8
Pracowałem już jakiś czas w Hard Rock Caffee. Kochałem to miejsce i bardzo cieszył mnie fakt, że to akurat tutaj mogę zarobić. Problem był w tym, że w wakacje mogłem pracować na pełen etat – od rana do wieczora, a kiedy nadejdzie szkoła zmieni się to. Będę musiał przychodzić zaraz po szkole, przepracowywać kilka godzin, a potem jeszcze odrobić lekcje. Nie wiem, jak sobie poradzę. Ale powiedziałem Louis’owi, że mi się uda, więc nie mogę zrezygnować. Nigdy bym nie złamał obietnicy mu danej. Wiem, że on też by tego nie zrobił. Taką więź miałem tylko z nim. Nikt nie był w stanie tego zrozumieć. Tu już nawet nie chodziło o sam fakt, że kochałem go. To było coś większego, wykraczającego poza moje pojęcie. Kiedy był obok nie umiałem się trzymać z daleka czy na niego nie patrzeć. On był moją grawitacją. Przyciągał mnie do siebie niezależnie od tego, co się działo. Nie wiem, jak wytrzymywałem tą miłość. Ta niewidzialna nitka połączyła mnie z nim na dobre. Louis był moim słońcem. Rozświetlał każdy dzień w niewiarygodny dla mojego serca sposób. Tak bardzo chciałem pozostać w tym świetle już na zawsze. Na zawsze w jego ramionach. Przyciągał mnie do siebie jak jakąś niewielką planetę z grawitacją, której nie umiałem się oprzeć. Nawet nie chciałem tego robić. Ale musiałem w jakiś sposób postarać się temu przeciwstawić. Przecież nie mógł się dowiedzieć. Zniszczyłbym naszą przyjaźń. Nie mógłbym wtedy choć na chwilę poddać się jego urokowi. Grawitacja by zwyciężyła, a ja spłonąłbym spadając przez nią.
Co ten chłopak ze mną robił?
- Harry! – Ktoś położył mi rękę na ramieniu. Wzdrygnąłem się lekko, budząc z przemyśleń i podniosłem wzrok. Daisy spoglądała na mnie swoimi piwnymi oczami bardzo uważnie. – Dobrze się czujesz? Klienci już zaczęli się schodzić. Sama sobie nie poradzę.
- Tak, tak – mruknąłem, zeskakując z krzesełka. – Już idę.
Nie umiałem odpędzić od siebie tych myśli od jakiegoś czasu. Wcześniej mi się udawało, ale nie teraz. Obsługiwałem kolejnych klientów, gdy drzwi się uchyliły i stanął w nich Louis. Uśmiechał się szeroki. Oczy mu błyszczały niesamowicie, a promienie słońca igrały wesoło w jego włosach. Zastygłem w miejscu, przyglądając mu się z zafascynowaniem. Wstrzymałem na chwilę oddech, kiedy przejeżdżał wzrokiem po sali. Jego oczy zawiesiły się na mnie. Kąciki jego ust uniosły się jeszcze wyżej. Uśmiechnąłem się delikatnie w odpowiedzi i wróciłem do przyjmowania zamówień. Było tak spokojnie, że aż dziwnie. Obszedłem każdy stolik w kawiarni, zapisując w notesiku, co dana osoba chciała. Po pewnym czasie nadeszła upragniona przerwa, więc usiadłem koło Lou. Uśmiechnąłem się promiennie, gdy odwrócił głowę w moją stronę i położył swoją rękę na zagłówku za mną.
- Co tam, Kocie? – spytał lekko. – Kiedy kończysz zmianę?
- Chyba za niecałą godzinę – odpowiedziałem, zerkając na zegarek, wiszący na ścianie naprzeciwko. – Może wcześniej…
- Poczekam – powiedział, przerywając mi i poklepał mnie po kolanie. Przesunąłem się nieznacznie, czując prąd, który mnie przeniknął, gdy dotknął mnie. – Potrzebuję twojej pomocy w pewnej sprawie.
- Tak? Jakiej? – Podniosłem szybko na niego wzrok zaciekawiony, ponieważ on prawie nigdy nie prosi mnie o jakąkolwiek przysługę.
- Zobaczysz – odpowiedział i puścił mi oczko, po czym popchnął nieznacznie, bym wstał. – Wracaj do pracy i przynieś mi kawusię.
Posłałem mu wzrok w stylu „chyba żartujesz, Tomlinson”, a on tylko uśmiechnął się szeroko. W jego oczach zawirowały iskierki szczęścia. Przeczesałem palcami włosy w lekkim zakłopotaniu. Ten uśmiech był przeznaczony tylko dal mnie i przez ro się rumieniłem, co zawstydzało mnie jeszcze bardziej. Tak było od zawsze, a przynajmniej od momentu, gdy odkryłem, że uczucie jakim go darzę to nie tylko przyjaźń.
- Harreh! – Jego głos był niewyraźny i dobiegał z daleka. – Harreh!
Nie odpowiedziałem. Objąłem rękoma kolana i zaniosłem się jeszcze głośniejszym płaczem niż do tej pory. Chciałem być sam, by nie zobaczył, jak płaczę. Nie potrzebowałem niczyjego współczucia. A już na pewno nie ze strony Lou. Wystarczyłoby mi niewiele. Wszystko byłoby dobrze, gdyby moi rodzice byli razem. Minęły prawie 3 lata od ich rozwodu, a ojciec przestał płacić alimenty, bo mama zabroniła mu się ze mną spotykać. Teraz odbywały się rozprawy sądowe. Kolejne. Koszmar sprzed kilku lat się powtarzał, a ja już nie miałem siły. Mówiłem im wiele razy, by przestali się kłócić. By mnie też dali coś powiedzieć. Chciałem widywać swojego ojca. Ona nie miała prawa mi tego zabraniać. Ich problem polegał na tym, że byli zaślepieni swoimi zachciankami i tak naprawdę nie myśleli o własnym dziecku.
- Kiciuś, jesteś tu? – Był za drzwiami. Zapukał trzy razy, jak to miał w zwyczaju. – Wiem, że tak. Otwórz i powiedz, co się stało.
Nie odpowiedziałem i tym razem. Pociągnąłem nosem i uniosłem dłoń, by wytrzeć mokre od łez oczy. On nie rozumiał, że potrzebowałem chwili dla siebie. Złapałem za kołdrę i nakryłem się nią.
- Harry, otwórz! Ty mały draniu!
Jego głos nie był już dłużej cichy i spokojny. Teraz przeszywał mnie na wskroś, przenikając drzwi oraz ściany – jakby ich wcale tam nie było. Pokręciłem przecząco głową, ale on przecież nie mógł tego zauważyć. Pociągnąłem ponownie nosem.
- Idź sobie – powiedziałem cicho łamliwym głosem. – Proszę…
- Nie zostawię cię samego – przerwał mi cicho, ale kiedy nie otworzyłem, krzyknął. Krzyknął tak głośno jak nigdy przedtem. – Harry Styles!
Podniosłem szybko głowę. Lou krzyczał. On krzyczał? Na mnie? On nigdy nie zachowywał się tak w stosunku do mnie. Zacisnąłem dłonie na ramionach i wstałem, ciągnąc za sobą kołdrę. Wziąłem głęboki oddech, kładąc rękę na klamce. Otworzyłem. Kilka centymetrów ode mnie stał Lou. Był wyższy ode mnie o głowę. Pochylał się nieznacznie, a ja bojąc się spojrzeć mu w oczy, patrzyłem się tępo przed siebie na jego szyję. Jabłko Adama było dość wyraźne i poruszyło się, gdy wypowiedział moje imię. Przeszły mnie dreszcze. „Co do…?” – pomyślałem zdezorientowany.
- Możesz mi powiedzieć – zaczął szeptem. – Co się stało?
- Nic…
- Kocie, wiesz, że możesz się tym ze mną podzielić, prawda? Ufasz mi?
- To nie tak, że ci nie ufam – powiedziałem, spoglądając mu po raz pierwszy w oczy. – Po prostu… Ja nie chcę, żebyś się zmartwił. To nie twoja rodzina, więc nie powinienem cię tym przytłaczać…
- Oh, Harreh – westchnął i przytulił mnie. Poczułem, że moje serce natychmiastowo przyspiesza. Może i byłem dzieckiem, ale wiedziałem, co to oznacza. Bałem się trochę tego, co może być za parę lat. Po raz pierwszy pomyślałem o nim nie jak o przyjacielu, a jak o kimś z kim mógłbym spędzić resztę życia. Czułem się bezpieczny w jego ramionach. Nagle wszystkie obawy i cały strach oraz złość, jakie mnie ogarnęły tego dnia, utonęły w spokoju, który rozsiewał wokół siebie Louis. – Zawsze jestem tu dla ciebie. Twoje problemy są moimi. Pamiętaj o tym. Jesteś dla mnie najważniejszy.
- Nigdy mnie nie zostawisz i nie zapomnisz o mnie?
- Nigdy. Przysięgam ci to.
Jego głos był pewny. Nie było w nim słychać żadnego zawahania czy cienia wątpliwości. Od początku wiedział, czego chce i na ile może mnie zapisać w swoje marzenia czy plany na przyszłość. Zawsze byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Lou był jak brat, którego tak chciałem mieć, ale w tamtym momencie odkryłem, że więź nas łącząca jest znacznie silniejsza niż mogłem to sobie dotychczas wyobrazić. I wcale nie chciałem tego zmieniać.
***
- Idziemy? – spytałem, wyciągając do niego rękę i posyłając uśmiech, którym obdarzałem tylko jego.
Pokiwał głową i jeden z loków opadł mu na czoło, gdy przyjął moja dłoń. Ścisnąłem jego palce w mocnym uścisku. Wolną rękę uniosłem do góry i odgarnąłem kosmyk jego włosów z czoła. Może to moja wyobraźnia, ale wydawało mi się, że się zarumienił. Nie myśląc więcej o tym, wyszedłem z kawiarni, ciągnąc go za sobą. Szliśmy w milczeniu wzdłuż długiej ulicy. Po chwili skręciłem niespodziewanie. Rozejrzałem się i w przeciwległym rogu dostrzegłem sklep, którego szukałem. „All the Music” – nazwa oklepana, ale sprzęt mieli najwyższej klasy. To tu kupiłem gitarę, z której jestem bardzo zadowolony, mimo że dawno jej nie używałem.
Z ust Harry’ego wydobył się pomruk aprobaty, gdy weszliśmy do środka. Na ścianach wisiały pojedyncze egzemplarze bardzo drogich gitar, podczas gdy te nieco tańsze stały pod nimi. W kącie na końcu pomieszczenia widać było wielki czarny fortepian. Przypominał trochę ten, który stoi do tej pory w domu mojego ojca. Fortepian należący do mojej mamy…
- Lou – jego szept wybudził mnie z transu, łaskocząc mnie w szyję, ponieważ stał za mną. – Wszystko jest w porządku?
- Tak – odpowiedziałem, odsuwając się od niego, by nie zobaczył, iż przeszedł mnie dreszcz i udałem, że jestem zaciekawiony gitarami, które wisiały na ścianach. – Która ci się podoba?
- Wszystkie są ładne. Louis, po co ci nowa gitara?
Spojrzał na mnie, marszcząc brwi. Zaśmiałem się pod nosem. Był za słodki. Nie umiałem zebrać innych myśli, gdy był obok. Ostatkami sił zmusiłem się, by przestać i skupić się na tym, po co tu przyszedłem.
- Został tylko tydzień do rozpoczęcia roku szkolnego.
- Nie przypominaj – jęknął, krzywiąc się na wspomnienie budynku liceum, w którym miał spędzić ostatni rok. – A co poza tym?
- To oznacza, że za kilka dni są urodziny Liama. 29 sierpnia.
Westchnął ciężko i spuścił głowę. Przez chwilę przyglądał się swoim tenisówkom, widocznie nad czymś myśląc intensywnie. Pokiwał głową. Podniósł na mnie wzrok, a jego zielone oczy przeszyły mnie na wskroś. Czułem się osaczony. Nie mogłem się poruszyć. Ciężko było mi nawet mrugnąć, a odwrócenie wzroku wydawało się kompletnie niemożliwe. Stałem tylko jak ten kołek. Nawet nie odważyłem się oddychać. Zaparło mi dech w piersiach. Przełknąłem ślinę.
- Więc… – zacząłem niepewnie. – Pomożesz mi wybrać dla niego prezent?
Harry zaśmiał się cicho, ale moje serce zdawało się bić jeszcze szybciej przez tą jedną prawie nic nie znaczącą czynność. Pokiwał głową i dalej uśmiechnięty przeszedł się po sklepie. Obserwowałem każdy jego najmniejszy ruch. Światło wpadające przez wielkie okna tańczyło w jego włosach i sprawiało, że uśmiech wydawał się jeszcze wspanialszy. Oczy mu błyszczały. Był taki piękny.
- Lou! – zawołał mnie, wybudzając z dziwnych przemyśleń, w które ostatnio popadałem coraz częściej. „Ogarnij się człowieku”, pomyślałem i podszedłem do niego. – Co powiesz na tę?
- Zbyt… efektowna – zaśmiałem się. – A Liam’owi nie spodobałoby się raczej to, że jest różowa.
Obrzuciłem gitary przelotnym spojrzeniem. Nie chciałem kupować mu jakieś przesadnie „strojnej”. Moją uwagę jednak zwróciła jedna, akustyczna. Była co prawda ładna, ale i prosta. Pudło było ciemnobrązowe i wyglądało jakby było przypalone na brzegach. W sumie była najmniej fikuśna ze wszystkich. Taka wystarczy Liam’owi.
- Ta - wskazałem na obrany przeze mnie obiekt. – Jak myślisz, Haz? Podoba ci się?
- Prosta, ale efektowana – zgodził się ze mną. – A jest nastrojona?
- Zaraz się przekonamy – powiedziałem, biorąc instrument do ręki.
Zgiąłem lekko kolano, by gitara się trzymała. Jedną dłoń ułożyłem na gryfie, a drugą przejechałem po strunach, trzymając łokciem pudło dla równowagi. Zacząłem grać melodię do piosenki, którą napisałem niedawno. Była ona przeznaczona dla Harry’ego, ale przecież nie mogłem mu o tym powiedzieć. Zagrałem dosłownie kilka akordów, ale Hazza stał wpatrzony we mnie, jakbym był nie wiadomo jak zdolny. Przerwałem i posłałem mu uśmiech. To była ta gitara. Jest idealna.
***
Po powrocie do domu zamiast zjeść obiad usiedliśmy na kanapie i włączyliśmy jakiś film. Nawet nie wiem, jaki był tytuł. Nie zwracałem uwagi na nic poza Lou. Patrzyłem na niego kątem oka przez cały seans. W dłoniach trzymał miskę z popcornem, którym się zajadał. Śmiał się co jakiś czas z tego, co mówili ludzie pojawiający się na ekranie telewizora. W pewnym momencie – nawet nie wiem, jak długo już trwał film – Louis rzucił we mnie czymś. To coś było małe, okrągłe i lekkie. Wylądowało mi we włosach, a po domu rozniósł się jego serdeczny śmiech.
- Loueh! – skarciłem go, ale po chwili się zaśmiałem. – Nie byłem uzbrojony. To było nie fair!
Pokazał mi język, po czym odłożył miskę na stolik, który stał przed nami i uśmiechnął się chytrze. Nim się obejrzałem złapał za poduszkę, leżącą koło niego i rzucił nią we mnie. Już miałem mu oddać, gdy zadzwonił czyjś telefon. Sięgnąłem do kieszeni. To nie była moja komórka. Spojrzałem na Lou i posłałem mu zdziwione spojrzenie. Stał z telefonem w ręku. Wyglądał na zdezorientowanego, ale i szczęśliwego. Wpatrywał się dość długo w ekranik, po czym w końcu wcisnął zielona słuchawkę.
- Effy?! – krzyknął uradowany. – Już myślałem, że nigdy nie zadzwonisz. Co u ciebie, kochana? … To dobrze… U mnie tak jak zawsze… Harry? Jest ze mną. Właśnie oglądaliśmy film… No oczywiście! Nie mogę się doczekać. A kiedy dokładnie…? Aha. Dobrze… Świetnie. Pa, Effy.
Zmarszczyłem brwi. Lou nacisnął czerwoną słuchawkę i schował telefon do kieszeni spodni, po czym uśmiechnął się do mnie promieniście.
- Moja siostra z ciotką przyjeżdżają na ostatni do mnie na pierwszy tydzień szkoły – oznajmił szczęśliwy. – Nareszcie je poznasz.
***
I znów to robiłem. Siedziałem w pokoju Harry’ego – na jego łóżku – przyglądając mu się. Zamieniam się w jakiegoś chorego psychopatę czy jak? To było silniejsze ode mnie. Kiedy spał, wyglądał jak aniołek. Jego gęste loki opadały mu na oczy, kontrastując z jasną skórą. Jego usta były lekko rozchylone, co powodowało, że był jeszcze słodszy. Długie rzęsy opadały mu na lekko zaróżowione policzki. Wtulił się w poduszkę i spał smacznie. Nie mogłem mu się oprzeć.
- Kocham cię, Kociaku – szepnąłem i pocałowałem go w policzek, po czym odgarnąłem kosmyk jego włosów z czoła. Uśmiechnął się przez sen. – Bardzo, bardzo, bardzo kocham.
Harry poruszył się nieznacznie. Wstrzymałem oddech ze śmiertelnie szybko bijącym sercem. Zastygłem w miejscu. Z przerażeniem w oczach obserwowałem, jak przekręca się na drugi bok. Odetchnąłem głęboko – nie obudził się. Przycisnąłem dłoń do piersi, mając nadzieję, że moje serce się uspokoi. Ale nie umiało. Nie przy nim. Nie mogę być z nim, ale nie umiem też go opuścić.
Grawitacja działa przeciwko mnie…
8
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz