niedziela, 5 stycznia 2014

20

Dzień balu od rana zapowiadał się na wyjątkowo udany i piękny. Słońce mocno świeciło, a na niebie nie było ani jednej chmurki, która wskazywałaby na to, że pogoda nie dopisze. Tego dnia każdy uczeń Green Meadow High School był podekscytowany i odrobinę zdenerwowany. Tak jak Louis, który, gdy tylko otworzył oczy i przeciągnął się na łóżku, zaczął myśleć o tym co się stanie jak cała szkoła zobaczy go i Harry’ego razem. Trzymających się za ręce. Bo będą się trzymać, prawda?

Przewrócił się na bok myśląc intensywnie. Co jeśli ich nie zaakceptują? Co jeśli stanie się coś złego? Przecież większość ludzi jest raczej mniej tolerancyjnych. Zwłaszcza w liceach, gdzie jeśli ktoś odrobinę różni się od całej reszty od razu traktowany jest jak coś gorszego, coś czym można pomiatać lub wytrzeć podłogę. Tak, Louis już nie raz spotkał się z czymś takim. Niekoniecznie na swojej skórze bo w poprzedniej szkole praktycznie nikt nie wiedział o jego orientacji, ale widział jak traktowani są inni. Z resztą, on sam pierwszego dnia został oskarżony o ubieranie się jak homoseksualista i nawet przez to ucierpiał. Tak, do tej pory nie zapomniał jak Justin go potraktował. Jak rozdeptał mu okulary, wylał na głowę zawartość butelki pepsi, a później wrzucił wszystkie rzeczy do kosza na śmieci. Nic miłego. Pomyśleć co by było, gdyby Justin wtedy wiedział, że naprawdę jest gejem. Już i tak od początku miał pod górkę.

Westchnął, tym razem przekręcając się na plecy i patrząc w sufit. To nie jest ważne, pomyślał przypominając sobie wszystko co mówił mu Harry. To i tak ostatni miesiąc w tej szkole, poświęcony na przygotowywanie do egzaminów. Nie będzie łatwo, zwłaszcza dla niego, odkąd po dużych dyskusjach rady pedagogicznej postanowiono jednak dopuścić go do egzaminów. Co prawda pod warunkiem, że kilka razy napisze próbne i wszystkie zaliczy, ale jednak. Ogromnie się z tego powodu cieszył, ale korki, które miał cztery razy w tygodniu wysysały z niego całą energię. Wracał zmęczony i czasami nawet nie rozbierając się padał na łóżko i usypiał, aż przychodził Harry i go budził. Czasami była to Lindsay.

Słysząc dźwięk przychodzącej wiadomości sięgnął ręką pod poduszkę wyjmując telefon, a drugą okulary ze stolika. Uśmiechnął się szeroko widząc kilka wiadomości. Parę z nich musiał dostać jak spał i nie słyszał. Na przykład trzy od Eleanor, która pisała, że nie może usnąć bo nie wierzy w to, że naprawdę dostała zaproszenie i że boi się, że się wygłupi – przecież nie ma pojęcia jak się tańczy. Przewinął na górę listy i zobaczył wiadomość od Harry’ego. Jego twarz od razu rozświetlił uśmiech. Boże, to naprawdę się działo.

- Wyglądasz cudownie kochanie! – powiedziała uśmiechnięta od ucha do ucha Lindsay, patrząc na stojącego przed nią, ubranego w czarny garnitur Louisa.

- Wyglądam dziwnie. – stwierdził patrząc do lustra i robiąc równie dziwną minę – Ten przeklęty krawat nie chce się zawiązać. – jęknął przesuwając gładki materiał między palcami po raz setny. W końcu zdenerwował się i zawiązał go sobie na supeł mówiąc, że tak pójdzie. Lindsay zaczęła się śmiać.

- Daj to. – powiedziała odsuwając jego ręce i zawiązując jego krawat jak należy. Gdy skończyła spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko – Jestem z ciebie taka dumna Louis. – westchnęła – To wszystko nie powinno w ogóle cię spotkać i czuję się winna temu co się stało.

- Proszę, nie… - zaczął kręcąc głową – To… to nie jest twoja wina i nigdy tak nie myśl.

- Przykro mi, że to się tak potoczyło. – pogładziła go po głowie, odgarniając kilka niesfornych kosmyków, które opadały mu na oczy.

- Wiem ciociu, mi też. Nawet nie wiesz jak bardzo, ale musimy żyć jakoś dalej, prawda? Mimo tych wszystkich złych rzeczy, które nas spotkały. – mruknął i zamrugał, zastanawiając się dlaczego te słowa wychodzą z jego ust z taką łatwością. Brzmiał w tym momencie jak swój psychiatra, a kilkanaście tygodni wcześniej nawet by o tym nie pomyślał.

Kobieta uśmiechnęła się do niego blado, przytakując i po raz kolejny mówiąc, że jest z niego dumna i że cieszy się, że mu się udało. Szatyn uśmiechnął się i pozwolił by go przytuliła, a w tym samym momencie usłyszeli dzwonek do drzwi. Harry.

Z szerokim uśmiechem podszedł do drzwi i uchylił kawałek, zaledwie dziesięć centymetrów, z którego wystawił głowę.

- Taak? – zapytał przeciągle, patrząc na swojego chłopaka od góry do dołu. Wow, wyglądał niesamowicie, a garnitur leżał na nim tak dobrze, jakby został dla niego specjalnie uszyty. – Pan do kogo? – dodał, a Harry zmrużył oczy, ledwo powstrzymując się od głośnego westchnięcia. No tak. Prawie zapomniał, Louis i jego dziwaczne zabawy.

- Witam, czy w tym domu mieszka pan Louis Tomlinson? – spytał uprzejmie, a na jego twarzy pojawił się uwodzicielski uśmiech. Louis od razu się ucieszył.

- Być może proszę pana. A kto pyta? – zachichotał bo nie mógł już dłużej być poważny.

- Jego książę z bajki. – odpowiedział Harry i obydwoje zaczęli się śmiać. Szatyn otworzył szerzej drzwi, pozwalając by Harry zobaczył go w całości i czekał na komentarz. Zagryzł dwie wargi równocześnie, a na jego policzki wkradł się mały rumieniec, który stworzył uroczą całość – Więc? – zapytał Harry, wciąż się śmiejąc – Gdzie on jest proszę pana? Tutaj go nie widzę, niee, na pewno nie ubrałby się tak…

- Harry! – krzyknął Louis uderzając go lekko pięścią w klatkę piersiową. Chłopak zachichotał, a potem przyciągnął do siebie niższego i delikatnie cmoknął – Harry, jak wyglądam? – zapytał patrząc mu w oczy, pełen obaw.

- Wyglądasz… nienagannie. – odpowiedział, a gdy Louis zrobił oburzoną minę i już wciągał powietrze by coś powiedzieć, Harry wybuchnął głośnym śmiechem i śmiał się tak bardzo, że Louis nie był zdolny by cokolwiek z siebie wydusić.

- Nie wiem co sobie myślałem. – wymamrotał pod nosem, udając złego i przewracając oczami. Harry przestał się śmiać i teraz patrzył na niego z rozczuleniem – Że będzie jak na filmach, że przyjdziesz do mnie z kwiatami, powiesz, że wyglądam cudownie, że mnie kochasz, a na końcu namiętnie pocałujesz? – podniósł wzrok na zielone tęczówki udając zawiedzionego. Harry uśmiechnął się szerzej. Louis westchnął – Nie ważne, jedźmy już. – powiedział zamykając drzwi i idąc w stronę samochodu, ale w tym momencie Harry złapał go delikatnie za łokieć i odwrócił w swoją stronę.

Szatyn już miał coś powiedzieć, gdy Harry wyjął zza pleców kwiaty, a później na jego ustach pojawił się najcudowniejszy uśmiech jaki Louis kiedykolwiek w życiu widział. Był niemal pewien, że jego szczęka leży gdzieś na ziemi. Harry przechylił delikatnie głowę na bok i zrobił krok do przodu, zmniejszając między nimi odległość. Przejechał lewą ręką po jego policzku, a później palcami podniósł odrobinę twarz.

- Wyglądasz cudownie Lou, a ja w tej chwili jestem najszczęśliwszą osobą na całej ziemi. – powiedział niskim głosem, uśmiechając się, wciąż w ten niesamowity sposób. Serce Louisa zabiło szybciej na te słowa, a uda zaczęły drżeć. Nie zdążył nic powiedzieć zanim Harry przyciągnął powoli jego twarz, a później pocałował, dokładnie tak jak Louis chciał – Kocham cię mój mały złośniku. – szepnął, gdy się odsunął, a Louis stał tak chwilę patrząc na niego i jedynie się uśmiechając. Harry jeszcze raz się nachylił, a potem pocałował go w nos i poprowadził w kierunku samochodu, którego drzwi mu otworzył.

Louis spojrzał na niego zanim wszedł do środka i Harry wiedział, że zaraz rzuci komentarzem w stylu „cóż za gentelman” i Louis również wiedział, że Harry tylko na to czeka. Przez dwie długie sekundy patrzyli na siebie i uśmiechali się bo obydwoje o tym wiedzieli, aż szatyn uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Dziękuję Harry. – powiedział tak uprzejmie jak tylko był w stanie i wszedł do środka. Harry zamknął za nim drzwi i wypuścił z siebie powietrze kręcąc głową i uśmiechając się, gdy jego oczy poszybowały do góry. Okrążył samochód i chwilę później ruszyli w kierunku szkoły.

Na pierwszy rzut oka budynek wyglądał całkiem normalnie, jak zwyczajna szkoła, ale gdy podeszli od tyłu, wejścia na wielką salę gimnastyczną, zobaczyli coś co od razu wywołało uśmiechy na ich twarzach. W tym roku rzeczywiście się postarali. Wejście wyglądało naprawdę imponująco. Czerwony dywan i fioletowe światła, zupełnie jak na jakiejś gali lub w amerykańskiej szkole. Wszystko pięknie ozdobione w białe kwiaty idealnie kontrastowało się z resztą, a głośna muzyka – teraz „Wildest moments” Jessie Ware - słyszalna była z naprawdę daleka. Nikt nie spodziewał się, że małe liceum w Green Meadow przyłoży się aż tak bardzo.

Louis zatrzymał się przełykając ślinę i patrząc na ludzi wchodzących do środka. Każdej parze wcześniej było robione zdjęcie. Całą drogę czuł się zdenerwowany, ale teraz, gdy stał tutaj przed budynkiem czuł się wyjątkowo lekko. Wiedział, że wszystko będzie dobrze. Po prostu to wiedział. Uśmiechnął się i spojrzał na Harry’ego, który – jak zauważył – również na niego patrzył.

Ruszyli przed siebie. Kilka osób spojrzało na nich, ale była to raczej czysta ciekawość i zainteresowanie, nie zdegustowanie czy obrzydzenie. Zdjęcie zostało zrobione, a oni znaleźli się w środku szybko znajdując duży, okrągły stolik nakryty złotym obrusem z idealnym widokiem na stojącą na środku scenę, gdzie miały być śpiewane piosenki na żywo przez wynajęty zespół. Rozglądali się przez chwilę, aż dosiadły się do nich dwie pary – Liam i jakaś dziewczyna z długimi włosami, która przedstawiła się jako Stephanie i Zayn z Eleanor przez co i Louis i Harry zaczęli uśmiechać się złośliwie, a nawet rzucili parę kąśliwych komentarzy.

Gdy pierwsza godzina minęła, a wszyscy byli o wiele bardziej rozluźnieni niż na początku Harry i Louis zdecydowali się zatańczyć. Wstali i ruszyli w kierunku ogromnego parkietu, gdy nagle zobaczyli, że z przeciwnej strony w ich kierunku szedł Justin, a na jego ramieniu wisiała jakaś blondynka w długiej, różowej i świecącej sukni. Louis nawet nie zauważył, że wstrzymywał oddech. Chciał zawrócić, ale poczuł jak uścisk Harry’ego na jego dłoni się zaciska. Czuł, że zaraz rozpęta się piekło i naprawdę nie chciał w tym uczestniczyć, nie chciał psuć sobie tej cudownej nocy, dlatego, gdy chłopak był coraz bliżej nich po prostu zamknął oczy z myślą by działo się to co ma się dziać.

Nic jednak się nie wydarzyło bo chłopak przeszedł obok nich, całkowicie obojętnie, kiwając tylko krótko głową do Harry’ego, który odwzajemnił ten chłodny gest.

- Możesz już zacząć oddychać. – zachichotał, wyciągając go na środek parkietu. Louis odetchnął patrząc do góry, na zielone tęczówki. Stali teraz naprzeciwko siebie, patrząc sobie w oczy.

- Nie chcę wiedzieć czym go zaszantażowałeś. – szepnął kręcąc głową, a Harry najpierw skomentował to głośnym prychnięciem i przewróceniem oczami.

- Naprawdę uważasz, że go zaszantażowałem? – powiedział ze śmiechem – Są inne sposoby. – szepnął kładąc rękę na jego talii i przyciągając do siebie jak swoją własność. Cóż, tak w końcu było.

- Och i ty je niby znasz? – rzucił złośliwie – Jakie na przykład?

- Na przykład przyjazna rozmowa przy kubku gorącej herbaty. – odpowiedział. Louis wybuchł śmiechem i kręcąc na boki głową postanowił nic już nie mówić. Bardziej byłby skłonny uwierzyć w to, że dali sobie po mordzie i poszli razem na piwo. Nie pytał jednak o szczegóły. Jego dłonie oplotły szyję Harry’ego i delikatnie przejechały po jego karku.

Zaczęli tańczyć, przytuleni do siebie i siedzący przy ich stoliku Zayn musiał przyznać Eleanor rację. Wyglądali naprawdę uroczo. Mówili sobie coś na ucho, powoli się obracając, a na ich twarzach co jakiś czas pojawiały się uśmiechy.

- Gdzie ten Harry trzyma ręce? – zapytała cicho, szczerząc zęby – Chyba będziesz musiał porozmawiać sobie z nim i zrobić mu ojcowski wykład. To przecież mój mały pustelnik. – zachichotała.

Na początku z głośników leciały piosenki lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, raczej spokojne, aż w końcu na scenę wyszedł zespół, który zaśpiewał cover piosenki Florence and The Machine „Dogs days are over”, która powoli zaczęła wszystkich rozkręcać. Później wyszedł kolejny zespół i większość piosenek jakie były grane były w rockowych klimatach, do poskakania i poszalenia na parkiecie. Zagrano parę coverów My Chemical Romance i innych znanych zespołów i wykonawców. Jeden z nich zagrał nawet piosenkę „Scotty doesn’t know”, którą zaśpiewał razem z tłumem. Louis ustawił się pod sceną trzymając butelkę piwa i bujając się lekko w rytm muzyki. Naprawdę ciężko mu było uwierzyć w to, że w końcu się wszystko ułożyło.

Poczuł jak para rąk oplata się wokół jego talii, tuż za nim. Zachichotał pod nosem.

- Harry – powiedział przeciągle, dotykając ręce.

- Nie do końca. – usłyszał śmiech i natychmiast odskoczył jak oparzony, a gdy się odwrócił zobaczył Kevina, kumpla z poprzedniej szkoły – Siema Lou. – przywitał się chłopak.

- Kevin? – zapytał zdezorientowany Louis, odsuwając się od niego – Co ty tutaj robisz.

- Jestem jako osoba towarzysząca koleżanki. Nie spodziewałem się ciebie tutaj spotkać. – uśmiechnął się lekko – Wisisz mi rozmowę Louis. – dodał poważniej – Jak mogłeś wyjechać bez żadnego słowa?

- Jestem pewien, że dobrze wiesz dlaczego wyjechałem. – opowiedział cicho. W całym mieście było głośno, gdy jego rodzice i siostry zginęli. Kevin musiał znać powód.

- Wiem, ale to nie wyjaśnia tego, że zniknąłeś bez słowa. – chłopak wzruszył ramionami – Przyjaźniliśmy się.

- Przyjaźniliśmy się? Kevin, wykorzystywałeś mnie, zabierałeś na imprezy żeby nie iść sam, a później upijałeś bylebym tylko nie wyszedł wcześniej do domu. Nie tak postępują przyjaciele.

- Sam uwielbiasz się upijać, więc nie gadaj głupot Louis. – wcisnął ręce do kieszeni, przyglądając mu się – Jak miałeś z tym problem wystarczyło ze mną pogadać, a nie wyjeżdżać.

- Kevin, ja nie wyjechałem przez ciebie. – sprostował Louis patrząc mu w oczy – Wyjechałem…

- Przez śmierć twoich rodziców i sióstr, tak wiem, ale nawet coś takiego nie upoważnia cię do…

Nie skończył zdania bo Louis uderzył go z liścia w twarz. To nie było mocne uderzenie, raczej dające Kevinowi do zrozumienia, że posuwa się za daleko i że powinien zastanowić się co mówi.

- Nic do ciebie nie mam Kevin, ale nie pozwolę ci zepsuć mi tej nocy. – powiedział spokojnie, ale głos mu zadrżał – Nie chciałem cię uderzyć, ale myślę, że zdajesz sobie sprawę z tego, że zasłużyłeś na znacznie mocniejszy policzek. – dodał czując jak jego ręce zaczynają drżeć – Nie wiesz przez co przeszedłem i nie masz prawa mieć do mnie pretensji o to, że wyjechałem. Między nami nic nigdy nie było, a ja jestem teraz z Harrym i…

- Mylisz się. – powiedział nagle chłopak, uśmiechając się z wyraźnym zadowoleniem. Louis zamrugał.

- Słucham? – wyszeptał cicho, marszcząc brwi i nic z tego nie rozumiejąc.

- Czy ten twój Harry wie, że ze sobą spaliśmy? – zapytał Kevin, patrząc gdzieś za szatyna.

- Co ty chrzanisz Kevin? – zdenerwował się Louis.

- Tej nocy, gdy widzieliśmy się po raz ostatni. – ciągnął dalej – Byłeś trochę nawalony, ale mimo wszystko całkiem dobrze się ruszałeś.

- O czym on mówi Louis? – zapytał nagle Harry, który od pewnego czasu stał za swoim chłopakiem. Louis odwrócił się i spojrzał w zielone tęczówki, a później znów odwrócił się w stronę Kevina.

- To nie jest prawda. – powiedział bo wiedział, że tego nie robił. Wiedział, że to kłamstwo i że Kevin mówi to specjalnie żeby wszystko zniszczyć między nim, a Harrym. Zawsze był o niego zazdrosny. Louis pił dużo, owszem, ale nigdy nie upijał się tak bardzo, by nie pamiętać co robił poprzedniego dnia. Kevin zaśmiał się i zaczął opowiadać szczegóły, a Louis poczuł jak szczypią go oczy.

To koniec. Harry go zostawi.

Butelka, którą trzymał w ręce upadła na podłogę, a on sam odwrócił się i po prostu stamtąd wybiegł, biegnąc szkolnym korytarzem i co jakiś czas trącając przechodzących ludzi. Wpadł do pustej klasy od garncarstwa, która zawsze była otwarta i kucnął pod ścianą, tak, by nie było go widać z korytarza, gdyż cała sala była przeszklona. Jego głowa oparła się o podkurczone kolana i po prostu tak siedział.

Był głupi myśląc, że ma prawo do szczęścia. Życie po prostu się na nim mściło. Wszyscy zawsze będą go zostawiać, taki jego los, myślał, cicho pociągając nosem i nie przejmując się łzami.

Kilka minut później nawet nie usłyszał jak drzwi otwierają się i do środka ktoś wchodzi. Harry. Chłopak usiadł po turecku, naprzeciwko niego i chwycił rękami jego łydki ściskając je rytmicznie. Louis podniósł głowę i zaczął się śmiać przez łzy.

- Co ty robisz? – zapytał patrząc mu w oczy.

- Zastanawiam się co ty robisz. – odpowiedział z uśmiechem Harry, przejeżdżając dłońmi po jego łydkach do kostek i znów do góry – Dlaczego tu się ukrywasz?

- Nie wiem. – pociągnął nosem i znów się zaśmiał, gdy zaczął uświadamiać sobie, że Harry wcale nie chce go zostawiać. Musiał w tej chwili wyglądać naprawdę głupio. Płakał i się śmiał.

- Naprawdę myślałeś, że uwierzę w tę głupotę? – Harry podniósł brwi z rozbawieniem wymalowanym na twarzy. Louis poczuł, że się rumieni – Mówiłem ci, że nigdy cię nie zostawię.

- No, wiem, ale po tym…

- Nawet gdyby coś między wami było wtedy, to niczego teraz by to nie zmieniło. No… w ostateczności dałbym mu w gębę, że dobrał się do ciebie gdy byłeś pijany, ale to wszystko.

- Nie robiłem z nim tego. – powiedział poważnie Louis. Harry uśmiechnął się.

- Wiem o tym.

- Kocham cię. – rzucił niższy, gdy Harry ledwo skończył swoje zdanie.

- O tym też wiem. – roześmiał się, znowu ściskając mu łydki. Louis rozchmurzył się i zaczął się śmiać, chociaż na jego twarzy wciąż były ślady łez.

- Wygłupiłem się, prawda? – zapytał, ocierając zewnętrzną stroną dłoni policzek. Harry uśmiechnął się złośliwie i już otwierał usta, by powiedzieć, że tak, wygłupił się, gdy Louis szybko go rozgryzł i nachylił się, złączając ich usta i przewracając Harry’ego na plecy.

Harry chwycił dłońmi jego policzki i nie przerywając pocałunku otarł mu łzy, a później jedną ręką ścisnął rozczochrane już włosy, a drugą umiejscowił na jego tyłku. Parsknął śmiechem, gdy Louis wyprostował się, siadając na jego biodrach.

- Ta pieprzona marynarka ogranicza mi ruchy. – jęknął zły, ruszając ramionami i zastanawiając się nad czymś. Leżący pod nim Harry uśmiechnął się odrobinę.

- Mój cholerny krawat sprawia, że nie mogę oddychać. – szepnął, patrząc w niebieskie tęczówki.

- Hm. Te spodnie robią się coraz ciaśniejsze. – dodał niewinnie Louis, kręcąc odrobinę biodrami.

- Podłoga jest niewygodna. – dorzucił Harry i obydwoje uśmiechnęli się do siebie.

- Dom? – powiedzieli równocześnie, a pół godziny później rozbierali się u Harry’ego w sypialni.

Ich pocałunki były pożądliwe i namiętne, a w pokoju było naprawdę gorąco. Ich seks był czymś więcej niż tylko seksem. Był jeszcze zabawą, z której obydwoje się cieszyli. Lubili robić sobie na złość, gilgotać się, śmiać się w swoje usta, przygryzać wargi czy kusić się nawzajem. Świetnie się przy tym bawili, a całość zbliżała ich do siebie jeszcze bardziej.

- Musimy ustalić jakieś zasady. – powiedział po wszystkim Harry, gdy leżał na plecach, patrząc na Louisa, który wpatrywał się w niego leżąc na boku – Żadnego gryzienia i ciągnięcia zębami moich warg, jasne?

- A to dlaczego panie Styles?

- Nie masz wyczucia Tomlinson, najchętniej ugryzłbyś mnie do krwi.- westchnął – Nie chcę patrzeć w lustro, pogryzłeś mi całą szyję ty mała, wstrętna piranio.

- Nie panowałem nad tym! Doprowadziłeś mnie do takiego stanu, że… - urwał, gdy Harry przewrócił się na bok i oparł głowę o rękę, słuchając go z dumnym uśmieszkiem na twarzy – Och na miłość boską. – Louis przewrócił oczami.

- Po prostu to powiedz. – powiedział zadowolony Harry – Przyznaj, że jestem niesamowity w te klocki. – zaczął się śmiać i poruszać znacząco brwiami, a Louis parsknął śmiechem.

- Jesteś taki żałosny. – pokręcił głową śmiejąc się jak głupi.

- Przynajmniej nie jęczałem jak… rmmbmbmm! – mruczał, gdy Louis przyciskał mu do ust rękę. Szatyn przewrócił się na niego, odsuwając swoją dłoń tylko na chwilę, by móc go pocałować, a gdy się odsunął nic już nie mówili. Poczuł jak ogarnia go zmęczenie, więc po prostu położył się na klatce piersiowej Harry’ego i patrzył w przestrzeń, czekając na sen.

Zanim jednak zasnął jego uwagę przykuło zdjęcie leżące na szafce nocnej.

- Kto to jest Harry? – zapytał widząc ładną dziewczynę w ciemnych włosach i szerokim uśmiechem.

- Moja siostra. – usłyszał, chociaż Harry nawet nie drgnął, nie odwrócił głowy. Musiał po prostu wiedzieć na co Louis patrzy – Gemma. – dodał innym tonem głosu, a Louis przełknął ślinę.

- Gdzie ona jest? – zapytał szeptem. W głębi duszy już od dawna znając odpowiedź. Harry wciągnął powietrze, tak, że Louis uniósł się odrobinę w górę na jego klatce piersiowej, a później znów opadł w dół.

- Zabiła się. – powiedział Harry, a szatyn poderwał się do góry, siadając na łóżku i patrząc mu w oczy. Dlaczego Harry nigdy wcześniej mu o tym nie powiedział? Dlaczego on sam nigdy o to nie zapytał?

Przez chwilę nie wiedział co powiedzieć, ale przypomniał sobie ich jedną rozmowę. Harry powiedział mu wtedy, że wie co czuje, a Louis nakrzyczał na niego mówiąc, że nic nie wie, że nie wie co czuje i że nie wie jakie to wszystko jest dla niego ciężkie. Dopiero teraz dotarło do niego to co Harry musiał wtedy czuć. Mimo wszystko nie powiedział słowa.

- Dwa lata temu – kontynuował Harry, patrząc w sufit – To była moja wina.

- Co ty mówisz Harry… to nie była twoja…

- Nie zrobiłem kompletnie nic, by temu zapobiec. – przerwał mu – Nie zrobiłem nic. Powinienem wiedzieć, że jest z nią źle, powinienem odczytać jakieś sygnały, ale nie wiedziałem. Nie pomogłem jej. To dlatego zacząłem brać różne świństwa, by zapomnieć, nie myśleć o tym jaki beznadziejny jestem.

- Harry to nie była twoja wina. – powiedział Louis, kładąc się z powrotem obok niego i wtulając mu w szyję, a przy tym obejmując jego brzuch ręką – Słyszysz? – szepnął mu do ucha – Nie obwiniaj się o to, proszę cię. Jesteś wspaniałą osobą i o niczym nie wiedziałeś. Nie miałeś obowiązku wiedzieć. Uratowałeś moje życie i będę ci za to wdzięczny każdego dnia. Nie jesteś beznadziejny.

- Wiesz… gdy zobaczyłem cię w wannie… z podciętymi żyłami…

- Wiem Harry. – przerwał mu cicho, a większy chłopak wziął głęboki oddech i rozluźnił się. Objął Louisa ramieniem, przyciągając go do siebie i suwając dłonią po gładkiej i miękkiej skórze.

- Cieszę się, że jesteś. – szepnął zamykając oczy.

- Cieszę się, że jestem. – odpowiedział Louis.

*

Sierpniowy dzień. Mimo lata od samego rana był dość pochmurny. Słońca nie było widać, a chłodny wiatr wywoływał na ciele Louisa gęsią skórkę. Ten dzień zdecydowanie zapowiadał się źle.

- Harry, to był głupi pomysł. – powiedział nagle, zatrzymując się na środku chodnika – Co ja sobie myślałem? Że zdam tę poprawkę? Jestem naprawdę taki głupi, taki durny… proszę, po prostu wróćmy do domu, a ja spróbuję od nowa, za rok, okej? Oszczędzę sobie niepotrzebnego…

- Przestań panikować. – Harry przewrócił oczami, ściskając mocniej rękę swojego chłopaka – Uczyłeś się ze mną przez całe wakacje tak? Umiałeś to, napisałeś egzamin i jestem pewien, że go zdałeś.

- A co jeśli nie zdałem? – powiedział zdenerwowany, wolną ręką odgarniając z czoła włosy.

- Zdałeś. Liczyłeś te zadania z zamkniętymi oczami Louis, a teraz proszę cię. Nie panikuj tylko chodź do tej szkoły po papierek, który otworzy ci drzwi na studia.

- Harry boję się. Może ty wejdziesz, a ja poczekam tutaj, przed szkołą, co? – zaczął bełkotać zdenerwowany – Usiądę sobie na murku i popatrzę na gołębie, są o wiele ciekawsze niż…

- Nie mogę odebrać twoich wyników Louis. Sam musisz to zrobić. Będzie dobrze, chodź. – powiedział popychając go do pustego budynku, który jeszcze kilka miesięcy temu był ich szkołą. Louis gadał całą drogę, wychodząc na górę pod gabinet dyrektora. Gdy znaleźli się już przed nim odwrócił się przerażony i spojrzał na Harry’ego błagalnym wzrokiem. Harry jedynie pokręcił przecząco głową i zapukał za niego.

- O mój Boże, chyba mam zawał serca, Harry ja, ja nie dam ra… - Harry cmoknął, mając już tego dość i po prostu otworzył drzwi i wepchał go do środka, a później wszedł za nim.

Louis drżącym głosem podał swoje nazwisko, a chwilę później otrzymał teczkę z papierami, otworzył ją trzęsącą się ręką, a później wciągnął głośno powietrze, odwracając się do Harry’ego i wyjmując papier.

- O BOŻE ZDAŁEM! – krzyknął, nie zwracając uwagi na to, że jest w gabinecie dyrektora – HARRY ZDAŁEM! O MÓJ BOŻE, JA ZDAŁEM! – cieszył się, skacząc jak dziecko, a sekundę później zarzucił swojemu chłopakowi ręce na szyję i mocno go uściskał – Zdałem, zdałem… - mamrotał mu na ucho, nie mogąc przestać się uśmiechać. I gadał to, aż do samego wyjścia ze szkoły. Dopiero wtedy Harry zatrzymał się pod dużą tablicą Green Meadow High School i mocno go pocałował, mówiąc, że jest z niego bardzo dumny. Od początku wiedział, że mu się uda, wierzył w niego przez cały czas.

- Harry… - zaczął nagle Louis, podnosząc swój wzrok i cały zarumieniony z podekscytowania patrząc w zielone tęczówki swojego chłopaka – Czy to znaczy, że…

- Tak Louis. – przerwał mu wyższy, uśmiechając się wesoło – Idziemy razem na studia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz