prolog
Szedłem pustymi ulicami. Było dość ciepło, więc miałem na sobie jedynie zwykłą koszulkę i jeansy. Zamyślony, stawiałem kolejne kroki. Zastanawiałem się, co ze sobą zrobić. Nie mogłem tak po prostu wyjechać. Cieszyłem się szczęściem mamy, ale nie chciałem zostawać swojego życia. Nie chciałem zostawić jego. Wszedłem za róg i z rozmyślań wyrwała mnie osoba, do której niechcący dobiłem.
- Lou – wykrztusiłem z siebie, gdy wpadłem na przyjaciela. – Co ty tu robisz?
- Martwiłem się – odpowiedział z delikatnym uśmiechem. – Twoja siostra powiedziałam że….
- Nie obchodzi mnie to – przerwałem mu. – Niech mówi, co chce, ja nigdzie nie jadę.
- Chodź – powiedział, dalej się uśmiechając, co zaczynało mnie trochę denerwować. Zawsze się uśmiechał. Zawsze. Nigdy nie widziałem, żeby kąciki jego ust nie były choć lekko uniesione do góry. – Przenocujesz u mnie, a rano coś wymyślimy.
- Nie chce wyjeżdżać, Lou – załkałem, wtulając się w niego. – Nie chcę.
Objął mnie, a ja mocniej zacisnąłem ręce na jego szarej bluzie. Było mi tak dobrze w jego ramionach. Nie chciałem, by nasza znajomość się skończyła. On był dla mnie najważniejszą osobą w życiu. Najlepszym przyjacielem. Głaskał mnie po włosach i mówił, że będzie dobrze, że coś wymyślimy, chociaż nie wiem, czy sam w to wierzył. Miałem nadzieję, że tak będzie. Ogromną nadzieję. Moje serce nie zniosłoby tej rozłąki. Nie umiałem tak po prostu odejść. Stojąc tak w jego objęciach, przypomniałem sobie nasze pierwsze spotkanie.
Ja miałem 6 lat a on 8, chociaż upierał się, że jest starszy, ponieważ zbliżały się jego urodziny. Pamiętam, że rodzice pokłócili się wtedy o mnie. To było na miesiąc przed ich rozwodem. Uciekłem. Nie chciałem słuchać, jak się kłócą. Byłem mały, przerażony i zagubiony. Błąkałem się po ulicach. Szukałem domu. Śnieg padał niemiłosiernie. Wystraszyłem się, że już nigdy nie znajdę drogi powrotnej do domu. Nie rozróżniałem ulic w taką pogodę. Byłem zmarznięty i głodny. Ręce zrobiły się czerwone od zimna i piekły mnie.
- Mamusiu – załkałem.
- Zgubiłeś się? – usłyszałem nad sobą chłopięcy głos. – Pomogę ci.
Podniosłem głowę i spojrzałem na nieznajomego. Uśmiechał się do mnie ciepło, jakbym był jego najlepszym przyjacielem, którego dawno nie widział. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, a zielone oczy błyszczały jak gwiazdy. Uśmiechnął się do mnie szerzej, pokazując drobne ubytki w uzębieniu. Na szyi miał zawiązany długi ciepły szalik, a na dłoniach grube rękawiczki. Starałem się uśmiechnąć, ale nie umiałem. Wytarł moje mokre policzki z troską, a następnie zarzucił na mnie swój szalik i pocałował w policzek.
- Jestem Lou – przedstawił się, ściągając jedną rękawiczkę i zakładając mi ją na dłoń. – Jak masz na imię?
- Harry – odpowiedziałem, spoglądając na jego gołą rękę. – Teraz tobie będzie zimno.
- Jest dobrze – powiedział z uśmiechem. – Idziesz?
Wyciągnął do mnie dłoń, na której nie miał już rękawiczki. Spojrzałem się na niego. Wahałem się. Nie wiedziałem czy mam iść za nim, czy szukać dalej drogi powrotnej do domu.
- Nie gryzę – zaśmiał się, łapiąc mnie za rękę.
- Gdzie idziemy?
- Do mnie – odpowiedział. – Spędzisz u mnie noc, a rano coś się wymyśli. Będzie dobrze. Pomogę ci.
To wtedy po raz pierwszy to poczułem. To coś ciepłego, co rozsadzało mnie od środka. Jego ręka była ciepła. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Każde wspomnienie związane z nim było dla mnie zbyt cenne, bym mógł zapomnieć. Nawet gdybym chciał, nie potrafiłbym. To najbardziej mnie bolało. Był częścią mnie. Tą częścią, której nie umiałem wymazać.
***
{Fix a Heart}
Stanąłem przed pięciopiętrową kamienicą i koło nogi postawiłem swoją granatową walizkę,w której było wszystko co zdążyłem pospiesznie spakować. Teraz kiedy o tym myślę, z każdą chwilą zdaję sobie sprawę, że nie wziąłem połowy rzeczy. Przede wszystkim, z tego całego pośpiechu, zostawiłem w domu moją ukochaną Bellę. To znaczy moją ulubioną gitarę. No cóż. Taki jest efekt końcowy, kiedy wyznajesz prawdę rodzicielce.
Spojrzałem na małą, wymiętą kartkę w mojej dłoni. Pospiesznie zapisałem na niej adres, który podał mi wuj, gdy tłumaczyłem mu się co się stało. Od razu kazał mi wsiadać w najbliższy samolot do Londynu i przylecieć, jeżeli nie miałem się gdzie podziać. Ledwo starczyło mina bilet i taksówkę, która mnie tu podwiozła, ale wiedziałem, że na wuja Jamesa mogę liczyć. Co prawda podejrzewałem, że przyjął mnie pod swój dach, by zrobić mamie na złość. Byli rodzeństwem, a on jej nie cierpiał. Z wzajemnością zresztą. Ale z drugiej strony wiedziałem, że wuj mnie rozumie i toleruje taki jaki jestem. Zawsze znalazł dla mnie czas, na chodźmy krótką rozmowę telefoniczną, gdy miałem zły humor, albo nie miałem się komu wyżalić.
Przeniosłem wzrok z kartki na kamienicę. Lekki, ciepły wiatr rozwiał moje blond farbowane włosy i omiótł twarz swoimi delikatnymi mackami. Przymknąłem na moment oczy, rozkoszując się tym przyjemnym uczuciem. Wziąłem głęboki wdech i poczułem ciężkie, londyńskie powietrze. Westchnąłem i otworzyłem oczy. Schowałem świstek do kieszeni, chwyciłem rączkę walizki i wszedłem do chłodnej sieni. Rozejrzałem się po obskurnych ścianach i spojrzałem na drewniane schody. Stanąłem na pierwszym z nich, który zaskrzypiał pod ciężarem moich stóp. Skrzywiłem się, ale chwyciłem porządnie walizkę i wspiąłem się z nią po tych skrzypiących schodach na drugie piętro. Stanąłem przed drewnianymi drzwiami z mahoniu, na których tkwiła elegancka, złota piątka. Te drzwi tak nie pasowały do tego obskurnego korytarza, że zacząłem zastanawiać się, czy aby na pewno trafiłem pod właściwy adres. Po chwili jednak przypomniałem sobie, że razem z mamą odziedziczyli po dziadku spore sumki.
Rozejrzałem się dookoła, wziąłem głęboki wdech i zapukałem cicho. A co jeśli faktycznie trafiłem pod zły adres. Już miałem się wycofać, gdy w drzwiach stanął mój wuj we własnej osobie. Jak tylko mnie zobaczył, na jego twarzy pojawił się uśmiech, a jego niebieskie oczy rozbłysły.
- Niallerek – zawołał, rozkładając ramiona. – Ale żeś wyrósł, chłopie.
Położył mi dłonie na ramionach i zlustrował od stóp do głów. Przyciągnął mnie do siebie i poklepał po plecach.
- I widzę, że zmieniłeś kolor włosów – stwierdził, czochrając mi blond czuprynę. Uśmiechnąłem się lekko.
- Tak – przyznałem. – Miałem wrażenie, że ten brąz mi nie leży.
- I słuszną miałeś rację – zaśmiał się. – Wejdź. Akurat skończyłem pichcić mały obiadek. Co powiesz na makaron po chińsku, jedzony prawdziwymi pałeczkami?
- Hym… Czemu nie. Bardzo chętnie – stwierdziłem, wciągając za sobą walizkę. Stanąłem w eleganckim korytarzu, wyłożonym drewnianymi panelami. Ściany miały odcień pastelowej żółci przez co było tu ciepło i przyjemnie. W połowie korytarza stał fikus, który idealnie tu pasował. Tuż po lewej miałem pomalowany na czarno wieszak.
- No nie stój jak ten kołek, młody, tylko wchodź – dotarł do mnie głos wuja. Opamiętałem się i ciągnąc za sobą walizkę, wszedłem do jasnego salonu połączonego z niedużą kuchnią. Wszystko zostało utrzymane w ciepłych, pastelowych kolorach i eleganckim stylu. Tak jak wujcio lubił najbardziej. Jak to mówiła o nim mama, typowy klasyczny angol. Na stole dostrzegłem wielki półmisek i dwa talerze z ułożonymi na nich pałeczkach.Wiedział, że przyjadę.
Zająłem wolne krzesło, a on nałożył mi sporą porcję. Czułem głód, ale jakoś nie mogłem w siebie nic wcisnąć. Wciąż myślałem o tym co zdarzyło się rano. Odważyłem przyznać się mamie, po tych kilku latach ukrywania. A ona co zrobiła? Tak po prostu wyrzuciła mnie z domu na zbity pysk. Jakbym był kundlem, którego można tak po prosty wyciepnąć za drzwi. Ze skarbonki wyciągnąłem moje ostatnie oszczędności, pospiesznie spakowałem walizkę i jeszcze pomogła mi z nią wyjść. Widziałem tylko jak zamyka mi przed nosem drzwi i krzyczy zza nich, że już nie ma syna. Jak można tak potraktować własne, rodzone dziecko? No jak? Ja rozumiem, w pierwszej chwili to mogło by ją z szokować. Ale takiej reakcji nie spodziewałem się zupełnie. Westchnąłem i oparłem głowę na dłoni.
- Co się stało? – zapytał wuj, wyraźnie zaniepokojony moim brakiem apetytu. Przecież słynąłem z mojego wiecznie pustego brzucha, a tu taka anomalia.
- Po prostu… Za dużo o tym myślę – mruknąłem, odkładając pałeczki. – Przepraszam wujku, ale nie będziesz mi miał za złe jak odejdę od stołu? Chciałbym się rozpakować.
- Oczywiście. Tam ten pokój będzie twój – stwierdził, wskazując pierwsze drzwi od okien. Spojrzałem na nie, po czym przytaknąłem wujciowi. Odsunąłem krzesło, wziąłem swoją walizkę i wszedłem do wskazanego pokoju. Ściany były pomalowane na rubinowy kolor, co bardzo mi odpowiadało. Pod oknem stało łóżko, a naprzeciw niego regał i biurko. Na wpros tdrzwi miałem szafę.
Zamknąłem za sobą drzwi i podszedłem do łóżka. Usiadłem na nim, przetarłem twarz dłońmi i opadłem na poduszki. Mam nadzieję, że jakoś zapomnę o tym co zdarzyło się w Mullingar, a tutaj znajdę nowe życie.
**
Ta dam. Chciałybyśmy was zaprosić na opowiadanie o dwóch uroczych parach, czyli Larry i Niam. Pomyślałyśmy, że wam się spodoba. Będą to dwie oddzielne historie, które gdzieś tam razem się przeplatają. Mamy nadzieję że wam się spodoba.
FlyWithMe92 – Niam Story
MayBee – Larry Story
prolog
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz