wtorek, 21 stycznia 2014

803

10

Kiedy Louis podjechał pod dom Maxa zobaczył go wsiadającego do swojego samochodu. Szybko wyszedł ze swojego i podszedł do niego powoli. Blondyn zatrzymał się i spojrzał ze zdziwieniem na Lou. Nie spodziewał się jego wizyty.

- Co tu robisz Louis? – zapytał chłodno.

- Chcę żebyś powiedział mi co się wczoraj stało. – odparł Louis stając po drugiej stronie jego auta i patrząc na niego.

- To Harry nic ci nie powiedział? – prychnął.

- Powiedział. – przytaknął cicho Louis, a jego oczy zmrużyły się lekko - Ale nie sądziłem, że to prawda…

Blondyn patrzył na niego chwilę zastanawiając się nad czymś, aż westchnął ledwo dosłyszalnie.

- To nie jest prawda. Właśnie jechałem się gdzieś przejść, wsiadaj, wszystko ci powiem.

- Ale…

- Wsiadaj. – przerwał mu, a Louis nie myśląc za wiele podszedł do jego auta i usiadł na miejscu pasażera.

Max wrzucił bieg i chwilę później ruszyli.

- Nie sądziłem, że mi uwierzysz. – zaczął blondyn patrząc na drogę– Nie sądziłem, że po tym co ci powie Harry będziesz chciał mnie słuchać.

- Dlaczego miałbym nie słuchać? Max, ufam ci, mimo, że mam dziurę w głowie. Nie mam pojęcia co się wczoraj działo. Chciałbym żebyś mi to wyjaśnił… Harry mówił takie rzeczy…

- On jest zazdrosny, mówiłem ci. – prychnął skręcając gdzieś – Przyszedłeś do mnie wczoraj zapłakany bo ten idiota cię uderzył. Piliśmy trochę, nic więcej, po prostu chciałem żebyś przestał o tym myśleć i ty się zgodziłeś. I kiedy już mieliśmy kłaść się spać Harry wpadł jak szalony… bez pukania… no i cię zabrał. Mało tego, zobacz na moją twarz. Widziałeś żeby on miał coś na swojej? …No właśnie.

- To wszystko? – zapytał Louis nie wiedząc co o tym myśleć. Ufał Maxowi, znali się już długo i do tej pory nie wykręcał mu żadnych numerów, a wręcz przeciwnie. Zachowywał się naprawdę w porządku.

- Tak, przysięgam. – skłamał blondyn wykorzystując jego ufność i naiwność.

- Dlaczego nic nie pamiętam?

- Powiedziałbym, że przez alkohol, ale to raczej niemożliwe. Harry musiał ci czegoś dosypać.

- Nie… on nigdy by…

- Cholera przestań go bronić Louis. – zirytował się rzucając mu krótkie spojrzenie znad kierownicy – Nie widzisz ile krzywdy ostatnio wyrządził? Jak popchnął mnie na lodówkę? On jest popieprzony, totalnie zwariował i…

- Proszę nie mów tak. Może i zachowuje się trochę… inaczej… ale wierzę, że ma jakiś powód. – powiedział – Gdzie jesteśmy? Dlaczego tu skręcasz? – zdziwił się widząc, że wjeżdżają do jakiegoś lasu – Max?

- Bo chcę się przejść. To miejsce jest w porządku. – mruknął, a szatyn przełknął ślinę i rozejrzał się trochę nerwowo.

Nie, to miejsce nie było w porządku. W porządku by było, gdyby zatrzymali się na parkingu przy lesie i szli wyznaczoną ścieżką, a nie wjechali na trawę. Max wysiadł z auta i Louis niechętnie zrobił to samo.

Otoczyła ich przerażająca leśna cisza, którą co jakiś czas przerywały ptaki latające nad ich głowami. Zeszli w dół małą, wydeptaną ścieżką i zatrzymali się przy niewielkim jeziorku.

- Ładnie, prawda? – zapytał Max, a Lou kiwnął głową. Nie wiedząc dlaczego zaczął się bać.

Wyjął telefon chcąc coś sprawdzić, ale niemal natychmiast blondyn zabrał mu go z ręki. Szatyn znów przełknął ślinę. To zdecydowanie nie była normalna sytuacja, a Max nie zachowywał się normalnie. Wręcz przeciwnie, wszystko co robił przerażało Louisa.

- Żadnych telefonów Lou. Mieliśmy pogadać. – powiedział wyłączając jego iphone’a i chowając do kieszeni swoich jeansów.

- Myślałem, że już wszystko mi powiedziałeś. Możemy już wracać? Proszę… chcę wrócić Max.

- Boisz się mnie, czy co? – zaśmiał się robiąc krok w jego stronę, a Lou automatycznie się cofnął.

- N-nie. Po prostu… dziwnie się zachowujesz. – wziął głęboki oddech – Przerażasz mnie tym. Dlaczego tu przyjechaliśmy?

Chłopak znowu się zaśmiał robiąc kolejny krok, a wyraz jego twarzy nagle się zmienił. To już nie była ta sama osoba, z którą Lou się spotykał. W oczach miał coś okropnego i złego.

- Bo chcę dokończyć to co wczoraj zaczęliśmy. – mruknął.

- Nie rozumiem? Max o co cho…

- Kurwa, zamknij się Louis. Dobrze wiesz o co chodzi i wiem, że po to do mnie przyszedłeś. Chcesz tego tak bardzo jak ja. Czekałem na ciebie zbyt długo.

- Co? O czym ty mówisz? – zdenerwował się cofając do tyłu.

Max był coraz bliżej, a on cofał się coraz bardziej i wtedy podjął decyzję. Odwrócił się na pięcie i puścił biegiem przez las. Miał nadzieję, że blondyn mu odpuści, że nie pobiegnie za nim, ale mylił się. Słyszał jego głośne przekleństwa i krzyki.

Biegł najszybciej jak mógł, mimo tego, że był zmęczony i słaby. Co jakiś czas potykał się o wystający korzeń, ale słysząc, że blondyn biegnie za nim nie chciał się zatrzymywać.

- Ahhh! – krzyknął z bólu, gdy rozdarł sobie rękę o jakąś roślinę.

- I tak nigdzie nie uciekniesz Louis! Zatrzymaj się, a będę delikatny! – usłyszał tuż za sobą.

Oddychał szybko i nagle potknął się o coś tracąc równowagę, a Max wpadł prosto na niego. Upadli na ziemię szarpiąc się chwilę. Przeturlali się z małej górki zdzierając sobie skórę z rąk, aż zatrzymali się na samym dole.

- I co teraz? – spytał blondyn ze śmiechem, gdy unieruchomił pod sobą chłopaka – Mówiłem ci żebyś się zatrzymał to będę delikatny, prawda? Straciłeś swoją szansę, chciałem być miły, naprawdę chciałem. Wczoraj też mogło być fajnie…

- Przestań! – krzyknął Louis szarpiąc się desperacko – Jesteś psychiczny! Lecz się… kurwa!

- Zamknij się. – warknął rozpinając mu spodnie, a Louis zaczął głośno krzyczeć i piszczeć.

Blondyn śmiał się.

- Nikt cię tu kurwa nie usłyszy. Nikt ci nie pomoże. Nawet twój pieprzony Harry!

- Jesteś pewien? – usłyszeli nad sobą i gdy Max odwrócił głowę zobaczył Harry’ego.

- Styles, co za niespodzianka. – prychnął – Co cię tu sprowadza?

- Dowiedziałem się trochę o tobie Max… a może Denis bo tak masz naprawdę na imię.

- Nie wiem o czym mówisz…

- Oh dobrze wiesz. Dobrze wiesz o czym mówię. O szpitalu psychiatrycznym, o trzech chłopakach, z którymi się spotykałeś i którzy zaginęli w dziwnych okolicznościach, o tym jak tatuś cię wykorzy…

- ZAMKINIJ SIĘ! - krzyknął sięgając do kieszeni, gdzie trzymał scyzoryk.

- Harry on ma… - chciał krzyknąć Lou, ale Max uderzył go pięścią w twarz, po czym podniósł się rzucając na Harry’ego.

Szarpali się chwilę i okładali, aż Max wylądował na nim ze scyzorykiem tuż nad jego twarzą. Gdyby Harry nie trzymał jego nadgarstków już dawno byłoby po nim.

- Za kilka minut będzie tu pełno ochroniarzy. – syknął brunet mocując się z nim chwilę – Na twoim miejscu spierdalałbym póki możesz…

- Najpierw przelecę swojego chłopaka. – zaśmiał się widząc, że Harry nie ma już siły i w tym samym momencie Louis kopnął go mocno przez co stoczył się na bok.

Max jednak zareagował szybko bo podniósł się z ziemi, szarpnął Louisa i przyłożył mu nóż do szyi śmiejąc się głośno. Harry również wstał oddychając szybko. Szatyn patrzył na niego przerażonym wzrokiem czując ostrze dotykające jego skóry, a blondyn stał za nim uniemożliwiając mu ucieczkę.

- Zostaw go – powiedział cicho Harry.

- Niby czemu? To przecież mój chłopak, prawda? – uśmiechnął się liżąc skórę Louisa na co chłopak zadrżał nieznacznie – Zamierzam w końcu się do niego dobrać. Jeśli chcesz możesz patrzeć, nie przeszkadza mi to.

Louis zapłakał słysząc te słowa.

- Max proszę… - powiedział czując jak łzy spływają mu po policzku – Nie jesteś taki. Pozwól sobie pomóc, proszę, Max…

- Nie potrzebuję kurwa żadnej pomocy! – krzyknął denerwując się – Więc zamknij się, rozumiesz?! Zamknij ryj i nie pogarszaj swojej sytuacji! – zawołał szarpiąc nim boleśnie – Gdzie powinienem to wbić, hm? – zaśmiał się zsuwając nóż po jego klatce piersiowej i brzuchu.

Sięgnął wolną ręką do spodni szatyna, który dławił się własnymi łzami, gdy usłyszeli jakieś głosy zmierzające w ich stronę.

- To już koniec Denis. – powiedział spokojnie Harry – Policja i nasza ochrona zaraz tutaj będą. Zostaw go.

- Nie. – syknął - Jeśli ja nie mogę go mieć… To nikt nie będzie.

Louis zbladł wiedząc co się za chwilę stanie.

- Kocham cię Harry – szepnął cicho, a samotna łza spłynęła po jego lewym policzku – Przepraszam.

Wszystko zaczęło dziać się jakby w zwolnionym tempie. Harry krzyknął głośne „NIE”, Max podniósł nóż i w tym momencie nogi Louisa ugięły się pod nim.

- NIE! NIE, NIE, NIEE! – krzyknął Harry z płaczem widząc jak jego najlepszy przyjaciel upada na ziemię, a krew brudzi mu całą koszulkę – LOUIS! – zapłakał rzucając się do niego i naciskając ręką na zakrwawione miejsce.

Nawet nie zauważył kiedy blondyn zniknął między drzewami, a obok niego pojawiło się kilkanaście osób. Płakał tak strasznie, że nie rozumiał i nie słyszał zupełnie nic. Kiedy poczuł jak ktoś odciąga go od ciała Louisa zaczął się szarpać i krzyczeć, aż stracił przytomność.

*

Kiedy Harry otworzył oczy zdał sobie sprawę, z tego, że jest w szpitalu. Powoli zaczął przypominać sobie wszystkie ostatnie wydarzenia i od razu poderwał się do góry.

- Louis. – powiedział do siebie wstając z łóżka i zrywając z siebie kołdrę – Louis. - powtórzył.

- Harry! Harry co ty robisz? – usłyszał nagle głos Nialla wchodzącego do środka – Obudził się! – powiedział do kogoś za sobą.

- Louis – powtórzył po raz trzeci łamiącym się głosem, gdy Niall i jakaś pielęgniarka z powrotem zmusiły go do położenia się na łóżku.

- Hej, spokojnie Harry. Musisz jeszcze trochę poleżeć i niedługo pozwolą ci wstać. Jesteś w szoku. Zamknij oczy i poleż jeszcze chwilę. Wszystko będzie dobrze, okej?

*

- Jego stan wciąż jest niestabilny. – powiedział Liam – Jest nieprzytomny i w ciągu kilku godzin wszystko powinno się wyjaśnić. Ale… powiedzieli nam, że dają mu… że dają… - wziął głęboki oddech – Trzydzieści procent szans na przeżycie.

- Możesz iść do niego Harry. – westchnął ponuro Zayn i chwycił za klamkę.

- M-mogę sam? – zapytał brunet, gdy stał pod drzwiami do sali, w której leżał Louis.

Trójka jego przyjaciół pokiwała głowami i chwilę później Harry chwycił za klamkę i wszedł do środka. Po jego twarzy od razu zaczęły spływać łzy, gdy dostrzegł swojego przyjaciela leżącego nieruchomo na łóżku. Był blady, bardzo blady, a jego twarz wyglądała jak te, które mają manekiny.

Idealna i piękna, ale… martwa.

- Louis… - szepnął cicho chwytając jego zimną dłoń i obiegając wzrokiem wszystkie kable, które były do niego podłączone.

Słyszał jakieś małe pikanie i wiedział, że to serce Louisa. Żył, ale był nieprzytomny.

- Lou, proszę obudź się, słyszysz? – zapłakał czując, że nie może złapać oddechu – Proszę cię nie rób mi tego Lou… Musisz się obudzić, musisz otworzyć oczy BooBear, proszę cię. Błagam Louis otwórz oczy… kurwa… - szlochał dławiąc się własnymi łzami – Przepraszam… Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam… T-tak mi przykro Lou, wiesz? Przepraszam za to co zrobiłem, że cię zostawiłem… że p-powiedziałem tyle okropnych rzeczy, że mi tak bardzo ufałeś, a ja cię zraniłem… przepraszam, że cię uderzyłem, że krzyczałem, że byłem takim kutasem… P-przepraszam, że c-cię za-awio-oodłem… p-przepraszam Lou… ja po prostu… j-ja… ja się w-wystraszyłem… z-zakochałem się w tobie i bałem się… a p-potem j-już nie m-mogłem się wyco-o-ooofać, sły-y-szysz? P-proszę cię o-obudź się, z-zrobię dla c-ciebie wszystko, s-słyszy-ysz? Przysięgam… przysięgam, proszę… Louis kocham cię, tak bardzo cię ko-o-oocham… n-nie m-możesz m-mnie zo-ostawiać… wiem, że to egoistyczne b-bo j-ja cię zostawiłem, ale p-proszę, błagam… n-nie zo-o-ostawiaj mnie L-Lou, ja umrę… Louis proszę…


10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz