12
Wrzesień nastał szybciej niż sam bym tego chciał. Nim się obejrzałem, stałem przed lustrem w pokoju i przyglądałem się swojemu odbiciu w szklanej tafli. Szare rurki, delikatnie zjeżdżały ze mnie, dając wrażenie tego, że moje nogi były chudsze niż w rzeczywistości. Biały podkoszulek opinał mój tors, a na nią była nonszalancko zarzucona koszula w nie do końca w znany mi kolor. To chyba był szkarłat, albo amarant. Niestety, nie byłem ekspertem w odróżnieniu kolorów.
Potrząsnąłem jeszcze głową tylko w sobie znany sposób, aby chwile potem ułożyły się tak jak natura sobie tego życzyła. Spojrzałem spod przymrużonych oczu na odbicie w lustrze i cichutko westchnąłem. Moje zielone tęczówki spotkały się z nieokreślonym kolorem oczu Lou. To była niebieskość wody karaibskiej z nutą zieleni płatków aloesu. Ta barwa powodowała, że serce uwięzione w mojej nastoletniej piersi, zaczynało bić w szybszym tempie.
- Nie mogę uwierzyć, że mój Harruś będzie w klasie maturalnej. Doroślejesz z każdym dniem, mój maluchu – jego głos był tak ciepły i przyjemny w słuchaniu. Był melodią dla moich uszu. Niczym ballada, która dawała ukojenie mojemu zakochanemu sercu.
- Nie nazywaj mnie maluchem. Maluch to potoczna nazwa Fiata 126, a ja nie przypominam samochodu – zaśmiałem się na widok jego zdezorientowanego spojrzenia. Jednak, zaraz potem po pomieszczaniu rozległ się jego dźwięczny śmiech. Odbijał się od ścian, mieszając się z moim.
- Oj nie denerwuj się, maluchu. Po prostu nadal mam ciebie przed oczami jak byłeś takim małym gagatkiem. A teraz jest mój duży Hazza. – jeśli to możliwe, to moje serce zabiło szybciej na słowo mój. Zawsze mi powtarzał, że jestem jego, ale teraz, po tym pocałunku jaki mi zafundował podczas powrotu od Liama w jego urodziny, to słowo nabierało innego znaczenia. Dla mnie zdecydowanie większego niż dla niego. Lou nie był człowiekiem, który żył wspomnieniami, żył chwilą. Liczyło się to co tu i teraz. Nie patrzył wstecz, ale też nie zastanawiał jakie konsekwencje poniosą jego czyny w przyszłości.
- Dobra, bo jest późno, a nie wypada maturzyście się spóźniać, bo mnie Somerhalder zabije, że nawet na rozpoczęcie się nie mogę wyrobić, na czas – uśmiechnąłem się do Loueh. Jego twarz promieniowała. Moje serce radowało się razem z nim, bo jeśli on był szczęśliwy to czemu ja nie. Wtulił się w moje ciało, a ja poczułem jak jego delikatna woń perfum otula moją przestrzeń.
Z jednej strony żałuje, że Louis nie pamięta pocałunku, ale z drugiej, gdzieś w duchu, cieszę się, że tak się stało. Że niepamiętna nic z tych urodzin. Wiedziałem, że przemawiała za nim zbyt duża ilość alkoholu. Ale czy po pijaku nie mówi się przypadkiem prawdy.
Potrząsnąłem głową, żeby odgonić tę absurdalną myśl.
- No idź. Będę na ciebie czekał w Hard Rock Caffee – posłałem mu ostatnie spojrzenie, lekko się uśmiechnąłem i wyszedłem z pokoju. Zbiegłem po schodach, w pośpiechu łapiąc klucze od mieszkania z komody w holu, a zaraz potem szedłem chodnikiem ku budynkowi szkoły.
Zerknąłem na zegarek, który znajdował się na moim nadgarstku. Miałem jeszcze jakieś piętnaście minut do rozpoczęcia się jakże interesującego przemówienia naszego dyrektora. Idąc ulicą przyglądałem się uważnie zabieganym mieszkańcom Londynu, którzy nawet we wczesnych godzinach porannych nieprzerwanie gdzieś gnali. Nie mieli nawet chwili, żeby zobaczyć, że chociaż był to początek września, to gdzieś w zakamarkach stolicy pojawiały się oznaki jesieni. Na wielkich, dostojnych i sędziwych dębach oraz klonach pojawiały się pierwsze złote liście. Czemu oni nie mogli się na chwile zatrzymać i rzucić okiem na te cuda.
Nim się obejrzałem, znajdowałem się już pod budynkiem mojej placówki. Jeszcze tylko rok i będę wolny. Wolny przez krótką chwile. Ale pomarzyć zawsze można, tego nam nikt nie zabierze.
- Harry – usłyszałem za sobą dziewczęcy głos. Odwróciłem się na pięcie i stałem oko w oko z blondynką. Uśmiechała się promiennie, a na jej zębach widniał, ledwo widoczny, aparat ortodontyczny. Jej orzechowe oczy śmiały się do mnie. Uśmiechnąłem się również. – Dawno się nie widzieliśmy.
- Tak przez tydzień, może dwa. Rzeczywiście kupa czasu, droga Jennette – zaśmiałem się, gdy jej twarz wykrzywił grymas niezadowolenia z usłyszanych słów. Ledwo tłumiłem chichot, a jej ciche warknięcia w moją stronę, tylko pogarszały sytuacje.
- Wiesz, że nie lubię jak się używa mojego pełnego imienia, Styles – prychnęła i tupnęła nogą odzianą w buty na bardzo wysokim obcasie, żeby dodać jak bardzo jest sfrustrowana moim zachowaniem.
- Jesteś przewrażliwiona na tym punkcie, ale okej. Więc jak tam u ciebie, Jennette? – kiedy zobaczyłem jak niemal z jej nosa bucha para jak na kreskówkach, poczułem się zagrożony i zacząłem uciekać w tłum uczniów, który zdążył się uzbierać przed placówką szkolną. Podjuszona blondynka ruszyła zaraz za mną. W połowie drogi, pozbawiła się swojego obuwia, żeby móc biec szybciej. Jenn była bardzo szybka, więc musiałem wirować między uczniami, żeby nie złapała mnie za szybko. Bo w końcu facetem jest, co nie?
Kiedy odwróciłem się, żeby zobaczyć, gdzie jest goniąca mnie blondynka, poczułem jak na kogoś z impetem wpadam.
- Oj panie Styles, widzę, że już pierwszego dnia dokazuje pan razem z panią Stevenson – zaśmiał się starszy profesor. Psor Heath uczył geografii. Był to poczciwy człowiek i miał dobry kontakt z uczniami. Miał swoje lata, ale nie wymyślał bezsensownych kar tak jak robili to inni nauczyciele. Mieliśmy z Jenn szczęście, że nie wpadli na Somerhalder’ a albo na babkę od fizyki. Wtedy od samego początku musieliby porządkować kartotekę szkoły.
- Przepraszam, proszę profesora. A teraz wybaczy pan, ale udam się z koleżanką na przemówienie naszego kochanego pana dyrektora – uśmiechnąłem się do niego. Wziąłem, lekko zdezorientowaną Jenn za przegub i nadal się uśmiechając do profesora, poprowadziłem ją ku boisku szkolnemu.
- Wariat z ciebie, Styles – mruknęła, wyrywając z mojego uścisku, swoją rękę.
- To ty mnie zaczęłaś ścigać po placu – zaśmiałem się. Maiłem dziś wyjątkowo dobry humor, aż dziw, że był to 1 września.
- Dobra skończ. I tak twoja wina – pokazała mi koniuszek języka i cicho się zaśmiała. Trzepnąłem ją lekko w ramie, na co syknęła.
- Weź się. Brutal z ciebie – puściłem to mimo uszu, bo my tak możemy cały czas. Zaraz po Lou i Di, to Jen była mi najbliższa. Odkąd pamiętam trzymaliśmy się razem i to ona mi dotrzymywała towarzystwa w szkole. Cieszyłem się, że mam w tej budzie do kogo otworzyć przysłowiową gębę.
Usiedliśmy z tyłu, żeby w razie czego komentować ubiór głowy naszej szkoły.
Po męczących czterdziestu pięciu minutach nudy jaka została zasiana przez przemówienie dyrektora, wszyscy mogli opuścić boisko i udać się do klas, aby otrzymać plany i listy potrzebnych książek. Szedłem z Jenn ramie w ramie, a kiedy znaleźliśmy się w klasie, usiedliśmy na końcu. Jak zawsze. To był pewnego rodzaju rytuał.
- Witam was, moi drodzy maturzyści – zaczął usypiającym tonem Somerhalder. – mam nadzieje, że wszyscy zdadzą, bo nie mam zamiaru uczyć ponownie któregoś z was – w tym momencie jego świdrujące spojrzenie padło na mnie. Owy człowiek mnie nienawidził, ale ja nie miałem pojęcia tak naprawdę dlaczego tak było. Pałał do mnie czystą nienawiścią. Czasem czułem się jak Harry Potter, a on był Snapem. Spoko porównanie, tylko różdżek i kociołków brak.
Kiedy ponownie usta profesora miały się otworzyć, aby zanudzić nas kolejnym potokiem słów, do klasy wpadł jakiś chłopak.
Jego ciemniejsza karnacja od razu rzuciła się w oczy. Dziewczyny w pierwszym rzędzie wydały z siebie niekontrolowane westchnięcia. Na ręku zauważyłem tatuaże, a w uszach – kolczyki. Jednakże moją uwagę nie przykuła zanadto żadna z tych rzeczy. Ja swoją zwróciłem na jego oczy. Spojówki o kolorze płynnej, gorzkiej czekolady otoczone były gęstym wachlarzem ciemnych rzęs. Obrzucił spojrzeniem uczniów, znajdujących się w klasie. Na mnie zatrzymał się o sekundę dłużej, ale to było prawie niezauważalne.
- Ja jestem… – zaczął niepewnie, ale profesor mu przerwał.
- Jesteś spóźniony, panie…?
- Malik. Zayn Malik – powiedział i lekko przygryzł wargę. Denerwował się. W sumie mu się nie dziwie. Somerhalder nienawidził spóźnialskich i przystojniejszych od siebie, a o to drugie to trudno nie było. Każdy, bo nawet kujon, był od niego przystojniejszy. Chłopak załatwił sobie u niego przemiły rok. Nauczyciel coś mruknął pod nosem i kazał zająć miejsce chłopakowi.
- A wracając do tego o czym mówiłem, zanim nam bezczelnie nie przerwano – posłał piorunujące spojrzenie ku brunetowi, który patrzył się w okno. – Panie Malik, jest pan w tej klasie od pięciu minut, a już stroisz fochy?
- Proszę sobie nie przeszkadzać, psorze. Ja mam podzielność uwagi – uśmiechnął się złośliwe. Widzę, że chłopak nie będzie bierny i będzie toczył wojny z Somerhalderem. Zaczynam go lubić.
- Szczyt bezczelności. Skąd pan jest, że tak się zachowuje? Może jeszcze mi powiesz, że jesteś jakąś arcyksiężną i nie musisz mnie słuchać? – wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Ja jestem z Bradford, to jest na północ Anglii, w hrabstwie…
- Wiem gdzie to jest, nie jestem taki głupi jak – wskazał na całą naszą klasę. – Wy wszyscy sądzicie. A ty…
- A skoro pan pyta o moje więzy krwi, to wybaczy pan, ale niestety nie mam powiązania z rodem królewskim, przynamniej nic mi o tym nie wiadomo. Ale kto wie? Może jestem zaginionym synem księcia Karola? Kto wie, czy nie jestem bratem Harry’ego i Williama, a moją bratową nie jest piękna Kate.
Profesor w tym momencie został wyprowadzony z równowagi.
- Ale nic nigdy nie wiadomo, świat jest pełen zagadek. A teraz może pan kontynuować – machnął ręką jak na lokaja, który już nie jest już potrzebny swojemu panu.
- Ugh – warknął, ale chyba się poddał, bo darował sobie – Po raz kolejny zacznę od początku.
~*~
Była dwunasta, a ja zmierzałem ku Hard Rock Caffee. Miałem zamiar być tam wcześniej niż się zadeklarowałem i pomóc Daisy w szczytowym tłoku, jaki na pewno właśnie zapanował w kawiarni. Stanąłem na światłach, czekając na zielone światło. Przyglądałem się jak czarne taksówki toczyły się swoim tempem po drogach. Za nimi czerwone autobusy, które majestatycznie prezentowały się na tle kolorowych samochodów. Kiedy pojawiło się zielone, ruszyłem wraz z tłumem ku kawiarni.
Z początku, gdy zaczynałem pracę w kawiarni podchodziłem do tego z dystansem. Odzywałem się jedynie do Di, a na resztę patrzyłem sceptycznym okiem. Z czasem jednak się zmieniło. Zacząłem się dogadywać z resztą załogi, a praca tutaj stawała się czymś przyjemnym.
Byłym tam wcześniej, gdyby nie wpadł na mnie jakieś przechodzeń tuż przy Hard Rock Caffee. Uniosłem głowę, aby zobaczyć kto nie opanował jakże trudnej sztuki chodzenia po powierzchni płaskiej. Kiedy moje oczy napotkały płynną czekoladę, mimowolnie na moje oblicze wpełzł uśmiech.
- Hej, przepraszam, ale się zagapiłem - dotarł do mnie jego lekko zachrypnięty głos. W prawej ręce nonszalancko trzymał dopalającego się papierosa, a lewa przytrzymywała moje ramie, jakby bał się, że jeszcze mogę wylądować na twardej powierzchni chodnika.
- Nie ma za co, też powinienem uważać, gdzie mnie nogi niosą. A teraz zapraszam cie do Hard Rock Caffee na wyśmienite potrójne latte macchiato. Na koszt firmy, ma się rozumieć - powiedziałem z uśmiechem. Wydawał się niezwykle interesującym człowiekiem i dlatego chciałem go lepiej poznać. I to jak sie zachował w stosunku do mojego ulubionego profesora dawało mu u mnie wielki plus.
- Nie powinieneś mówić, że na czyjś koszt. To nie uczciwe - miałem wrażenie, że gdyby mógł, to w tym momencie zapierałby się rękami i nogami jak mały osiołek. A małe osiołki są słodkie.
- Ja mogę. Pracuje tutaj - wskazałem na szyld kawiarni. – Więc jak coś to dopiszą do mojego rachunku. No chodź nie daj się prosić, Zayn.
- Skąd ty… - zaśmiałem się na widok jego zdezorientowanego spojrzenia. Wyglądał przekomicznie z wielkim znakiem zapytania na czole.
- Jesteś w mojej klasie. Podziwiam jak potraktowałeś tą starą kupę pruchna. Somerhalder zaszedł mi za skórę jak cholera, a teraz chodź - wziąłem go za ramię i zaciągnąłem do pomieszczenia. - A tak w ogóle jestem Harry.
Uśmiechnął się jedynie. Pomachałem Di, która wirowała wśród stolików, przyjmując zamówienia oraz je dostarczając. Powiedziałem, żeby sobie usiadł gdzie chce, a ja pójdę sie przebrać i wrócę do niego z kawą. Kiwnął na to głową i odwracając sie, znowu na kogoś wpadłem. Co jest. To już trzecia osoba dzisiaj.
Tym razem nie napotkałem zmieszanego spojrzenia czystej czekolady, tylko zdenerwowany wzrok morza podczas sztormu.
- O hej Loueh - uśmiechnąłem sie do niego, jednak on tego nie odwzajemnił, jak to miał w zwyczaju.
Spoglądał na mnie z wściekłością wymalowaną w tych jego, nieodgadnionego koloru, tęczówkach. Dotknąłem jego ramienia w przepraszającym geście i pokazałem głową na wejście na zaplecze. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i udał sie za mną.
Kiedy zamknąłem za sobą drzwi, on się o nie oparł, a ja zacząłem przebierać się w strój roboczy.
- Kto to jest i czemu go tu wręcz zatargałeś? - syknął, niemal nie odrywając od siebie swoich białych zębów.
- To jest Zayn, jest nowy w klasie i potraktował tak Somerhalder’a, że nawet nie wiesz jaką ten stary zgred miał minę - spojrzałem na niego. Jego mina trochę zelżała, ale nadal była napięta.
Ruszyłem ku niemu i złapałem go za ramiona. Potrząsnąłem lekko.
- Hej, hej Loueh. Weź nie bądź zazdrośnik i chodź się poznać z moim kolegą - uśmiechnąłem się tak jak on lubił i wyciągnąłem go z zaplecza.
Powiedziałem, żeby zaczekał, a ja udałem sie do Chrisa, który akurat włączał ekspres.
- Dla mnie jedno potrójne latte i jedną mocche - powiedziałem, a sam udałem się ku ladzie z ciastami.
- Robi się, nasz maturzysto - rudzielec się zaśmiał, a ja wymownie spojrzałem na Lou, który posłał mi jeden ze swoich powalających uśmiechów mówiących Nie gniewaj się na mnie.
- Dobra dawaj te kawy, a nie się mądrzysz. Sam niedawno skończyłeś średnią - pokazałem mu język, a on dał mi moje zamówienie. - Lou? Weź proszę te kawy i zanieś do stolika - rozejrzałem się po lokalu, a gdy zobaczyłem Zayna, dodałem - piątego.
Wziąłem dwa kawałki ciasta kajmakowego, dołożyłem po małej srebrnej łyżeczce. Gdy kierowałem się ku stolikowi, zaczepiła mnie Daisy.
- Co to za chłopak, który wręcz zostaje przez Lou sztyletowany wzrokiem? - spytała, uśmiechając się delikatnie.
- To Zayn, jest nowy w klasie i wpadł na mnie przed kawiarnią, więc go zaprosiłem. Nie gniewasz się?
- Coś ty - zaśmiała się dźwięcznie, tak, że jej głos rozszedł się wśród gwaru jaki panował w lokalu. - Pewnie, że nie głuptasie. A teraz idź do nich, bo się biedacy pozabijają.
Uśmiechnąłem sie tylko i ruszyłem ku piątemu numerowi.
- Dobrze widzieć was całych i zdrowych - zasiałem sie chicho, ale chichot zmienił sie w wybuch śmiechu, gdy Lou posłał mi w zamian pełne wściekłości spojrzenie. Za to Zayn miał zdezorientowaną twarz. Znowu.
- To nie jest śmieszne, Harry – mruknął szatyn i upił łyk kawy. Przyglądałem się mu z uwagą i nie rozumiałem do końca czemu się tak zachowuje. Ale cóż to Louis, a za nim nie nadążysz nawet jakbyś chciał tego najbardziej na świecie. On jest jak kot, chadza własnymi ścieżkami.
Dokładnie lustrowałem jak co chwila przeczesywał włosy, wprowadzając je w jeszcze większy nieład niż były przedtem. Jego wąskie usta zatapiały się w ciepłej cieczy, aby zaraz potem wziąć kęs ciasta z talerzyka.
Natomiast brunet siedział luzacko, na tyle, na ile pozwalała na to kultura. Patrzył się beznamiętnie w okno, trzymając w ręku kubek ze swoim napojem. Czułem się dziwnie, siedząc tak przy nich i zerkając to na jednego, to na drugiego.
Ale ja zwyczajnie chciałem wiedzieć, o czym oni myślą. W jakim kierunku gnają ich myśli. Ale czy było mi to dane?
- Więc – zaczął brunet. Jego wzrok padł na moją osobę, a potem zgrabnie prześlizgnął się po osobach w lokalu, aby na końcu spocząć na Lou. Może loków sobie nie dam ogolić, ale rękę mogą mi śmiało uciąć, bo jestem pewien, że Loueh właśnie teraz przypomina sobie najokrutniejsze tortury rodem ze średniowiecza. – Jestem Zayn.
Spojrzałem wymownie na szatyna, kiwając głową na wyciągniętą dłoń bruneta w jego kierunku.
- Louis – powiedział, siląc się na miły ton głosu. Lou był świetnym aktorem. Jednakże znałem go tak długo, że wiedziałem, kiedy jest wobec kogo szczery, a kiedy zwyczajnie grał pod publikę. – Więc jesteś z Harrym w klasie?
Brunet przytaknął.
- A skąd taka osoba jak ty znalazła się w centrum Londynu? Widać, że nie jesteś stąd? Więc?
- Louis spasuj – mruknąłem, widzą, że Zayn nie chce o tym mówić. – On jest z Bradford, dobrze mówię? – Malik znowu potwierdził skinieniem. – Więc wiesz skąd jest. A teraz dojedz swoje ciastko, Louis i popij kawą. Widzimy się wieczorem w domu. A teraz wybaczcie, ale praca wzywa. Do zobaczenia jutro, Zayn.
12
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz