niedziela, 5 stycznia 2014

10

Louis wychodził właśnie ze szkoły po ostatniej lekcji, gdy zobaczył scenę, która sprawiła, że musiał się zatrzymać. Na końcu korytarza dostrzegł Eleanor, którą otoczyły trzy dziewczyny. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że się z niej wyśmiewały i rzucały słowa, o które Louis w życiu nie podejrzewałby dziewczyn. Szatyn przełknął ślinę wyłapując zdania takie jak „Powinnaś się zabić pieprzona wariatko”, „Świrnięta dziwka” czy „Obrzygana bulimiczka”. Kiedy tylko odeszły Eleanor zakryła twarz w dłonie i osunęła się po szafkach na ziemię. Szatyn nie wahał się ani chwili. Ruszył w jej kierunku i chwilę później kucnął przed nią.

Zanim zdążył się odezwać dziewczyna podniosła głowę i pociągając nosem spojrzała na niego zapłakanymi oczami.

- I-i c-co-oo się gapisz?! …p-pustelniku. – zapłakała patrząc na niego z wyrzutem.

- Dlaczego tak do ciebie mówiły? – zapytał chłopak ignorując to co powiedziała. Przyglądał się jak przeciera dłońmi oczy i rozmazuje czarny tusz na całą twarz co sprawiło, że upodobniła się odrobinę do pandy.

Eleaonor pociągnęła nosem kilka razy i pokręciła głową.

- T-to długa histo-oria. I nie udawaj, że cię o-obchodzi.

- Mam czas. – mruknął i wzruszył ramionami – Słyszałem, że lubisz dużo mówić, a ja… lubię słuchać.

Przez chwilę patrzyła na niego i Louis był pewien, że zaraz coś mu zrobi bo wyglądała naprawdę groźnie, ale po chwili wyraz jej twarzy się zmienił. Uśmiechnęła się blado, a on zrzucił torbę i usiadł obok niej na podłodze.

- Dobrze, ale to nie będzie ciekawa historia. – powiedziała biorąc głęboki oddech - Kiedyś się z n-nimi przyjaźniłam. – kontynuowała ochryple, chociaż widać było, że powoli się uspokaja – Wszystko się zepsuło, gdy powiedziałam jednej z nich, że podoba mi się Justin. Zrobiły m-mi opinię wariatki, wszyscy się ode mnie odwrócili… ale to nie jest najgorsze… n-najgorsze było to, że zabrały mnie na imprezę do Justina… udając m-moje przyjaciółki… Opiły mnie i wymiotowałam mu na dywan… a one… po prostu stały tam i się śmiały…

- Masz bulimię? – zapytał przypominając sobie co mówiły do niej tamte dziewczyny.

- Miałam kiedyś… i zwierzyłam im się z tego… rozpowiedziały to całej szkole. To dlatego nie mam tu żadnych znajomych.

- Jednego na pewno masz. – Louis uśmiechnął się pocieszająco – Co prawda geja, któremu spuścili głowę w kiblu i który lepi z gliny dzbanki bez dna ale… ale zawsze coś.

- Jesteś bardzo pocieszający. – parsknęła śmiechem, a jej twarz rozświetliła się - Myślałam, że pustelnicy nie mają znajomych…

- Mogę zrobić wyjątek. W ostateczności.

- W ostateczności? …poważnie? – parsknęła – Naprawdę chcesz rozmawiać z wariatką?

- Pierwszego dnia w tej szkole nazwano mnie dziwakiem. – powiedział obojętnie.

- Oh… - westchnęła – I to ma mi pomóc?

- Wiesz… nic gorszego cię już nie spotka. – wzruszył ramionami i zachichotał cicho widząc, że trochę się rozchmurzyła.

- Mówiłam ci już, że jesteś głupi i że cię lubię?

- Tak. Kiedy zobaczyłaś mnie po raz pierwszy.

- Oh… no dobrze. Jesteś pamiętliwy. Myślę, że możesz zostać moim znajomym. Tylko obiecaj mi coś… - zaczęła, a on spojrzał na nią pytająco - nie pocieszaj mnie więcej bo jesteś w tym całkowicie do dupy.

Louis zaśmiał się głośno i pokręcił głową.

- Przynajmniej podjąłem próbę. – powiedział, a ona podniosła wysoko brwi - Powinnaś być mi za to wdzięczna.

- Mówił ci już ktoś, że jesteś arogancki?

- Ugh… tak. Tak, wczoraj to słyszałem. - odpowiedział rumieniąc się, gdy pomyślał o Harrym.

- No dobrze. Przynajmniej masz tego świadomość. Nie jest z tobą tak źle pustelniku.

- Mam na imię Louis. – westchnął.

- No i co z tego? – wzruszyła ramionami parząc na niego uważnie.

Szatyn też chwilę jej się przyglądał, aż w końcu jeszcze raz westchnął głęboko. I tak nie przestanie go tak nazywać. Ta dziewczyna była naprawdę frustrująca, ale dało się ją lubić.

- Nic. – odpowiedział z rezygnacją - Chodź, kupię ci marsa w automacie, poprawi ci humor. – dodał podnosząc się z ziemi.

- Trzy. – usłyszał za sobą.

Louis spojrzał na nią z niekrytym rozbawieniem.

- Dwa.

- No dobra. – uśmiechnęła się szeroko na co Louis parsknął śmiechem i razem ruszyli korytarzem.

*

- LOUIS! – usłyszał za sobą i aż podskoczył.

Był właśnie w drodze do wyjścia z budynku, gdzie za piętnaście minut miała po niego przyjechać Lindsay albo Tom. Odwrócił się nie wiedząc co się dzieje, gdy zobaczył Liama i Zayna. Wyjął słuchawki z uszu i spojrzał na nich pytająco.

- Mówiłem, że ma w uszach słuchawki? – mulat przewrócił oczami chowając z irytacją ręce do kieszeni.

- Louis – powiedział Liam podchodząc bliżej - Jedziesz do nas.

- Dlaczego?

- Żebyś przemówił Harry’emu do rozumu. Dziwnym trafem obydwoje macie na siebie dobre wpływy… chociaż nie popierałem tego na początku… W każdym razie on ma wieczorem trening i jeśli się na nim nie zjawi wywalą go z drużyny.

- Dlaczego nie chce iść?

- Bo jest zmęczony. Nie miał ciekawej nocy… my z resztą też nie, ale jak widać potrafimy się zebrać do kupy. Harry ma nieciekawą sytuację i trener dał mu ostatnią szansę, tak, że musisz iść z nami… chodź. – wyrzucił z siebie łapiąc go za ramię i ciągnąc w kierunku samochodu.

- Oh… - mruknął szatyn i pozwolił im wepchnąć się na tylne siedzenie auta. Po drodze szybko wysłał Lindsay sms żeby po niego nie jechała i kilkanaście minut później wchodził z chłopakami do ich domu.

- Idź do niego, jest na górze, musisz zwlec go z łóżka. – rzucił Zayn – Ja jak jeszcze raz usłyszę jego stękanie to go chyba zabiję. Wziął prysznic, ogarnął się i nawet ubrał, a potem położył się na łóżku i już nie pozwolił się z niego zwlec. Nie mam cierpliwości do takich rzeczy.

Louis uśmiechnął się w odpowiedzi i wyszedł po schodach na górę.

Drzwi do pokoju Harry’ego były otwarte więc postanowił nie pukać. Pchnął je i uśmiechnął się widząc go smacznie śpiącego na plecach na pościelonym już łóżku. Wyglądał co najmniej słodko, a rozczochrane włosy powykręcały się na wszystkie strony. Lewą rękę miał położoną na oczach jakby chciał odciąć się od światła.

Szatyn zachichotał w duchu i bez zastanowienia wgramolił się na łóżko po czym oparł swoją brodę o ręce, które wcześniej złączył na klatce Harry’ego tak, że mógł uważnie go obserwować z odległości kilkunastu centymetrów.

Brunet zamruczał cicho czując na sobie coś ciężkiego i wziął głębszy oddech wciąż się nie budząc co sprawiło, że Louis uśmiechnął się jeszcze szerzej. Naprawdę nie chciał go teraz budzić. Mógłby przyglądać mu się godzinami. Po kilkunastu minutach Harry ruszył ręką, którą miał na oczach i kiedy chciał przełożyć ją na brzuch natrafił na… coś co zdecydowanie nie było jego brzuchem.

Otworzył oczy i spojrzał w dół napotykając zabójczo niebieskie tęczówki, które wpatrywały się w niego bez mrugnięcia okiem.

- Cześć Harry. – usłyszał, a jego źrenice się rozszerzyły. Przez chwilę myślał, że śni.

- Louis? – wychrypiał zaspany, a ręką dotknął jego włosów by sprawdzić czy to naprawdę on.

- Tak mam na imię – uśmiechnął się potakująco widząc, że Harry wciąż jest lekko zdezorientowany.

- Wiem, że jestem wygodniejszy od twojej poduszki, ale… co tu robisz? – zapytał powoli się dobudzając.

- Kazano mi cię obudzić.

- …a ty zamiast tego się we mnie wpatrujesz. – zaśmiał się przejeżdżając ręką po jego włosach – Oj Louis, Louis… - mruknął przeciągając się i wydając z siebie długie mruknięcie.

- Przyłapałeś mnie. – powiedział szatyn uśmiechając się i wciąż na niego patrząc - Ale skoro już otworzyłeś oczy to ruszaj tyłek, podobno wieczorem masz trening, na którym musisz być.

- Jest dopiero piętnasta…

- …no właśnie.

- Nie mogę wstać.

- Dlaczego?

- Bo coś na mnie leży. – zachichotał – Ej nie, nie, nie, nie, nie! – zawołał, gdy szatyn zaczął się podnosić i przytrzymał go ręką, którą położył gdzieś na jego łopatkę – Zooostań taak. – jęknął.

- Harry…

- Hm?

- Pamiętasz jak mówiłem, że kiedyś się zemszczę? – zapytał niewinnie.

- Za co? – zapytał Harry, ale zanim zdążył skojarzyć fakty poczuł jak ręce Louisa zsuwają się po jego koszulce na żebra i zaczynają gilgotać.

- AAAAAAAAAAAH! – krzyknął brunet chociaż bardziej przypominało to piśnięcie po czym natychmiast unieruchomił jego ręce chwytając je za nadgarstki - …a ja powiedziałem, że nie dasz mi rady Tomlinson. – dodał ciesząc się jak dziecko. Tak łatwo udało mu się go powstrzymać…

- Puszczaj! – Lou zaśmiał się próbując wyrwać dłonie z uścisków – Harry nie ma taaak! Harryyyyy – jęknął nie mogąc sobie poradzić.

Harry zaczął się głośno śmiać widząc jak Louis nieudolnie próbuje uwolnić swoje ręce.

- Jesteś taki rozbrajająco nieporadny – mówił loczek nie mogąc przestać się śmiać – Trzeba było mnie atakować? Teraz kombinuj jakby się tu uwolnić. – śmiał się i ledwo skończył zdanie, a Louis podciągnął się do góry i zatkał mu usta swoimi.

Podziałało bo Harry od razu przestał się śmiać, a uścisk na nadgarstkach Louisa poluzował się całkowicie. Chciał odwzajemnić pocałunek, ale szatyn chwycił zębami jego dolną wargę i mocno ją dziabnął.

- Ałłłłł! – syknął Harry patrząc na niego z oburzeniem, gdy tamten się odsunął i podniósł do pozycji siedzącej – Nie można tego używać jako broni!

- Dlaczego nie? – zapytał Louis wzruszając ramionami.

- Bo… bo nie?! Chciałem to odwzajemnić, a ty… a ty mnie użarłeś! Jak mogłeś mnie użreć?!

- Normalnie. – mruknął jakby to było nic takiego.

- Wykorzystałeś moją słabość do ciebie!

- No.

- NO?! Nie do wiary. – prychnął Harry kręcąc głową.

- Wcale nie trzeba być silniejszym żeby dać sobie z tobą radę. Wystarczy odrobina przebiegłości Harry.

- Przebiegłości?! Jesteś przebiegły jak mops w polu pieczarek Louis.

- Jak co? – Louis nie mógł się powstrzymać i w końcu wybuchnął głośnym śmiechem, a po chwili Harry również zaczął się śmiać – Co ty masz w głowie… jaki mops? Jakie pieczarki?

- Nie wiem. – zachichotał – Ale możesz już wrócić do poprzedniej pozycji?

- Nie wiem o czym mówisz Harry. – uśmiechnął się niewinnie na co brunet przewrócił oczami, złapał go za koszulkę i pociągnął na siebie tak, że teraz Louis leżał na nim całym swoim ciałem, a jego kolano znalazło się między nogami Harry’ego.

Zaczęli się słodko całować, a Harry znów zatopił rękę w jego włosach. Po chwili niewinny pocałunek zaczął przeradzać się w coś bardziej namiętnego, a gdy Louis podciągnął się wyżej Harry poczuł na swoim udzie coś twardego i był pewien, że była to reakcja na jego twardość, która nastąpiła chwilę wcześniej.

- Wiesz do czego to prowadzi? – zapytał niskim głosem Harry kładąc rękę na dół pleców Louisa i sunąc nią do góry pod jego koszulką.

- Mhm – wymamrotał Louis drżąc nieznacznie pod jego ciepłą ręką, która teraz zjechała trochę niżej, a jej palce wsunęły się za jego pasek.

- Ale ja nie wiem. – usłyszeli nagle i Louis odskoczył na bok spadając z łóżka i uderzając plecami na ziemię.

Jęknął boleśnie, a Harry spojrzał w kierunku drzwi, gdzie oparty o framugę stał Liam, a za nim Zayn trzymający w ręku chrupki kukurydziane. Rzucił im najbardziej mordercze spojrzenie na jakie było go stać, a potem nachylił się patrząc na Louisa.

- Żyjesz?

- Ugh tak. Ale za bardzo się wstydzę żeby wyjrzeć zza łóżka, więc jeszcze trochę tu poleżę.

Harry westchnął i z powrotem spojrzał na chłopaków.

- Tak? – warknął w ich stronę rozkładając pytająco ręce – Czego chcecie?

- Chcieliśmy sprawdzić czy Louisowi udało się ciebie obudzić. – uśmiechnął się Liam.

- Ale widzę, że udało mu się eee… was… obudzić. – dorzucił Zayn, a zza łóżka usłyszeli kolejne jęknięcie.

Harry szybko zakrył poduszką swoje krocze i przewrócił oczami.

- Zamknij się kutasie – zaśmiał się Harry widząc minę Zayna – Możecie już sobie iść? Tak jakby… teraz. – dodał z naciskiem.

- Czyli idziesz na trening?

- TAK! – zirytował się po raz kolejny przewracając oczami.

- To dobrze. – uśmiechnął się złośliwie Zayn – Louis daj spokój, nie chowaj się. Wcześniej czy później będziesz musiał spojrzeć nam w oczy i to naprawdę nic złego, że leżałeś na Harrym i…

- ZAYN! – krzyknął Harry rzucając w niego drugą poduszką – Wynocha!

Podniósł kolejną poduszkę i nawet nią rzucił, ale mulat zdążył zamknąć drzwi i szybko się oddalił. Harry ponownie nachylił się nad Louisem, który teraz trzymał na twarzy obie dłonie.

- Louis?

- Zabij mnie – mruknął niewyraźnie na co Harry zachichotał.

- Daj spokój. Nic takiego się nie stało. Chodź zejdziemy na dół i…

- Żartujesz? – odsłonił oczy napotykając nad sobą zielone tęczówki – Nigdzie się stąd nie ruszam.

- Musisz kiedyś wyjść. Zayn miał rację, wcześniej czy później…

- …nie wyjdę stąd bez worka na głowie. Boże co za wstyd. Ughhhh – jęknął znów zakrywając sobie twarz dłońmi.

- Zawsze mogło być gorzej, wiesz, gdybym zdjął ci spodnie… co swoją drogą zamierzałem zrobić… a oni weszliby do pokoju trochę później… mogliby zobaczyć twój…

Resztę jego zdania zagłuszyło ponowne jęknięcie Louisa, który zaczął wczołgiwać się pod jego łóżko co wywołało u Harry’ego niekontrolowany atak śmiechu. Nie przypuszczał, że tam może się ktoś zmieścić.

- Czym się przejmujesz? – zapytał w końcu zsuwając się z łóżka, opierając głowę o ziemię i patrząc na szatyna do góry nogami – Zejdziemy teraz na dół i zachowamy się naturalnie. To wcale nie musiało być tym na co wyglądało.

- Oh nie, nie z pewnością. Po prostu powiemy im, że zgubiłeś soczewki, a ja szukałem ich w twojej jamie ustnej za pomocą języka.

- Louis… żałuj, że nie możesz siebie teraz zobaczyć. Najchętniej wczołgałbym się tam do ciebie i dokończył to co zaczęliśmy, ale obawiam się, że mógłbym się zaklinować. – powiedział śmiejąc się, ale szatynowi nie było do śmiechu – Louis zamierzasz wyjść spod tego łóżka czy…

- Nie.

Harry westchnął głęboko i opadł z powrotem na materac uśmiechając się do siebie za co chwilę później sam skarcił się w myślach. Dlaczego do licha ostatnio zachowuje się jak dziecko? Czemu wszystko go śmieszy, wszystko wydaje mu się słodkie, rozbrajające i urocze? A może wcale nie wszystko, tylko jedno? - Louis.

Brunet myślał chwilę, aż podniósł się z łóżka mówiąc do materaca, że zaraz wraca. Materac odpowiedział mu krótkim „mhm”, a on śmiejąc się zszedł na dół. W kuchni znalazł Liama i Zayna, na którego twarzy gościł głupi uśmieszek.

- Zawstydziliście go cholernie. – pokiwał głową, ale zaśmiał się – Siedzi pod moim łóżkiem i nie chce wyjść.

Zayn już otwierał usta by rzucić jakimś kąśliwym komentarzem, ale Liam go uprzedził.

- Harry, jak to zrobiłeś? – powiedział szczerze zdumiony, a widząc pytające spojrzenie bruneta kontynuował – Jeszcze kilka tygodni temu był prawdziwym wrakiem człowieka. Pamiętam jego wybuch w szkole jakby to było wczoraj… I… głupio mi trochę, że mówiłem żebyś go zostawił w spokoju, ale nie spodziewałem się, że stanie się… coś takiego. Otworzyłeś go jak książkę…

- …co ty Li, książek się nie całuje. – wtrącił Zayn przewracając oczami – No… przynajmniej nie z językiem.

Loczek posłał mu rozbawione spojrzenie i nie słuchał więcej jego komentarzy. W przeciwieństwie do Louisa w ogóle nie przejął się tym, że zostali przyłapani. Jego przyjaciele wiedzieli, że jest gejem, więc ta sytuacja w żadnym stopniu nie była dla niego niekomfortowa.

- Więc jesteście teraz razem? – usłyszał pytanie Liama i zakrztusił się. Spodziewał się, że wcześniej czy później ono padnie. Wzruszył ramionami – Oh, nie gadaliście o tym?

- My tylko… spędzamy razem czas? – wyjąkał puszczając mimo uszu kolejną uwagę mulata - Nie wiem jak to nazwać.

- Zakochałeś się w nim. – powiedział tym razem Zayn uśmiechając się pod nosem – To widać na pierwszy rzut oka.

- Co?! Ja? Dlaczego tak… nie! – oburzył się Harry, który nigdy wcześniej nawet o tym nie myślał – Bzdury.

- Nas możesz kłamać, ale siebie nie okłamiesz. On na pewno też coś do ciebie czuje. To widać jak na ciebie patrzy.

- I to było widać jak się łaskotaliście…

- …widzieliście… co… ile wy tam staliście?!

- Wystarczająco długo. Harry, ja wiem, że ty nie masz w zwyczaju dopuszczać do siebie uczuć i tak dalej, ale… udupiłeś się stary. Na to nie ma ratunku. – Zayn wzruszył ramionami – Poza tym… pasowalibyście do siebie.

- Nie… Zayn, przestań bo jeszcze sobie za dużo zacznę wyobrażać i wtedy wszystko się zepsuje. Zawsze tak jest, było i będzie. To nie jest nic wielkiego, spędzamy razem czas, lubię go, on lubi mnie i to wszystko.

- Mhm. – powiedzieli równocześnie na co loczek przewrócił oczami.

- Oj zamknijcie się. Wracam do niego zanim oderwie podłogę i się pod nią schowa. – powiedział – Potem odwiozę go do psychologa i… - odwrócił się upewniając, że Louis nie zaczął schodzić na dół – jego ciocia chciała ze mną o czymś pogadać co ma związek z jego rodzicami. Nie wiem o co chodzi, ale prosiła żebym przyjechał, gdy nie będzie go w domu. – wzruszył ramionami widząc pytające spojrzenie Zayna i trochę zmartwionego Liama – Wezmę swoje rzeczy i zobaczymy się na treningu.

Liam próbował pytać o co może chodzić, ale Harry nic więcej nie mógł im powiedzieć bo sam nie wiedział, dlatego ponownie wzruszył ramionami i wrócił do swojego pokoju. Położył się na podłodze i zajrzał pod łóżko, skąd patrzyły na niego wielkie niebieskie oczy. Roześmiał się i wyciągnął do niego rękę, którą – ku jego uciesze – Louis chwycił i pozwolił wyciągnąć się spod łóżka.

*

Kiedy podjechali pod budynek, w którym Louis miał mieć spotkanie z terapeutą szatyn uśmiechnął się do niego, podziękował za podwózkę i wyszedł. Harry patrzył jak powoli się oddala. Wiatr przeczesywał mu włosy, gdy ze spuszczoną głową i rękami w kieszeniach niechętnie szedł w stronę drzwi.

Harry wziął głęboki oddech przypominając sobie jak dzień wcześniej robili razem kurczaka. Jak Louis się śmiał, jaki był wesoły, jak na niego patrzył, jak się rumienił, jak jego włosy rozczochrały się po łaskotkach i to było… To było…

To było coś, co sprawiało, że nie mógł tego po prostu tak zostawić.

- Hej, Tomlinson! – krzyknął wychodząc z auta i idąc w jego stronę.

Louis zatrzymał się i odwrócił powoli w stronę Harry’ego. Uśmiechnął się lekko widząc jak do niego podchodzi i patrzy prosto na niego i kiedy już miał zapytać co się stało, Harry chwycił jego twarz obiema rękami i pociągnął do pocałunku.

Do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że pocałunki takie jak ten mogą zdarzyć się w prawdziwym życiu. Nie zdawał sobie sprawy, że on, Harry Styles będzie kiedyś kogokolwiek całował w ten sposób. Tak delikatnie, z uczuciem i wszystkimi niewypowiedzianymi słowami, które w tym momencie zawisły w powietrzu. Tak, jakby Louis był najważniejszą osobą w całym jego życiu.

Kiedy odsunął się powoli i otworzył oczy, Louis stał oniemiały z cudownymi rumieńcami na twarzy. Powoli opuścił się na stopy – bo wcześniej stał na palcach – i teraz patrzył na Harry’ego z dołu, niezdolny do powiedzenia czegokolwiek. Uśmiechnął się nieśmiało, a kąciki ust bruneta również uniosły się do góry. Był z siebie cholernie zadowolony. Sięgnął prawą ręką do tyłka Louisa, który obdarował delikatnym klapsem na co tamten lekko podskoczył.

- Teraz wolno ci odejść. – powiedział.

- O-okej – wyjąkał wolno szatyn wpatrując się w niego z błyskiem w oku, po czym odwrócił się i odszedł rzucając mu przez ramię jeszcze jeden, krótki uśmiech.

*

Harry załamał się w środku, gdy Lindsay powiedziała mu to czego się dowiedziała. Wstał z krzesła, zaczął chodzić po całej kuchni, a po chwili znów usiadł zdenerwowany. Wszystko nagle pękło jak bańka mydlana.

- To niemożliwe – wychrypiał w końcu – On nie może…

- Wiem Harry, ale nie ma innego wyjścia. – przerwała mu ciocia Louisa - Nie dali się przekonać, to nie mogę być ja, ani Tom… to musi być Louis.

- Jezus Maria, on się załamie, on nie da rady, on tego…

- Harry, dlatego mówię to tobie. Chcę cię prosić żebyś pojechał wtedy z nami, on musi mieć przy sobie bliskich.

- Oczywiście, że pojadę. – powiedział chowając twarz w dłoniach – To go zniszczy, prawda? – dodał ciszej, do siebie.

Przez chwilę nikt nic nie mówił, słychać było jedynie tykanie zegara, który wisiał na ścianie, aż w końcu Lindsay pociągnęła cicho nosem i pokiwała głową.

- Tak – odpowiedziała ledwo dosłyszalnie.

*

Lindsay odebrała Louisa od psychologa, a serce pękało jej na kawałki, gdy chłopak zaczął z nią rozmawiać i był naprawdę wesoły. Już bardzo, bardzo dawno nie widziała go takiego i bolała ją świadomość, że wkrótce to wszystko zostanie na nowo zniszczone. Postanowiła, że powie mu to w ostatniej chwili, w niedzielę, żeby nie zabierać mu ostatnich kilku dni szczęścia.

Gdy wrócili do domu zadzwonił Tom mówiąc, że przebito mu wszystkie opony i Lindsay musiała po niego jechać.

- Chcesz zostać? – zapytała patrząc jak kuca, by ubrać dopiero co zdjęte buty.

- A mogę? – zdziwił się patrząc na nią zdezorientowany.

Kobieta uśmiechnęła się kiwając krótko głową, pocałowała go w czoło mówiąc, że będą za dwie godziny i wyszła. Louis usłyszał dźwięk odpalanego silnika i chwilę później został całkowicie sam.

Okłamałby sam siebie, gdyby nie przyznał, że to go zdziwiło. Nie sądził, że kiedykolwiek pozwolą mu zostać na tak długo samemu, ale był to też jakiś znak. Znak dla niego, że naprawdę mu ufają, wierzą, że jest z nim lepiej i że nic już sobie nie zrobi. I była to prawda bo nie zamierzał sięgać po żyletkę, która wciąż spoczywała na dnie szuflady w jego pokoju. Nie chciał ich zawieść. Poszedł do kuchni i w tym momencie usłyszał dzwonek do drzwi.

- Zapomniałaś czegoś? – zapytał otwierając drzwi i znieruchomiał widząc Justina i dwójkę jego kolegów, którzy od razu złapali go za łokcie i pociągnęli do środka.

- Horan nie wykręcaj mu rąk, widzisz przecież, że się nawet nie broni. Puść go. – rozkazał Bieber i Louis natychmiast został puszczony – Siadaj. – powiedział do niego wskazując mu miejsce przy stole.

Szatyn odsunął krzesło i usiadł na nie oddychając cicho i czekając na to co miało zaraz nastąpić. Justin usiadł naprzeciwko niego, odpalił papierosa i zaczął przyglądać się Louisowi, który nie mówił kompletnie nic. Nie zadawał żadnych pytań, nie próbował uciekać, po prostu siedział spokojnie i patrzył.

- Jakiś ty grzeczny. – mruknął Bieber zaciągając się mocno i wypuszczając kłębek dymu – Zaczynam rozumieć co Styles w tobie widzi. Daj telefon. – powiedział i gdy Louis podał mu swojego iphone’a zaczął pisać wiadomość – Napiszemy mu, że potrzebujesz natychmiast pomocy i że jesteś sam i że stało się coś strasznego. Myślisz, że to podziała? Mamy tylko dwie godziny zanim wróci twój wujek. Szkoda, że ktoś przebił mu te opony. - zaśmiał się, a szatyn od razu zrozumiał, że był to jego pomysł.

Nie minęło piętnaście minut, a do środka bez pukania wszedł Harry.

- Louis? Louis, gdzie jesteś? – zapytał i już miał iść na górę, gdy dostrzegł ich w kuchni. Zatrzymał się, a w jego oczach od razu pojawiła się wściekłość. – Bieber co ty kurwa robisz?!

- Przyszedłem na papieroska do Louisa, nie można? – uśmiechnął się puszczając duży kłębek dymu prosto na twarz szatyna, który zaczął głośno kaszleć, a jego oczy zaszły łzami.

- Daj mu spokój, słyszysz? - zdenerwował się brunet - Zostaw go.

- Nic mu nie zrobiłem. Siedzi grzecznie, nie pyskuje, nie próbuje walczyć… Dlaczego miałbym mu coś robić? - uśmiechnął się – Przyszedłem tu w twojej sprawie, a to, że siedzimy w jego kuchni, jest informacją… ostrzeżeniem dla ciebie, które, mam nadzieję, dobrze zrozumiesz. – powiedział wstając i zatrzymując się przed Harrym – Spierdoliłeś ostatnią sprawę Styles, przez co straciłem trochę kasy, którą ty mi oddasz. Rano napiszę ci ile i masz na to tydzień. Inaczej… - odwrócił się patrząc na Louisa, ale nie dokończył. Spojrzał znacząco na Harry’ego, skinął głową na chłopaków i… po prostu wyszli.

- Louis, o Boże, przepraszam! Nic ci nie zrobili? – zapytał Harry podchodząc do niego i łapiąc jego twarz – Przepraszam, przepraszam…

- W porządku, nic mi nie jest. - odpowiedział trochę oszołomiony - Czego oni chcieli, w co ty się wpakowałeś?

- W nic Louis. Miałem mu pomóc w jednej rzeczy, którą spieprzyłem, teraz chce żebym oddał mu kasę. Nie sądziłem, że posunie się tak daleko, żeby tu przyjść, przysięgam, ja… przepraszam cię Louis…

- Harry… skąd weźmiesz dla niego te pieniądze? Domyślam się, że nie chodzi o małą kwotę… - szatyn spojrzał mu w oczy zmartwiony.

- Od Liama. – westchnął – Nie mam innego wyjścia.

Louis patrzył mu w oczy chwilę, aż w końcu westchnął głęboko.

- Harry, ja… ja wiem, że miałem o to nie pytać, ale…

- To miała być ostatnia rzecz jaką dla niego robiłem. Tak się umówiliśmy. Nie udało się, więc oddam mu pieniądze i wszystko będzie w porządku. Proszę cię, nie zawracaj sobie tym głowy. I przepraszam, że tu przyszli, nie powinienem był do tego dopuścić…

- Nic się nie stało, po prostu się martwię. – powiedział szczerze, a jego oczy były takie smutne, że Harry’emu omal nie wyskoczyło serce.

- Wszystko będzie w porządku. Obiecuję.

Harry przysiągł sobie w duchu, że zakończy tą sprawę z Justinem raz na zawsze. Naprawdę ostatnią rzeczą jaką chciał to pakować się w jakieś kłopoty i ryzykować tym, że ktoś skrzywdzi Louisa.

Przejechał kciukiem po jego twarzy i ledwo powstrzymał się od łez, gdy przypomniał sobie rozmowę z Lindsay. Nie mógł nawet wyobrazić sobie co się stanie, gdy Louis dowie się, że musi zidentyfikować zwłoki swoich rodziców i sióstr…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz