16
Siedziałem na swoim łóżku, tępo patrząc się na ścianę. Czułem jak po moich bladych, papierowych policzkach lecą ciurkiem, łzy. Moja wątła ręka powędrowała do twarzy, żeby zetrzeć słony płyn. Płakałem odkąd wróciłem z urodzin Nialla. Za każdym razem, gdy nasze spojrzenia się spotykały czułem jak moje serce rozpada się na miliony części. Jego niebieskie tęczówki przeszywały mnie na wskroś. Czemu widziałem w nich zawód? Ech byłem w takim stanie, że mogłem wszystko w nich widzieć.
A tamten raz w kuchni? To jak jego usta dotknęły moich, myślałem, że odlecę w inną galaktykę. Czułem jak wszystko się miesza mi przed oczami. Sam tego chciałem, ale kiedy mnie przygwoździł do ściany, moje nogi się ugięły. Ile bym oddał, żeby to wszystko powtórzyło się jeszcze raz. Tyle, że bez jego ucieczki.
Nie rozumiałem czemu to zrobił, czemu uciekł ode mnie. Dlaczego zostawił mnie tam z rozerwanym i krwawiącym sercem. Opadłem na poduszki i przykryłem twarz kołdrą. Chciałem się odciąć od świata, zniknąć i nie wrócić. Leżąc i nie myśląc, usłyszałem jak ktoś wchodzi po schodach. Moje serce automatycznie przyspieszyło biegów, a wręcz eksplodowało, gdy ten ktoś zastukał szyfr.
Zabrakło mi na sekundę, może więcej, tak bardzo potrzebnego powietrza. Próbowałem uspokoić moje serce, a nic nie wskazywało na to, że ma jakkolwiek zwolnić biegu.
– P-proszę – wychrypiałem. Nie było mnie stać na coś większego. Drzwi lekko skrzypnęły, a w pokoju pojawiła się sylwetka Louisa. Jego twarz była wyprana z emocji, a skóra była ziemista, taka szara. Oczy nie miały tego błysku, co zawsze. Automatycznie mój humor się pogorszył. Kiedy obejrzałem dokładnie każdy element jego twarzy, dostrzegłem, że w rękach trzyma tace z kanapkami i kubek z parującym napojem.
Podszedł do łóżka i postawił tacę na szafce nocnej. Spojrzał z troską na mnie i spuścił wzrok.
– Przyniosłem ci jedzenie. Nie jesz nic od kilku dni. – zaśmiałem się ironicznie w myślach. Czy on jest aż tak ślepy, żeby nie zauważyć pewnych aspektów? Jest głupi. – Chcę, żebyś to zjadł. Masz – podsunął mi kanapkę z szynką, sałatą i pomidorem. Skrzywiłem się na zapach i wygląd. Nie mogłem tego zjeść, to wbrew mojej naturze. Spojrzałem błagalnie na chłopaka, ale jego oczy mówiły, że mam to zjeść bez dyskusji.
– Nie chce mi się jeść, Louis – szepnąłem. Chłopak mnie nie posłuchał i wsadził to lekko otwartej buzi, kanapkę. Czułem jak żołądek robi fikołka i podchodzi mi do gardła. Wyrwałem się Lou i pobiegłem do łazienki. W amoku dotarłem do muszli i pochyliłem się nad nią. Gardło mnie paliło, kwas jaki wydobywał się z mojego żołądka wyżerał mi przełyk. Czułem ponownie łzy na policzkach. Wiedziałem, że się na mnie patrzy. Wiedziałem, że nie ma pojęcia co się dzieje. Dlaczego tu siedzę.
– Odejdź. Odejdź, Louis! – krzyknąłem, dławiąc się łzami.
– Nie. Wytłumacz mi co się dzieje! – poczułem jak klęka za mną i dotka mojego ramienia. Wzdrygnąłem mimowolnie. Nie chciałem, żeby wiedział. Nie chciałem, żeby ktokolwiek wiedział. – Harry, co ci jest? To nie jest normalne.
Westchnąłem i otarłem twarz ręką.
– Jestem chory od jakiegoś czasu, Louis. – szepnąłem i wstałem z podłogi. Ruszyłem ku mojemu pokoju i zamknąłem drzwi, osuwając się po nich. Wszystko się jebie. On nie miał się o tym wszystkim dowiedzieć, to nie miało być tak. Wszystko poszło nie po mojej myśli, to nie tak. Wszystko miało być inaczej. Skuliłem się i zacząłem cicho szlochać. Nie miał pojęcia jak bardzo go kocham. Jak bardzo zależy mi na jego szczęściu. Nie wiedział, że ten pocałunek z imprezy i ten kuchenny miały dla mnie niebywałe znaczenie.
– Oh nie masz o niczym pojęcia, Louis – mruknąłem. Mój mózg sobie wyobraża jak on siada po drugiej stornie drzwi i słucha mojego wywodu. Nie ma co, mam wybujałą wyobraźnie.
– To mi wytłumacz, Harreh – usłyszałem zza drzwiami. Przez moje ciało mimowolnie przeszedł dreszcz. Nie podniecenia, nie wcale nie ten. Tylko strachu. Tak przeraźliwie się bałem. Wiedziałem, ż będzie chciał znać szczegóły, których za Chiny nie chciałem mu wyjawiać. A co jeśli się odsunie i nigdy już nie wróci? Tego bałem się bardziej, niż faktu, że może mnie wyzywać od najgorszych. Był moim powietrzem, czymś czego potrzebowałem do normalnego egzystowania w tym popierdzielonym świecie. A przecież bez tlenu nie można funkcjonować, czyż nie?
– Nie chce, Loueh. To zbyt trudne. – pokręciłem głową, ale zdałem sobie sprawę, że to niczego nie tłumaczy, bo i tak mnie nie widzi. Westchnąłem i wyprostowałem nogi. Nie miałem pojęcia od czego zacząć. To wszystko stawało się takie żałosne.
– Proszę cię, Harry! To nie jest jakaś błahostka. To poważna sprawa, jesteś chory, a ja chce ci pomóc. Daj sobie pomóc, Hazza! – uniósł głos, mogłem sobie wyobrazić jak bardzo targają nim sprzeczne emocje. Czułem jak się o mnie martwi.
– A może nie chce, żeby mi pomagać?! Co jeśli tej chorobie nie można w ten sposób pomóc!? – tym razem to ja krzyknąłem. Nie miał pojęcia czym jest ta choroba, a chciał się na upór w nią wplątać. To była jedna z niewielu cech Louisa, która nadzwyczaj mnie drażniła. Zawsze musiał wszystko wiedzieć i mieć kontrolę. To było frustrujące.
Usłyszałem zza drzwi cichy szloch. Nie, nie, nie! Tylko nie to! Sprawiłem, że się popłakał. To wszystko nie tak. Czemu teraz nagle się wszystko pieprzy?
– Louis! – krzyknąłem ze szlochem przez drzwi. Na mój podniesiony głos zareagował jeszcze większym płaczem. – Nie płacz, proszę.
– Jak – pociągnął nosem. – mam nie płakać, skoro mi nie ufasz? Myślałem, że coś dla ciebie znaczę. Że możesz mi powiedzieć wszystko. A teraz, – ponownie usłyszałem szloch – kiedy chodzi o twoje zdrowie, a może nawet życie, ty się mnie wypierasz. Tak się nie zachowują przyjaciele. – jęknął.
Nie wiem dlaczego, ale poczułem, że to jest moment w którym nie tylko otworzę drzwi do pokoju, ale także do mojego serca. Jeśli ma już się odsuwać, to chciałem, żeby wiedział, że go kocham najmocniej na świecie. Że jest świtałem.
Do sięgnąłem klamki i pociągnąłem ją w dół. Moim oczom ukazała zapłakana twarz najpiękniejszej istoty na świecie. Podpuchnięte oczy dodawały mu uroku, a lekko drżąca warga jeszcze bardziej pociągała mnie do składania na jego ustach pocałunków.
– Nie jesteś moim przyjacielem, Louis – szepnąłem. Obserwując cały czas jego mimikę twarzy, widziałem jaki cios dostał. W jego zielono– niebieskich oczach zebrały się na nowo łzy, które zaraz potem spłynęły po policzkach. Podniósł się gwałtownie i spojrzał na mnie z zawodem, żalem i załamaniem w oczach. Również się podniosłem.
– Co? Jak to? A te wszystkie chwile? Nic się dla ciebie nie liczy? – krzyknął załamującym się głosem prosto w moją twarz. Bolało, ale miałem plan. Odrzuci mnie albo przyjmie.
– Wysłuchaj mnie do końca, Louis! – teraz to ja wrzasnąłem na niego. Złapałem go za nadgarstki, ale on się wyrwał. Skoro nie tak, to inaczej, będziemy postępować Louis. Zacisnąłem dłonie na jego przegubach i przycisnąłem do ściany. Widziałem strach w jego oczach, ale to było konieczne. Nie chciał mnie wysłuchać po dobroci.
– Nie chce! Już dosyć powiedziałeś, dziękuje, że jestem śmieciem! – jęknął, a w jego oczach zobaczyłam ból, który uderzył mnie w serce. Spowodowałem, że Louis cierpi.
– Nie powiedziałem, że jesteś śmieciem, tylko, że nie jesteś moim przyjacielem. – szepnąłem prosto w jego twarz.
– A to nie oznacza tego samego? – mruknął.
– Nie. Nie jesteś moim przyjaciele, Lou. Jesteś kimś znacznie ważniejszym. Kocham cię, Louis. Jak nikomu innego. Od naszego pierwszego spotkania. Tego uczucia nie da się opisać od tak, Loueh. Ale wiedz, że cie kocham. A teraz możesz mnie zostawić, bo twój najlepszy przyjaciel cie kocha. – szepnąłem i spuściłem wzrok na swoje trampki. Lou wyswobodził swoje dłonie spod mojego uścisku i dotknął mojej twarzy. Schylił się i dotknął swoimi wargami moich. Przez pierwsze sekundy nie wiedziałem co się do końca dzieje. Jego ciepłe usta dotykały mych jakby bały się bały. No ale czego, skoro to ja przed chwilą wyznałem mu miłość?
– Ja też cię kocham, Hazz – szepnął odrywając się ode mnie. – Nawet nie wiesz jak bardzo. – tym razem to ja pocałowałem jego. Czułem w tym momencie, że wszystko mogło się ułożyć. – A teraz mi powiesz co się z tobą dzieje, kochanie?
Przytaknąłem i biorąc go za dłoń poprowadziłem do pokoju. Usiadł na łóżku, a ja zacząłem chodzić po pomieszczeniu. Nie miałem pojęcia od czego zacząć. Teraz wydawało się to wszystko bardziej skomplikowane. Miałem nadzieje, że mnie odepchnie i nie będę musiał niczego mu tłumaczyć. Co jak co, ale często nie szło wszystko po mojej myśli.
– To trudne, Louis – jęknąłem, a w moich oczach pojawiły się łzy. – Um więc jestem chory, ale to już wiesz. Ta choroba nie należy do najprzyjemniejszych. Jem bo jem, ale czuje się z tym cholernie winny. Każdy kęs powoduje, że mam ochotę sobie coś zrobić. Głodzę się, ale w pewnym momencie nie mogę się powstrzymać i jem co mi w ręce wpadnie. Jeśli będziesz uważał mnie za wariata to się zgodzę bez wahania, bo przecież to siedzi tutaj – pokazałem na moją głowę. – To wszystko zaczęło się jeszcze długi czas przed naszym spotkaniem. Nienawidziłem swojego ciała. Szczerze go nienawidziłem. Dla mnie miało miliony kompleksów. Nie ważne, co inni mówili, ja wiedziałem swoje. Byłem załamany swoim ciałem.
– Przecież masz idealne ciało, Harry! – podniósł głos. Nie rozumiał mnie i mojego problemu. Tego się właśnie bałem.
– Ale wtedy nie miałem. Teraz zresztą sądzę, że też nie mam. Jest tyle, rzeczy które chciałbym w sobie zmienić, ale z drugiej strony nie chce już mieć tej świadomości, że jestem chory. To mnie powoli zabija. Ta cholerna świadomość. Bo ja już nie będę zdrowy, nigdy Louis.
– To się da leczyć, Hazza! Ja ci pomogę, kochanie, wyjdziesz z tego. Są specjalistyczne kliniki, tam ci pomogą. – popatrzył na mnie tymi wielkimi oczami. Znowu widziałem w nich ból.
– Tyle, że ja chyba nie chce być zdrowy. To wszystko się wyklucza, wiem. Ale będzie mi czegoś brakować, jak nagle zbraknie mi mojej cichej zabójczyni.
Wiedziałem, że wszystko co mówiłem uderzało prosto w serce Lou. Wiedziałem, że go ranię, ale chciał prawdy więc mu ją powiedziałem. Nikt nie zapewnił go w tym, że będzie to wszystko kolorowe i miłe w doznaniach. To była okrutna prawda.
– Harry, ty zaczynasz bredzić. Jaka chicha zabójczyni? To tylko zaburzenia odżywiania. To da się wyleczyć!
– To nie są zwykłe zaburzenia! – warknąłem, patrząc w okno. – Mam anoreksje bulimiczną, to nie takie hop siup. Już za długo w tym siedzę, żeby ot tak się wyleczyć. Nie wiesz co mówisz Louis.
Lou spojrzał na mnie i podniósł się z łóżka. Podszedł do mnie i mocno przytulił moje ciało do własnego. Czułem jego przyjemne ciepło i troskę jaka od niego emanowała. Po tym geście wiedziałem, że wszystko się ułoży. Przynajmniej miałem taką cichą nadzieje.
– Damy radę, Harry. Uleczę cię moją miłością. – pocałował moja skroń i wtulił się w szyję. To była jak przysięga wieczysta
16
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz