty błagał o litość i prosił o wolność, a ja zacząłem śmiać się pod nosem.
***
Siedziałem przy prostokątnym stole i dziobałem widelcem w talerzu. Po prawej siedział mój ojciec, a po lewej matka. Jak zwykle przy posiłku panowała totalna cisza. Tato nie tolerował rozmów przy stole. Posiłki musiały odbywać się w idealnej ciszy, którą mógł przerywać tylko i wyłącznie szczęk sztućców.
Podniosłem wzrok z talerza i spojrzałem na bukiet róż stojący na stoliku pod oknem. Gdy tylko złożyłem mamie życzenia i podarowałem kwiaty, poprosiłem by wsadziła je do wazonu, aby nie zwiędły. Były naprawdę piękne. Niall tak się starał by ten bukiet był idealny. I udało mu się.
Niall.To był naprawdę miły chłopak. I… Dlaczego cały czas chodzi mi po głowie słowo uroczy? No ale taki był. Był naprawdę uroczy i słodki. A jego oczy. Gdy tylko na mnie spojrzały z pod tej blond czuprynki… Po prostu nie mogłem się do nich oderwać. One same zresztą przeszywały mnie na wskroś. Był jak dzisiejsze niebo. Jak spokojne morze. A ten uśmiech, którym raczył mnie obdarowywać był taki prawdziwy i szczery. Nagle dotarło do mnie, że zaczynam myśleć o tym chłopaku w Louisowych kategoriach. Potrząsnąłem głową, chcąc go wyrzucić z mojej głowy.
- Dobrze się czujesz, kochanie – odezwała się mama, łamiąc zasadę ojca. Najwyraźniej zaniepokoił ją mój brak apetytu.
- Ehem… - odchrząknąłem. – Wiesz… W sumie to nie za dobrze.
T obyła dobra wymówka, by się stąd urwać wcześniej. Nie specjalnie miałem ochotę tu siedzieć. Co prawda w swoim mieszkaniu też nie miałem ochoty specjalnie być. Może pójdę do Hard Rock Caffee na jakieś ciacho?
- Może ja wrócę do siebie – ciągnąłem dalej, odkładając widelec na serwetkę obok talerza.
- No ależ oczywiście kochanie – odparła z troską moja mama i wraz ze mną wstała od stołu. – Jak nie czułeś się za dobrze, wystarczyło zadzwonić i powiedzieć. Zrozumiałabym przecież.
- Ale to twoje urodziny – oświadczyłem, zakładając buty.
- Za rok będą kolejne – stwierdziła i ucałowała mnie w policzek, a ja skrzywiłem się. Nie lubiłem kiedy to robiła. – Uważaj na siebie. I zadzwoń potem.
- Dobrze – powiedziałem i wyszedłem za drzwi, na pożegnanie obdarzając rodzicielkę uśmiechem. Zamknęła za mną drzwi i powoli skierowałem się do domu. W mojej głowie znów pojawił się blondynek o niebieskich oczętach. Znów potrząsnąłem głową by go z niej wyrzucić. Sięgnąłem po telefon i wybrałem numer do Tomlinsona. Odebrał po drugim sygnale.
- Się masz stary – zawołałem. – Znów się obijasz sam na chacie?
- No wiadomo – usłyszałem jego radosny głos po drugiej stronie. – A w wolnych chwilach ociekam zajebistością.
Zaśmiałem się szczerze, po czym dodałem.
- To przestań ociekać tą zajebistością i wbijaj do Hard Rock Caffee. Potrzebuję męskiego towarzystwa.
- Męskiego… - Usłyszałem ironię w jego głosie.
- Tak, męskiego – rzuciłem. – Do zobaczenia.
Rozłączyłem się i skierowałem swe kroki w stronę kawiarni.
3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz