13
Zarzuciłem na ramiona jasną, skórzaną kurtkę. Wziąłem telefon, portfel oraz klucze i wyszedłem z mieszkania, zamykając za sobą. Przeskakując co drugi stopień, zszedłem na dół kamienicy, w której mieszkałem i wyszedłem na chodnik. Przywitał mnie ciepły wrześniowy poranek. Wziąłem głęboki wdech i raźnym krokiem ruszyłem w stronę Hard Rock Caffee, z myślą, iż życie jest piękne.
Tak było od dobrych kilku dni. Właściwie to tak było od kiedy zacząłem chodzić z Niallem. Jak to dziwnie brzmi. Chodzić z Niallem. Wciąż zastanawiałem się jak do tego doszło i za każdym razem stwierdzałem to samo. Ten mały, farbowany Irlandczyk miał coś, czego nie miały wszystkie moje byłe. To coś sprawiło, że naprawdę się zakochałem. On był taki uroczy, delikatny i niewinny. Po prostu chciałem być z nim cały czas, pilnować, by nie stała mu się żadna krzywda, chronić, opiekować. Ta maska rozkapryszonego bachora jaką często zakładałem przy ludziach, przy nim znikała. Jak za dotknięciem magicznej różdżki.
Przeczesałem włosy palcami i z uśmiechem na twarzy wszedłem do kawiarni. Przeszedłem przez pomieszczenie i usiadłem na wysokim krześle przy kontuarze.
- Witaj Daisy – przywitałem ją z ciepłym uśmiechem, co zdecydowanie ją zdziwiło.
- Cześć Liam – odpowiedziała, unosząc wysoko brew. – Dobrze się czujesz?
- Tak, a czemu miałbym się źle czuć? – zdziwiłem się i zmarszczyłem brwi.
- Bo krąży wirus grypy, a ty nie zachowujesz się w zwykły dla siebie sposób – wyjaśniła, splatając dłonie na piersiach. – Nie masz przypadkiem gorączki?
- Czuję się dobrze. Po prostu jestem szczęśliwy – odpowiedziałem. – Czy to takie dziwne?
- Tak – stwierdziła Di, energicznie przytakując. Westchnąłem ciężko i spuściłem głowę.
- Weź mi zrób mocnej herbaty, dobra? – rzuciłem zrezygnowany. – Ah. I zapakuj mi kawałek tej szarlotki co to Niall ją lubi.
- Znów idziesz do niego do kwiaciarni? – zapytała z nutką podejrzliwości w głosie.
- Tak. Wolny kraj. Mogę chodzić gdzie chcę – odparłem. Panna Vigo pozostawiła to bez komentarza i poszła zaparzyć mi herbatę. Odprowadziłem ją wzrokiem, a po chwili dotarła do mnie niczym nie zmącona cisza. Zmarszczyłem brwi, a moment potem dotarło do mnie, iż nie ma dziś rycerzyka.
- A gdzie rycerzyk w lśniącej zbroi? – zapytałem się brunetki gdy przyniosła mi herbatę. – To znaczy. Gdzie Harry?
- W szkole, a gdzie ma być – odpowiedziała Daisy. – Mamy wrzesień, a on jest w klasie maturalnej.
- A no tak – przytaknąłem, a ona odeszła, po tą szarlotkę dla Niallerka. Lubiłem go tak nazywać. Niallerek. Albo mały. Nie narzekał jakoś specjalnie. Wręcz przeciwnie. Chyba mu się to podobało, bo za każdym razem gdy go tak nazywałem, uśmiechał się delikatnie, a na jego policzkach rozkwitały delikatne rumieńce.
- Powinieneś lepiej dobierać sobie przyjaciół, kochanie – usłyszałem gdzieś obok znajomy, kobiecy głos. Odwróciłem głowę, a moje spojrzenie spoczęło na wysokiej, szczupłej dziewczynie. Na nosie miała duże okulary przeciw słoneczne, a ramiona okryła czerwonym, jesiennym płaszczem.
- Hazel – rzuciłem i odwróciłem wzrok, upijając kolejny łyk herbaty. Zdecydowanie to była czarna. Dasiy wie co dobre. – Co masz na myśli, wiedźmo?
- Twój przyjaciel, niejaki Louis Tomlinson, wyrzucił mnie z twojego przyjęcia urodzinowego – odpowiedziała, siadając obok mnie i odrzucając długie włosy na plecy, zdjęła okulary z nosa.
- I dobrze zrobił – stwierdziłem. – Nie przypominam sobie bym cię zapraszał.
- Liam. Jestem Hazel Irving – powiedziała z tą charakterystyczną dla niej, narcystyczną nutą w głosie. – Mnie się nie zaprasza.
- Masz o sobie nadzwyczaj wysokie mniemanie – mruknąłem i wywróciłem oczyma. Daisy podeszła i położyła przede mną elegancko zapakowaną szarlotkę. Podziękowałem jej skinieniem głowy, a ona oddaliła się, zapewne widząc napięcie między mną i Hazel.
- Wiesz co, mój drogi – zaczęła wyniośle. – Schodzisz na psy. Widziałam, że zaprosiłeś tego krasnala z plebsu.
Krew się we mnie zagotowała, gdy usłyszałem jak nazwała Nialla. Odłożyłem szklankę, na podstawkę, trochę zbyt gwałtownie.
- On ma imię. Niall – warknąłem. – I jest lepiej wychowany niż ty, wielka damo z wyższych sfer.
- Wszystko jedno – machnęła ręką i poprawiła włosy. – W każdym razie. Uważaj z kim się pokazujesz i zadajesz. Nie zapominaj kto jest twoim ojcem. A poza tym. Muszę wiedzieć co robi mój chłopak.
- Był chłopak, Hazel – poprawiłem ją. – Były chłopak. Nie jesteśmy razem od ponad miesiąca. Załap wreszcie. A poza tym. Znalazłem sobie już kogoś nowego.
Spojrzała na mnie wyraźnie zaskoczona. Usatysfakcjonowany tym, zeskoczyłem z krzesła i przywołałem Di. Zapłaciłem jej za herbatę oraz szarlotkę i jeszcze przed wyjście zwróciłem się do tej wiedźmy w czerwonym płaszczu.
- A w sprawy moje i mojego ojca, nie mieszaj się – rzuciłem i nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony, wziąłem ciasto i wyszedłem.
Wolnym krokiem skierowałem się do Flower Paradise, by uspokoić nerwy. Nie miałem zamiaru wyżywać się na Niallu. Nie był niczemu winien. Nie jego wina, że Hazel tak na mnie działała. Po każdej rozmowie z nią miałem ochotę rozwalić coś.
Uspokoiłem swoje nerwy i wszedłem do kwiaciarni, po której roznosił się przyjemny, delikatny zapach kwiatów. Odetchnąłem głęboko i zamknąłem za sobą drzwi, uśmiechając się lekko.
- Niall – zawołałem. – Mam coś dla ciebie.
Spojrzałem w stronę lady, ale z zaplecza zamiast mojego małego blondyna wyszedł jego wuj – pan Sanford.
- Oh. Dzień dobry – przywitałem się lekko speszony. – Nialla dziś nie ma w kwiaciarni?
- Przykro mi Liam, ale dziś nie – potwierdził. – Krąży jakiś wirus grypy, a mój siostrzeniec ma słaby układ immunologiczny. Bardzo szybko łapie wirusy. Dziś rano obudził się z gorączką i okropnym kaszlem. Już wczoraj narzekał na ból głowy.
- Aha – rzuciłem i spuściłem wzrok. – A jak druga kwiaciarnia? Chwalił mi się, że tę mu pan przekaże. Był w siódmym niebie.
- Znalazłem już lokal we wschodniej części Londynu – odpowiedział pan Sanford. – Za dwa tygodnie powinien ruszyć gruntowny remont.
- To fajnie – mruknąłem. – Ja… Mam tu dla Nialla jego ulubione ciasto. Szarlotkę z Hard Rock Caffee. Przekaże mu ją pan jak wróci do domu?
- Mieszkamy tu niedaleko. Na Grosvenor Street – odparł wuj Nialla. – Wiesz gdzie to?
- Tak - odpowiedziałem.
- Idź i sam mu ją daj – uśmiechnął się do mnie. – Na pewno ucieszy go twój widok.
Uśmiechnąłem się i przytaknąłem. Odwróciłem się na pięcie, wyszedłem z kwiaciarni i ruszyłem w górę ulicy.
***
Wziąłem głęboki wdech i powoli wyjrzałem spod pierzyny. Rozejrzałem się nieprzytomnym wzrokiem po pokoju i moje oczy spoczęły na zegarku, stojącym na szafce przy łóżku. Pokazywał piętnaście po jedenastej. Jęknąłem i z powrotem ułożyłem głowę na poduszkach.
Obudziłem się dziś przed ósmą z potwornym, mokrym kaszlem i bólem głowy nie do zniesienia. Do tego miałem jeszcze straszne dreszcze. Wiedziałem co to wszystko oznacza. Miałem gorączkę i byłem chory, jednym słowem.
Zakaszlałem przeraźliwie niepokojąco i pociągnąłem nosem. Sięgnąłem ręką do szafki w poszukiwaniu chusteczek, ale ich tam nie znalazłem. Podniosłem się lekko, a po chwili przypomniałem sobie, że zostawiłem je w salonie, jak dziś rano rozmawiałem z wujem. Niezadowolony z własnej głupoty, wygramoliłem się spod ciepłej pierzyny, otuliłem szczelnie kocem i udałem do salonu.
Tak jak myślałem. Moje ukochane pudełko z miękkimi chusteczkami, które nie podrażniały skóry nosa, leżały na szklanym stoliku. Podszedłem do niego, wyciągnąłem jedną z pudełka i wydmuchałem nos, który i tak za chwilę znów się zatkał. Zrezygnowany oraz wyczerpany opadłem na kanapę i sięgnąłem po kolejną chusteczkę.
- Nie cierpię być chory – warknąłem i przetarłem twarz dłonią. Odchyliłem głowę i przymknąłem oczy, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi. Rozchyliłem swoje powieki, przekręciłem głowę i spojrzałem w przejście. Kto mnie nachodzi, kiedy ja jestem chory.
Westchnąłem głośno i podniosłem się z kanapy, poprawiając koc i po drodze wyciągając z pudełka jeszcze jedną chusteczkę. Wszedłem na korytarz, kiedy pukanie się ponowiło.
- No już idę – zawołałem i pociągnąłem nosem. Nacisnąłem klamkę i otworzyłem drzwi. Na progu stał, jak zawsze powalająco wyglądający, Liam. Włosy sterczały mu we wszystkie strony, na zwykłą szarą koszulkę zarzucił jasną kurtkę. Oczy ja zawsze mu błyszczały radością, a na twarzy zagościł mu uśmiech.
- Hej maluszku – przywitał się ze mną, a ja uśmiechnąłem się lekko. Lubiłem kiedy nazywał mnie swoim maluchem. W sumie byłem od niego niższy i zdecydowanie drobniejszy.
- Mam tu coś dla ciebie – odparł, pokazując mi mały pakunek, gdy wszedł do środka. – Twoją ulubioną szarlotkę z Hard Rock Caffee.
Uśmiechnąłem się i spojrzałem na niego. Na twarzy Liama wymalowana była troska. Patrzył na mnie tymi swoimi orzechowymi oczyma, uważnie lustrując każdy skrawek mnie.
- Powinieneś się położyć – stwierdził, obejmując mnie ramieniem. – A przynajmniej usiąść. Wyglądasz okropnie.
- Dzięki – mruknąłem, wtulając się w jego ciepłe ramię. Usłyszałem jego cichy, dźwięczny śmiech i pogładził mnie po ramieniu.
Opadłem z powrotem na kanapę, podciągając nogi pod siebie i zakopując się szczelnie w ciepłym kocu. Swoimi błękitnymi oczyma odprowadziłem Liama do kuchni, gdzie na talerzyk wyłożył ciasto i zaparzył ciepłej herbaty. Wrócił ze wszystkim i odłożył na szklany stolik.
- Jak się czujesz? – spytał z wyraźną troską w głosie. – Twój wujek mówił, że już wczoraj nienajlepiej się czułeś. I faktycznie. Byłeś jakiś taki blady.
- A jak się mam czuć – mruknąłem zarzucając koc na głowę. – Męczy mnie kaszel, mam zatkany nos, a od gorączki boli mnie głowa.
- Napij się ciepłej herbaty – zaproponował i podał mi jeden z kubków. – Dobrze ci zrobi. Rozgrzeje cię choć trochę.
Wziąłem od niego gorący napój, a on odgarnął mi z czoła grzywkę, która mi się przykleiła. Przeczesał długimi palcami moje blond włosy i objął mnie ramieniem, kreśląc kółka na moim. Upiłem kilka łyków mocnej, czarnej herbaty i oparłem głowę na jego klatce. Ucałował nie w jej czubek i ponownie przejechał palcami po włosach. Uśmiechnąłem się lekko i przymknąłem oczy. Poczułem jak bierze ode mnie kubek i wychyla się do przodu tak by mi to nie przeszkadzało.
- A co to? – zapytał, a ja otworzyłem jedno oko i spojrzałem na szkicownik który trzymał w ręce. Skrzywiłem się, widząc wczorajszy nieudany obrazek.
- Nic takiego – mruknąłem i wychyliłem się, chcąc mu zabrać szkicownik. On jednak odsuną dłoń, w której go trzymał. – Liam.
- No ale powiedz mi co to jest? – dopytywał się wyraźnie rozbawiony, moimi próbami odebrania mu notesu. – Bo na dzieło sztuki to to nie wygląda.
- Miły jesteś, wiesz – zawołałem, spoglądając w jego śliczne, roześmiane ślepka. Zdałem sobie też sprawę, że dzielą nas zaledwie centymetry. Chciałem się odsunąć, ale on objął mnie mocno ramieniem i przyciągną do siebie. Poczułem jak do moich, i tak już zarumienionych, policzków, napływa dodatkowa ilość krwi.
- Liam, jestem chory – przypomniałem mu w obawie, że będzie chciał mnie pocałować.
- To co – szepnął, a jego ciepły oddech otulił moją twarz, wprowadzając mnie w stan chwilowego otępienia. – Ale to chyba mogę zrobić.
W następnej chwili poczułem, jak jego nos lekko styka się z moim. Potarł go o mój, a ja przymknąłem oczy na ten gest. Kiedy byłem chory zawsze czułem inaczej. Jakby dziesięć razy intensywniej. Każdy dotyk, każdy najdrobniejszy gest, potrafił sprawić mi przyjemność.
Przejechał swoim nosem wzdłuż mojego. Jego ciepłe, truskawkowe wargi złożyły delikatny pocałunek na samym czubku mojego nosa, a potem przeniosły się na czoło, gdzie zostały na dłużej. Westchnąłem cicho i zacisnąłem palce na jego szarej koszulce. Usta Liama złożyły jeszcze jeden, słodki pocałunek na moim policzku, a potem jego palce przeczesały moją grzywkę.
- Więc – zaczął, znów spoglądając na szkicownik. – Co to za bazgroły?
- Eh… - westchnąłem, kiedy on sięgał po ołówek. – Chciałem wczoraj zaprojektować nowy wygląd kwiaciarni. Wiesz. Jak już wuj mi ją odda, odremontuje ją i będzie tam naprawdę jak w raju. No ale cóż. Z plastyki to miałem same tróje. Zresztą widać.
- Nowy wygląd powiadasz – mruknął i otworzył notes na czystej kartce. Pociągnął kilka prostych kresek i spojrzał na mnie. – No a jak ją sobie wyobrażasz? Tę swoją wymarzoną kwiaciarnię?
- Hym… - zamyśliłem się, marszcząc brwi. – Wiesz gdzie teraz stoi na szafka z odżywkami do kwiatów? – spytałem, a on przytaknął. – No to widzą mi się tam takie rogowe, zaokrąglone półki. Wyglądałyby jak pień drzewa, wiesz. Bo tam w rogu chciałby żeby na tą główną ścianę, jak patrzysz od witryny, i na tę po lewej rozpinała się wielka namalowana wiśnia, ze swoimi delikatnymi, jasnymi płatkami. Wiatr by je zwiewał i tworzyłyby nazwę kwiaciarni: Flower Paradise – przymknąłem oczy, chcąc to wszystko zobaczyć chociaż w wyobraźni. – Na ścianie po lewej ustawiło by się taką mini altankę. A może nawet dwie. Były by białe i zwieszały by się z nich bujnie paprocie. Na dole ustawione by były lilie. W witrynie jak zawsze storczyki. Po lewej pole róż, goździków i gerberów. Ściany byłyby bladoniebieskie.
Westchnąłem cicho, widząc to wszystko w swojej wyobraźni. Szkoda tylko, że nie umiałem przelać tego na papier. Ekipie remontującej było by o wiele łatwiej pracować z jakimś wzorem na papierze, a nie z pomysłem w mojej głowie. To frustrujące kiedy się czegoś nie może.
Znów westchnąłem i oparłem głowę na ramieniu Liama.
- Niall! – zawołał wyraźnie oburzony. Lekko zdezorientowany, otworzyłem swoje ślepka, wyprostowałem się i spojrzałem na niego. – Przez ciebie będę musiał poprawić mini altankę.
Zamrugałem kilka razy oczami zbity z tropu. Odwrócił ołówek i końcówką z gumką, zmazał coś w szkicowniku, po czym znów go obróci. Przekrzywił głowę i powrócił do rysowania… Chwila. Czy on powiedział, że musi poprawić mini altankę?
- Co rysujesz? – zagadnąłem i nachyliłem się w jego stronę, chcąc zobaczyć rysunek.
- A zobaczysz, maluszku – odpowiedział, odsuwając się.
- No pokaż mi – zawołałem, wyciągając w jego stronę ręce. Liam jednak usiadł na kanapie tak, że odepchnął mnie swoją stopą, na moment przerywając szkicowanie. Chwilę się z nim siłowałem, ale biorąc pod uwagę, iż byłem chory, szybko opadłem z sił i poddałem się. On wrócił do rysowania, a ja niezadowolony, chwyciłem talerz z szarlotką i zacząłem się nią opychać. Po jakimś czasie odstawiłem puste naczynie na stolik i wcisnąłem się w róg kanapy, nakrywając kocem, gdyż znów zrobiło mi się zimno. Po przeciwnej stronie miałem Liam, który oddawał się rysowaniu. Co chwilę przekrzywiał głowę, a to w prawo, a to w lewo. Był tak pochłonięty szkicowaniem, że zapewne sam nie zdawał sobie sprawy, iż wystawił język.
Uśmiechnąłem się lekko i zsunąłem, układając głowę na zagłówku. Znów zaczynała mnie boleć, a oczy powoli same się zamykały. Przysypiałem, gdy poczułem rusz po przeciwnej stronie kanapy. Rozchyliłem powieki i spojrzałem na Liama, którego miałem teraz tuż nad sobą.
- Tak to wygląda w twojej wyobraźni? – spytał, pokazując mi szkic. Oczy zrobiły mi się wielkie jak pięciozłotówki i natychmiastowo się rozbudziłem. Podciągnąłem się na łokciach i wziąłem od niego notes.
Opuszkami palców przejechałem po pięknym rysunku mojej przyszłej kwiaciarni. Dokładnie takiej, jak sobie wyobraziłem. Dokładnie takiej, jaką miałem w głowie jeszcze jakieś piętnaście minut temu. Na głównej ścianie widniała cudna nazwa kwiaciarni. Zgrabne i pochyłe litery na tle zwiewanych płatków wiśni. Śliczne altany, a z nich zwieszające się liście paproci.
- Wygląda… - zawiesiłem głos, patrząc na obrazek. – To jest… Idealne.
- Cieszy mnie, że ci się podoba – odparł, a ja podniosłem na niego oczy. Uśmiechnął się do mnie uroczo, wyciągnął szkicownik z dłoni i objął mocno w pasie. Opadliśmy na kanapę, a Liam wtulił się w moją pierś.
- Nie wiedziałem, że rysujesz – mruknąłem, chowając twarz w jego miękkich włosach i przymykając oczy.
- Wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz – przyznał. – Ale gdybyś wiedział o mnie wszystko, czyż nie było by nudno?
- Pewnie tak – odparłem i uśmiechnąłem się lekko. – Zapewne znałbym każdy twój ruch i mógłbym przypuszczać co powiesz.
- No dokładnie. A tak jest ciekawiej – podniósł głowę i spojrzał na mnie. – Tylko wiedz jedno. Jak ktoś się dowie, że rysuję, to wyciągnę moją siekierę ze schowka i poćwiartuję cię nią.
Zaśmiałem się głośno i donośnie, na co on mocniej objął mnie w pasie i wtulił w moją pierś. Uspokoiłem się i ponownie schowałem twarz w jego włosach. Nawet sam nie wiem kiedy zasnąłem.
13
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz