Lindsay przejechała ręką po miękkich włosach śpiącego Louisa. Prawie nie zmrużyła oka tej nocy, tak bardzo się o niego bała. Bała się usnąć bo ciągle myślała o tym, że może się obudzić i zrobić sobie krzywdę. Przez to teraz siedziała na łóżku i przyglądała mu się ze zmartwieniem. Był blady, bardzo blady i wyglądał naprawdę źle.
Zaczął się powoli kręcić i mruczeć coś pod nosem, a ona wiedziała, że lada moment się obudzi.
I miała rację bo chwilę później chłopak podniósł powieki ukazując swoje niebieskie oczy, które natychmiast zaszły łzami. W jednej chwili zaczął tak strasznie płakać, że serce Lindsay wyskoczyło z piersi i rozpadło się na kawałki. Chwyciła jego rękę, jednak on natychmiast ją wyrwał podrywając się do góry, do pozycji siedzącej. Ugiął kolana, a twarz schował w dłoniach cicho płacząc.
- Louis… kochanie, proszę cię nie płacz. – powiedziała delikatnie – Przyniosłam ci coś na uspokojenie, wypij to dobrze? – dodała, ale Louis ani drgnął – Louis… poczujesz się lepiej, naprawdę… proszę wypij to i…
Nie dokończyła bo chłopak podniósł głowę i wziął od niej szklankę z wodą i kolorową tabletkę, którą włożył sobie do ust. Zaraz po tym popił wszystko wodą, a później znów położył się do łóżka i odwrócił plecami do Lindsay.
Kobieta patrzyła na niego chwilę, aż przejechała dłonią po jego głowie i wyszła z pokoju. Gdy tylko zeszła po schodach Louis odwrócił się z powrotem i sięgnął ręką do szuflady, gdzie zaczął szukać pudełeczka z żyletkami. Szarpnął się za włosy, gdy zdał sobie sprawę, że ktoś je zabrał. Zapłakał głośniej i zacisnął mocno oczy, a gdy je otworzył dostrzegł na szafce pudełeczko z lekarstwami, które przypadkiem zostawiła tam Lindsay.
Wziął je do ręki wciąż leżąc na łóżku i zaczął obracać pudełeczkiem w palcach. Przed oczami miał siebie, gdy wpadł do pokoju po pogrzebie rodziców i zaczął łykać po kolei jakieś leki. Wysypał na otwartą dłoń kilkanaście tabletek, a potem przełknął ślinę i zacisnął oczy, z których wypłynęło kilka łez. Nienawidził swojego życia najbardziej na świecie, ale tym razem nie mógł tego zrobić. Dlatego drżącymi dłońmi wsypał tabletki z powrotem do opakowania, odłożył pudełeczko na szafkę i płakał dalej.
*
Harry usiadł po turecku na krześle w pokoju Louisa, skąd mógł się mu uważnie przyglądać. Szatyn nie wyglądał najlepiej, a na jego twarzy malował się niepokój, mimo tego, że spał. Loczek siedział tak ponad godzinę, po prostu na niego patrząc, aż Louis w końcu się obudził. Gdy otworzył oczy był spokojny, nawet się nie ruszył, ani nic nie zrobił. Po prostu patrzył na Harry’ego jak kiedyś, po tym jak Justin spuścił mu głowę w toalecie. No… prawie tak jak kiedyś bo tym razem po jego nosie spłynęło kilka łez, a gdy tylko to się stało od razu opuścił wzrok na rękę, którą miał ułożoną gdzieś przed twarzą.
Harry zszedł z krzesła i usiadł na ziemi pod jego łóżkiem, a potem opuszkiem palca wytarł mu łzy. Jedną po drugiej, bardzo powoli i bardzo delikatnie. Warga Louisa zadrżała nieznacznie, ale nie odsunął się.
- Louis – zaczął cicho Harry.
- N-Nie. – uciął go tamten odsuwając się na bok i zwijając w kulkę na łóżku. Cokolwiek to było nie chciał tego słuchać.
Harry jednak postanowił nie odpuszczać, dlatego wstał i usiadł obok niego na łóżku.
- Pojadę tam z tobą. – kontynuował cichym głosem, patrząc na szatyna, który teraz wyglądał na wyjątkowo małego i kruchego.
- Nigdzie nie jadę. – odpowiedział do poduszki, a Harry zastanowił się chwilę.
- Wiem, że to dla ciebie ciężkie, wiem, że…
- Nie wiesz.
- Wiem. – powiedział z cichym westchnięciem, a Louis usiadł na łóżku i spojrzał mu w oczy.
- Nic nie wiesz! – krzyknął, a po jego policzkach polały się łzy – Nie wiesz co czuję, nie wiesz… ty n-nie…
Urwał, gdy Harry przyciągnął go do siebie i przytulił, a potem rozpłakał się jeszcze bardziej. Trząsł się i z trudem łapał oddech.
- N-nie chcę tam jechać Harry… - zapłakał odsuwając się i patrząc mu w oczy. Zamrugał, zrozpaczony i pokręcił głową – Nie chcę. – dodał ciszej.
- Wiem, że nie chcesz, ale to może pomóc w śledztwie Lou… - zaczął spokojnym i uspokajającym głosem – To nie jest łatwe, ale oni chcą ukarać tego, kto to zrobił. Twoja ciocia mówiła mi, że ta kobieta, która zadzwoniła na policję jest w stu procentach pewna, że widziała twoich rodziców i dwie dziewczynki, które pasowały do opisu. Nikt nie wie co o tym myśleć, ale trzeba to sprawdzić, a tylko ty możesz im w tym pomóc. - powiedział łagodnie, przejeżdżając dłonią po jego policzku – Nie będziesz z tym sam, pojadę z wami i będę cały czas przy tobie.
Louis pociągnął nosem i zamrugał, drżącym oddechem wciągając do płuc powietrze.
- Obiecujesz? – zapytał na co Harry pokiwał twierdząco głową.
- Tak, obiecuję. Nie puszczę twojej ręki ani na chwilę. – powiedział Harry ciesząc się, że udało mu się go uspokoić.
Louis pokiwał głową wierząc w każde słowo Harry’ego, a loczek uśmiechnął się delikatnie.
- Wszystko będzie dobrze. – szepnął całując go czule w czoło – A teraz… Zejdziesz ze mną na dół? Tom i Lindsay się o ciebie martwią. – dodał niepewnie.
- J-jestem taki beznadziejny. – pokręcił głową, a łzy spłynęły mu po policzkach – Jestem dla nich problemem… same kłopoty ze mną, na pewno mają mnie dość… powinni… powinni mnie oddać do sierocińca.
- O czym ty mówisz Louis? To nie jest prawda. – zaprzeczył szybko Harry – Oni cię kochają, martwią się o ciebie.
- Powinienem umrzeć… Chciałbym umrzeć. – szepnął patrząc w dół na swoje ręce, a Harry poczuł gulę w gardle. Jego siostra powiedziała mu kiedyś dokładnie to samo.
- Louis przestań. – powiedział podnosząc mu twarz za podbródek i zaglądając prosto w oczy – Nie pozwalam ci tak mówić, ani myśleć. I nigdy więcej tego nie rób, słyszysz? Nie jesteś dla nikogo żadnym problemem, twoja ciocia i wujek bardzo cię kochają i chcą dla ciebie jak najlepiej. Nie zdajesz sobie sprawy z tego jaki jesteś dla nich ważny.
- Zniszczyłem wczoraj całą kuchnię – szepnął znów opuszczając głowę.
- Byłeś zdenerwowany. Nikt nie ma ci tego za złe. Proszę, chodź ze mną na dół, a sam się przekonasz, dobrze? Proszę. – dodał, a ton jego głosu był taki uspokajający i przekonujący, że Louis nie mógł się nie zgodzić. W tej chwili uwierzyłby mu we wszystko.
- Dobrze. – powiedział w końcu szatyn, a Harry przytulił go jeszcze raz i razem zeszli na dół.
Gdy tylko weszli do kuchni Lindsay od razu podniosła głowę znad kubka herbaty, a kiedy zobaczyła Louisa odsunęła krzesło do tyłu i od razu do niego podeszła.
- Przepraszam – wychrypiał Louis łamiącym się głosem, a ona przyciągnęła go do siebie i przytuliła patrząc na Harry’ego, który stał z tyłu i mówiąc mu bezgłośnie „dziękuję”.
- Wszystko jest w porządku kochanie. – powiedziała gładząc ręką jego włosy.
Gdy się odsunęła Louis znowu zaczął przepraszać i ją i Toma, który też był w kuchni, ale obydwoje zapewnili go, że naprawdę wszystko jest dobrze i że nie mają mu nic za złe.
- J-ja nie chciałem… przepraszam… - powtórzył szatyn po raz dziesiąty, patrząc na worki z rozbitym szkłem, które stały przy drzwiach – Przepraszam, t-tak strasznie mi przykro…
- Nie przepraszaj skarbie. – mruknęła Lindsay czując, że łzy napływają jej do oczu. Przepraszający i bezradny Louis był dla niej wyjątkowo smutnym i ciężkim do zniesienia obrazem – Zdenerwowałeś się, nie panowałeś nad sobą…
- Jestem dla was problemem. – szepnął do swoich butów, a zaraz po tym jego ciocia chwyciła jego drżącą rękę.
- Nie jesteś problemem. – powiedział pocieszająco Tom – I nigdy tak nie myśl.
*
Poniedziałek przyszedł wyjątkowo szybko. Szybciej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. W ciągu weekendu Louis był spokojny. Raczej siedział zwinięty w kulkę na swoim łóżku, lub w salonie i patrzył tępo w ekran telewizora. Nie krzyczał, nie denerwował się, wszystko zapowiadało się być całkowicie w porządku.
Do czasu.
Gdy tylko wstał rano, jego żołądek od razu zaczął się wykręcać, a serce biło mu jak oszalałe, przez co skończył w łazience, siedząc na podłodze i wymiotując. To wymęczyło go całkowicie i ledwo miał siłę, by podnieść do góry rękę. Nie było nawet mowy o tym, by szedł do szkoły. Poza tym i tak o dwunastej mieli wyjechać z domu. Wtedy przyszedł do nich Harry, który – tak jak obiecał – pojechał razem z nimi.
Wsiedli do samochodu i ruszyli. Radio cicho grało, a Louis siedział opierając głowę o szybę i patrząc przez okno. Harry widział jak stara się panować nad łzami, które same napływały mu do oczu. Jeszcze nigdy w życiu nie było mu nikogo tak bardzo żal. Wyobrażał sobie co Louis musi teraz przeżywać. Tak bardzo, bardzo chciał mu pomóc, ale nie wiedział jak.
Przesunął swoją rękę na siedzeniu i odnalazł jego, zimną i trzęsącą się dłoń. Przejechał po niej palcami, a potem ścisnął delikatnie, by dać mu do zrozumienia, że jest tu razem z nim i że wszystko będzie porządku.
- Wszystko dobrze? – zapytał widząc jaki jest blady, a Tom rzucił im krótkie spojrzenie spoglądając w lusterko na Louisa.
- Chyba tak. – odpowiedział spokojnie, ale to i tak nie przekonało Harry’ego, który patrzył na niego z niepokojem.
Bał się.
Kiedy dojechali na miejsce i zatrzymali się na parkingu pod dużym budynkiem. Lindsay poprosiła Harry’ego, by został chwilę z Louisem, a ona i Tom poszli do środka, by porozmawiać z prowadzącym śledztwo, z którym mieli się tam spotkać.
- Oddychaj spokojnie, za niedługo będzie po wszystkim. – szepnął Harry próbując uspokoić jakoś Louisa.
Chłopak jednak ani drgnął. Siedział nieruchomo, aż Harry westchnął i spojrzał w okno, by zobaczyć czy wraca Lindsay.
Marzył o tym, by ten dzień się już skończył.
- Harry – usłyszał nagle i odwrócił głowę z powrotem na chłopaka – Chyba… chyba źle się czuję… - szepnął Louis, a on wyszedł szybko z auta, pobiegł do jego drzwi i w ostatniej chwili otworzył je tak, by Louis mógł wymiotować na ziemię.
- Zadzwonię do twojej cioci. – powiedział, ale nie musiał wyjmować telefonu bo w tej samej chwili znalazła się przy samochodzie.
- Co się dzieje? – zapytała, ale nie musiała czekać na żadną odpowiedź. Dobrze wiedziała, że to przez nerwy i stres.
Louis zawsze tak reagował i to bardzo ją martwiło.
- Boli mnie brzuch. – wymamrotał słabo chłopak.
- Bardzo?
- T-trochę. – wyjąkał podnosząc na nią wzrok.
Lindsay przetarła ze zmartwieniem czoło i zastanowiła się co można zrobić.
- Dasz radę wytrzymać? – zapytała – Mam przy sobie lekarstwa, ale nie mogę ci ich dać na pusty żołądek skarbie. – powiedziała odgarniając mu włosy z czoła.
Louis wziął głęboki oddech. Czy da radę wytrzymać? Wiedział, że musi to zrobić, inaczej okazałoby się, że przyjechali tu na marne i byłaby to znowu jego wina. Znów by ich zawiódł.
- Wytrzymam. – przytaknął wycierając usta chusteczką i biorąc od Harry’ego butelkę wody.
*
Ściskał słabo dłoń Harry’ego, gdy szli długim zielonym korytarzem w prosektorium. Z każdym krokiem czuł się coraz gorzej, ale za wszelką cenę starał się zdusić w sobie wszystko. Starał się nie myśleć. Chciał wszystko wyłączyć.
Słyszał przed sobą rozmowę Lindsay z jakimś mężczyzną, ale kompletnie nie docierało do niego o czym rozmawiają. Doszli do końca, a potem zeszli schodami w dół jedno piętro.
Kolejny zielony korytarz.
Przeszli kilka metrów, aż zatrzymali się pod białymi drzwiami, pod którymi stał Tom i również rozmawiał z jakimś mężczyzną, który wyglądał na policjanta.
- Wszystko w porządku? – zapytał Lindsay, a ona westchnęła i pokiwała głową – Louis? – spojrzał na niego, ale szatyn nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa – Przekonałem ich, żebyś mógł obejrzeć jedynie zdjęcia. Dopiero, gdy coś będzie… nie tak… yhh… najpierw zdjęcia, tak. – poprawił się zdenerwowany.
Harry odetchnął z ulgą. Mimo tego, że dla Louisa i tak było to bardzo ciężkie cieszył się, że nie będzie musiał patrzeć na prawdziwe ciała, tylko na zdjęcia. Ścisnął lekko jego dłoń, którą wciąż trzymał.
Szatyn kiwnął krótko głową, a jego wielkie, niebieskie oczy patrzyły przerażone na wszystko co się wokół znajdowało.
Chwilę później poczuł, że jest ciągnięty do jakiegoś małego pomieszczenia, które okazało się być gabinetem, a jeszcze później zdał sobie sprawę, że siedzi na miękkim krześle, chociaż zupełnie nie pamięta, żeby na nim siadał.
- Jesteś gotowy? – zapytał mężczyzna, który usiadł naprzeciwko, a Louis kiwnął krótko głową.
Harry wstrzymał oddech, gdy mężczyzna sięgnął do koperty i zaczął szukać zdjęcia.
- Dobrze. – zaczął – Więc zacznijmy od twojej mamy…
- Przecież miał patrzeć tylko na siostry! – zdenerwowała się Lindsay.
- Oh… tak, ma pani rację. – pokręcił przepraszająco głową – Zapomniałem.
- Zapomniał pan. – prychnęła Lindsay i chciała powiedzieć coś jeszcze, ale Tom przytrzymał ją za ramię.
Powstrzymała się więc od komentarza i wzięła głęboki oddech.
- Dobrze, więc twoje siostry. – kontynuował mężczyzna i wyjął z koperty zdjęcie, na którym znajdywały się Felicity i Lottie.
Louis przeniósł powoli swoje spojrzenie na zdjęcie, a jego serce przestało na chwilę bić, gdy zobaczył dwie dziewczynki, które były mu kiedyś tak bliskie. Teraz były martwe. Ich twarze wyglądały okropne, a skóra przybrała dziwny, szary odcień. Nagle zrobiło mu się strasznie zimno, a po jego ciele przeszedł dreszcz.
Kiwnął krótko głową, a mężczyzna od razu zabrał zdjęcie.
- Daisy i Pheobe? – zapytał kładąc kolejne zdjęcie – Louis? - dodał po chwili, gdy chłopak nie wykonał żadnego ruchu.
- Louis…
- T-to one. – szatyn kiwnął głową, a mężczyzna schował zdjęcie i jęknął.
Lindsay zdenerwowała się. Mówiła mu od początku, że bez Louisa może to potwierdzić, ale ten facet uparł się, że musi być najbliższa rodzina. Była zła, że Louis musiał przez to przechodzić i nie zamierzała tego tak po prostu zostawić.
Dlatego po chwili rozpętała się mała wymiana zdań, która nie prowadziła do niczego dobrego.
- …czy teraz mógłby się pan zająć szukaniem tego kto to zrobił? – warknęła – Bo jak na razie wydaje mi się, że pan tylko udaje, że coś robi w tym kierunku.
- Dobrze pani wie, że musieliśmy zacząć od podstaw. – zaczął się tłumaczyć policjant – Być może Louisowi ciężko poznać to po zdjęciach, myślę, że powinien spojrzeć na prawdziwe zwłoki!
- Czy pan całkowicie oszalał?! – krzyknęła – Te „prawdziwe zwłoki”, to jego rodzina, więc bardzo proszę, by mówił pan o nich z szacunkiem! Louis wciąż tutaj jest jakby pan nie zauważył! Wyraźnie panu mówiłam, że sama mogę to zrobić! Cholera, co jest z wami nie tak?! – zawołała zdenerwowana.
- Nie ma potrzeby, by krzyczeć. Uważam, że tyle wystarczy. – odezwał się inny mężczyzna, który stanął po stronie Lindsay.
- Też tak myślę. – skinął głową Tom – Za dużo tego jak na…
- Nie wystarczy bo jak na razie jesteśmy w punkcie wyjścia. – przerwał mu ten, który pokazywał zdjęcia – Bardzo bym chciał, by Louis zobaczył zwłoki. Po zdjęciach ciężko to ocenić. Nie można obejrzeć ich dokładnie, a nawet najmniejszy element, pieprzyk na ciele, czy blizna mogą pomóc w identyfikacji i…
- Dosyć tego. – Lindsay była wściekła i Harry jeszcze nigdy jej takiej nie widział – Przykro mi, ale jako opiekun absolutnie nie wyrażam na to zgody. A pan powinien być odrobinę bardziej wrażliwy. Nie wiem kto przydzielił panu to zadanie bo kompletnie się pan do tego nie nadaje.
- Pani nie rozumie… te zdjęcia… - dodał wyjmując z koperty wszystkie zdjęcia, łącznie z rodzicami Louisa – To najwyraźniej za mało i mogą nie odzwierciedlać tego co widać w rzeczywistości. Zwłoki są widoczne tylko z jednej strony, mało tego, minęło sporo czasu, zmieniły się, uległy procesowi degradacji, zaczęły rozkładać i gnić, a do tego…
Nie dokończył bo Louis zerwał się na nogi i wybiegł z pomieszczenia wyrywając wcześniej swoją dłoń z uścisku Harry’ego, który od razu wstał, by za nim pobiec. Ciężko mu było go dogonić bo biegł naprawdę szybko i nie zwracał uwagi na to, że co chwila na kogoś wpadał. Popchnął mocno drzwi wejściowe do prosektorium i wypadł na świeże powietrze, wciąż biegnąć przed siebie i nie zatrzymując się mimo tego, że brunet za nim krzyczał.
Harry’emu na szczęście udało się go złapać zanim wybiegł na ulicę. Pociągnął go do tyłu, może trochę za mocno, ale wystraszył się, że mógłby wpaść pod samochód.
Louis był biały, a gdy spojrzał na Harry’ego, nogi ugięły się pod nim i… zemdlał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz