Tydzień powoli dobiegał końca i nieświadomy niczego Louis miał w tym czasie wyjątkowo dobry humor. Cieszył się, że Harry uporał się z Justinem raz na zawsze. Liam dał mu pieniądze i nie chciał słyszeć o żadnym oddawaniu bo jego zdaniem zrobił to co do przyjaciela należało, co Louis uznał za wyjątkowo miły gest. Poza tym każdą wolną chwilę spędzał z Harrym, od którego – był tego prawie pewien – całkowicie się uzależnił. Co prawda podczas trwania lekcji mało ze sobą rozmawiali, Louis siedział z Eleanor, z którą się zaprzyjaźnił, a Harry ze swoimi znajomymi, ale za to z budynku zawsze wychodzili razem.
- Ale się na niego gapisz. – szepnęła mu na ucho dziewczyna podczas piątkowej lekcji i zachichotała do siebie – Ciekawe o czym myślisz…
- Hmm? – szepnął Louis odwracając wzrok od pleców Harry’ego, który siedział gdzieś z przodu klasy przy oknie – Myślę o matematyce.
- Nie udawaj głupiego. Na pierwszy rzut oka widać, że myślisz o seksie. – powiedziała, a on spojrzał na nią z otwartymi w zdumieniu ustami - …i o dotyku ciepłych warg Harry’ego Styles’a na swoich ustach… i może nie tylko na ustach…
- Cicho! – wysyczał rozglądając się czy nikt nie słyszał tego co powiedziała.
- Ruszasz nerwowo długopisem już dobre pół godziny. Chyba kogoś tutaj nosi… - zachichotała głośno, a kilka osób z przodu odwróciło się w ich kierunku w tym Harry, którego zielone oczy zatrzymały się dłuższą chwilę na Louisie – Uhuhu… ktoś tu się rumieni. Mogłeś mu puścić oczko pajacu!
- Jeszcze chwila i cię uduszę, przysięgam. – powiedział kręcąc głową – Jesteś najbardziej irytującą osobą na świecie!
- A ty jesteś dziadem, który nie umie flirtować. – rzuciła – I pajacem.
- Odczep się.
- Dureń. – skończyła bo to do niej musiało należeć ostatnie słowo, a Louis przewrócił oczami i oparł rękę o twarz tak by już nie musieć na nią patrzeć.
Gdy zadzwonił dzwonek kończący zajęcia Louis zamyślił się szukając jakiegoś błędu w zeszycie Eleanor, która uparcie twierdziła, że to zadanie jest źle skonstruowane. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie Harry, który przechodząc obok niego przejechał palcem wzdłuż jego ręki, a zrobił to w taki sposób, że ciało Louisa całe zesztywniało. Szatyn przełknął ślinę starając się powstrzymać bicie serca, po czym wrócił do zeszytu.
- Widziałam to. – powiedziała ucieszona wrzucając rzeczy do torby – Idź. I tak nic już z ciebie nie będzie. Do poniedziałku. – dodała cmokając go w policzek. Zabrała swój zeszyt spod jego nosa i wyszła z klasy.
Louis siedział jeszcze chwilę nieruchomo, aż zabrał torbę i wyszedł z klasy zamyślony. Zostawił niepotrzebne książki w swojej szafce i chwilę później obok niego stanął Harry, który sprawił, że na jego twarzy od razu pojawił się uśmiech.
- Róbmy coś dzisiaj. – powiedział Louis przeciągając słowa i patrząc błagalnie na Harry’ego.
- Co chcesz robić? – brunet uśmiechnął się lekko widząc to kochane spojrzenie.
- Jest dziś tak ciepło, chodźmy gdzieś. Proszę, proszę, prooooszęęęę. – powiedział wypychając dolną wargę do przodu i patrząc na niego z nadzieją.
Harry roześmiał się widząc to słodkie wydęcie wargi i to trochę łamało mu serce. Wiedział, że Lindsay wkrótce powie Louisowi, że musi zidentyfikować zwłoki i to ostatnio wysysało z niego humor. Gdyby mógł zrobiłby to za Louisa. On nie zasługiwał na to by ponownie się z tym zmagać. Westchnął starając się nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak.
- Harry? – usłyszał lekko zmartwiony i niepewny głos i zdał sobie sprawę, że odleciał na chwilę – Jeśli nie chcesz, to w porządku… - mówił cicho niższy, a jego entuzjazm gasł.
- Przepraszam, zamyśliłem się. Oczywiście, że gdzieś pójdziemy, już nawet wiem gdzie. – przywołał na twarz uśmiech, a Louis od razu się rozweselił. Chwilę później szli razem do samochodu.
*
- Harry – zaczął niepewnie Louis, gdy jechali samochodem – Dlaczego wykupiliśmy pół Tesco? – zapytał bo chwilę wcześniej podjechali do sklepu po coś dobrego.
- Żebyśmy mieli co jeść. – odpowiedział rzucając mu krótkie spojrzenie znad kierownicy.
- Oh… - westchnął – Musisz być bardzo głodny. – dodał, a Harry zaczął się śmiać.
Jechali dość długo krętą drogą przez mały lasek, potem skręcili gdzieś w bok i w końcu Harry zatrzymał się na małym wzgórzu, z którego było widać prawie całe Green Meadow. Louis w końcu zrozumiał dlaczego to miasteczko właśnie tak się nazywa. Wokół było pełno łąk. Co prawda nie zielonych bo była już jesień i wszystko było w pięknych złotych kolorach, ale Louis mógł wyobrazić sobie jak pięknie wyglądało to wiosną. Harry wyjął z bagażnika koc, który rozłożyli kilka metrów przed autem i siedzieli w cudownej i wcale nie niezręcznej ciszy jedząc kolorowe żelki.
- Lou… - zaczął po jakimś czasie Harry patrząc w dół. Louis leżał z głową na kocu, a Harry siedział obok z podkurczonymi nogami.
- Hm? – mruknął ładując kolejnego kolorowego misia do ust i nawet na niego nie patrząc.
- Wiesz, że… to już twoja piąta paczka żelek? - westchnął. Kupili tyle rzeczy, a Louis od dwóch godzin jadł tylko to.
- Spokojnie, mam jeszcze trochę. – uśmiechnął się patrząc do góry i napotykając jego oczy – Chcesz? – zapytał podnosząc w palcach jedną do góry, tuż przed twarz Harry’ego.
- Uh nie, dzięki. – powiedział zdegustowany - To wygląda jak glizda.
- To jest wąż Harry. – odparł krótko Louis i nie pytając go po raz drugi czy chce wepchnął go sobie do buzi.
- Brzuch cię będzie bolał. – pokiwał głową loczek – Te twoje żelki to cała tablica Mendelejewa… patrzyłeś kiedyś na ich skład?
Szatyn uśmiechnął się przeżuwając słodycz.
- Nie. – powiedział wesoło – A ty?
- Yh tak, tak patrzyłem. Na niektórych opakowaniach napisane jest, że mogą powodować nadaktywność u dzieci. Nie mają żadnych wartości odżywczych, są niezdrowe, powodują otyłość i… - urwał widząc jak Louis wciąga do ust kolejnego węża i patrzy na niego z zainteresowaniem. Westchnął ciężko uświadamiając sobie, że to i tak bez sensu i spojrzał w stronę miasteczka.
- To słodkie. – usłyszał nagle.
- Co z tego, że słodkie jak niezdro…
- Mówiłem o tobie. – powiedział Louis, a Harry spojrzał w dół, w te wielkie niebieskie oczy i zamrugał – Nie byłeś taki mądry kiedy chciałeś kroić kurczaka brudnymi rękami. – zachichotał.
- Nie były br…
- …były.
- Nie były.
- Były.
- Nie były.
- Były.
- Jezuuuu! Jesteś taki zawzięty! To przez te żelki… koniec, dość. – powiedział wyrywając mu paczkę z rąk - Nie chcę więcej widzieć jak pakujesz do ust te węże, miśki, serduszka, owoce, glizdy, żuczki czy inne robaki. Nie chcę cię mieć na sumieniu jak będziesz wymiotował.
- Oh… a więc tak. – szatyn zmrużył złowrogo oczy - To w takim razie ja się obrażam. I nie licz na to, że się odezwę dopóki mi ich nie oddasz. – dodał zakładając ręce na piersi i zamykając oczy.
Harry uśmiechnął się i sięgnął do opakowania wyjmując długą żółtą glizdę, która – nawiasem mówiąc – była chyba wężem. Opuścił ją tuż nad usta Louisa i delikatnie je dotknął by się z nim trochę podrażnić. Szatyn otworzył szybko oczy i już chciał chwycić zębami żelkę, gdy Harry odsunął ją do góry śmiejąc się, a potem powtórzył czynność kilka razy.
- Jesteś okropny. – powiedział Louis zamykając z powrotem oczy i dalej udając obrażonego.
- Oj… no dobrze. – Harry uśmiechnął się do siebie nachylając nad niego i jeżdżąc żelką po jego wargach, a Louis przez dłuższą chwilę nie próbował jej złapać. Czekał na odpowiedni moment i gdy już miał to zrobić zamiast żelki napotkał miękkie usta Harry’ego.
Tego się nie spodziewał, ale było to całkiem miłe zaskoczenie, a pocałunek do góry nogami był czymś zupełnie nowym. Harry chwycił swoimi miękkimi wargami jego dolną, a potem górną wargę, po czym cmoknął jego usta i odsunął się zjadając żelkę i znów patrząc w stronę lasu z lekkim uśmiechem na twarzy.
Louis zagryzł dolną wargę i zmrużył oczy, ale w ostateczności postanowił to zignorować. Patrzył jak Harry przeżuwa jego żelkę, a robił to tak, że Louis nie mógł oderwać od niego wzroku. Uśmiechnął się widząc jak brunet oblizuje swoje usta, a potem nie myśląc za wiele podniósł się do pozycji siedzącej i przyciągnął jego twarz do swojej. To był raczej taki impuls, nad którym w ogóle się nie zastanawiał. Zaskoczony Harry chciał coś powiedzieć, ale chwilę później zamknął oczy i pozwolił sobie na chwilę zapomnienia.
Tyle, że ta chwila wcale się nie kończyła.
Czuł jak palce Louisa wsuwają się w jego włosy i delikatnie drapią i cholera, to było takie przyjemne, że czuł się tak jakby odlatywał. Delikatność niższego chłopaka sprawiała, że miał ochotę krzyczeć. Wszystko co robił było takie czułe, takie kochane… takie, że serce Harry’ego biło trzykrotnie szybciej niż powinno. Objął go w pasie pociągając na swoje wyprostowane nogi, tak, że jego uda znalazły się między nogami szatyna. Oddawał jego pocałunki, a z każdą chwilą czuł, że to zmierza coraz dalej.
- Louis – mruknął prosto w jego usta – za chwilę nie będę w stanie tego zatrzymać.
- Mhm – odpowiedział mu szatyn zupełnie się tym nie przejmując. Jego palce przejechały z tyłu głowy Harry’ego po karku i zatrzymały się między obojczykami, a szyją.
Harry zadrżał bo nikt nigdy nie dotykał go z taką czułością i sam nie mógł zrozumieć jak to się stało, że ktoś w końcu ma nad nim władzę. Bo Louis miał. Mimo tego, że o tym nie wiedział. Jednym dotykiem potrafił sprawić, że lód w sercu Harry’ego zaczynał topnieć.
I wtedy przypomniał sobie o tym, że dzisiaj Louis wszystkiego się dowie.
- Harry? – usłyszał cichy głos i zdał sobie sprawę, z tego że się zatrzymał – Wszystko dobrze?
Odnalazł lekko zmartwione tęczówki, które przeszywały go na wskroś. Takie niebieskie, takie piękne, takie wrażliwe…
- Tak – odpowiedział znów zaczynając go całować, ale gdy Louis zachichotał, a on pomyślał, że być może słyszy ten chichot po raz ostatni, dodał – Lou… ja nie wiem… ja nie wiem czy my… ty nie wiesz o… ooo Boże, taak. – jęknął czując na skórze jego ciepły oddech. To wystarczyło, żeby zapomniał o całym otaczającym go świecie.
Odchylił głowę na bok, gdy szatyn zaczął składać malutkie pocałunki gdzieś pod jego uchem, a jedna z rąk Harry’ego zsunęła się z pleców pod tyłek Louisa. Podniósł ich do góry, odwrócił i położył niższego na koc, a chwilę później znów odnalazł jego usta leżąc teraz na nim.
Boże, tak bardzo go pragnął. Całował jego miękkie usta tak zachłannie jakby już nigdy więcej miał ich nie dotykać, a dźwięki, które co jakiś czas same wychodziły z ust Louisa jeszcze bardziej go pobudzały. Wsunął dłonie pod jego biały sweter czując jak jego ciało zadrżało. Chwycił brzeg materiału i oderwał na chwilę swoje usta, by jak najszybciej pozbyć się tego zbędnego ubioru. Nie mógł się powstrzymać i połaskotał przy tym jego żebra na co Louis wciągnął głośno powietrze i zacisnął mocno ręce na jego włosach.
- Uuups. – zaśmiał się Harry patrząc mu w oczy – Przepraszam.
- Udam, że nie wiem, że zrobiłeś to specjalnie. – szepnął wyplątując ręce ze swetra i pomagając Harry’emu zdjąć jego cienką kurtkę, a potem koszulkę.
- Oczywiście, że nie zrobiłem tego specja-ahhhh – jęknął, gdy Louis wypchnął do góry swoje biodra ocierając się o niego.
- Przepraszam. – mruknął mrugając niewinnie – Pod kocem chyba jest jakiś kamień, który uwiera mnie w…
- To niedopuszczalne Tomlinson. – syknął Harry patrząc na poważną twarz Louisa, który patrzył mu w oczy. Gdyby go nie znał uwierzyłby, że zrobił to przez przypadek – Jesteś taki złośliwy, taki wredny… nie mogłeś się nie zemścić, prawda?
Louis odpowiedział mu jadowitym uśmieszkiem i ruchem brwi mówiącym „no cóż”. Harry nachylił się przejeżdżając językiem po jego szyi, aż do ucha.
- I pomyśleć, że wszyscy. – szepnął dotykając wargami jego skóry – Mają cię. – dodał składając gdzieś obok mały pocałunek – Za takiego. – zassał dół jego ucha – Grzecznego. – przesunął wargami centymetr wyżej – Niewinnego. – cmoknął delikatnie miejsce na kości skroniowej – I miłego. – wyszeptał prosto w jego ucho, a ciało Louisa zaczęło tak drżeć, że nie mógł się nie uśmiechnąć – Dobrze, że wiem jak sobie z tym radzić. – dodał przenosząc na jego twarz swoje spojrzenie, a kiedy zobaczył to w jakim jest stanie ogarnęła go fala zadowolenia.
Tak, teraz był całkowicie bezbronny.
Zjechał dłonią po jego klatce piersiowej, aż w dół brzucha, gdzie za pomocą dwóch palców rozpiął mu spodnie, a potem zsunął je w dół. Louis z trudem wyplątał z nich swoje nogi, a potem głośno jęknął, gdy Harry pozbył się swoich spodni i docisnął do niego swoje biodra. Zaczął się wiercić niecierpliwie i kręcić biodrami, a gdy już pozbyli się bokserek Harry podciągnął go za biodra, które podniósł lekko do góry by włożyć pod jego pośladki sweter.
- Co za gentleman. – powiedział zjadliwie Louis, a chwilę potem głośno jęknął, gdy poczuł jak przyrodzenie Harry’ego się o niego ociera.
- Mówiłeś coś jędzo? – usłyszał przy uchu jego ochrypły i głęboki głos.
- N-nie. – odpowiedział na wydechu kręcąc delikatnie głową.
- Tak myślałem. – kącik ust Harry’ego uniósł się lekko do góry, gdy przejechał dłonią w dół jego brzucha zahaczając o penisa.
Szatyn zamruczał coś bliżej nieokreślonego bo naprawdę nie mógł już wytrzymać i nie był w stanie dłużej czekać. Jego ciało drżało, a Harry w końcu postanowił się nad nim zlitować. Pocałował delikatnie usta Louisa i w tym samym czasie nakierował się ręką na jego wejście, a potem spojrzał mu w oczy pytając bezgłośnie o pozwolenie.
- Zrób to. W końcu. – wydyszał pod nim Louis zagryzając mocno wargę i chwilę później wciągnął głośno powietrze i wygiął się, czując jak Harry w niego wchodzi.
Brunet poruszał się wolno obserwując dokładnie twarz szatyna i zdając sobie sprawę z tego, że jeszcze nigdy w życiu nie widział czegoś bardziej podniecającego. Jego włosy były w całkowitym nieładzie, rozczochrane i pozawijane na wszystkie strony, policzki mocno zaróżowione, wargi przygryzione, a błękitne oczy jakby zamglone. Jego ciało co chwilę wyginało się w łuk, głowa odchylała do tyłu, a dłonie zaciskały, na kocu, na włosach Harry’ego, plecach, wszędzie. Bezradnie łapały się czego tylko mogły.
Kiedy Harry przyspieszył, a jego dłoń zaczęła pocierać przyrodzenie Louisa chłopak głośno oddychał kręcąc biodrami, które brunet musiał na chwilę przytrzymać. Nachylił się ujmując w usta wargi szatyna, by ten nie przegryzł ich przypadkiem do krwi i uśmiechnął się zdając sobie sprawę, że Louis nie jest w stanie nawet się skupić na tym by oddać normalny pocałunek.
- Harry – jęknął piskliwie prosto w usta bruneta, który pomyślał, że Louis mógłby mówić tak do niego każdego dnia. Chwycił się mocno jego szyi i włosów ledwo łapiąc oddech.
Harry, czując, że obaj są już blisko, przyspieszył odrobinę i syknął, gdy poczuł jak paznokcie szatyna wbijają mu się w plecy. Było to bolesne, ale i całkiem przyjemne. Niedługo po tym doszli równocześnie oddychając szybko. Bardzo szybko. Harry oparł swoje czoło o jego i powoli się z niego wysunął.
- OBożeobożeoboże. – sapnął Louis, gdy jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w zawrotnym tempie.
*
- No co?! – zapytał w końcu szatyn, widząc jak Harry chichocze w samochodzie i uśmiecha się co chwila jak małe dziecko.
- Nic. – odpowiedział zadowolony nie spuszczając wzroku z drogi – Wiłeś się pode mną jak wąż. Ciężko wyrzucić ten obraz z głowy.
- Oh – zarumienił się Louis, a na jego twarzy pojawił się wstydliwy uśmiech – I rozumiem, że jesteś dumny, że doprowadziłeś mnie do takiego stanu? – dodał bezczelnie.
- Kto by nie był. – Harry wyszczerzył zęby rzucając mu krótkie spojrzenie – Miałeś takie rumieńce… i zamglone oczy… i…
- …ciiicho bądź!
Harry zaśmiał się głośno widząc jak Louis chowa twarz w dłoniach, zawstydzony swoją reakcją.
- Ooo czyżby ktoś się zawstydził?
- Yyy nie? – wymyślił próbując jakoś ratować się z tej krępującej sytuacji – Po prostu się wczułem. – dodał nie patrząc na Harry’ego.
- Chyba trochę za bardzo, podrapałeś mi całe plecy, ale spokojnie, wybaczę ci to, pewnie byłeś w…
- Przestań, przestań, przestań! – przerwał mu szatyn – Boże, to takie… niiiieeee…
- Pragnę ci przypomnieć, że sam zainicjowałeś ten seks w plenerz… - nie skończył bo Louis zatkał mu usta ręką.
- Bądź cicho! Albo nie ręczę za siebie. – syknął, a po chwili sam zaczął chichotać.
To wszystko naprawdę było niesamowite.
*
Byli zmęczeni i przejedzeni, kiedy Harry odwiózł Louisa do domu i razem z nim wszedł do środka.
- …widzisz, trzeba było nie jeść tyle żelek. – zaśmiał się Harry, gdy Louis jęknął, że do końca dnia nic już nie zje.
Usiadł na podłodze zdejmując ze stóp białe trampki, a potem wstał kręcąc do Harry’ego głową i wchodząc do środka.
- Żelki nie mają nic do tego Harry, to… - szatyn urwał, gdy szedł w stronę schodów, a w kuchni zobaczył Lindsay, Toma i doktora Flyncha. Zatrzymał się i przeniósł po ich twarzach swój wzrok.
Na pierwszy rzut oka było widać, że coś jest nie tak. Przeszedł go dreszcz, a wnętrzności jakby się ścisnęły.
- Louis – zaczął Tom robiąc krótką przerwę na głęboki oddech – Musimy porozmawiać.
„Porozmawiać. Tak. Chcą tylko porozmawiać. To wcale nie musi być…”
- O czym? – zapytał ochryple szatyn przerywając swoim własnym myślą.
- Proszę cię, usiądź. – odezwała się Lindsay, a kiedy Harry chciał się wycofać powiedziała mu, żeby z nimi został.
Usiedli przy stole, a Harry modlił się by to wszystko nie działo się naprawdę. Spojrzał na Louisa, który mimo tego, że był spokojny był całkowicie przestraszony. Nie wiedział co się dzieje.
Nie powinien nawet wiedzieć co się dzieje. Nie powinien być w to w ogóle zamieszany.
- Louis, pamiętasz jak jakiś czas temu pojechaliśmy z Lindsay do Grimsby? – zaczął Tom – Była… była rozprawa tego mężczyzny, który był podejrzany o… – zakaszlał. Chciał uniknąć tych niebezpiecznych słów, które mogły źle zadziałać na Louisa – który był podejrzany. Okazało się, że jest niewinny…
- C-co? – powiedział szatyn, a jego dolna warga zaczęła drżeć. Harry chwycił pod stołem jego rękę i przejechał po niej uspokajająco.
- Znaleźli dowody, które go uniewinniły, ale… znaleźli też coś jeszcze. Na policje zgłosiła się pewna kobieta, która… zauważyła ogłoszenie o zaginięciu, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy co się stało… i ona była… jest… w stu procentach pewna, że… że widziała twoich rodziców z dwoma dziewczynkami.
Lindsay postawiła przed Louisem szklankę wody prosząc go by się napił, a on – cały blady na twarzy – drżącą ręką pociągnął z niej kilka łyków. Czuł jak krew odpływa mu z głowy, miał ochotę wstać i stąd wybiec. Było mu niedobrze.
- Policja miała obowiązek to sprawdzić i… wyszło podejrzenie, że… sprawdzili jeszcze raz ich ciała i… - zaczął się jąkać widząc jak twarz Louisa blednie coraz bardziej – i…
- Jak to sprawdzili ich ciała? – głos Louisa był łamiący się – Czy oni… cz-czy… czy oni ich… czy oni ich wykopali? – zapytał wstrzymując oddech, a gdy Tom nie odpowiedział zerwał się na równe nogi.
- Louis, usiądź. – powiedziała Lindsay podchodząc do niego – Wysłuchaj nas do ko…
- Jak mam usiąść kiedy mówicie mi, że wykopali moich rodziców?! – krzyknął trzęsąc się, a łzy polały mu się po policzkach – K-kto na to pozwolił… dlaczego nie mogli po prostu… - jego głos zadrżał – JAK ONI MOGLI ICH WYKOPAĆ?! - wrzasnął bo tylko krzykiem mógł złożyć jakieś zdanie w całość.
- Musieli to zrobić, skoro są dowody na to, że ktoś z nich może żyć… Musieli jeszcze raz sprawdzić zwłoki i…
- ZWŁOKI?! T-TO NIE SĄ ŻADNE ZWŁOKI! TO SĄ MOI RODZICE, TO SĄ MOJE SIOSTRY! – krzyczał zalewając się łzami i cofając do tyłu, gdy Lindsay wyciągnęła rękę w jego stronę – JAK MOGLIŚCIE NA TO POZWOLIĆ! DLACZEGO SIĘ NA TO ZGODZILIŚCIE, DLACZEGO…
- Louis nie mieliśmy wyboru! – zawołała głośno Lindsay by ją usłyszał – Nie mogliśmy się nie zgodzić, kiedy wciąż szukają sprawcy, a to mogło w tym pomóc, rozumiesz?! – dodała, a po jej policzkach spłynęło kilka łez – Oni chcą żebyś ty zidentyfikował ich ciała. – dodała łamiącym się szeptem.
Gdy tylko to powiedziała wszystko jakby zamarło. Jedynie doktor Flynch zaczął wyjmować coś ze swojej walizki. Tom stał po drugiej stronie stołu, blady, Harry siedział na krześle sparaliżowany i przerażony, Lindsay cicho płakała, a Louis… Louis nie ruszał się przez kilka długich sekund. Jego twarz miała kolor porównywalny do tych, które mają kartki papieru.
- To n-nie jest śmieszne… - odezwał się w końcu kręcąc na boki głową. Jego głos był cichy i drżący, a każdy z obecnych wiedział do czego to zmierza – TO NIE JEST KURWA ŚMIESZNE! – krzyknął tracąc nad sobą panowanie - TO NIE… TO NIE JEST… TO…
Kiedy Lindsay próbowała jakoś go uspokoić i coś do niego mówić jeszcze bardziej pogorszyła sprawę bo chłopak zaczął zrzucać z blatu rzeczy, krzyczeć i głośno płakać. Ręce trzęsły mu się przy tym okropnie, a gdy Harry wstał, by pomóc Lindsay go powstrzymać zaczął ich odpychać, szarpać się i krzyczeć jeszcze głośniej. Kompletnie nad sobą nie panował.
- ZOSTAWCIE MNIE! - wyrywał się uderzając Harry’ego w klatkę piersiową, gdy ten złapał go za łokcie - PUŚĆ, ZOSTAW! - wyszarpał rękę, którą boleśnie uderzył w szafkę - Z-ZOSTAW!
Nie mogli sobie z nim poradzić, ale z pomocą przyszedł doktor Flynch, który szybko wbił Louisowi w ramię igłę.
Harry był przerażony. Widział jak zalana łzami twarz szatyna nagle się zmienia i krótko po tym jak dostał zastrzyk się uspokokaja. Jego ciało było spokojne i nie szarpało się już na wszystkie strony, ale oczy… w oczach wciąż pozostało to coś. Ta obawa i strach, niepewność, złość, smutek… ciężko było to nazwać jednym słowem.
Tom szybko się przy nich znalazł i przytrzymał słabe ciało szatyna, by nie osunął się na ziemię, a potem wziął go na ręce i zaniósł do góry.
- C-co pan mu dał? – zapytał Harry nie mogąc ruszyć się z miejsca.
- To samo na uspokojenie co zawsze brał w tabletkach, tylko większą dawkę i dożylnie, by zaczęło działać od razu. – powiedział pocierając czoło. Sam dobrze wiedział, że wszystko co do tej pory udało mu się osiągnąć, wszystkie zmiany u Louisa legły właśnie w gruzach – Jeśli rano znowu wpadnie w szał, będzie trzeba zadzwonić po karetkę. Nie mam prawa sam faszerować go zastrzykami.
Lindsay pokiwała głową i usiadła przy stole chowając twarz w dłoniach. Była załamana. Kompletnie nie wiedziała co myśleć, co robić. Nic.
- Proszę też pochować wszystkie ostre i niebezpieczne przedmioty, którymi może zrobić sobie krzywdę i zaglądać do niego kilka razy w ciągu godziny. – westchnął zamykając swoją walizkę na stole – Będzie teraz bardzo was potrzebował. Naprawdę bardzo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz