- Bardzo boli? – zapytała Eleanor, gdy dwa dni później razem z Zaynem i mamą Harry’ego przyjechali po niego do szpitala. Nie wyglądał źle, ale został odrobinę poturbowany.
- Właśnie nie boli, nie mam pojęcia dlaczego trzymali mnie tutaj tak długo. Nic mi nie jest i czuję się świetnie. – odpowiedział zgodnie z prawdą, wrzucając ostatnie rzeczy do torby i zarzucając ją na ramię – Nie musiałaś przyjeżdżać mamo. – westchnął, gdy przekroczyli próg i skierowali się do wyjścia, aż do windy.
- Oszalałeś kochanie. – rzuciła poważnie – Już i tak nie widziałam cię zbyt długo, przez tę pracę w Londynie strasznie cię zaniedbałam. Mówiłam, że powinieneś przenieść się razem ze mną i…
- Mówiłem ci, że chcę skończyć liceum. – Harry pokręcił głową wchodząc do windy – Nie chciałem zmieniać szkoły, poza tym rodzice Liama wpadali i sprawdzali czy sobie radzimy. I było dobrze, naprawdę.
- I tak czuję się winna. Nie powinnam się godzić na to wasze wspólne mieszkanie razem. Jesteście jeszcze za młodzi. Liam tak samo. I ty Zayn również, nie patrz tak na mnie.
- Oj tam. Było dobrze, naprawdę. – uśmiechnął się mulat – To było tylko kilka miesięcy, moi rodzice też są zapracowani. – podrapał się po głowie i wymienił krótkie spojrzenie z Eleanor, która zastanawiała się czy surowy ton pani Styles to tak na poważnie. Wyglądała na wyluzowaną kobietę.
- I tak uważam, że to był błąd. Jako rodzic mówię, że nie powinniśmy was tak zaniedbywać.
- Jestem pełnoletni. – pokręcił głową Harry i uśmiechnął się – Liam i Zi też mamo. – przypomniał.
- Od kilku miesięcy. Ale to nie ma znaczenia bo i tak macie głupie pomysły. Wracam dzisiaj do Londynu, ale za tydzień przyjeżdżam i będę was pilnować, aż do matur. Tak Zayn, nie rób min, ciebie też mój drogi będę pilnować. Twoi rodzice też się o ciebie martwią. – ciągnęła dalej – Biedny Liam, zostawiliśmy was na jego głowie. Pojęcia nie mam jak on sobie z wami radził.
- Mamo, robisz z nas najgorszych przestępców i…
- Nie muszę z was robić przestępców bo sami się nimi mianowaliście kupując plastikowe pistolety na kulki. – powiedziała, a Eleanor zakrztusiła się, prawie płacząc za nimi ze śmiechu. Wyszli z windy, a kobieta wciąż gadała – Nie patrz tak na mnie Harry, wczoraj byłam z twoim samochodem u mechanika i wszystko widziałam. Nie chcę nawet wiedzieć po co wam to było. A co do samochodu, zdajesz sobie sprawę, że zaniedbałeś wszystkie przeglądy, nie wymieniłeś klocków hamulcowych, ani nie sprawdziłeś…
- Mamo.
- Co mamo, co mamo Harry? – pokręciła głową, ale tak naprawdę wcale nie była zła. Chłopcy wiedzieli, że musi im trochę pogadać i pomatkować, tak dla zasady – Dobrze, że oceny masz w miarę dobre bo inaczej byśmy rozmawiali. A ty Zayn podobno palisz papierosy na terenie szkoły, o wszystkim mnie poinformowali i mam to przekazać twoim rodzicom.
- Przekaże im pani? – zapytał wesoło, a ona spojrzała na niego groźnie. Jak mógł jeszcze o to pytać? Bezczelność. Zagryzła wargi udając, że się zastanawia.
- Nie. Ale spróbuj chociaż bardziej się z tym kryć. Tak jak mój Harry, który do tej pory myśli, że nie wiem, że pali. – dodała i tym razem to Harry się zakrztusił. Eleanor nie mogła się już powstrzymać i wybuchła głośnym śmiechem – Naprawdę nie wiem co z was chłopcy wyrośnie. Gdzie się podziały moje maluchy, które bawiły się w chowanego za domem? Dobrze, że to wszystko tak się skończyło. Jak ten chłopak się czuje, jak on miał na imię? – zapytała.
- Louis. – odpowiedział cicho Harry – Nie wiem jak się…
- Czuje się dobrze. Wczoraj wieczorem wyszedł ze szpitala. – wtrąciła Eleanor uśmiechając się do Harry’ego, który nagle posmutniał – Przez to, że go porwa… że ktoś go porwał musiał tam wrócić bo podejrzewali, że dalej może mieć jakieś problemy z oddychaniem, ale jest już w porządku. Jego ciocia wbrew pozorom też się ma dobrze. Zniosła to wszystko lepiej niż myślałam. Teraz liczy się dla niej tylko Louis. – powiedziała patrząc znacząco na Harry’ego, który nagle zainteresował się swoimi butami.
- I całe szczęście. Biedna kobieta, bardzo dużo ostatnio przeszła. – westchnęła mama Harry’ego i chwilę później wsiedli wszyscy do samochodu i pojechali do domu Liama, ale kobieta nawet nie wysiadała z auta. Powiedziała, że bardzo się spieszy i że musi być dzisiaj w biurze, ale powtórzyła, że za tydzień do nich wróci i będzie ich miała na oku, aż do matury. Ucałowała wszystkich, powiedziała Eleanor, że miło było ją poznać i chwilę później już jej nie było. Cała czwórka siedziała teraz w salonie, rozwalona na kanapach i fotelach pijąc sok pomarańczowy i patrząc w ściszony ekran telewizora.
- Masz kochaną mamę. – uśmiechnęła się Eleanor patrząc na Harry’ego, który jedynie mruknął coś w odpowiedzi. Nagle stał się wyjątkowo nieobecny i zamyślony.
- Anne jest zajebista. – wyszczerzył zęby Zayn – Zawsze taka była. – dodał patrząc na Eleanor, która teraz przyglądała się Harry’emu.
- To długo się wszyscy znacie?
- Od kilkunastu lat? – mulat spojrzał na Harry’ego, a potem na Liama – Mieszkaliśmy obok siebie, nasi rodzice są przyjaciółmi. – powiedział Zayn. Po tym rozmawiali jeszcze chwilę, aż Eleanor zmrużyła oczy patrząc na Harry’ego. Westchnęła, a potem cmoknęła głośno.
- Kiedy do niego pójdziesz? – zapytała oskarżycielskim tonem. Chłopak zmarszczył brwi.
- Co?
- Kiedy pójdziesz do Louisa. – przewróciła oczami.
- Nie sądzę, że chce mnie…
- Uwierz mi, że chce. – przerwała mu, a on przez chwilę tylko na nią patrzył. Zamrugał.
- Tak myślisz?
- Wiem to Harry.
*
Bał się. Bał się i kompletnie nie wiedział co mógłby mu powiedzieć. Przecież go zostawił. Zostawił go w chwili, gdy Louis najbardziej go potrzebował i to według Harry’ego było naprawdę niewybaczalne. Do tej pory nie mógł się z tym pogodzić, a przed oczami wciąż miał bladego Louisa i te jego wielkie, niebieskie oczy, które patrzyły na niego żałośnie, gdy prosił go by go nie zostawiał.
Przełknął ślinę patrząc na zamknięte drzwi i choć całą drogę układał sobie w głowie scenariusz to teraz nie wiedział co chce mu powiedzieć. Nacisnął dzwonek i czuł jak jego nogi drżą, gdy usłyszał kroki. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich Lindsay.
- Harry. – powiedziała przyjaźnie, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech – Jak się czujesz kochanie?
- Ugh dobrze, dziękuję. A pani? – zapytał patrząc na nią. Nie była wesoła, ale też nie wyglądała na załamaną co podniosło go trochę na duchu. Spodziewał się, że będzie w gorszym stanie, ale najwyraźniej była twarda. Pewnie wiedziała, że nie może sobie teraz pozwolić na chwilę słabości bo Louis jej potrzebuje. W tym momencie Harry naprawdę ją podziwiał.
- W porządku. – odrzekła – Cieszę się, że cię widzę. Muszę ci podziękować za…
- Proszę nie. Naprawdę nie musi mi pani za nic dziękować. – pokręcił głową – Ja… ja chciałem, chciałem tylko porozmawiać z Louisem. – wybełkotał prawie niezrozumiale.
- Och… Louis wyszedł dwie godziny temu. Nie wiem gdzie jest, nie wziął telefonu, ale mówił, że wróci przed siedemnastą. – powiedziała na co Harry westchnął.
- Nie wie pani gdzie może być? To bardzo ważne, ja muszę, muszę mu coś powiedzieć bardzo ważnego. – spojrzał na Lindsay, która miała taki wyraz twarzy jakby dobrze wiedziała o czym mówi.
- Naprawdę nie wiem. Może być wszędzie, jest dość słonecznie, a on nigdy nie miał okazji zwiedzić Green Meadow więc pewnie poszedł na spacer. – uśmiechnęła się – Chyba w końcu wraca do siebie.
Harry ponownie westchnął i przeczesał ręką włosy. Powiedział, że spróbuje go poszukać i już miał się wycofać, gdy jego oczom rzucił się ipod Louisa, który leżał na szafce przy drzwiach.
- Mogę to zabrać? – zapytał, a Lindsay kiwnęła głową i po prostu mu go dała – Chyba wiem, gdzie mogę go znaleźć. – dodał uśmiechając się i kilkanaście minut później jechał w stronę parku.
Przeszedł go kilkakrotnie, ale niestety Louisa tam nie było. Westchnął. Naprawdę myślał, że może tutaj go znaleźć. Podobało mu się, chodził tu boso kilkanaście tygodni temu. Gdzie więc mógł być?
Nad morzem, podpowiedziała mu podświadomość, ale roześmiał się. Tam na pewno go nie było.
Przyszło mu do głowy jeszcze jedno miejsce. Było dość daleko, ale znając Louisa i jego dziwaczne zachowanie rzeczywiście uznał, że mógł zrobić sobie tam wycieczkę. Wsiadł do samochodu i ruszył.
Jechał krętą drogą przez mały lasek, aż zatrzymał się na wzgórzu, z którego było widoczne niemal całe Green Meadow otoczone łąkami i cudowną zielenią, która o tej porze roku była wyjątkowo żywa. Kiedy ostatni raz tu był wszystko było złote, a on i Louis leżeli tu na kocu i… Wypuścił powoli powietrze z ust i zamknął na chwilę oczy. Chwilę później odpiął pasy i wyszedł z samochodu rozglądając się. Nikogo jednak tam nie było i już nie miał pojęcia gdzie może go szukać.
- Gdzie jesteś Louis? – zapytał sam siebie, zrezygnowany i w tym momencie go zobaczył. W dole, na środku łąki, na malutkim kamiennym mostku na małej rzeczce, która łączyła się kilka kilometrów dalej z Tamizą. Miał szarą koszulkę z krótkim rękawkiem i czarne spodnie, a obok niego leżały trampki i bluza. Siedział tyłem, tak, że Harry nie mógł zobaczyć jego twarzy. To na pewno był on, od razu rozpoznał tą szczupłą sylwetkę i zmierzwione włosy.
Patrzył chwilę na niego, aż odetchnął z ulgą i ruszył w jego kierunku, na skróty, przedzierając się przez krzaki i klnąc pod nosem. Naprawdę nie wiedział jak Louis tam się dostał. Gdy był jakieś dziesięć metrów od niego zobaczył, że obraca coś w rękach i zamarł, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to pudełeczko z żyletkami. Zatrzymał się, czując jak krew odpływa mu z głowy i patrzył jak szatyn wyjmuje jedną żyletkę i obraca ją w palcach. Nie widział jego miny bo potargane przez wiatr włosy przysłaniały mu profil, ale był przerażony. Poczuł jak jego serce właśnie pęka na kawałki.
Nie, on tego nie zrobi. Nie może tego zrobić, myślał gorączkowo, gdy nagle stało się coś dziwnego bo Louis wrzucił żyletkę do rzeczki, a potem to samo zrobił z resztą.
Harry jeszcze nigdy w życiu nie czuł większej ulgi. Kamień dosłownie spadł mu z serca. Zanim się odezwał musiał postać tak jeszcze kilka sekund by jakoś do siebie dojść, a gdy mu się to udało otworzył usta i nie wydostał się z nich żaden dźwięk. W tym momencie szatyn odwrócił głowę i zauważył Harry’ego, a przez moment na jego twarzy malowało się wyraźne zaskoczenie. Nie spodziewał się go tutaj. Odsunął się do tyłu i wstał nie spuszczając z niego wzroku.
{goo goo dolls - iris}
I przez krótką chwilę stali tak, oddaleni od siebie o jakieś kilka metrów, po prostu na siebie patrząc. To było dość dziwne, ale wcale nie niezręczne.
- Harry – powiedział nagle Louis, a jego głos dodał Harry’emu odrobinę pewności siebie.
Zmniejszył między nimi odległość i zatrzymał się przed nim patrząc mu w oczy.
- Hej – mruknął głupio, po prostu się na niego gapiąc.
- Hej. – odpowiedział Louis, bez żadnego wyrazu twarzy. Zamrugał, poprawił okulary, które miał na nosie i po prostu na niego patrzył, a Harry? Harry nie wiedział co robić. Ocknął się dopiero po dłuższej chwili.
- Przepraszam – zaczął bo w tej chwili tylko to przychodziło mu na myśl. Miał nadzieję, że jego głos nie załamie się bo chciał powiedzieć mu jeszcze bardzo wiele – Przepraszam. – powtórzył przełykając ciężko ślinę – Szukałem cię wszędzie, byłem u twojej cioci, w parku i na wzgórzu, chciałem jechać nad morze. – mówił robiąc dłuższe przerwy między zdaniami – Wiedziałem, że wrócisz około siedemnastej, ale szukałem cię… Chciałem, ja… chciałem ci powiedzieć jak strasznie jest mi przykro. Wiem, że już za późno, wiem, że przepraszam nie wystarczy i wiem, że dla ciebie to już może nawet nic nie znaczyć, ale ja… ja muszę to powiedzieć. A ty musisz mnie wysłuchać Louis. Musisz wysłuchać wszystkiego. Musisz… musisz wiedzieć jak wiele dla mnie znaczysz i jak wiele cały czas dla mnie znaczyłeś. – mówił czując jak drżą mu nogi, wziął głęboki oddech, nie spuszczając wzroku z niebieskich tęczówek, a im więcej mówił tym lepiej się czuł i z większą łatwością wszystko mu przychodziło – Chcę żebyś wiedział jak bardzo cię kocham i jak bardzo cię kochałem, przez cały ten czas. Kochałem cię, gdy tylko przekroczyłeś próg naszej klasy i uświadomiłem sobie, że jesteś chłopakiem, którego spotkałem w klubie kilka miesięcy wcześniej, kochałem cię, gdy wywiozłem cię nad morze, gdy byliśmy w parku i chodziłeś boso po trawie, gdy woziłem cię do doktora Flyncha, gdy pierwszy raz zachichotałeś jak powiedziałem, że wziąłem sobie twój numer od Liama, kochałem cię jak powiedziałem ci, że jesteś moją słabością, jak na mnie patrzyłeś, jak się uśmiechałeś, jak zasnąłeś, gdy u ciebie byłem, kochałem cię, gdy miałeś glinę na twarzy, gdy robiliśmy razem kurczaka, gdy kazałeś mi myć ręce mimo tego, że były czyste… nie, właściwie to niebyły czyste, były brudne, a ty miałeś rację i choć to wiedziałem i nie chciałem tego przyznać to wciąż cię kochałem, kochałem cię, gdy ubrudziłeś moją twarz szarlotką mówiąc, że wyglądam uroczo, kochałem cię, gdy śmiałeś się pode mną jak cię łaskotałem, kochałem cię jak mnie pocałowałeś, jak prawie uprawialiśmy seks na twojej kanapie, albo na moim łóżku, gdy przyłapali nas chłopcy, kochałem cię, gdy usnąłeś mi na kolanach, gdy obudziłem się, a ty leżałeś na mnie i się na mnie patrzyłeś z najpiękniejszym na świecie uśmiechem, kochałem cię jak jadłeś żelki, gdy siedzieliśmy na kocu, jak się całowaliśmy, jak wsuwałeś palce w moje włosy i delikatnie mnie drapałeś, jak mruczałeś pode mną, a twoje ciało drżało, jak szeptałeś moje imię, chwytając się mojej szyi i ledwo łapiąc oddech, kochałem twoje rumieńce i zawstydzenie po wszystkim, kochałem cię, gdy płakałeś mówiąc, że jesteś beznadziejny chociaż to wcale nie prawda bo jesteś cudowny, kochałem cię jak odwiedziłem cię w szpitalu, a ty wsunąłeś ręce za moją kurtkę i się do mnie przytuliłeś prosząc bym cię stamtąd zabrał, kochałem cię, gdy wyszedłeś ze szpitala, wtedy, gdy rozmawialiśmy pod szafkami w szkole, a ja prawie ci to wyznałem, kochałem cię, gdy dowiedziałem się, że jesteś w szpitalu, choć moje serce rozpadło się na milion kawałków, kochałem cię, gdy powiedziałeś mi żebym cię nie zostawiał i że nie poradzisz sobie beze mnie, a ja cię zostawiłem i Boże, nienawidzę siebie za to z całego serca Louis i jest mi tak strasznie, strasznie przykro bo kochałem cię i kocham cię dalej i przepraszam, że nigdy ci tego nie powiedziałem, przepraszam , że cię zostawiłem, gdy najbardziej mnie potrzebowałeś, przepraszam, że ci nie uwierzyłem, a powinienem uwierzyć i…
- Harry
- Nie Louis, to… ja… ja, Boże. – wypuścił z siebie powietrze kręcąc głową – Boże, ja cię cały czas kocham i nie mogę znieść tego co się stało, tego co zrobiłem. Kocham cię za twoją złośliwość, zawziętość i upartość, za arogancję i przebiegłość, gdy mnie ugryzłeś jak leżeliśmy na moim łóżku, kocham twoją miłość do żelek, które są niczym innym jak samą chemią, kocham to jak jesteś zawstydzony, a na twojej twarzy pojawiają się rumieńce, kocham twoje idiotyczne i wkurzające uwagi, kocham twoją delikatność, która sprawia, że mam ochotę krzyczeć. Kocham to, że wszystko co robisz jest takie czułe i kochane, takie, że moje serce bije kilkanaście razy szybciej niż powinno, Boże… kocham twoje wielkie, niebieskie oczy, kocham blizny na twoim ciele mimo tego, że nienawidzę wszystkiego co sprawiło, że powstały, kocham wszystko co robisz Louis i wiem, że spieprzyłem i że nie mam prawa teraz o to prosić, ale proszę wybacz mi i daj mi szansę by to naprawić bo tak bardzo, bardzo cię kocham. Boże ja… nigdy tego nikomu nie mówiłem, ale teraz nie mogę przestać Louis, kocham cię, kocham, kocham, kocham…
- Ha…
- Kocham cię. – powiedział po raz kolejny Harry, kręcąc głową i odważając się przejechać dłońmi po delikatnych policzkach niższego. W końcu zamilkł, a Louis zadrżał odrobinę pod jego palcami.
- Ja też cię kocham Harry. – udało mu się szepnąć, chociaż jego głos drgnął odrobinę – Tęskniłem za tobą, tak bardzo mi ciebie brakowało… tak bardzo… - urwał, gdy Harry zaczął kiwać głową i jeszcze bardziej zmniejszył między nimi odległość, opierając się o niego swoim czołem i patrząc mu w oczy.
- Wiem, wiem Louis. – szepnął w końcu wciąż dotykając jego policzków – Boże, mi też ciebie brakowało, proszę cię nie płacz… - dodał, gdy oczy szatyna delikatnie zaszły łzami – Nie chcę żebyś płakał, wszystko jest już dobrze, słyszysz? Wszystko jest… Boże… Mogę cię pocałować? Proszę, muszę cię teraz pocałować … - dodał, a gdy tylko to powiedział złączył ich usta przyciągając go do siebie jeszcze bardziej.
Pocałunek nie trwał długo, ale był znaczący i przepełniony tęsknotą i miłością. Louis czuł jak jego nogi drżą, jak w brzuchu szaleją motyle i chciał więcej, więcej i jeszcze więcej, dlatego, gdy Harry zaczął zwalniać i powoli się odsuwać on zrobił pół kroku do przodu i nie pozwolił mu tego przerwać.
- Proszę cię nie zostawiaj mnie. – szepnął prosto w jego usta, z głosem przesiąkniętym desperacją – Potrzebuję cię Harry, tak bardzo cię…
- Wiem Louis, wiem. Nie zostawię cię. – Harry pokiwał głową obejmując go jedną ręką w talii i jeszcze bardziej przyciągając. Kochał go całym swoim sercem i jeszcze nigdy w życiu nie czuł czegoś takiego. To wszystko było dla niego nowe i nieznane, ale podobało mu się. Miał ochotę krzyczeć, że go kocha, powtarzać to w kółko, mówić przez cały czas. Czuł się lekko, a wszystko wydawało się być teraz takie piękne, że nie mógł w to uwierzyć. Chciał skakać z radości.
Zaczął się śmiać, czym nagle przerwał ich pocałunek, ale tylko na chwilę bo po tym znowu zaczął go całować. Chciał go całować i mógł go całować, dlatego to robił, a szczęście przepełniało całe jego ciało.
- Twoje ręce nie były wcale brudne, gdy chciałeś kroić kurczaka. – powiedział szatyn odrywając się od niego tylko na sekundę, a Harry czuł jego uśmiech na swoich ustach. Znowu się zaśmiał, kiwając lekko głową i delikatnie zasysając jego dolną wargę.
- Żelki wcale nie są całą tablicą Mendelejewa. – szepnął nagle i tym razem to Louis się zaśmiał – W rzeczywistości wcale nie są takie groźne. – dodał i w tym momencie obydwoje zaczęli się śmiać, przez co musieli przerwać swój najbardziej romantyczny na świecie pocałunek.
Twarz Harry’ego promieniała, a oczy błyszczały z radości, gdy patrzył prosto w niebieskie tęczówki. Nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Nigdy nie przypuszczał, że i on będzie kiedyś tak bardzo szczęśliwy.
- Boże, uwielbiam żelki. – powiedział nagle gładząc kciukami jego żuchwę i przyglądając się każdemu elementowi jego twarzy – Nie, właściwie to je kocham. Kocham żelki. – zaśmiał się, a Louis owinął ręce wokół jego szyi i mocno się do niego przytulił patrząc nad jego ramieniem na łąkę, która ich otaczała. Green Meadow naprawdę było piękne, cudowne.
Znowu się śmiali.
Odsunęli się od siebie, a Harry wyjął z kieszeni ipoda Louisa. Szatyn zmarszczył brwi.
- Nigdy nie przesłuchałeś wszystkich piosenek, prawda? – zapytał z uśmiechem, a zdziwiony szatyn pokręcił przecząco głową i spojrzał na niego pytająco.
Harry wzruszył ramionami uśmiechając się do niego z błyskiem w oku, a gdy Louis chciał sięgnąć po odtwarzacz brunet cofnął rękę i schował go z powrotem do kieszeni.
- Później. – uśmiechnął się całując go krótko w usta, a potem podniósł go do góry i okręcił wokół własnej osi przez co zaczęli śmiać się jak dzieci i tym sposobem chwilę później wylądowali na trawie.
Louis przyglądał się Harry’emu uśmiechając się radoście. Wciąż nie mógł uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę, że naprawdę się udało, że leżą tutaj teraz obok siebie, kochają się i że wszystko jest dobrze. To było dla niego bardziej niż niesamowite.
- Pozwolili mi skończyć klasę. – powiedział nagle uśmiechając się lekko i patrząc na zielone tęczówki. Leżał bokiem do Harry’ego i bawił się jego palcami – Ale nie dopuszczą mnie do matury.
- Jak to? Jeszcze jest przecież dużo czasu, może udałoby ci się…
- Dyrektor się nie zgodził. Ale to nic Harry, zdam za rok. Teraz muszę nadrobić materiał i napisać zaległe sprawdziany i prace żeby skończyć trzecią klasę.
- Pomogę ci. – powiedział od razu – Dasz sobie radę – dodał, a Louis pokiwał głową przytakując.
- Wiem Harry. – mruknął przysuwając się do niego tak by ten mógł objąć go ramieniem i przytulić. Przez następne kilkanaście minut leżeli tak w ciszy, aż przerwał ją Harry.
- Pójdziesz ze mną na bal? – zapytał, a Louis musiał podnieść się na łokciu i spojrzeć mu w oczy z otwartymi ustami by upewnić się, że nie żartuje. Harry przewrócił oczami i palcem podniósł mu brodę, zamykając usta i czekając na odpowiedź.
- J-ja, co, a-ale… - zaczął się jąkać, przez co brunet ledwo powstrzymał się od śmiechu – ale przecież w szkole nie wiedzą, że… - zaczerpnął powietrza i zamrugał – że ty… że…
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
- Harry…
- Louis. – przerwał mu i nastała chwila ciszy. Patrzyli na siebie bez mrugnięcia okiem.
- O Boże. – szepnął nagle szatyn, a jego twarz zaczęła się rozświetlać bo w końcu do niego dotarło – O Boże, no oczywiście, że z tobą pójdę Harry, o mój Boże… o Boże… czy to sen? Uszczypnij mnie i… ałłł! Heeej co to było?! – oburzył się.
- Kazałeś się uszczypnąć. – Harry wzruszył niewinnie ramionami, a Louis otworzył w niedowierzaniu usta, z których na początku nie wydostał się żaden dźwięk.
- Ach i ty pomyślałeś, że mówiłem poważnie, tak? – syknął uderzając go ręką w klatkę piersiową.
- A nie? – udał Harry – Ups, przepraszam, myślałem, że mówiłeś poważnie.
- Ty jędzo! – krzyknął niższy.
- Widzę tutaj tylko jedną jędzę mój mały złośniku.
- Powiedziałeś twój? – uśmiechnął się Louis, zapominając o tym, że przecież udawał złego. Na jego policzkach od razu pojawiły się małe rumieńce.
- A mój. – odpowiedział potakująco Harry, zauważając u niższego radosny błysk w oku.
- Twój. – szepnął szatyn. To brzmiało tak pięknie, miał ochotę powiedzieć to jeszcze raz, gdy nagle Harry pokręcił głową.
- Mój.
- Twój.
- Mój!
- Twój!
- Dobra Twój! Twój to znaczy mój… Jezu… Louis… jesteś niemożliwy wiesz o tym? – zaczął się śmiać, czując jak szczęście wypełnia całe jego ciało – Kocham cię.
- Kochasz mnie. – przytaknął Louis patrząc jak brunet podnosi się i wstaje – Co robisz Ha…
- Kocham ciiiięęęę! – zawołał przeciągle Harry, a Louis zaczął się głośno śmiać i zakrył ręką usta, gdy Harry krzyknął to jeszcze raz, jeszcze głośniej. Potem podał mu rękę, pomagając wstać z trawy.
- Nie chcę wracać teraz do domu. – powiedział Lou bo naprawdę to było ostatnie o czym w tej chwili mógłby pomyśleć. Harry uśmiechnął się szeroko podając mu jedną słuchawkę.
- Nie wracamy. – szepnął wciskając sobie do ucha drugą i razem, trzymając się za ręce ruszyli przez łąkę.
Szczęśliwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz