2
Wyszedłem z zaparowanej łazienki w samych spodniach od dresu. Przystanąłem na chwilę pod drzwiami swojego pokoju. Położyłem rękę na klamce i przez pewien czas wpatrywałem się w ścianę, zanim wszedłem do środka. Mój wzrok od razu zawiesił się na Harrym, który smacznie spał w łóżku – moim łóżku. Wyglądał tak słodko i spokojnie, gdy spał. Leżał na plecach z rozłożonymi rękami, a usta miał lekko rozchylone. Mimo czerwonych i podkrążonych od płaczu oczu dalej wyglądał uroczo. Uśmiechnąłem się mimowolnie. Zrobiłem krok w jego stronę, ale przystanąłem, a moje serce przyspieszyło, gdy poruszył się nieznacznie. Wstrzymałem oddech. Loczek tylko mruknął coś pod nosem i ułożył się na lewym boku tak, że leżał przodem do mnie. Kiedy jego oddech znowu stał się równomierny, wypuściłem ze świstem powietrze. Włożyłem ręce do kieszeni i przyglądałem musię zupełnie jak kilka lat temu.
Miałem już dość ciągłej nauki gry na pianinie. Godzinami klikałem w te same klawisze, które zdawały się być coraz bielsze i bielsze z każdym dniem. Nienawidziłem tej kołysanki, którą grywałem każdego dnia na lekcjach – „wlazł kotek na płotek i mrugał”. Nie widziałem w niej sensu, a linia melodyczna była tak nudna, że za każdym razem zasypiałem. Muzyka nie była moją pasją. Nie miałem powodu, żeby grać. Nigdy nie podzielałem tego entuzjazmu mamy. Nie widziałem nic szczególnego w dźwiękach, jakie wydawał fortepian. Wolałem piłkę nożną. To było coś, w czym byłem dobry. Śpiew i gra na pianinie wydawały mi się nudne i – bez obrazy – dziewczęce. Nie sądziłem, żeby ktoś zmienił moje podejście.
Tego dnia wymknąłem się z domu. Nie miałem siły na kolejną lekcję muzyki, bo jak powtarza mama, jeśli nie znasz historii, nie znasz niczego o tym, czego się uczysz”. Tak naprawdę to nie widziałem sensu w tym stwierdzeniu. Chciałem po prostu pobyć przez pewien czas sam na sam z moja piłką. Mimo mrozu i śniegu postanowiłem sobie potrenować żonglerkę piłką do nogi. Przedzierałem się przez ośnieżone krzewy i drzewa, gdy w końcu trafiłem na polankę. Kochałem to miejsce. Było ono moim azylem. Tylko tam mogłem pobyć sam, bo nikt o nim nie wiedział. Zawsze kładłem się na środku i patrzyłem w niebo, które przysłaniały korony drzew i rozmyślałem. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem siedzące na śniegu dziecko. Zwrócone ono było do mnie tyłem, wiec nie widziałem twarzy. Jedyne co rzuciło mi się w oczy to krótko przystrzyżone jasne włoski, które wydawało mi się, że już gdzieś widziałem. Zmarszczyłem czoło i już miałem krzyknąć do tajemniczej osoby, denerwowany, ale zastygłem. Persona ta odwróciła się, a mnie zahipnotyzowała zieleń oczu tego chłopca. Niespodziewanie uśmiechnął się do mnie szeroko i pomachał energicznie wolną ręką, gdyż w drugiej trzymał czarnego kota. Nie umiałem nie odwzajemnić tego gestu.
Tak, to było nasze drugie spotkanie. Nawet po tylu latach uśmiechałem się na wspomnienie o nim. To wtedy po raz pierwszy patrzyłem na niego uważnie. Za pierwszym razem cały czas płakał, więc jego zielone oczy były niewyraźne –zamglone. To wtedy uderzyła mnie ich głębia. To spotkanie na polanie było dla mnie niemalże najcenniejszym wspomnieniem, jakie posiadałem. „Nie zmienił się od tamtego czasu ani trochę”, pomyślałem. „Tylko ściemniały mu włosy i zaczęły się kręcić”.
- Lou! – krzyknął zadowolony i rzucił mi się na szyję, gdy podszedłem bliżej, a kot, którego trzymał, wymsknął mu się i uciekł.
- Skąd się tu wziąłeś? – szepnąłem zdziwiony, odsuwając go na odległość ramion i pochyliłem się lekko, by patrzeć mu w oczy. – To moja polana.
- Rodzice znowu się pokłócili, a gdy szedłem do ciebie do domu, zobaczyłem kotka – wyjaśnił. –Pobiegłem za nim i trafiłem tutaj.
Jego oczy zaszkliły się. Zrobiło mi się przykro. Nie mogłem patrzeć, jak płacze. Ostatnio wylał już za dużo łez. Miałem wrażenie, że moje serce łamie się na pół. Tak jak poprzednim razem owinąłem mu szalik wokół szyi i pocałowałem w policzek, po czym zmierzwiłem jego króciutkie włoski. Posłałem pokrzepiający uśmiech, który odwzajemnił. Następnie złapałem go za rękę i nie myśląc o piłce, która została w krzakach.
Westchnąłem, siadając na brzegu łóżka. Wpatrywałem się w niego przez kilka chwil, po czym położyłem dłoń na jego policzku, po którym przejechałem kciukiem. Harry nieznacznie poruszył głową, a kosmyk włosów opadł mu na czoło, zasłaniając oczy. To był widok, którego nigdy nie chciałem zapomnieć. Uniosłem rękę, odgarniając niesfornego loka i powolnym ruchem przejechałem palcem od jego skroni do obojczyka.
- Masz może ochotę coś przekąsić? – spytałem, wyszukując drobniaków w kieszeniach płaszcza. – Starczy mi chyba na ciastko i gorącą czekoladę.
Harry pokiwał tylko energicznie głową, przecierając oczy. Posłał mi promienny uśmiech, który oznaczał, że bardzo podoba mu się ten pomysł. W tamtym momencie moje serce zabiło szybciej po raz pierwszy w życiu.
Może to dziwne, ale od tamtej pory każdy posiłek jaki jem bez niego nie ma smaku. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym go wtedy nie zaczepił na ulicy i nie pomógł mu. Nasza znajomość była dla mnie cenniejsza od więzów rodzinnych z ojcem, który kompletnie nie przywiązywał uwagi to tego czy nawet żyję i jak się mam.
Nachyliłem się nad nim, wstrzymując oddech i jak to miałem w zwyczaju, pocałowałem w policzek długo i czule. Kiedy odsunąłem się od niego, otworzył zaspane oczy, po czym uśmiechnął się leniwie.
-Lou – wypowiedział moje imię szeptem. – Byłeś w moim śnie.
Uśmiechnąłem się lekko i przeczesałem palcami jego gęste loki.
-Co w nim robiłem? – spytałem.
- Byłeś ze mną na polanie w lasku. Byliśmy znowu dziećmi a wokół nas sypał śnieg.
Drgnąłem nieznacznie. Jak to możliwe, że śniło mu się wspomnienie, o którym właśnie myślałem?
-Mam z tobą spać?
Harry w odpowiedzi pokiwał tylko głową. Kiedy zająłem miejsce obok niego, wtulił się we mnie jak w poduszkę i zamknął oczy. Po chwili usłyszałem jak spokojnie oddycha, co oznaczało, że zasnął. Głaskałem go po głowie, zastanawiając się, co zrobimy, żeby został. Przecież nie mogłem mu dać wyjechać – zwłaszcza jeśli sam chciał zostać.
***
{Beautiful Soul}
Obudziły mnie promienie słońca. Jak ja tego nienawidziłem! Nikt nie mógł mi przeszkadzać we śnie. Nikt i nic! Mruknąłem niezadowolony i otworzyłem powoli ospałe powieki. W pierwszej chwili oślepił mnie blask, a w następnej zauważyłem, że czegoś brakuje. Przejechałem ręką po pustym miejscu obok mnie. Lou… Gdzie on poszedł? Spojrzałem na zegarek. Było dość wcześnie, więc zdziwiłem się, że ten śpioch już wstał. Podniosłem się na łokcie i rozejrzałem po pokoju. Dawno tu nie byłem. Moją uwagę przykuły zdjęcia na biurku, które były jedynymi rzeczami jakie na nim stały oprócz laptopa. Na obu fotografiach stal chłopcy – na pierwszym byli oni w wieku, kiedy zaczyna się szkołę, na drugim natomiast stała ta sama dwójka tylko starsi. Przyjrzałem im się bliżej. To byliśmy my – ja i Louis. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że na obu zdjęciach jest ta sama pora roku – zima. Uśmiechnąłem się pod nosem, biorąc do ręki starszą fotografie. Zostało ono zrobione przez mamę Lou, gdy lepiliśmy bałwana. Cali byliśmy w śniegu i uśmiechaliśmy się od ucha do ucha. Przyjaciel obejmował mnie opiekuńczo ramieniem. Byłem wtedy taki mały.
-Czas ruszyć tyłek – mruknąłem, przecierając wciąż zaspane oczy.
Nienawidziłem wstawać z łóżka, obudzony przez kogoś lub coś. Zwłaszcza jeśli to łóżko pachniało Lou. Dziwnie się czułem, myśląc tak o przyjacielu, którego znam prawie od zawsze, ale jakoś nie potrafiłem inaczej. Kiedy byliśmy w tym samym pomieszczeniu, musiałem być blisko niego, a jeśli nie widziałem go za długo, szybko ruszałem na spotkanie z nim. To było coś jak niewidzialna nić. Byliśmy nią złączeni, więc nie mogliśmy zbyt daleko i zbyt długo od siebie przebywać. To właśnie dlatego nie mogłem wyjechać tak po prostu z miasta. Nie mogłem go zostawić. Zasypiając poprzedniego wieczoru w jego ramionach, zapomniałem o wszystkich problemach.
Lou był moim azylem. Mogłem do niego przychodzić, gdy chciałem i zawsze znajdowałem w nim ukojenie. Jeśli wyjechałbym, nie dałbym sobie rady. Ponieważ Louis był jak rana. Nawet jeśli się zbliźni, pozostanie ślad i już nigdy nie zapomnisz, w jaki sposób ją zdobyłeś.
W tym momencie potrzebowałem tylko prysznicu, żeby zacząć myśleć trzeźwo. Wyjąłem z szuflady bokserki w marchewki – ulubioną parę Louisa, uśmiechnąłem się, wyobrażając sobie jego minę, gdy mnie w nich zobaczy i ruszyłem do łazienki. Na pralce leżała sterta ciuchów do prania, którą zapewne zajmie się gosposia, kiedy tylko przyjdzie do pracy. Tak, Lou był bogatym chłopakiem. Jego ojciec miał dobrze prosperującą sieć hoteli, ale wzbogacił się na niej dopiero po śmierci matki mojego przyjaciela, kiedy to pan Tomlinson stał się pracoholikiem. Praktycznie nigdy nie było go w domu, dlatego moja matka traktowała go niemal jak syna. Prawie codziennie przychodził na obiady, spał ze mną w pokoju. Byliśmy praktycznie nierozłączni. I przez chłopaka mojej mamy wszystko miało legnąć w gruzach. Wszystko miało dobiec końca.
Nic nie byłoby w stanie mnie teraz pocieszyć. Nic.
Prysznic wcale mi nie pomógł. Przygnębiony, powłóczając nogami, wyszedłem z łazienki. Byłem tylko w samych bokserkach, ale mi to nie przeszkadzało. Tak naprawdę lubiłem chodzić ubrany tak, jak nas Pan Bóg stworzył. Nie widziałem w tym nic dziwnego . Uśmiechnąłem się pod nosem, przypominając sobie, jak chodziłem nagi po domu Lou, a ten latał za mną z ręcznikiem, bym go zawiązał w pasie chociaż. To było nawet nie tak dawno temu. Od tamtego czasu minął może niecały rok.
Po chwili z mojej twarzy zniknął uśmiech. Westchnąłem ciężko. Tak naprawdę dopiero teraz zauważyłem, ile on dla mnie znaczy. Jeśli nie było Lou, nie było mnie. Taka była prawda. Nagle do mich nozdrzy dobiegł zapach kawy. A więc Louis urzędował w kuchni. Niemalże pierwszą rzeczą, jaką robił po przebudzeniu, było właśnie to. Zaparzenie sobie kawy. Nie mógł bez niej żyć. Kochał ją – może nawet trochę za bardzo. Mogłem się założyć, że jeśli małżeństwo z filiżanką kawy byłoby legalne, już dawno byłby żonaty.
-Nareszcie wstałeś, Śpiąca królewno – powitał mnie radośnie. – Jak się spało?
-Dobrze – odpowiedziałem zmieszany jego zachowaniem. – Czemu masz taki dobry humor?
-Nie mogę cieszyć się na widok przyjaciela, który założył bez pozwolenia moje bokserki? – Posłał mi spojrzenie, którego nie umiałem rozczytać i upił łyk kawy. – Nadszedł nowy, słoneczny dzień. Powinieneś się rozchmurzyć, kochasiu.
-Cieszy cię to, że wyjeżdżam? – spytałem z wyrzutem.
-Nie – odpowiedział z lekkością, popijając kawę. – Cieszy mnie, że zostajesz.
-Co?
Moje serce przyspieszyło biegu. Myślałem, że zaraz wyrwie mi się z piersi. Ogarnęło mnie niewyobrażalne szczęście, a potem niepokój. Czyżby sobie ze mnie żartował? Nie. Nie żartowałby z tego.
-Rozmawiałem z twoją mamą – wyjaśnił. – Zostaniesz u mnie do zakończenia liceum.
-A potem?
-To nie zależy już ode mnie – wzruszył ramionami. – Ważne to, co teraz. Zostajesz.
Uśmiechnąłem się szeroko i rzuciłem mu się na szyję. Nie mogłem się powstrzymać by nie krzyknąć ze szczęścia. Po całym pomieszczeniu rozniosły się nasze śmiechy. Na sercu zrobiło mi się tak dziwnie lekko i ciepło. Kiedy poczułem jego oddech na swojej szyi przeszedł mnie dreszcz, wiec odsunąłem się od niego, by tego nie zauważył.
-Ubieraj się, młody. Zabiorę cię gdzieś – stwierdził z uśmiechem, zacierając ręce. – Wiesz, dzisiaj jest rocznica. Tego dnia, kilka lat temu, zajrzałem do mojej ulubionej kawiarni. Naszej ulubionej kawiarni.
* * *
Usiedliśmy w tym samym miejscu co zawsze – w samym rogu na końcu lokalu po prawej stronie. Przy rogowej kanapie stał mały stolik. Zajęliśmy miejsce. Nie potrzebowaliśmy już karty menu ani żeby kelnerka do nas podeszła, byśmy mogli złożyć zamówienie. Zawsze braliśmy to samo, a byliśmy częstymi gośćmi, więc każda osoba pracująca tam znała nas.
Nowa kelnerka – co prawda pracuje w tej kawiarni już od pół roku, ale musi się podszkolić – podeszła do nas z uśmiechem na ustach i postawiła przed nami kawę i ciastko.
- Co nowego, Daisy? – spytałem, posyłając jej szczery uśmiech i kładąc rękę na oparciu za Harrym.
-Do miasta wprowadził się nowy chłopak. Jest moim sąsiadem.
- Ładny jest?
- Nie jest najprzystojniejszym chłopakiem, jakiego widziałam, ale ma piękne oczy i wydaje się być słodki. A co? Zmieniasz orientacje, Lou?
Harry zaniósł się dźwięcznym śmiechem i moje serce nie wiedzieć czemu przyspieszyło. Starałem się zachować powagę, udać obrażonego, cokolwiek – ale przez mojego drogiego przyjaciela, nie umiałem. Parsknąłem śmiechem i posłałem jej znaczące spojrzenie, po czym powiedziałem:
-Chcę rozeznać się w konkurencji.
Daisy poklepała mnie z politowaniem po ramieniu i podeszła do stolika na drugim końcu pomieszczenia, by odebrać zamówienie. Hazza niemal dusił się ze śmiechu, leżąc na siedzeniu. Z obojętnością na twarzy, chwyciłem łyżkę i nabrałem na nią kawałeczek ciasta, po czym wsadziłem ją do buzi Styles’a. Chłopak ze zdziwienia otworzył szeroko oczy. Podniósł się do pozycji siedzącej. Wyjął łyżkę z buzi i spojrzał na mnie z uśmiechem na twarzy.
-Pycha – oznajmił, zajadając się swoją ulubioną szarlotką.
-Możemy przychodzić tu codziennie, skoro będziesz od teraz mieszkał ze mną.
Upiłem kolejny łyk kawy. Tego mi było trzeba. Kawa z rana jak śmietana – czy jak to tam się mówi. Może to było jakoś inaczej? Spojrzałem na Harry’ego, który najwyraźniej nad czymś rozmyślał. Podniosłem rękę i przejechałem nią kilka razy po jego ramieniu. Dopiero to wyrwało go z tego stanu. Spojrzał na mnie wzrokiem, którego nie umiałem rozczytać i spytał:
-Lou, jak ja ci się za to odwdzięczę? Przecież nie mogę mieszkać u ciebie za darmo! To byłoby nie fair.
-O to się nie martw – powiedziałem uspokajająco i położyłem mu rękę na kolanie, już tak z przyzwyczajenia. – Nie masz u mnie żadnego długu.
-Mam! Nie mogę być na twoim utrzymaniu! Będę płacił czynsz. Obiecuję.
-Nie masz pracy, Harry – westchnąłem. Nie chciałem, żeby płacił.
-Znajdę pracę! – zarzekał się.
-Kociaku, masz szkołę. Nie znajdziesz czasu na wszystko. Poza tym… Wiesz dobrze, że twoje pieniądze mi niepotrzebne.
-Ale…!
-Nie – powiedziałem stanowczo, zakrywając mu ręką usta. – Nie przyjmę żadnej zapłaty od ciebie za mieszkanie u mnie.
***
Louis poprosił o rachunek. Zdenerwowałem się, gdy zapłacił za mnie. W jego towarzystwie czułem się jak dziecko albo dziewczyna. „Harry zjedz do końca”, „Zapłacę, młody”, „Ubierz się ciepło, bo się przeziębisz” – powtarzał. Już nie raz miałem ochotę mu powiedzieć, co myślę na ten temat. Zawsze się powstrzymywałem, bo rozumiem jego troskę o mnie. Ojciec nie dbał o niego. Prawie w ogóle z nim nie rozmawiał czy nawet spotykał się z nim. Technicznie rzecz biorąc to ja byłem jego rodziną. Z jednej strony mnie to cieszyło, a z drugiej byłem tym zdołowany, bo wiedziałem, że dla niego zawsze będę tylko bratem. Jestem chłopakiem, więc nie powinienem tak myśleć, ale nie umiałem inaczej.
Ktoś mnie szturchnął, wyrywając tym samym z rozmyślań. Podniosłem głowę i uderzyły mnie zielone oczy Lou.
-Idziemy?
Pokiwałem głową i podniosłem się z miejsca. Kiedy wychodziliśmy zobaczyłem na drzwiach kartkę z ogłoszeniem o przyjęcie do pracy na pół etatu. To było coś dla mnie. W ten sposób mógłbym płacić czynsz Lou ze swojej własnej wypłaty.
2
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz