poniedziałek, 20 stycznia 2014

776

1

Promienie słońca przecisnęły się przez szparę w zasłonach i zatańczyły mi na nosie. Niezadowolony taką pobudką, mruknąłem pod nosem, przekręciłem się na brzuch i schowałem twarz w poduszce. Po chwili zza drzwi dobiegły mnie przytłumione dźwięki porannego programu w BBC Radio One. Westchnąłem i niechętnie otworzyłem oczy. Moje spojrzenie spoczęło na mojej walizce, z której wysypywały się ubrania. Miałem się niby wczoraj rozpakować, ale jakoś nie miałem ochoty. W sumie, jedyne co wczoraj zrobiłem to prysznic, siku, rozwalenie walizki i uderzenie w kimono. Usiadłem na łóżku i przeczesałem palcami blond czuprynę. Przeciągnąłem się i ziewnąłem. Wyciągnąłem z walizki krótkie spodenki w kwiatki, koszulkę i ubrałem się. Wyszedłem z pokoju i zobaczyłem jak wujcio kręci się po kuchni w tą i z powrotem. W zębach miał tosta, a przed sobą rozłożone jakieś papiery, po których pisał.

- Dzień dobry – przywitałem się jeszcze zaspanym głosem. James podniósł wzrok znad papierów i spojrzał na mnie.

- Hej śpiochu – zawołał, uprzednio wyciągnąwszy tosta z ust. Posłał mi radosny uśmiech. – Dziś też zarządzisz głodówkę?

- Nie. Zdecydowanie nie – stwierdziłem, masując się po brzuchu. Skręcało mnie z głodu, a do tego mój kumpel dał o sobie głośno znać. Wuj zaśmiał się, słysząc burczenie.

- Nakarm tego głodomora – odparł rozbawiony, zbierając papiery. – Ja lecę do kwiaciarni, odebrać sadzonki. Wrócę koło dziesiątej wieczorem. Na komodzie są klucze jakbyś chciał się gdzieś wybrać.

- Dobrze! – zawołałem za nim, a po chwili usłyszałem trzask drzwi. Zostałem sam w tym eleganckim mieszkaniu. Panowała w nim cisza, nie licząc grającego radia. Dopiero teraz lepiej rozejrzałem się po wnętrzu. Dostrzegłem naprawdę dużo roślin. Na stoliku przed sofą, stał storczyk. Z komody zwieszała się gigantyczna paproć, a na parapecie w kuchni dostrzegłem dzwonki równolistne. No tak. Efekt uboczny bycia posiadaczem kwiaciarni. Ale nie narzekam. Też lubiłem kwiaty. Może to dlatego miałem tak dobry kontakt z wujciem?

Skierowałem się do kuchni i zajrzałem do lodówki. Zauważyłem w niej resztki wczorajszej kolacji. Wyciągnąłem pudełko z makaronem po chińsku i nałożyłem sobie sporą porcją na talerz. Wsadziłem do mikrofali i w czasie kiedy się odgrzewał, zrobiłem sobie słabej kawy z mlekiem. Zjadłem w ciszy i ze smakiem, po czym pozmywałem po sobie.

{Put Your Records On}

Stanąłem w salonie, zastanawiając się co ze sobą zrobić. Obrzuciłem go przelotnym spojrzeniem i zatrzymałem wzrok na drzwiach balkonowych. Podszedłem do nich, otworzyłem je i wyszedłem na balkon, gdzie stały dwie drewniane donice z pelargoniami. Zacisnąłem dłonie na żelaznej balustradzie, pomalowanej na czarno. Przymknąłem oczy i wystawiłem twarz do letniego słońca, które zaczęło ją przyjemnie ogrzewać. Na moją twarz wkradł się delikatny uśmiech przyjemności. Do tego jeszcze lekki, ciepły wiatr omiótł moją buzię. Westchnąłem i otworzyłem oczy. Mój wzrok spoczął na małym placyku, który tu był. Była tam nieduża piaskownica, konik i dwie drewniane huśtawki. Stolik do szachów i dwie ławki: jedna przy piaskownicy, druga obok huśtawek.

Westchnąłem i spojrzałem na czyste, błękitne niebo. Nie przyozdabiała go ani jedna chmurka. Czysty lazur. Gdzieś w oddali zaćwierkał ptaszek. Cóż za spokój i sielankowa cisza. Mam tylko nadzieję, że tak tu zawsze. Odpowiadał mi ten stan rzeczy i bytu. Zdałem sobie sprawę, że przyjazd do wuja Jamesa to najlepsze co mogłem zrobić po opuszczeniu domu. O ile wyrzucenie za drzwi można nazwać opuszczeniem. No, ale stwierdzam, że nie będę się tym więcej zadręczać. Jestem teraz w nowym mieście. Nikt mnie tu nie zna. Mogę być kim zechcę. Dosłownie. Będę po prostu sobą. Nie będę przed nikim udawał, a już na pewno nie ukrywał prawdy o sobie. To moje… Moje Londyńskie Postanowienie. Mówić prawdę i tylko prawdę oraz być sobą.

Jeszcze raz obrzuciłem pobliską okolice spojrzeniem i oparłem ręce na balustradzie. Podobało mi się. To nie był ten Londyn, którzy wszyscy znają. To był ten zwykły Londyn, którego na zdjęciach, czy filmach nie widać.

- Hej – usłyszałem gdzieś po prawej kobiecy głos. Wyprostowałem się i spojrzałem na sąsiedni balkon. Stała na nim niewysoka, zgrabna brunetka. Miała zwykłą bluzeczkę na ramiączkach i spodenki trzy czwarte od piżamy. W drobnych dłoniach ściskała kubek, a na twarzy gościł szeroki i przyjazny uśmiech. Długie, czarne włosy spięte miała w koński ogon.

- Cześć – mruknąłem, automatycznie przeczesując włosy palcami.

- Nie widziałam cię tu wcześniej – stwierdziła dziewczyna. – Jesteś kimś z rodziny pana Sanforda?

- Tak. Jestem jego siostrzeńcem – odpowiedziałem. – Niall. Niall Horan jestem.

- Daisy Virgo. Ale mów mi Di, jak wszyscy. Miło mi – uśmiechnęła się szczerze, więc odwzajemniłem jej gest. – Przyjechałeś w odwiedziny?

- Nie. Matka wyrzuciła mnie z domu – wyjaśniłem. – Ale nie przejmuj się tym. Mam wujcia Jamesa, na całe szczęście. A Londyn to ponoć ładne miasto.

- To prawda, ładne – przyznała. – Mogę ci je kiedyś pokazać. I wybacz, że zapytam, ale czemu mama wyrzuciła cię z domu?

Ogarnął mnie strach. A co jeśli jest.. No co jeśli jest taka jak moja matka? Była miła, ale mogła nie akceptować takiej anomalii. Jednak obiecałem sobie przed chwilą, być sobą i mówić prawdę. Tak więc wziąłem głęboki wdech i wyrzuciłem to z siebie.

- Jestem gejem. Nie umiała tego przyjąć do wiadomości.

- Oh – rzuciła, po czym dodała. – Ale masz na szczęście pana Sanforda. To naprawdę uroczy mężczyzna i niezwykle miły.

- Wiem – uciąłem. Odwróciłem się napięcie i wróciłem do mieszkania. Nie wiem czy taka powinna być reakcja osoby choć trochę tolerancyjnej. Nigdy nikomu o tym nie mówiłem, wyłączając mamę, która zdecydowanie nie jest tolerancyjna. Westchnąłem i wróciłem do swojego pokoju. Spojrzałem na walizkę i wysypujące się z niej ubrania.

- Chyba powinienem się rozpakować – mruknąłem do siebie. Ominąłem ten chaos przy walizce, otworzyłem szafę, po czym zacząłem do niej chować wszystkie ubrania. Na sam koniec na dno wrzuciłem walizkę. Otarłem dłonie z niewidzialnego kurzu i podparłem dłonie na biodrach, obrzucając pomieszczenie spojrzeniem.

Nie mając co ze sobą zrobić, do torby wrzuciłem portfel, telefon i kilka drobiazgów. Zabrałem swoje okulary przeciwsłoneczne, z komody w salonie wziąłem klucze i wyszedłem z mieszkania, zamykając je za sobą. Zszedłem po tych skrzypiących schodach i wyszedłem na ulicę. Na dzień dobry przywitał mnie podmuch ciepłego wiatru. Dzisiejszy dzień zapowiadał się na upalny. Założyłem na nos okulary, ręce wcisnąłem w kieszenie spodenek i wolnym krokiem ruszyłem w dół ulicy, chwytając każdy szczegół okolicy. Na horyzoncie dostrzegłem kwiaty wystawione przed budynek, które zapewne miały posłużyć za reklamę. Zatrzymałem się przy kwiaciarni, która nosiła wdzięczną nazwę Flower Paradise. Dopiero po chwili dostrzegłem wiszącą w witrynie kartkę.

„Przyjmę do pracy pomocnika. Więcej informacji w kwiaciarni.”

Hym… Jak już mam mieszkać u wujcia warto by było też znaleźć jakąś pracę i dorzucać się do czynszu. A że lubię kwiaty i wiem jak się nimi zajmować, to coś dla mnie. Wszedłem do dusznego wnętrza przez otwarte drzwi. Od razu uderzył mnie słodki zapcha kwiatów. Zdjąłem okulary i rozejrzałem się po wnętrzu. Przepych kolorów i kształtów tak mnie zachwycił, że nie mogłem się nie uśmiechnąć. Stawiając ostrożnie kroki przeszedłem przez pomieszczenie i przykucnąłem obok pięknych, fioletowych irysów.

- Cześć piękne. Jak się macie? – zapytałem szeptem i delikatnie przejechałem po płatkach kwiatów. Nachyliłem się i przez chwilę cieszyłem się ich przyjemnym zapachem. – Wnioskuję iż dobrze skoro tak ładnie pachniecie.

Wyprostowałem się i spojrzałem w stronę lady. Zza niej uśmiechał się do mnie James. Ręce splecione miał na piersiach i przyglądał mi się uważnie.

- Wujcio – zawołałem. – To twoja kwiaciarnia?

- No moja, a niby czyja – odpowiedział, opierając ręce na blacie. – Co porabiasz?

- Wyszedłem w miasto. Przechodziłem obok i zobaczyłem ogłoszenie – wyjaśniłem, wskazując na witrynę. – Pomyślałem, że zajdę i zapytam. Nie sądziłem, iż to twoja kwiaciarnia.

- Ale ze mnie debil – mruknął wuj pod nosem, a ja uśmiechnąłem się lekko. – Przecież uwielbiasz kwiaty. A ja głupi szukam pomocnika, kiedy pod nosem ma takiego doskonałego.

Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej i zobaczyłem jak wychodzi zza lady. Zerwał z witryny karteczkę i jeszcze raz spojrzał na mnie.

- Zaczynasz od jutra. Pasuje ci? – przytaknąłem mu w odpowiedzi.

***

Otworzyłem oczy i mój wzrok spoczął na nagich plecach Hazel. Taaaa… Kolejna upojna noc z nią? Nieeee… Raczej kolejna noc spędzona na bezsensownym pieprzeniu się. Byliśmy razem już ponad półtorej roku. Na początku zachowywaliśmy się jak typowa para. Chodziliśmy za rączkę, uśmiechaliśmy się od ucha do ucha, wychodziliśmy na randki. A potem? Potem była nasza pierwsza wspólna noc. Tamta była upojna i magiczna, bo była pierwsza. Każda następna traciła na uroku oraz oryginalności i zaczęliśmy powtarzać pewne schematy. Po prostu uprawialiśmy czysty sex, bez jakiejkolwiek namiętności. Ona zaspokajała moje potrzeby, a ja jej. Dość często kłóciliśmy się, ale mimo to wciąż byliśmy razem.

Przekręciłem się na plecy i spojrzałem na sufit mojej sypialni. Przetarłem czoło dłonią, zastanawiając co się stało z tą uroczą parą z samego początku. Nie dochodząc do jakiegoś konkretnego wniosku, westchnąłem i siadłem na brzegu łóżka. Sięgnąłem po moje bokserki i wciągnąłem je na siebie. Przeczesując bujną czuprynę palcami, wyszedłem z sypialni. Przeciągnąłem się i wszedłem do kuchni połączonej z salonem. Wstawiłem czajnik z wodą i do kubka wrzuciłem torebkę mocnej czarnej herbaty. Nie rozumiałem jak można pić rano kawę. No jak! Strasznie mnie to drażniło. A Hazel robiła mi jeszcze na złość i piła ją hektolitrami. American Girl.

Dobiegł mnie dźwięk mojej komórki. Rozejrzałem się po salonie i dostrzegłem ją na stoliku przy kanapie. Wyminąłem ladę, która oddzielała salon od kuchni i kilkoma szybkimi krokami porwałem telefon. Odebrałem go nie patrząc na to kto dzwoni.

- Halo?

- Cześć Kotku – usłyszałem po drugiej stronie głos matki. – Co słychać?

- A. To ty mamo – mruknąłem, słysząc po drugiej stronie głos rodzicielki. – Co jest aż tak ważne, że dzwonisz o tak wczesnej porze?

- Chce ci przypomnieć o kolacji w przyszłym tygodniu – odpowiedziała wyraźnie niezadowolona moim tonem. – Mam nadzieję, że się zjawisz, Kotku. To moje urodziny.

- I tylko po to dzwonisz? – rzuciłem, przeczesując włosy palcami, po czym dodałem z westchnięciem. – No przyjdę, przyjdę. I przestań mnie nazywać Kotkiem. Nie lubię tego.

- Dobrze Liam – zawołała rozjuszona matka. – Pamiętaj. O osiemnastej w środę.

Odłożyła słuchawkę i po chwili usłyszałem pikanie w telefonie. Spojrzałem na wyświetlacz, wysoko unosząc brwi. Westchnąłem i pokręciłem głową. Rzuciłem telefon na kanapę i wróciłem do kuchni, gdzie zalałem herbatę. Przez moment zastanawiałem się, gdzie moje stosunki z rodzicami popsuły się. Na którym etapie mojego jakże szacownego życia, zawaliłem. Odsunąłem jednak te myśli, gdy do kuchni weszła Hazel. Na sobie miała jedną z moich koszul, która zdecydowanie była na nią za duża i wcale nie wyglądała w niej tak seksownie jakby chciała. Ale wolałem zachować tę myśl dla siebie. Posłała mi uśmiech, podeszła do mnie i musnęła moje usta.

- Cześć Słoneczko – przywitałem się z nią, biorąc w ręce kubek z herbatą.

- Hej kochanie – odpowiedziała i ściągnęła sobie z suszarki jeden z kubków. Zobaczyłem jak sięga po kawę i skrzywiłem się. Mała, wredna żmija. Chciała zrobić mi na złość.

- Idziesz, ze mną na kolację do mojej mamy? – zapytałem, upijając łyk herbaty i obserwując uważnie jej zgrabne nogi. W odpowiedzi zaśmiała się sarkastycznie i spojrzała na mnie przez ramię.

- Dobrze się czujesz? – spytała, po czym zalała sobie kawę. – Przecież twoja matka mnie nie cierpi.

- Wiem, ale pomyślałem, że może jednak – wzruszyłem ramionami. – To kolacja urodzinowa, więc może nie będzie tak źle.

- Kotek. Ta twoja herbata chyba ci zaszkodziła – stwierdziła odwracając się do mnie. Mocniej zacisnąłem ręce na kubku.

- Co ty masz do tej herbaty? – warknąłem. – I nie nazywaj mnie Kotkiem.

Odwróciłem się i wszedłem do salonu. Usiadłem na kanapie i włączyłem telewizor. Znów to robiliśmy. Kłóciliśmy się o byle gówno. Nasze uczucie zdecydowanie wygasło. Jednak dla świętego spokoju byliśmy ze sobą. Żadne z nas nie chciało być samotne. To tylko dlatego wciąż tkwiliśmy obok siebie. Po prostu zaspokajaliśmy siebie nawzajem i tyle.

Spojrzałem na swój kubek z herbatą. Hazel już mi nie wystarczała. Nie. To złe określenie. Hazel już mnie nie zaskakiwała. Nie zadziwiała. To właściwe słowa. Poznałem ją i nie była dla mnie już czymś ciekawym. Była jak codzienność. Jak poranny prysznic. Nie zaskakiwała mnie już niczym interesującym. A ja lubiłem poznawać nowe rzeczy. Byłem ciekawski. Wciąż szukałem nowych doznań, rzeczy. Czegoś co by mnie zaszokowało, zaskoczyło i zaciekawiło na tyle bym na jakiś czas miał spokój. Coś co by mnie zaspokoiło. A Hazel nie była już „nowym doznaniem”, czymś ciekawym. Musiałem znaleźć coś nowego. Coś czego jeszcze nie doświadczyłem.


1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz