poniedziałek, 20 stycznia 2014

786

10


- Mamusiu! – Zwołałem, zbiegając po schodach. – Mamo!

Kobieta o dość długich czarnych włosach odwróciła się w moją stronę z promiennym uśmiechem. W jej oczach widziałem miłość, która powróciła tam po rozwodzie z tatą. Nie chciałem go tracić, ale szczęście mamy było dla mnie najważniejsze. Wiedziałem, że tak jest lepiej. Po tych paru latach w końcu to zrozumiałem, więc nie mówiłem jej, że chcę by na moje 10 urodziny przyjechał tata. Przemilczałem to. Udawałem, że wcale nie obchodzi mnie jego obecność. Choć może rzeczywiście tak było. Dla mnie liczyło się tylko to czy Lou przyjdzie, czy nie. To dla niego chciałem założyć muszkę. Kiedy mama po raz pierwszy namówiła mnie, żebym dał jej ją sobie założyć, powiedział, że wyglądam uroczo. Wyglądałem uroczo. Chciałem usłyszeć to jeszcze raz.

- Nasz strojniś – zażartowała, kucając przy mnie, by pomóc mi z muszką, a moja siostra zaśmiała się.

- Mamo!

- Kocham cię, Harry – powiedziała i pocałowała mnie w policzek.

- Louis! – krzyknąłem, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi.

Pobiegłem otworzyć. Moim oczom ukazał się szeroki uśmiech szatyna oraz jego niebiesko-zielone oczy, które wydawały się nieco szare w świetle słońca. Przytulił mnie do siebie mocno, szepcząc mi na ucho życzenia urodzinowe. Po chwili odsunął się ode mnie i cmoknął mnie w policzek, po czym wręczył mi paczkę, którą schował za plecami.

- Otwórz – powiedział, przyglądając mi się uważnie. – Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Zamrugałem kilka razy, zastanawiając się, co to może być. Przystawiłem pudełko do ucha i potrząsnąłem nim. Nie usłyszałem żadnego charakterystycznego dźwięku. Zmarszczyłem brwi.

- Nie możesz mi po prostu powiedzieć? – Spytałem, rozdzierając papier do pakowania, którym obkleił prezent.

- Wtedy nie byłoby niespodzianki – oznajmił lekko. – No otwórz.

Spojrzałem na niego z dołu. Nienawidziłem faktu, że był ode mnie wyższy o głowę. Wziąłem głęboki wdech i zajrzałem do środka pudełka. Moim oczom ukazał się miś, trzymający serduszko z napisem „Na zawsze twój, Boo Bear”. Nie mogłem powstrzymać łez. Pudełko upadło mi pod nogi i ściskając pluszaka, rzuciłem się Louis’owi na szyję.

- Dziękuję, Loueh. Ja naprawdę… - zdążyłem tylko tyle wyszeptać zanim przyszli kolejni goście.



Nagle wybudziłem się ze wspomnień, uświadamiając sobie, że od kilku dobrych minut woda w łazience nieprzerwalnie płynie. Louis musiał brać prysznic, a skoro to robił, to znaczyło to, że jest… Zrobiło mi się gorąco. Przy nim udawałem, że to tylko przyjaźń i nic się nie zmieniło, ale chciałem, by było inaczej. Chciałem móc do niego podejść w każdej chwili i bez skrępowania pocałować. Przytulić bez obawy o to, że usłyszy, jak mocno bije moje serce. Wiele razy przyłapywałem siebie na tym, że niemal modlę się w myślach, byśmy byli razem. Ale wiem, iż to tak samo prawdopodobne jak deszcz na pustyni, lecz nie umiem trzymać go na dystans. Z każdym dniem staje się dla mnie coraz ważniejszy. Mogłem wymyślać nieskończenie wiele porównań o tym, czym on dla mnie jest. On to moje niebo, grawitacja, cały świat…

- Harry, powinieneś się w końcu nauczyć wiązać muszkę. To chyba nie jest tak skomplikowane, jak obchodzenie się z krawatem – powiedział Lou, gdy niespodziewanie pojawił się w drzwiach mojego pokoju. Mokry. W pasie miał przewiązany jedynie ręcznik. Na moment odebrało mi oddech i niewiele brakowało, a rzuciłbym się na niego. – Pomogę ci.

Przełknąłem ślinę. Zacząłem się już modlić w duchu, by nie usłyszał jak mocno wali mi serce, które tłukło się o żebra. Podszedł do mnie blisko. Bardzo blisko. Za blisko. Czułem go każdym zmysłem, a zapach wody kolońskiej zmieszanej z mydłem i czymś, czego nie da się określić, doprowadzał mnie do szaleństwa. Jak zawsze.

- No i gotowe – oznajmił, po czym znalazł się za mną i spojrzał w lustro. – Wyglądasz świetnie, Kocie.

Zastygłem w bezruchu. Moje ciało odmówiło mi całkowitego posłuszeństwa. Był za blisko. Wziąłem głęboki oddech, prosząc w duchu, by nie zauważył mojego zdenerwowania. Zamrugałem kilka razy, po czym zdołałem wydusić tylko ciche „dzięki”. Czułem się, jak ostatnia oferma, ale nie mogłem zrobić nic więcej. Jedyne o czym mogłem myśleć to to, że jeszcze nigdy nie chciałem tak bardzo go pocałować.

- Naprawdę nie masz nic przeciwko, że zabieram cię ze sobą na przyjęcie urodzinowe Liama? – Spytał, wtulając swoją twarz w moje włosy i przymykając oczy. Jego ręce oplotły moją szyję. Czułem, jak policzki przybierają czerwoną barwę. – Możesz zostać, jeśli chcesz…

- Nie – odpowiedziałem, siląc się na trzeźwy ton głosu. – Nie chcę być sam.

Zobaczyłem w odbiciu lustra, jak Lou uśmiecha się w moje włosy. Jego ręce zjechały powoli w dół na mój brzuch, po czym odwrócił mnie do siebie twarzą. Jego zapach ponownie mnie uderzył, a głębokie oczy sprawiły, że zabrakło mi powietrza. Przełknąłem ślinę, błagając w myślach, by nie zwrócił uwagi na to, jak bardzo jestem zdenerwowany. Uśmiechnął się delikatnie, a ja przymknąłem do połowy powieki, tracąc powoli świadomość. Jego bliskość mnie upijała. Czułem się jak człowiek na pustynie, który modli się o wodę. Tak strasznie mocno chciałem czuć jego dotyk na całym moim ciele. Przeszły mnie ciarki, kiedy przejechał jedną ręką po moim ramieniu a potem szyi, by zatrzymać ją na moim policzku. Mój oddech stawał się coraz płytszy. Lou nachylał się do mnie powoli. Był coraz bliżej. Już czułem jego oddech na swoich ustach…

„Odbierz telefon! Odbierz telefon! Ktoś dzwoni!”

Komórka Lou, która nie wiem, jakim cudem znalazła się na moim biurku. Musiał ją zostawić wczoraj wieczorem, kiedy przyszedł do mnie i oglądaliśmy razem film. Szybko oderwałem się od niego i zrobiłem kilka kroków w stronę drzwi. Spojrzał na mnie nieprzeniknionym wzrokiem i odebrał telefon.

- Słucham? – Niemal warknął do słuchawki.

- Jakiś ty miły w moje urodziny! – Usłyszałem głos, dobiegający ze słuchawki. – Rycerzyk ma zamiar ci towarzyszyć dzisiaj na imprezie? Właśnie goście się zaczęli schodzić. Radzę się wam pośpieszyć!

- Już idziemy, Li – odpowiedział podenerwowany. – Do zobaczenia na imprezie. Ach! Wszystkiego najlepszego.

Louis rozłączył się i spojrzał na mnie. Nie umiałem rozczytać jego wzroku. Był taki inny niż chwilę temu. Taki dziwny. Wziąłem głęboki wdech i posłałem mu wymuszony uśmiech, po czym wyszedłem. Pokręciłem głową z niedowierzeniem. Jak mogłem być tak głupi, by się poddać chwili? Prawie go pocałowałem! A może to on pocałował mnie? Niemal wbiegłem do łazienki, po czym oparłem czoło o zimną ścianę. Oddychałem ciężko. Co się mną działo, do cholery? To było tak inne niż wszystko do tej pory. W tamtym momencie bałem się tylko, co by się stało, gdyby usta Lou i moje się spotkały. Wtedy nie miałbym żadnych oporów. To było złe uczucie. Tak złe, że paliło mnie od środka. Liczyłem tylko na to, ze na imprezie będzie mnóstwo ludzi i on nawet nie zwróci na mnie zbytniej uwagi.



**



Oparłem się o framugę i założyłem ręce na piersiach, uważnie obserwując towarzystwo, które powoli się rozkręcało. Przeczesałem włosy palcami i westchnąłem. Z głośników leciała piosenka, która idealnie wpasowała się w imprezę i musiała być zagrana na urodzinach – Not Your Birthday Allstar Weekend.

{Not Your Birthday}

Po raz kolejny dzisiejszego wieczoru rozległ się dzwonek do drzwi. Odepchnąłem się od framugi i ruszyłem w stronę drzwi frontowych. Nacisnąłem klamkę, a mój wzrok spoczął na uśmiechniętej twarzy Louisa i naburmuszonej Harry’ego. Przepuściłem ich w progu i obrzuciłem przelotnym spojrzeniem. Loueh miał na sobie obcisłe, grantowe spodnie, koszulę w paski i czerwone szelki. Włosy jak zawsze sterczały mu we wszystkie strony.

- Wszystkiego najlepszego! – Zawołał wesoło, rozłożył ramiona i przytulił mocno, po czym szepnął na ucho. – Twoja Julia już się pojawiła, mój ty Romeo?

Poczułem jak krew napływa mi do policzków i rumienię się.

- Nie – mruknąłem, odsuwając się od niego. Zaśmiał się widząc moje speszone oblicze i odwrócił do swojego towarzysza, po czym dodał mi futerał z gitarą zapewne.

- To ode mnie i Harry’ego – odparł, a ja posłałam mu uśmiech, po czym przeniosłem wzrok na rycerzyka. Stał z rękoma splecionymi na piersiach. Miał zwykłe dżinsy jasnoniebieską koszulę i czerwoną muszkę zawiązaną pod szyją.

- Niezła muszka, rycerzyku – rzuciłem z nutą sarkazmu w głosie, którą wyczuł, bo wywrócił oczami. – Wiesz, że mogłeś nie przychodzić?

- Nie mogłem go zostawić sam na sam z tobą, potworze z bagien – prychnął. – Jeszcze byś go zgwałcił.

Uniosłem znacząco brew i już chciałem się odezwać, kiedy między nami pojawił się Lou.

- No już, spokojnie – poklepał nas obu po ramionach. – Nie chcemy rozlewu krwi, prawda?

Jeszcze raz spojrzałem na Harry’ego, ciskając w niego piorunami. On nie był lepszy. Ostatecznie cofnąłem się o krok i oparłem o komodę.

- Zapraszam do salonu – wskazałem dłonią. Louis posłał mi uśmiech, a rycerzyk ponownie spiorunował. Pokazałem mu język i środkowy paluszek. Warknąłem lekko rozdrażniony i z zamachem otworzyłem drzwi, do których ponownie ktoś zapukał. Mój wyraz twarzy szybko się zmienił. Byłem lekko zbity z tropu.

Przede mną wachlarzem rozkładał się bukiet wielobarwnych kwiatów. W samym centrum znajdował się rozłożysty, biały kwiat otoczony paczkami róż w tym samym kolorze. Dalej na zmianę przeplatały się żółte kwiaty, których płatki były wąskie i było ich naprawdę dużo, z wąskimi czerwonymi.

„Szkoda, że nie ma jeszcze Nialla” – pomyślałem. – „On kocha kwiaty. I zapewne spodobałby mu się bukiet”.

Z za niego nagle wyłonił się blondyn i posłał mi uśmiech. Zaśmiałem się serdecznie ze swojej głupoty. Że też nie pomyślałem, iż to może być on.

- Wszystkiego najlepszego – oświadczył mi, przekraczając próg. – Zrobiłem dla ciebie bukiet. Mam nadzieję, że nie przesadziłem.

- Ależ skąd – odparłem z uśmiechem. – Ale uwierz. Zwykłe róże by wystarczyły.

- Chyba sobie żartujesz – oburzył się. – Każdy kwiat ma swoje znaczenie. Idealnie dobrałem każdy z nich by podkreślał…

- Co podkreślał? – Dopytywałem się, biorąc go od niego i widząc jak się zmieszał.

- Podkreślał… No… - zająknął się. – Moje intencje do ciebie. To o to właściwie chodzi we florystyce. By odpowiednio dobrać kwiaty, aby wyrazić siebie.

Uśmiechnąłem się, spojrzałem na bukiet, a potem znów na niego. Blond grzywkę zaczesał na prawą stronę. Miał jasne dżinsy i bluzkę z jakimś nadrukiem, na którą zarzucił granatowy kardiganek. Wyglądał zwyczajnie, ale słodko, uroczo i elegancko jednocześnie. Znów się zrumieniłem i przejechałem palcami po kwiatach.

- Powiesz mi, co znaczą kwity w bukiecie dla mnie? – Spytałem, Niall pokręcił głową przecząco. – To jak mam odczytać twoje intencje do mnie skoro nawet nie znam nazw tych kwiatów. No wyłączając te róże.

- To biały irys, te tutaj to chryzantemy złociste, a to frezja czerwona – odpowiedział szybko, wskazując każdy z kwiatów po kolei. – A tutaj jeszcze taki mały dodatek do bukietu.

Wyciągnął w moją stronę niewielką torebkę. Była tam czekolada i książka pod tytułem Dom Jedwabny.

- Niedawno to czytałem i strasznie mi się podobało – wyjaśnił. – To o Holmesie, więc pomyślałem, że może się skusisz i jednak przeczytasz.

- Skoro mówisz, że ci się podobało – podniosłem wzrok na niego i posłałem mu uśmiech, który on odwzajemnił. – Zapraszam do salonu. Harry już tam jest.

Przytaknął mi i ruszył w tam tą stronę. Dreptałem tuż za nim i wszedłem do salonu pełnego znajomych. Pokazałem Niallowi gdzie jest Harry, a sam z za przeszklonej szafki wyciągnąłem wysoki wazon. Poszedłem do łazienki, nalałem chłodnej wody i wsadziłem do niego kwiaty. Odniosłem go do swojego pokoju, przymykając drzwi za sobą.

Postawiłem wazon na szafce przy łóżku i jeszcze raz spojrzałem na kwiaty. Na łóżku leżał mój laptop. Szybko go załączyłem i w googlach wpisałem zagadnienie: znaczenie kwiatów. Otworzyłem kilka linków by mieć pewność, że na wszystkich znajdę to samo. Gdy odczytałem, co oznacza bukiet, którym obdarował mnie Niall, aż zarumieniłem się zawstydzony, a serce zabiło mi szybciej. Schowałem twarz w jaśka i opadłem na poduszki. To było tak urocze. Zaledwie kilkoma kwitkami przekazał tak wiele.

- A więc tu się chowa nasz solenizant – usłyszałem głos Louisa. Zerknąłem na niego spod jaśka i zawstydzony usiadłem po turecku na łóżku.

- Coś się tak speszył? – Zapytał, przymykając drzwi i podchodząc do mnie.

- Dostałem ten bukiet od Nialla – wskazałem na wazon i jeszcze bardziej się zarumieniłem.

- Od blondynka z kwiaciarni? – Chciał się upewnić, na co przytaknąłem. – Ach… Podszedł do nas i przywitał się z Harrym.

- Wiesz, że każdy kwiat ma znaczenie? – Zapytałem, zerkając na niego spod grzywki.

- No tak – odparł, wciskając ręce w kieszenie. – Od niego się tego dowiedziałem, a co?

- A no sprawdziłem, co oznaczają te bukiet – wskazałem na wazon. – Słuchaj – przyciągnąłem laptop i zacząłem czytać. – Chryzantema złocista oznacza skrytą miłość. Frezja czerwona, cieszy mnie twoja obecność. Pąk białej róży, niewinne serce. Biały irys, przeszkadzają mi kompleksy. On ma jakieś kompleksy?!

- Widocznie ma, skoro dodał ten kwiat – wzruszył ramionami. – Ale przynajmniej wiesz, co do ciebie czuje. Skryta miłość. To takie romantyczne przekazać taką wiadomość za pomocą kwiatu. Awwwwwww.

- Ale ja… - jęknąłem i spojrzałem na przyjaciela. – Loueh.

- Oh. Pomyślisz o uczuciach do swojej Julci – chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął do gości. Zdążyłem tylko przymknąć laptop, a potem już stałem koło Nialla, który posłał mi uroczy uśmiech.

**

Uśmiechnąłem się do blondynka, a następnie puściłem znaczące oczko do Li, po czym ruszyłem w stronę kuchni, szukając Harry’ego. Przeciskałem się między gośćmi, rozglądając za burzą loków, które tak kochałem. Westchnąłem, zatrzymując się. Obkręciłem się dookoła, ale go nie znalazłem. Obok mnie przeszedł jakiś chłopak z dwoma szklankami jakiegoś drinka. Wyciagnąłem rękę i nawet nie pytając go o pozwolenie, zabrałem mu jeden z nich, po czym skierowałem swoje kroki powrotem do salonu. Niall i Liam dalej rozmawiali. Oboje się uśmiechali. Nie mogłem uwierzyć w to, że to ten sam paniczyk Payne, którego znałem od kilku lat. Przy tym blondynku z kwiaciarni był całkowicie inny – taki ciepły i pogodny. W jego obecności cała ironia i sarkazm oraz megalomania gdzieś znikały.

Już miałem do nich podejść, gdy zobaczyłem kogoś, kogo nie powinno tu być. Próg domu Liam’a przekroczyła „królowa lodu” – Hazel. Spojrzałem szybko na jej byłego i Niall’a a potem znowu na nią. Musiałem działać. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem w jej strone. Nie mogłem pozwolić, by jedna wredna żmija zepsuła cała imprezę. Trzeba było się jej jakoś pozbyć. Tylko jak?

Podszedłem do niej i zatrzymałem ja, torując jej przejście. Uśmiechnąłem się sztucznie, po czym złapałem ją za nadgarstek. Wetknąłem język między zęby, napierając na policzek od środka.

- Co ty tu robisz? – Spytałem ją, siląc się na miły ton. – Nic nie wiem o tym, by Liam cię zapraszał.

- No to chyba coś ci na słuch padło – prychnęła, wyrywając mi się. Spróbowała mnie wyminąć, ale ponownie stanąłem na jej drodze. – Odwal się!

- Nie mam zamiaru cię wpuścić – powiedziałem stanowczo.

- Ty chyba rzeczywiście masz coś ze wzrokiem – stwierdziła, szturchając mnie, choć wcale nie zrobiło to na mnie wrażenia. – Już jestem w środku. A teraz przesuń się, krasnalu. Chcę porozmawiać z moim chłopakiem.

Zaśmiałem się. Jej „chłopakiem”? Że co, proszę? Spojrzałem na nią z politowaniem, łapiąc ją za nadgarstek i ciągnąc za sobą w stronę wyjścia. Pokręciłem głową, gdy próbowała mi się wyrwać. Zacieśniłem uścisk, po czym stanąłem gwałtownie. Pchnąłem ją na ścianę koło drzwi, kładąc agresywnie dłoń koło jej głowy. Przekręciłem lekko na bok głowę.

- Zostaw go w spokoju – wycedziłem przez zęby. – Jeśli zepsujesz jego szczęście, nie daruję ci tego. Rozumiesz?

Zobaczyłem w jej oczach strach. Dookoła było pełno ludzi, ale nie obchodziło mnie to. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Uderzyłem pięścią w ścianę, kiedy nie odpowiedziała na moje pytanie.

- Rozumiesz? – Powtórzyłem głośniej.

Hazel pokiwała tylko głową. Stała na baczność, przylegając do ściany całym ciałem. Czułem się trochę dziwnie. Ja nie jestem agresywną osobą. Nigdy nie groziłem komuś. Wystrzegałem się takich sytuacji, ale nie mogłem się powstrzymać. Liam zawsze mnie bronił, kiedy byliśmy młodsi oraz wspierał. Nie mogłem pozwolić by ktoś zniszczył jego szczęście. On naprawdę znalazł kogoś, kto nie zrani go i będzie kochał. Widzę to po oczach blondynka, gdy patrzy na Li i po prostu nie mogę stać bezczynnie.

Odsunąłem rękę, dając jej przejście. Patrzyłem, jak odchodzi zadowolony z siebie. W końcu komuś pomogłem. Zrobiłem coś. Hazel odeszła i miałem nadzieję, ze już nie wróci. Kiedy odwróciłem się, by wrócić do solenizanta, zobaczyłem katem oka, jak „królowa lodu” posyła mi mordercze spojrzenie. Zignorowałem ją i zamknąłem frontowe drzwi, po czym skierowałem się do salonu. Do moich uszu dobiegł śmiech, który poznałbym wszędzie. Moim oczom ukazał się uśmiechnięty od ucha do ucha Harry. Stał obok Niall’a, z którym wyraźnie o czymś żartowali. Liam gdzieś zniknął, a mnie zrobiło się trochę przykro. Coś zakuło mnie w sercu, gdy uświadomiłem sobie, że to z moich żartów powinien się śmiać. To koło mnie powinien teraz stać.



**



Roześmiałem się razem z Harrym, widząc wesołe iskierki w jego zielonych oczach. Bardzo lubiłem, gdy inni czuli się dobrze w moim towarzystwie. To było naprawdę przyjemne uczucie i cieszyłem się wtedy razem z nimi.

Upiłem łyk drinku, który przyniósł mi Liam nie tak dawno. Ulotnił się jednak do innych gości. Wiedziałem, że nie chciał sobie psuć dobrego nastroju, towarzystwem Loczka.

- Słuchaj Niall – dotarł do mnie głos Harry’ego. Spojrzałem na niego, a on upił łyk swojego drinka. – Lubię cię. Jesteś naprawdę w porządku. Więc… Powiedz mi. Jak długo znasz Liama?

- No będzie z miesiąc – odpowiedziałem, domyślając się, do czego zmierza. Chciałem się jednak upewnić. – A czemu pytasz?

- A tak po prostu – wzruszył ramionami. – I jeżeli mam byś szczery, to…

- …miesiąc to za krótko, by go poznać – wpadłem mu w słowo. – Tak, wiem. Już to gdzieś słyszałem. Bez urazy Harry – zwróciłem się do niego, a on skinął głową. – Też cię lubię. Ale pozwólcie mi z Daisy samemu dojść do tego, jaki tak naprawdę jest Liam Payne.

- No jak chcesz – mruknął znad kubka. – Ale ostrzegam. To niesamowicie wkurzająca, ironiczna i sarkastyczna osoba. Do tego niesamowicie narcystyczna i tępa.

- Odnoszę inne wrażenie – wyznałem. – Jest naprawdę miły i dobry.

- On – wskazał gdzieś palcem, a ja spojrzałem w tam tą stronę. Stał tam Liam i rozmawiał z jakimiś dziewczynami. – Miły i dobry? Chyba go z kimś pomyliłeś. Liam James Payne jest samolubny, skąpy i myśli tylko o sobie.

- Nieprawda – oburzyłem się i mocniej ścisnąłem swój kubek. – Jest miły, ciepły, otwarty i kochany. Nie wiem czemu wszyscy macie go za takiego samoluba i wrednego idiotę. Bo jest przy kasie?

- Taaaak – Harry przeciągnął wyraz, a ja prychnąłem. – A poza tym, coś mi w nim nie pasuje.

Zerknął na niego kątem oka.

- Wiesz. Nie ocenia się książki po okładce – stwierdziłem. – On jest naprawdę całkiem miły.

Tym razem to Harry prychnął. Zły tupnąłem nogą i wydąłem policzki. Będą mi wmawiać coś, czego nigdy nie widziałem u Liama. Nie był ani samolubny ani zarozumiały. Gdyby byłby samolubem nie zaprosiłby mnie tamtego deszczowego dnia do siebie, tylko zostawił na pastwę losu pod tym daszkiem. Gdyby był zarozumiały nie przyjmowałby nic do swej szanownej uroczej główki.

- Ach. Tu jesteś Harry – dotarł do mnie męski głos. Spojrzałem na chłopak, który do nas podszedł. Rozpoznałem go. Chłopak od bukietu na przeprosiny. On również na mnie spojrzał.

- Ach… Blondynek z kwiaciarni – uśmiechnął się, a oczy dziwnie mu zabłyszczały. – Jaśnie książę pozwoli, że się przedstawię. Uniżony sługa panicza Payne’a, Louis Tomlinson.

- Lou, weź przestań – Harry westchnął i uderzył się otwartą dłonią w czoło, po czym zwrócił do mnie. – Wybacz. Ma chyba niestwierdzone ADHD.

- Raczej niezłe poczucie humoru – puściłem szatynowi oczko i uścisnąłem jego dłoń. – Jaśnie książę, Niall Horan.

Oboje się zaśmialiśmy, a Loczek spojrzał na nas jak na idiotów.

- Skoro szukałeś Harry’ego to zostawię was samych – odezwałem się i nie czekając na odpowiedź oddaliłem się od nich.

Rozejrzałem się dookoła, po gościach. Liam jako gospodarz zabawiał wszystkich. Harry’emu i Louisowi nie chciałem przeszkadzać, a tak to po za tym nikogo nie znałem. Przyszedłem w sumie tylko dla Liama. Bo chciał żebym tu był. Czułem się jednak trochę nieswojo. Naprawdę nie znałem tych ludzi. Byli mi zupełnie obcy. Mieszkałem tu zaledwie od miesiąca.

Zerknąłem na zegarek i pomyślałem, że może niepostrzeżenie przemknę po między gośćmi i wymknę się niezauważony, a potem wyślę tylko Liamowi SMS’a z jakimś banalnym wyjaśnieniem. Tak więc dopiłem swojego drinka, odstawiłem kubek na szklany stolik i skierowałem się do wyjścia, lawirując między ludźmi.

Sięgnąłem ręką do klamki drzwi, kiedy czyjeś palce zacisnęły się na moim nadgarstku. Odwróciłem głowę i spojrzałem wprost na Liama.

- A ty dokąd? – Zapytał. – Impreza dopiero się rozkręca.

- Nie za dobrze się czuję – położyłem wolną rękę na brzuchu i zrobiłem zbolałą minę. – Chyba zjadłem coś niedobrego na obiad.

- Kiepski z ciebie aktor – stwierdził. – Twoje standardowe wypieki na twarzy mówią co innego.

Westchnąłem i spuściłem głowę, a on zaśmiał się dźwięcznie. Pierwszy raz pożałowałem tych cholernych wypieków.

- No a teraz powiedz, jaki jest właściwy powód? – zapytał. – Słucham.

- No bo – zawahałem się. – Źle się tu czuję. Nie znam nikogo poza tobą, Harrym no i ewentualnie tym Louisem.

- Oh – westchnął Liam. – Przepraszam. Obiecuję ci, że już dziś cię nie odstąpię.

- Nie. Naprawdę. Nie przejmuj się mną – zacząłem szybko, ale on posłał mi uśmiech. – Pójdę do domu, baw się dobrze.

- Zostań – szepnął mi do ucha, mnie przeszedł dreszcz. Zmiękłem i poddałem mu się. Pociągnął mnie do gości, wplatając swoje palce między moje.



**



Wypiłem trzeciego już drinka tego wieczora, a impreza tak naprawdę dopiero się zaczęła. Nie mogłem znieść faktu, że gdy tylko Liam się oddalał na dosłownie chwilę, Harry – mój Harry – nawiązywał pasjonującą rozmowę z blondynkiem z kwiaciarni. Nie bałem się o to, że będą zbyt blisko siebie. Widziałem, w jaki sposób Niall patrzy na Liama, który wydaje mi się odwzajemniać jego uczucia, co było dziwne. Li nigdy nie lubił kogoś bardziej niż na poziomie przyjacielskim, do którego należałem tylko ja. To było niemożliwe, by się zakochał. Przynajmniej tak do tej pory mi się wydawało. Teraz widziałem w oczach mojego przyjaciela coś, co zapewne było w moich, gdy patrzyłem na Harry’ego.

Westchnąłem ciężko, wypijając duszkiem to, co zabrałem kolejnej osobie, która przewinęła mi się przed nosem. Większość ludzi znałem tylko z widzenia. Mogłem być niemal w stu procentach pewny, że sam Liam nie byłby w stanie wymienić ich imion. Niall musiał czuć się nieswojo i dlatego rozmawiał z jedynymi osobami, które znał. Ale czemu akurat musiał to być Harry? Mój Harry.

„Powinienem skończyć z piciem na dziś”, pomyślałem. „Inaczej nie dopilnuję go…”

Podniosłem wzrok na Liama. Co chwila posyłał ukradkowe spojrzenia blondynkowi, który był zupełnie niczego nieświadom. Byli tacy uroczy. Nie sądziłem, że ten dzień nadejdzie. Li naprawdę dbał o niego i chciał się nim opiekować najlepiej, jak tylko potrafił. To było widać na pierwszy rzut oka. Nigdy go takim nie widziałem. To było naprawdę dziwne. Tylko… Wszystko przyszło tak szybko. Co jeśli tak samo odejdzie?

Gdy tak o tym myślałem, coś sobie uświadomiłem. Jeśli ja nie mogłem wyznać Hazzie uczuć i być szczęśliwym, to, chociaż nie mogłem pozwolić by im przytrafiło się to samo. Jeśli nie przemówię przyjacielowi do rozumu, wtedy on nigdy nie odnajdzie w sobie na tyle odwagi, by samemu sobie to uzmysłowić.

- Liam, druhu, gdzie się wybierasz? – Objąłem go ramieniem w momencie, gdy zauważyłem, że oddalił się na dostateczną odległość od blondynka. Nie chciałem, by nas usłyszał. – Chyba nie zostawisz swojego najukochańszego księcia, co?

- Lou, co ty…

- Ciii – powiedziałem, kładąc mu niezdarnie palec na ustach. To ja teraz miałem prawo głosu. – Nie zostawiaj nigdy Niall’a, dobrze? Ten chłopaczek cię zmienił. Na dobre. To niesamowite jak wielkie zmiany zasiał w twoim małym, ograniczonym serduszku, wiesz? – Powoli zaczynało mi szumieć w głowie. Chyba za dużo wypiłem. Uśmiechnąłem się szeroko. – Przy nim… Tylko przy nim jesteś taki… inny. Ciepły i pogodny jak nigdy wcześniej. Uśmiechasz się często i szczerze. Nawet ja nie potrafiłem tego zrobić. Wywołać takiego uśmiechu na twojej twarzy. Ty go kochasz, durniu. Lepiej żebyś to zrozumiał teraz, gdy masz szanse coś zrobić.

- Mówisz poważnie? – Spojrzał na mnie jak na idiote, a potem zmarszczył brwi. – Tommo, ty pijany jesteś. Ile wypiłeś?

- Tylko troszke – zaśmiałem się, kiwając głową. – Jestem całkowicie… - Czknąłem. – Całkowicie trzeźwy.

- Upiłeś się przede mną, a to ty tak bardzo zarzekałeś się, że ogarniesz całą imprezę, kiedy wypiję za dużo. No i co teraz zrobisz?

- Nie jestem pijany – stwierdziłem, klepiąc go w ramię. – Damy radę.

Zaśmiał się, kręcąc głową, po czym chciał odejść, ale zawrócił do blondynka. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy Li nachylił się do niego, a zniesmaczony Harry zamknął oczy i odsunął się na parę kroków, po czym chciał sięgnąć po kieliszek z alkoholem. Szybko pokonałem dzielącą nas odległość i złapałem go za nadgarstek, zanim zdążył wypić chociażby łyk.

- Harreh – wypowiedziałem jego imię powoli i spokojnie, upominając go. – Wiesz, że nie lubię, kiedy pijesz.

- Przecież ja nigdy nie piję.

- Właśnie. Tak ma zostać – szepnąłem mu do ucha, łapiąc go w pasie. – Haz…

Chciałem coś powiedzieć, ale głosny śmiech Li mi przeszkodził. Pokręciłem głową, odsuwając się. Wyjąłem mu kieliszek z ręki i wypiłem całą zawartość jednym duszkiem. Uśmiechnąłem się do loczka. Ten tylko pokręcił głową. Coś czułem, że powrót do domu będzie nieco cieżki dla nas obu.

**

Przeglądałem torby z prezentami, szukając pewnego, który bardzo mnie zaintrygował i rozkręcił by wręcz imprezę. Niall stał niedaleko mnie oparty o ścianę, z rękoma wciśniętymi w kieszenie. Wyglądał mega seksownie tak opierając się o ścianę. Grzywka trochę mu odrosła i znów opadała na czoło. Jednak wciąż była za krótka jak dla mnie.

- A! Jest! – zawołałem odsuwając od siebie na chwilkę myśli o blondynie. Z kolorowej torebki wyciągnąłem pudełko, a oczy mi zabłysły.

- Gra planszowa – stwierdził Niall, a ja spojrzałem na niego.

- To nie jakaś tam gra planszowa – stwierdziłem, zarzucając mu rękę na szyje i pociągając w stronę salonu. – To Alkochińczyk.

Pokazałem mu pudełko i uśmiechnąłem się zadziornie.

- I chcesz w to grać? – spytał, wskazując pudełko. Ja jak idiota wyszczerzyłem się i energicznie mu przytaknąłem.

- Ej, Loueh – zwróciłem się do mojego kumpla, który przemknął koło mnie. Spojrzał na mnie wysoko unosząc brwi – Skołuj jakieś procenty, zobacz w co będziemy grać?

Pokazałem mu planszówkę, a on podobnie jak ja wyszczerzył się jak głupi do sera. Uniósł w górę oba kciuki i już po chwili lawirował między gośćmi, głośno prosząc o przejście. Ja pociągnąłem Nialla za sobą do salonu. Rozłożyłem grę na stoliku i spojrzałem na nią.

- Naprawdę chcesz w to grać? – spytał mój blondynek, a ja podniosłem na niego wzrok.

- Tak – przyznałem. – Chcesz to też możesz grać. Nie jest skomplikowane.

- Nie, dzięki – pokręcił głową.

- Oj, no weź. Będzie zabawnie – zachęciłem go ustawiając pionki na starcie. – Nie bądź sztywniak.

Zaśmiałem się, a Niall ciężki wzdychając, usiadł naprzeciwko mnie. Lou wrócił po chwili z kilkoma butelkami i paczką orzeszków ziemnych w ustach. Wziąłem od niego kilka butelek i spojrzałem na etykietki, Wino, czysta i jakieś piwo. Wyszczerzyłem się na co on puścił mi oczko i usiadł obok mnie.

- Ej! Gramy w Alkochińczyka. Jacyś chętni?! – zakrzyknąłem na pokój. Po chwili dosiadło się do nas kilka osób, a obok mnie pojawił się Harry.

- A ty czego tu, rycerzyku? – spytałem, patrząc na niego.

- Też chcę zagrać – oświadczył.

- Ale przecież ty nie pijesz – stwierdził Louis, który siedział obok mnie.

- Właśnie, ty nie pijesz, więc usiądź sobie o tam – machnąłem ręką. – I się grzecznie przyglądaj.

Odsłoniłem szereg białych ząbków, a Loczuś prychnął, odwrócił się na pięcie i usiadł niedaleko nas, tak by mieć oko na Louisa.

- Proszę, Niall – podałem mu kostkę. – Jako solenizant wybieram ciebie byś zaczął.

Wziął ją ode mnie, przeczesał swoje farbowane kosmyki i rzucił.

- Trzy! – krzyknąłem dziwnie rozentuzjazmowany, a Niall ruszył swoim pionkiem. Stanął na polu z cyferką trzy, a ja na głos przeczytałem polecenie z niego. – Pijesz cztery razy i idziesz na pole dziewiąte. Dajcie kieliszek!

Lou podstawił mi pod nos kieliszek, który przesunąłem w stronę Nialla. W ręce chwyciłem czystą i odkręciłem.

- A nie możemy zacząć od czegoś słabszego? – zaproponował, widząc jak zapełniam niewielki kieliszek. Jęknął, a ja posłałem mu uśmiech.

- Pij – poleciłem. Westchnął ciężko i sięgnął po kieliszek. Jednym duszkiem przechylił go, a palący alkohol spłynął gardłem do żołądka. Skrzywił się i odstawił szklankę, którą natychmiast zapełniłem. Ponowił gest i znów się skrzywił. Znów nalałem czystej do kieliszka. On spojrzał na niego, po czym przechylił i wypił. Nalałem mu ostatnią kolejkę, a on pokręcił głową.

- No weź. To ostatnia kolejka. No dalej mały – dopingowałem go. Był taki słodki i niewinny. Nie chciałem tego w nim niszczyć, ale takie były zasady gry. – No dalej. Niall. Niall. Niall.

Po chwili do skandowania jego imienia dołączył Louis i reszta grających. Blondyn przetarł twarz, sięgnął po kieliszek i jednym duszkiem wypił tą kolejkę. Przy stoiku rozległy się brawa, a ja dostrzegłem jak Niall się krzywi i niezadowolony potrząsa głową.

Przesunąłem jego pionek na pole numer dziewięć, a on podał mi kostkę i otworzył orzeszki. Wziął garść i wrzucił do buzi. Uśmiechnąłem się pod nosem i rzuciłem kostką.

Gra się rozkręcała. Po kilku kolejkach już wszystkim było naprawdę przyjemnie, wesoło i miło. Louis chichrał się już ze wszystkiego jak leci. Nawet zwykły rzut kostką powodował u niego niekontrolowany chichot. Nawet Nialler, który tak się opierał by grać, miał z tego niezły ubaw.

Niall wypił kolejną już szklankę wina, przesunął swój pionek i śmiejąc się głupkowato, podał mi kostkę. Rzuciłem i przesunąłem swój pionek.

- Całujesz kogoś z języczkiem – coraz trudniej mi się czytało. – Lub cofniesz się na pole trzydzieści trzy i pijesz. Wybieram pierwszą opcję.

Stwierdziłem i rozejrzałem się po grających. Kogo by tu pocałować? Poczułem jak Louis wiesza mi się na ramieniu.

- Co powiesz na Nialla? – szepnął mi do ucha. Spojrzałem na niego, a on posłał mi głupi, pijacki uśmiech. Przeniosłem wzrok na blondyna, który nieudolnie dolewał do swojej szklanki wina. Uśmiechnąłem się, a w oku zapewne pojawiła się ta iskierka.

- Niall – oświadczyłem, a chłopak spojrzał na mnie tymi swoimi, błękitnymi oczyma i odstawił butelkę. – Chodź tu do mnie po całuska.

Poklepałem swoje kolano i posłałem mu uśmiech. Blondyn odwzajemnił gest i podniósł się z podłogi, na której siedział. Zatoczył się odrobinę i głupio się śmiejąc podszedł no mnie. Ujął dłoń, która wyciągnąłem w jego stronę i usadowił się na moim kolanie. Objąłem go ramieniem w pasie, a on jedną ze swoich dłoni ułożył na moim ramieniu. Chwyciłem jego podbródek i nakierowałem wprost na mnie. Nawet będąc pijanym był uroczy. Oczy błyszczały mu od alkoholu. Policzki przybrały jeszcze dorodniejszy odcień, a na ustach błąkał się delikatny uśmiech, który wyrażał jego zmieszanie. W mojej głowie echem odbiły się słowa Louisa.

„Tylko przy nim jesteś taki… inny. Ciepły i pogodny jak nigdy wcześnie”.

Uśmiechnąłem się. Szczerze. Poczułem to.

Nachyliłem się w stronę Nialla i złożyłem na jego ustach pocałunek. Po chwili rozchylił swoje wargi i dał mi wejść do środka. Wtargnąłem językiem w jego usta, przejechałem po zębach i otarłem się o jego podniebienie. Przysunął się bliżej, zaciskając rękę na mojej koszuli. Ja mocniej objąłem go w pasie, a wolną dłoń wplotłem w jego miękkie, blond włosy. Rozeszło się głośne: Uuuuu, które miałem szczerze w dupie i jeszcze bardziej pogłębiłem pocałunek.

„Ty go kochasz, durniu”.

Kolejne słowa Louisa odbiły się echem po mojej głowie. Miał racę. Zakochałem się.

Moja dłoń wsunęła się pod sweterek i bluzkę Nialla, aż przeszedł go dreszcz i uśmiechnął się przez pocałunek. Naparłem na niego i opadliśmy na zagłówek kanapy. Jego dłonie, powędrowały na moje plecy i mocno zacisnęły się na koszuli. Znów musnąłem jego podniebienie i lekko zacisnąłem dłoń na jego nagich plecach. Wygiął się pode mną jak kociak i tym razem ja uśmiechnąłem się przez pocałunek.

Zaczęło nam brakować tchu więc oderwałem się od niego. Za nami rozbrzmiały gromkie brawa i wiwaty. Spojrzałem Niallowi głęboko w oczy i na sam koniec, niezauważalnie musnąłem ustami czubek jego nosa. Resztę gry spędził na moim kolanie, głowę opierając na ramieniu. Ja co jakiś czas, głaskałem go po plecach, a on odwdzięczał się przeuroczym uśmiechem.

**

Wziąłem głęboki wdech. Ta całą sytuacja mnei drażniła. Potraktowali mnie jak dzieciaka! Skończyłem już 18, a mimo to Lou dalej nie pozwalał mi się porządnie zabawić. Sam poszedł grać w tę gupią grę i tak się upił, że pewne było, iż sam do domu nie da rady dojść. Gdyby nie nienawiść do Liama to zostawiłbym go tutaj, ale nie mogłem na to pozwolić. Ta noc nie będzie zbyt przyjemna, a Potwór Z Bagien był już kompletnie pijany. Spity w trzy dupy, jakby to powiedział Lou, który właśnie w tym momencie leżał na podłodze i śmiał się, nie wiadomo z czego. Blondynek wyglądał jakby zaraz miał zasnąć. Powieki mu się zamykały, a na policzkach widniały dorodne rumieńce. Wyglądał uroczo, nie będę kłamać. Niall to jedna z osób, które są jak kwiaty – delikatna i tak cudownie nieświadoma swojej wartości, że aż chce się ją obdarowywać najdroższymi rzeczami. To zdecydowanie nie był ktoś dla paniczyka Payne’a. On go zrani. Próbowałem mu to uświadomić, ale mnie nie słuchał.

Może nie powinienem się wtrącać? Nie mam odwagi podąrzać za sercem, a daję rady komuś, kto to własnie robi.

- Kocie! – Usłyszałem rozradowany głos tuż nad uchem. Louis stał blisko mnie. Tak, że czułem bijący od niego żar i odór alkoholu. Skrzywiłem się, lekko popychając go do tyłu. Nienaiwdziłem, gdy był pijany. – Odtrącasz mnie? – Złapał się dramatycznie za serce, po czym spojrzał do góry i lekko się zachwiał. Czknął. Już myślałem, że upadnie, chciałem go łapać, ale jakoś złapał równowagę. – Nie bawisz się dobrze… Co jest? Wróć do domu… - Czknął. – Jeśli chcesz. Dam radę. Dam radę… Jakoś dojdę sam do… mieszkania – szepnął, kładąc głową na moim ramieniu. Oddychał miarowo. Położyłem dłoń na jego plecach. – Harry, tak słodko pachniesz… Jadłeś cukierki? Zjadłbym… cukierki… - Powiedział sennie.

- Loueh – jęknąłem. – Nie zasypiaj na mnie. Nie jestes taki lekki!

Potrząsnąłem delikatnie jego ramieniem, ale nie zareagował. Westchnąłem. Złapałem go mocno w pasie i posadziłem na kanpanie, po czym delikatnie ułożyłem jego głowę na poduszkach. Wyglądał jak małe dziecko. Uśmiechnąłem się delikatnie, przeczesując palcami jego miękkie włosy. Mruknął coś pod nosem i skulił się nieznacznie. Wyprostowałem się, po czym zdjąłem z siebie marynarkę, a następnie nakryłem nią Lou.

- Tylko nie chrap, dobrze? – szepnąłem, całując go w czoło.

Bardzo wymownie odchrząknąłem. Tak, że wszyscy w salonie mnie usłyszeli. Klasnąłem w dłonie, uśmiechając się. Po chwili machnąłem ręką na gości, a potem w stronę hallu.

- Proszę wychodzić. Impreza skończona!

Zamroczeni alkoholem spojrzeli na mnie z wyrzutem. Większość już dawno była pijana. Ledwo stali na nogach, a jednak nie chcieli przerywać imprezy. Za dobrze się bawili. Westchnąłem, po czym wyrwałem kieliszek pierwszemu, który mi się nawinął i wylałem zawartość na podłogę.

- Wynocha!

Pare osób zmarszczyło brwi, inni się śmiali albo patrzyli zdziwieni, jednak tym razem mnie posłuchali. Kilkadziesiąt osób wyszło naraz do hallu i tłoczyli się przed drzwiami, wychodząc niezgrabnie. Pokręciłem głową, widząc skołowanego Liama, który właśnie wyszedł z łazienki. Lekko się zatoczył, gdy jakiś chłopak otarł się o niego, przepychając między resztą gości. Podparł się o ścianę, a ja spokojnym krokiem ruszyłem do niego. Wziąłem go pod ramię i zaprowadziłem, do któregoś z pokoi. Nie patrząc na nic, rzuciłem go – może trochę zbyt brutalnie na łóżko – ale był tak skołowany, że tylko wtulił się w poduszkę, mamrocząc pod nosem.

- Niall… Gdzie jest Niall? – szepnął ledwie dosłyszalnie.

Zamarłem. Czyżby naprawdę mu zależało? To nie była tylko gra? Podobno pijany człowiek ukazuje swoją prawdziwą naturę. Czy prawdziwy Liam Payne tak naprawdę troszczył się o kogoś więcej niż siebie samego? To była tak inna jego strona, że zastygłem. Patrzyłem jak wymawia jego imię parę razy, zanim zasnął.

Chyba Lou miał racje. Liam nie jest aż tak zły.

Kiedy wyszedłem z sypialni, skierowałem się do kuchni. Wygoniłem wszystkich z salonu, ale nie z kuchni. Wydawało mi się, że nikogo tam nie ma, ale było lepiej sprawdzic dla bezpieczeństwa. Stanąłem w drzwiach, rozglądając się po pomieszczeniu. Z początku nikogo nie zauważyłem, ale potem w oczy rzucila mi się blond czupryna. Niall leżał z głową na wysepce i smacznie sobie spał. Mój wzrok zmiękł. Podszedłem do niego i położyłem mu rękę na ramieniu.

- Niall. Niall, obudź się.

- Co? Jak? Gdzie? – Podniósł głowę zdezorientowany i zaczął się rozglądać we wszystkie strony.

- Lepiej idź się przespać w pożądnym łóżku a nie tutaj. Liama już zaprowadziłem do sypialni. Ciebie też mam?

- Dam.. radę – powiedział powoli, wstając niezgrabnie, ale tylko się lekko zatoczył, po czym już później normalnie opuścił pomieszczenie.

Podrapałem się w głowę. Jeszcze Louis. Szykowała się ciężka droga powrotna. Nie miałem kasy, więc taksówka odpadała. Jakikolwiek autobus też. Trzy przecznice to nie tak daleko, ale kiedy trzeba ciągnąć za sobą pijanego Lou, nie jest tak przyjemnie.

**

Nachyliłem się do drzwi i mrużąc oczy spojrzałem na klamkę, która raz była blisko, raz daleko. Wyciągnąłem rękę i położyłem na niej palce.

- Tak – zawołałem cicho pod nosem i nacisnąłem klamkę. Z tyłu dobiegł mnie głos Harry’ego, który próbował dobudzić Louisa. Chwilę przysłuchiwałem się błagalnym jękom Loczka, po czym najciszej jak umiałem, wśliznąłem się do pokoju. Zamknąłem za sobą drzwi i spojrzałem na łóżko, gdzie zapewne leżał dzisiejszy solenizant.

- Liam – wyszeptałem cicho, jednak nie usłyszałem odpowiedzi. Zapewne spał sobie smacznie. Tak więc nie chcąc go obudzić, przemknąłem przez pokój, potykając się o własne nogi.

Wymacałem brzeg materacu, wdrapałem się na niego i opadłem na poduszki tuż obok Liama. Przekręciłem głowę i spojrzałem prosto w jego spokojne oblicze. Ciepły oddech Liama lekko łaskotał moją twarz. Uśmiechnąłem się lekko i przysunąłem bliżej. Chwyciłem jego rękę, uniosłem i wśliznąłem się pod nią. Ciepła skóra ręki Liama zetknęła się z moją na karku co spowodowało, że przeszedł mnie niekontrolowany dreszcz.

Sięgnąłem do jego twarzy i palcem przejechałem po jego nosie. Od nasady po sam czubek. Poruszył się nieznacznie, a ja cofnąłem dłoń, przerażony, że go obudziłem. Westchnął głośno, jego dłoń z szyi, zjechała na kark i przysunął mnie bliżej siebie. Schował twarz w moim ramieniu.

- Cześć Niall – odezwał się zachrypniętym głosem, mocniej zaciskając dłoń na moim swetrze.

- Skąd wiesz, że to ja? – spytałem, wplatając palce w jego kręcone włosy.

- Bo pachniesz jak Niall – odpowiedział, a jego nos przejechał po mojej szyi. – Lawendą i grejpfrutem.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Faktycznie. W perfumach, które zawsze kupowałem w skład wchodził właśnie grejpfrut, lawenda i rozmaryn.

- Wiesz co – ponownie odezwał się Liam, muskając ustami moją szyję. – Nie wiem jak ty, ale ja czuję niedosyt.

- Niedosyt czego? – zdziwiłem się, marszcząc brwi.

- Ciebie – szepnął mi na ucho i przygryzł jego płatek. Zalała mnie fala gorąca i nim się obejrzałem Li przewrócił mnie na plecy, usiadł na mnie okrakiem i przycisnął mocno moje nadgarstki do materaca.

- Niewyżyty jesteś – stwierdziłem, a na jego twarz wtargnął zadziorny uśmiech, który strasznie mnie kręcił. – To była tylko gra.

- Ale ja chcę więcej – szepnął w moje usta i musnął je delikatnie. – Wtedy byliśmy przy ludziach. Ja chcę tak jak ostatnio gdy byliśmy we dwoje w moim pokoju.

Serce zabiło mi mocniej gdy przypomniałem sobie poranek po burzy. Potem Liam wpadał tylko do kwiaciarni na godzinkę lub półtorej i rozmawialiśmy.

Z tego chwilowego rozkojarzenia wyrwały mnie gorące usta Payne’a, delikatnie muskające moją szyję. Wykorzystał to, że uciekłem myślami gdzie indziej i teraz wyznaczał sobie ścieżkę swymi cudnymi ustami. Zaczął przy obojczyku i szedł co raz wyżej. Potem powoli po policzku, aż dotarł do kącika moich ust. Mimowolnie przekręciłem lekko głowę, chcąc poczuć jego usta na swoich. W ostatniej chwili jednak się powstrzymał i uśmiechnął szelmowsko.

- Wredny jesteś – stwierdziłem i zacząłem się szarpać. – Najpierw zachęcasz, a potem nie kończysz.

- A więc jednak też chcesz – odezwał się rozbawiony, a ja zerknąłem na niego z niezadowoloną miną. Uśmiechnął się i nachylił. Językiem przejechał po mojej dolnej wardze, a potem ją przygryzł. Wiedziałem do czego do zmierza i nie broniłem się gdy język Liama otarł się o mój. Zakręciło mi się w głowie i zrobiło tak dziwnie słabo.

Delikatnie muskając opuszkami palców moją skórę, przesunął swoje dłonie wzdłuż moich rąk, potem w dół po piersi, aż dotarł do brzegów mojej koszulki. Chwycił ją i zdjął ze mnie razem ze sweterkiem, który również miałem na sobie. Porządnie wpił się w moje usta, jedną ręką obejmując mnie w pasie, a drugą błądząc po moim ciele. Ja w tym czasie sięgnąłem do koszuli Liama i zacząłem ją rozpinać.

Oderwał się ode mnie na moment i zdjął z siebie koszule, rzucając gdzieś w kąt. Na moment zawiesiłem oko na jego dobrze wyrzeźbionym ciele, po czym znów wpił się w moje usta. Splótł nasze dłonie i nie przestawał obsypywać mnie tymi słodkimi, pełnymi pasji, pocałunkami.

Przeniósł się z pocałunkami na moją szyję, obojczyk, klatkę.

- Liam – wyszeptałem jego imię. – Wystarczy.

Złożył ostatni pocałunek na moim brzuchu, po czym musnął moje usta.

- Wybacz jeśli cię uraziłem – szepnął prosto w moją twarz, patrząc na mnie z taką troską w oczach.

- Po prostu nie chciałem żebyśmy posunęli się za daleko – odpowiedziałem. – Jesteśmy pijani. A do tego jesteśmy przyjaciółmi.

- Tak. Przyjaciółmi - mruknął, odwrócił wzrok, po czym zszedł ze mnie. Ułożył się na boku plecami do mnie. Chwilę się w nie wpatrywałem, po czym sięgnąłem po koc i nakryłem nas nim. Przysunąłem się bliżej i oparłem czoło o jego ciepłe plecy. Zamknąłem oczy i powoli zacząłem odpływać.

- Kocham Cię – usłyszałem gdzieś z daleka głos Liama. Nie byłem do końca pewny czy to jawa, czy może już sen.

- Też cię kocham – mruknąłem w odpowiedzi i bardziej wtulając się w Liama, zasnąłem.

**

Obudzić Lou jest ciężej niż przekonać go, by poszedł wczesniej spać. Nie ważne, jak głośno krzyczałem mu do ucha, czy jak mocna go szturchałem – nie reagował. Mruknął coś pod nosem i bardziej wtulił w moją marynarkę. Był uroczy. Westchnąłem, po czym po prostu złapałem go za ramiona i postawiłem na nogi. Zachwiał się, a potem uchylił powieki. Uśmiechnął się sennie, zarzucając mi rękę na szyję. Chwyciłem fo w pasie. Niepewnym krokiem wyszliśmy z kamienicy, w której mieszkał Liam.

Szliśmy, a właściwie toczyliśmy się po ulicy. Lou zaśmiał się i gdybym go nie trzymał, zapewne upadłby na środku ulicy. Sapnąłem, łapiąc go pewniej. Nie był taki ciężki, ale w ogóle nie współpracował, więc nie było to łatwe zadanie – zabrać go do domu.

Ponownie dzisiejszego dnia zatonąłem w jego oczach. Zapadałem się. Tonąłem. Brakowało mi powietrza i nie mogłem oddychać. Hipnotyzował mnie sowimi soczyście niebieskimi w świetle lamp tęczówkami. W jego oczach było widać, że jest pijany. Nie był świadom tego, co robi, a ja chciałem to wykorzystać. Czułem się z tym źle, ale nie umiałem się powstrzymać. Nawet zapach alkoholu, jaki od niego bił nie umiał mnie powstrzymać. Podniosłem głowę do góry i przyciągając go do siebie mocniej, złożyłem na jego ustach delikatny pocałunek. Już miałem się odsunąć i udać, że nic się nie stało, ale on położył ręce na moich biodrach, napierając na mnie. Wsadził kolano miedzy moje nogi, robiąc krok do przodu i pogłębił pocałunek. Jeszcze nigdy nie czułem się tak wspaniale podczas pocałunku. To było jak lot. Tak. Miłość była jak lot. To dlatego mówi się, że dodaje skrzydeł. Kiedy całowaliśmy się, czułem taką dziwną lekkość i motylki w brzuchu. Po chwili przejechał językiem po moich ustach, wiec rozchyliłem wargi. Przesunąłem dłońmi po jego torsie i zacisnąłem je na jego szyi. Kiedy jego język wtargnął do środka moich ust, zrobiło mi się gorąco. Cały świat przestał istnieć. Wszystko inne poza nim nie miało znaczenia. Nasze języki walczyły o dominacje, a w powietrzu dało się czuć pożądanie, które od nas biło. Jego dłonie przesunęły się z moich bioder na pośladki i zacisnęły się na nich. Cichy jęk wydobył się z moich ust. Serce biło mi tak szybko, jakbym przebiegł właśnie maraton i nie miało się ono prędko uspokoić. Lou przeszedł z pocałunkami na moją szyję. Wsunąłem palce w jego włosy, gdy zaczął mi robić malinkę. Przygryzłem dolną wargę, powstrzymując się od ponownego jęknięcia. Kiedy skończył, wrócił znów do moich ust. Nie trwało to jednak długo, bo po chwili wtulił swoją twarz w zagłębienie mojej szyi.

- Zależy mi na tobie – szepnął. – Cholernie mi zależy…

- Louis, ja… - chciałem odpowiedzieć, ale słysząc, jak jego oddech się uspokaja, postanowiłem być cicho. – Lou, zasnąłeś na mnie?

W odpowiedzi usłyszałem tylko ciche pochrapywanie. Przeczesałem jego włosy, po czym złożyłem długi pocałunek na czubku jego głowy. Moje serce zmiękło. Miałem tylko nadzieję, że jutro nie będę miał malinki.


10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz