niedziela, 5 stycznia 2014

Epilog

Czternaście lat później

- Skarbie, może urwiesz się dzisiaj wcześniej? – zamruczał sennie Louis, przekręcając się w łóżku na bok i widząc swojego męża ubierającego koszulę. Zamrugał, a później sięgnął po okulary, by móc mu się przyglądać. Takiego widoku nigdy nie mógł odpuścić – Mieliśmy malować pokój małego. Obiecaliśmy mu, że dzisiaj się tym zajmiemy. – dodał, uważnie obserwując jego ruchy.

- Chciałbym, ale nie wiem czy mi się uda. – westchnął Harry, zapinając mankiet, a gdy skończył nachylił się, by go pocałować. Louis jak zawsze wykorzystał okazję i pociągnął go na siebie – Ejjj, Louis, cały się wymnę, co ty robisz… Lou… Jezu, no dobrze. – mruknął zrezygnowany, pozwalając się przytulić, a później usiadł na łóżku, poprawiając pomięte ubranie – Spróbuję wrócić wcześniej. – uśmiechnął się widząc jego błagalną minę, której używał zawsze, by coś osiągnąć – Ale nie obiecuję. Może być?

- Mhm. – szatyn uśmiechnął się, przeciągając z cichym jękiem, a Harry wystawił do niego otwartą dłoń. Kącik ust Louisa poszybował nieznacznie do góry – Nigdy nie zapomnisz? – zapytał, podając mu swoją rękę.

- Dlaczego miałbym zapomnieć? – zielone oczy spotkały się z niebieskimi, tylko po to by później zatrzymać się na wielkich bliznach, na całych rękach niższego – Obiecałem ci w dniu ślubu, że będę je całował każdego dnia. – szepnął, nachylając się i delikatnie całując mu wewnętrzną część ręki, w kilku miejscach. Później to samo zrobił z drugą – Nigdy nie zapomnę. – dodał podnosząc się i patrząc mu w oczy.

Louis uśmiechnął się blado. Nie przypuszczał, że Harry naprawdę będzie dotrzymywał obietnicy, którą złożył mu w dniu ślubu. Był pewien, że nigdy w życiu nie zapomni tego dnia. Po kilku latach wciąż pamiętał wszystko, każdy najmniejszy szczegół, każdy uśmiech Harry’ego, każdy pocałunek czy spojrzenie, wszystko. Louis stał wtedy bez koszulki, przed dużym lustrem, przyglądając się swoim bliznom ze smutkiem, gdy do środka wszedł Harry. Bez słowa podszedł do niego, pocałował jego ręce, a później patrząc prosto jego oczy powiedział, że od tego dnia będzie to robił codziennie. Co prawda zdenerwowany całą uroczystością Louis musiał zepsuć atmosferę, pytając czy blizny na jego udach również się wliczają, ale Harry skomentował to zrezygnowanym pokręceniem głowy. Był już przyzwyczajony, że jego chłopak, a później narzeczony zawsze musiał rzucić jakimś dziwnym komentarzem. Cóż, to właśnie w nim kochał. Później śmiał się z Louisa, że się cały trzęsie i prosił, by mu czasem nie zemdlał na ołtarzu lub nie wymiotował z nerwów. Na szczęście wszystko przebiegło po ich myśli, no… może oprócz tego, że gdy chcieli się pocałować Louis wybuchnął głośnym śmiechem i nawet Harry nie mógł tego powstrzymać. Śmiali się przez kilka długich sekund, a każda próba uspokojenia się kończyła się jeszcze większą katastrofą. Wszystko oczywiście zostało uwiecznione na zdjęciach i śmiali się z tego, aż do dzisiaj.

- Miłego dnia kochanie. – powiedział brunet, wyrywając tym Louisa z zamyśleń. Chwycił torbę i skierował się w stronę drzwi.

- Paaa Harryyyyy! – zawołał głośno szatyn, owijając się kołdrą, gdy brunet wyszedł z sypialni – Miłego dnia, zadzwoń w przerwie, na stole masz kanapki, kocham cię, będę tęsknił, do zobaczeniaaaaa! – dodał, chichocząc do siebie. Po chwili znów usłyszał kroki i w drzwiach znowu pojawił się Harry. Podniósł do góry rękę, w której trzymał świeżo zrobione kanapki i spojrzał na niego pytająco.

- Kiedy?

- Jak się myłeś kochanie. – odpowiedział dumny i zadowolony z siebie Louis. Harry zaśmiał się, przemierzył pokój, znów podchodząc do łóżka i znów się nad nim nachylając. Spojrzał na niego z czułością, a później jeszcze raz pocałował go krótko w usta.

- Mówiłem ci już… - zaczął, ulubionym Louisa, niskim głosem – że jesteś… perfekcyjną żoną? – zakończył patrząc mu w oczy, a mina szatyna zmieniła się w ciągu ułamka sekundy. Wciągnął powietrze oburzony, a później walnął go mocno w klatkę piersiową.

- Ja ci dam żonę. Poczekaj, poczekaj. – szepnął złowrogo – Coś mi się wydaje, że wrócisz dzisiaj głodny, a zupa będzie przesolona. – zagroził, mrużąc groźnie oczy.

- Nie wierzę. Jesteś przecież takim dobrym kucharzem. – Harry zaśmiał się – Jestem pewien, że obiad będzie bardzo, baaardzo dobry kochanie.

- A jeśli nie będzie bardzo, baaardzo dobry skarbie? – Louis uśmiechnął się złośliwie – To co wtedy? – mruknął, przygryzając dolną wargę, co Harry natychmiast zauważył bo jego wzrok przeniósł się na jego usta.

- Będę musiał cię ukarać. – szepnął – Wiesz, że jestem bardzo, bardzo wymagającym i apodyktycznym mężem.

- Wiem Harry, wiem. – Louis uśmiechnął się, przejeżdżając dłonią po gładkim materiale jego koszuli na klatce piersiowej, a później niżej i niżej i… - Harry. – szepnął cicho – Może skusisz się na mały seks przed pracą? – zachichotał – Mam na ciebie ochotę.

- Muszę już iść Lou, nie kuś mnie. – powiedział z westchnięciem, chwytając jego nadgarstki i odciągając je od swojego ciała. Później, gdy chciał się odsunąć szatyn złapał go za krawat i pociągnął na siebie – Louis, przestań. – westchnął, gdy ten się podniósł i zaczął delikatnie całować jego szyję.

- Zmuś mnie. – usłyszał przy uchu i już wiedział, że tego nie powstrzyma. Był całkowicie uzależniony od tych małych pocałunków, które na jego ciele składał Louis. Właśnie dlatego jego koszula, a później spodnie wylądowały gdzieś na ziemi, a Harry - jak każdego jednego dnia - spóźnił się do pracy.

Ten dzień był wyjątkowo długi i dłużył się nie tylko Louisowi, który nie mógł wytrzymać bez Harry’ego kilka minut. Mały Dominic, któremu obiecali malowanie pokoju, przez cały dzień chodził za swoim tatą i marudził. Louis był twardy i udało mu się wytrzymać do południa, ale gdzieś około czternastej zrezygnowany wstał i ubrał małemu kurtkę, mówiąc, że idą po farbę.

Czterdzieści minut – tyle zajęło im wybieranie koloru, a raczej dyskutowanie na jego temat bo mały uparł się na krwistą czerwień.

- Posłuchaj kochanie. – zaczął po raz setny Louis, kucając przy półce gdzie stały farby i patrząc małemu w oczy. Były niebieskie, ukryte za kędzierzawą grzywką, przez co chłopiec mimo tego, że był adoptowany, naprawdę wyglądał jak mieszanka Harry’ego i Louisa – Nie możemy kupić czerwonej farby, to nie jest kolor do pokoju dla dzieci.

- Dlaczego?

- Każdy kolor ma wpływ na nasze samopoczucie skarbie, czerwony jest dość agresywnym kolorem i na pewno ciężko będzie ci się skupić przy nim na nauce. – westchnął, widząc jak jego bródka drży – Co powiesz na jasnozielony, albo niebieski? To bardzo ładne kolory i…

- Ja chcę czerwony. – pociągnął noskiem – Czemu nie mogę mieć czerwonego tato? Proszę kupmy czerwony. – mówił ze łzami w oczach. Louis wziął głęboki oddech.

- Skarbie, twój tatuś mnie zamorduje jeśli pomalujemy twój pokój na czerwono. – powiedział w końcu bo naprawdę nie chciał wyobrażać sobie miny Harry’ego, gdy zobaczyłby krwistoczerwone ściany, w pokoju ich malucha.

- Tatuś powiedział, że sam będę mógł wybrać kolor. – próbował dalej mały i Louis zaczął się zastanawiać po kim jest tak uparty jak osioł. Te myśli były oczywiście głupie, biorąc pod uwagę fakt, że mały nie był ich synem, ale mimo wszystko Louis się nad tym nie zastanawiał. Zawsze zachowywał się tak jakby to oni z Harrym go urodzili. Dlatego uznał, że tą upartość odziedziczył właśnie po Harrym. Bo przecież nie po nim, prawda?

Spojrzał jak mała łezka spływa po różowym policzku Dominica.

- Tatuś nie wiedział co mówi. – mruknął, wycierając mu palcem łezkę – Skarbie pro…

- Tatuś mówi, że jesteś złośliwy. – usłyszał nagle i zmarszczył brwi w niedowierzaniu.

- Och, tak mówi? – zapytał, a ton jego głosu od razu się zmienił. Przez chwilę jedynie patrzył na swojego synka, zastanawiając się nad czymś – Tatuś mówi, że jestem złośliwy, tak?

- T-tak.

- Oj, nie kochanie. Tatuś się pomylił, ja nie jestem złośliwy, wiesz? – Louis uśmiechnął się, wstając i biorąc go na ręce – Pokażemy tatusiowi, że nie jestem. To jaką chcesz farbę mały?

Louis nawet nie czekał, aż jego mąż wróci do domu. Wiedział, że jeśli nie zaczną malowania teraz, to farba wyląduje w koszu na śmieci. Dlatego wyniósł wszystkie meble z pokoju Dominica, mały pozbierał swoje zabawki i niedługo po tym zaczęli zabawę.

Jego serce miękło, gdy widział jak malec skacze z wałkiem w ręku. Wyglądał komicznie, a Louis zrobił mu nawet czapkę z gazety, co oczywiście uwiecznił zdjęciami. Wszystko było dobrze, dopóki malec nie zażądał, by Louis go podniósł, by mógł sięgnąć wyżej. Skończyło się na tym, że obydwoje całkowicie pobrudzili się farbą.

- Jak ty wyglądasz mały, idź do łazienki szybko i zmyj to bo później będziemy musieli trzeć jak zaschnie. – powiedział – Poza tym, lepiej żeby Harry cię takiego nie widział. – zachichotał, chociaż sam nie wyglądał lepiej. Jego ręce i koszulka również były brudne, ale mimo wszystko musiał dokończyć malowanie, żeby nie było potem plam.

Dopiero, gdy skończył wyszedł do łazienki i nawet nie zauważył, że Harry wrócił do domu. Był właśnie nachylony nad wanną, gdy drzwi się otworzyły i do środka wszedł jego mąż. Odwrócił się, chcąc coś powiedzieć, ale Harry zareagował całkowicie inaczej niż się spodziewał.

Pobladł i w sekundę w jego oczach pojawiły się łzy. Podbiegł do Louisa i chwycił jego ręce. Pół minuty zajęło szatynowi uświadomienie sobie, że Harry myśli, że się pociął.

- Harry. – zaczął, wyrywając swoje nadgarstki i próbując chwycić jego.

- Louis coś ty zrobił… Boże, Louis… - mówił, sięgając do kieszeni po telefon, ale zanim zaczął dzwonić po karetkę Louisowi udało się złapać jego nadgarstki i jakoś popchnąć go na ścianę.

- Harry to jest farba! – zawołał, patrząc mu w oczy – Słyszysz mnie? Czerwona farba, to nie jest krew!

- C-co? – Harry zamrugał i znieruchomiał na sekundę – Jaka farba?

- Farba do ścian kochanie, nie pociąłem się, widzisz? – zapytał, odsuwając się od niego i trąc wewnętrzną część swoich dłoni – Zobacz…

- Louis co ty chrzanisz? – zapytał, wciąż oszołomiony. Jego twarz dalej była blada, na rzęsach zatrzymało się kilka łez, a w oczach malowała się czysta rozpacz – Jaka farba? – wyszeptał, starając się uspokoić swój oddech.

Niższy opuścił wzrok, przygryzając nerwowo dolną wargę, a później ponownie spojrzał na zielone tęczówki, przepraszająco. Wiedział, że Harry go zaraz wypatroszy.

- Farba do ścian. – mruknął, najciszej jak potrafił. Harry patrzył chwilę na niego, aż w końcu przełknął ślinę. Louis mógł dostrzec jak jego jabłko Adama poruszyło się w górę i w dół.

- Farba do jakich ścian Louis? – zapytał głośniej, ale Louis milczał – Louis… Louis chyba nie chcesz mi powiedzieć, że pomalowałeś pokój naszego dziecka na ten kolor?! – podniósł głos, wskazując na czerwone ręce i koszulkę swojego męża. Wyglądał jakby właśnie kogoś zabił i próbował zatrzeć ślady.

- N-no… tak jakby… j-ja… – zaczął się jąkać, ale po chwili wziął głęboki oddech, gdy przypomniał sobie co powiedział mu w sklepie mały – Właściwie to tak, pomalowałem mu ściany na ten kolor. – dodał pewnie, patrząc mu w oczy. Założył na piersi ręce, starając się wyglądać groźnie, ale z jego wzrostem wcale tak nie wyglądał – Masz z tym jakiś problem kochanie? – zapytał prowokującym tonem.

- Czy mam z tym jakiś problem?! – powtórzył brunet, robiąc krok w stronę Louisa – Oczywiście, że mam! Pomalowałeś pokój naszego dziecka na krwistoczerwony kolor Louis, co jest z tobą nie tak do cholery? Masz to w tej chwili zeskrobać!

- Nie.

- Louis, powiedziałem ci, że masz to…

- Nie zmusisz mnie.

- Louis!

- Harry!

- Louis do cholery!

- HARRY!

- Louis nawet nie zaczynaj…

- Harry, nie zeskrobię tych ścian!

- Do jasnej cholery, dlaczego jesteś taki… ałłł! Za co to było?! – krzyknął, gdy szatyn uderzył go pięścią w klatkę piersiową.

- Powiedziałeś naszemu dziecku, że jestem złośliwy! – zawołał Louis. Harry zatrzymał się na chwilę, myśląc, a potem zaczął się głośno śmiać – No i z czego się cholera śmiejesz?!

- Więc o to ci chodzi? – zapytał Harry, już normalnym głosem, ale na jego twarzy wciąż malował się uśmiech – Te ściany, to miała być zemsta, tak?

- Dominic chciał czerwoną farbę to mu kupiłem czerwoną farbę! – warknął, udając złego – Powiedział mi, że jestem złośliwy, musiałem mu udowodnić, że nie jestem, prawda?

- I tym sposobem utwierdziłeś mnie w przekonaniu, że właśnie jesteś. – powiedział wyższy – Mały złośliwiec. – dodał i z przyjemnością patrzył jak jego mąż zaciska zęby ze złości.

- Nie jestem mały.

- Więc jesteś złośliwy?

- Nie jestem złośli…

- Właśnie zaprzeczyłeś, że nie jesteś mały, a nie złośliwy.

- Harry!

- Louis!

- Denerwujesz mnie Harry!

- To ty mnie przed chwilą zdenerwowałeś! – zaśmiał się, unikając kolejnego uderzenia – Złośnik. – dodał, cofając się, gdy Louis wciąż próbował go zaatakować – Mały wredny złośnik, dokuczliwa jędza, zawzięta wiedźma, zgryźliwy… aaa! – pisnął, gdy ręce Louisa zetknęły się z jego twarzą, smarując ją na czerwono, a przy okazji jego jasną koszulę.

- Masz za swoje dupku. – syknął, zadowolony z siebie Louis i zaczął piszczeć i uciekać, gdy ten zaczął go gonić.

Wybiegł ze środka, uciekając po całym domu, ale Harry w końcu złapał go z tyłu w pasie i podniósł do góry, ciągnąc z powrotem do łazienki.

- Cześć tato! – zawołał uśmiechnięty dzieciak, siedząc na kanapie w salonie, oglądając telewizję i jedząc żelki. Pomachał wesoło ręką, śmiejąc się, gdy zobaczył jak wyglądają. Byli cali brudni w farbie.

- Cześć Dominic. – uśmiechnął się Harry – Kto pozwolił ci jeść żelki przed obiadem?

- Tatuś. – pokazał palcem na Louisa, który próbował mu bezgłośnie powiedzieć, że to nie on – Powiedział, że dopóki drugi tatuś nie widzi to…

- Dominic! – zawołał Louis, śmiejąc się i jednocześnie próbując wyszarpać z uścisku Harry’ego – Miałeś mu nic nie mówić! – syknął.

- Nie tatusiu. – chłopiec zaśmiał się, ładując do ust następną porcję żelek – Miałem nie mówić, że pozwoliłeś mi narysować mu rysunek-niespodziankę w tych kartkach na jego biur…

- W moich dokumentach? – oburzył się Harry, ciągnąc Louisa do wyjścia z salonu – O nie, nie, tak się nie będziemy bawić.

- Tato, gdzie ciągniesz tatusia?

- Tatuś się trochę pobrudził, muszę pomóc mu się umyć kochanie. – powiedział i chwilę później po raz kolejny znaleźli się w łazience.

Louis próbował zapierać się rękami i nogami, ale nie udało mu się to, dlatego po krótkiej chwili wylądował pod prysznicem. Harry wpadł za nim, a sekundę później lał go zimną wodą.

- HARRY! – piszczał Louis, zasłaniając twarz, jakby to miało ochronić go przed prysznicem.

Wyższy pomęczył go trochę, a później zmienił strumień na ciepły. Sięgnął ręką do jego talii i przyciągnął go mocno do siebie, zaczynając całować. Szatyn zamruczał wesoło, rozpinając mokrą już koszulę swojego męża, a później pozbywając się ich spodni.

- Mmmm – zamruczał Harry. Przejechał dłońmi po mokrej talii Louisa, delikatnie go całując.

Szatyn przyciągnął go do siebie, owijając dłonie na jego karku i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie…

- Ałłłłł! – syknął brunet, odsuwając się do tyłu i łapiąc palcami dolną wargę. Stał chwilę nieruchomo, czekając, aż ból minie, aż podniósł wzrok na niebieskie oczy, które parzyły na niego z satysfakcją – Nie. – powiedział biorąc powolny oddech – Po prostu nie Louis!

- Tak.

- Mówiłem ci, że cię kiedyś za to zamorduję gołymi rękami? – oburzył się Harry, czując jak jego mocno ugryziona warga pulsuje bólem.

- Tysiąc razy Harry.

- Cóż, wieczorem chyba spełnię moją groźbę. – warknął, a Louis uśmiechnął się pod nosem.

Wiedział, że jak zwykle mu się upiecze.

Harry oczywiście nic mu nie zrobił, a skończyło się tak, że leżeli razem w łóżku i przeglądali albumy ze zdjęciami, wspominając dawne czasy liceum i studiów. Wszystkie ich wspomnienia wydawały się być tak wyraźne jakby te wydarzenia działy się zaledwie kilka dni temu.

- Zobacz na to Lou! – zachichotał Harry, pokazując na zdjęcie ze ślubu Lindsay – Wyglądasz tutaj na bardzo niezadowolonego, spójrz tylko na swoją minę. – śmiał się.

- Dziwisz mi się? – mruknął zdegustowany – Moja ciocia wyszła za mojego byłego psychiatrę. Do tej pory jak do nich jadę, widzę jak ukochany doktor Rovers na mnie patrzy.

- Wydaje ci się. Ten gość jest naprawdę w porządku. – powiedział, zaglądając mu przez ramię do albumu, który trzymał – Hej, a co to jest, o tutaj? – zapytał, widząc, że w jednej koszulce schowane jest kilka zdjęć.

Louis mruknął jakąś odpowiedź, próbując zamknąć album, ale Harry wyrwał mu go z ręki. Wyjął zdjęcia, a jego oczom ukazało się co najmniej siedem zdjęć przedstawiających jego samego, podczas snu. Podniósł jedno zdjęcie do góry i spojrzał rozbawiony na Louisa, czekając na wyjaśnienia.

Szatyn jedynie uśmiechnął się niewinnie i wzruszył ramionami, a chwilę później zmarszczył brwi, nie rozumiejąc dlaczego Harry zaczął się głośno śmiać. Już miał pytać o co chodzi, gdy jego mąż sięgnął do innego albumu i z jednej koszulki również wyjął kilka zdjęć, tym razem śpiącego Louisa. Podniósł wzrok, spotykając się z zielonym spojrzeniem Harry’ego i uśmiechnął się, tak, że cała jego twarz pokazywała to, jak bardzo jest teraz szczęśliwy.

- Kocham cię. – powiedział cicho Louis, cały rozpromieniony i rozczulony.

- Ja też cię kocham. – uśmiechnął się Harry, chwytając na pościeli jego rękę i delikatnie ją ściskając – Cieszę się, że cię mam. – dodał, nachylając się i złączając ich usta – Nawet nie wiesz jak bardzo.

Nie trwało to jednak zbyt długo bo chwilę później drzwi się otworzyły i do ich łóżka wgramolił się mały chłopiec, mówiący, że nie może spać. Szczęśliwi rodzice oczywiście przyjęli go pod swoją kołdrę, wymieniając znaczące spojrzenia pełne uśmiechu. Mały szybko zasnął, a Harry i Louis jeszcze długo wpatrywali się w swoje oczy.

- Przestraszyłeś mnie dzisiaj. – szepnął Harry, przesuwając delikatnie palcami po bliznach Louisa – Myślałem, że znowu to zrobiłeś.

- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć. – mruknął cicho, żeby nie obudzić śpiącego między nimi Dominica – Czternaście lat temu obiecałem ci, że już tego nigdy nie zrobię, pamiętasz? – zapytał, a Harry pokiwał krótko głową.

- Pamiętam i ufam ci, ale gdy zobaczyłem twoje całe czerwone ręce, moje serce przestało bić na kilka sekund. – westchnął – Nigdy nie nauczę się nad tym panować. Umarłbym gdybym cię stracił.

- Nie stracisz mnie. – szepnął Louis, a Harry podniósł delikatnie jego dłoń i złożył na niej lekki pocałunek – Nigdy więcej tego nie zrobię Harry. Możesz być pewien.

- Jestem. – powiedział cicho, ale pewnie. I rzeczywiście był.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz