Gdy otworzył oczy napotkał nad sobą zmartwioną parę zielonych tęczówek Harry’ego, a zaraz obok Lindsay i Toma. Wszyscy byli zdenerwowani i zaniepokojeni. Mówili do niego, pytali czy wszystko w porządku, jak się czuje, ale on nie odpowiadał. Nie odezwał się też podczas powrotu do Green Meadow, ani wtedy, gdy pytali go czy czegoś nie potrzebuje. Po prostu wszedł do domu nawet nie zdejmując butów i położył się na łóżku, tyłem do drzwi. Oczy miał otwarte, ale jego wzrok urywał się gdzieś w połowie, tak, jakby on sam był zupełnie w innym świecie. I rzeczywiście tak było.
Nie płakał, nie krzyczał, ani nie był smutny i to martwiło wszystkich jeszcze bardziej. Zamknął się w sobie tak samo, jak zrobił to po śmierci swoich rodziców. Nie chciał jeść, nie chciał brać lekarstw, nie chciał z nikim rozmawiać. Całkowicie zignorował prośby Lindsay, by poszedł na spotkanie z doktorem Flynchem, a o szkole nikt mu nawet nie wspominał. Znowu się zaczęło.
Przed oczami ciągle miał te okropne zdjęcia, a w uszach szumiało mu od tego co mówił mężczyzna w prosektorium. Nie rozumiał dlaczego on musi być w to wszystko zamieszany. To był dla niego kolejny cios, kolejne mocne uderzenie, które powaliło go na ziemię. Nie mógł przestać myśleć. Czuł się tak, jakby to wszystko stało się wczoraj i był niemal pewien, że życie mści się teraz na nim. Za co? Za to, że nie pojechał na tą przeklętą wycieczkę razem ze swoimi rodzicami i siostrami. Gdyby pojechał też pewnie zostałby zamordowany i na pewno byłoby lepiej, lżej. Nie czułby tego co teraz.
- Skarbie, musisz coś zjeść. Wczoraj nie zjadłeś kompletnie nic. – Lindsay spojrzała na niego ze smutkiem, było środowe południe, a szatyn w ogóle nie ruszył się z miejsca – Louis proszę.
Patrzyła na jego plecy z nadzieję, że może się odwróci, ale nie zrobił tego. Co miała zrobić? Zostawić go i odejść? Wiedziała, że sam z siebie się nie otworzy i nie zacznie mówić. Coś musiało go do tego popchnąć. Jedyne co przychodziło jej do głowy to Harry, ale chłopak był teraz w szkole. I tak ledwo udało jej się go przekonać, by poszedł na lekcję bo najchętniej siedziałby koło Louisa 24 godziny na dobę. Teraz musiała próbować sama. Dlatego właśnie zadzwoniła do jego psychologa, który powiedział, żeby spróbowała do niego mówić i jakoś go otworzyć. Podał jej parę pomysłów i powiedział żeby dała mu trochę czasu i nie zniechęcała się jak nic nie pomoże. Tylko, że to wcale nie było takie łatwe.
- Lou, proszę cię zjedz coś. Nie możesz nie jeść, zasłabniesz i trafisz do szpitala. – szepnęła – Niepokoję się o ciebie, nie wiem co przeżywasz, ale chcę ci pomóc… Proszę cię porozmawiaj ze mną… Skarbie proszę… przepraszam, że cię tam zabrałam, to był błąd, strasznie mi przykro. – mówiła ze smutkiem.
Siedziała czekając na jakąkolwiek reakcję, ale i tym razem jej nie uzyskała. Przetarła oczy, które zaszły lekko łzami i podniosła się z pościeli idąc w kierunku drzwi.
- Zostawiam ci tutaj obiad, proszę, zjedz chociaż trochę. Proszę cię Louis… Później przyjdzie do ciebie Harry, może z nim będziesz chciał porozmawiać. – dodała patrząc na jego plecy i chwilę później zeszła na dół.
*
- Wejdź Harry. – usłyszał loczek, gdy ciocia Louisa otworzyła mu drzwi.
Wyglądała dość ponuro, a na jej twarzy malowało się zmęczenie. Widać kiepsko ostatnio sypiała.
- Dalej nic nie powiedział? – zapytał wchodząc za nią do kuchni, by najpierw chwilę z nią pogadać.
- Nie. Zaglądam do niego co pół godziny, próbuję z nim rozmawiać, ale to nie pomaga. Martwię się o niego, nic nie je, nie bierze lekarstw, nie wiem co się dzieje w jego głowie i… - urwała bo usłyszeli na górze dźwięk rozbijanego szkła – Louis?! – zawołała idąc szybko na schody i wychodząc na piętro.
Weszła do sypialni szatyna, ale łóżko było puste, rozejrzała się chwilę, aż podeszła do łazienki i szarpnęła za klamkę. Drzwi były zamknięte.
- Louis! – zawołała – Co tam robisz? Dlaczego zamknąłeś drzwi? – spojrzała na Harry’ego z niepokojem i czekała kilka sekund na odpowiedź, ale szatyn nie odpowiedział – Louis natychmiast otwórz drzwi!
Harry podszedł i szarpnął za klamkę kilka razy.
- Louis! Otwieraj, słyszysz? – powiedział pukając, a gdy nic się nie stało spojrzał na Lindsay – Da się je jakoś otworzyć? Zapasowy klucz, cokolwiek?
- N-nie. Nie wiem, chyba można je otworzyć tylko od tamtej strony. Boże, on na pewno coś sobie zrobił. Harry, musimy coś zrobić… Zadzwonię do Toma, może on wie jak je otworzyć. – powiedziała przerażona, wyjmując z ręki telefon.
- LOUIS! – krzyknął Harry waląc pięściami w drzwi – Otwórz drzwi, albo je wyważymy! – zawołał zdenerwowany.
Lindsay zadzwoniła po swojego męża, a potem przyniosła jakieś narzędzia i razem z Harrym próbowali dostać się do środka wyłamując zawiasy – na marne. Drzwi były zbyt dobrze zrobione.
- Niech pani lepiej zadzwoni po karetkę. – powiedział zdenerwowany Harry. Ręce trzęsły mu się okropnie, a w głowie pojawiały się różnego rodzaju myśli i podejrzenia, co mógł zrobić Louis.
Minuty mijały, a nic się nie działo. Harry powoli zaczynał wariować. I nie tylko on bo Lindsay wyglądała jakby za chwilę miała stracić przytomność. Nagle brunet z całej siły uderzył nogą w drzwi. Jęknął z bólu, ale drzwi poruszyły się nieznacznie. Spróbował jeszcze raz, a potem drugi i kolejny, aż w końcu drzwi wyłamały sięna drugą stronę. Wpadł do środka, a to co zobaczył sprawiło, że serce wskoczyło mu do gardła.
Louis siedział w wannie z podciętymi żyłami i głową odwróconą w stronę okna, która powoli osuwała się do wody. Był biały, a jego zamknięte oczy delikatnie przysłaniały kosmyki włosów. Na jego twarzy malował się spokój, zupełnie jakby właśnie usnął.
- LOUIS! – krzyknął Harry natychmiast do niego podbiegając, a wcześniej przeskakując przez odłamki rozbitego na ziemi lustra i spodni Louisa, które również leżały gdzieś obok.
Wszędzie było pełno krwi, na podłodze, wokół całej wanny, w wodzie, wszędzie. Harry jeszcze nigdy w życiu czegoś takiego nie widział. Zanurzył dłonie chwytając go pod pachami i z trudem wciągnął na ręce, a potem położył na podłodze, tam gdzie nie było szkła. Nie wiedział ile Louis ma na sobie ran bo całe jego ciało było we krwi, która pobrudziła dokładnie wszystko. Ciepła woda pobudziła krążenie krwi w jego żyłach.
- Kurwa – jęknął czując się całkowicie bezradnie – Louis! Lou…
Lindsay była blada i cała się trzęsła klęcząc obok Louisa. Zupełnie nie wiedziała co robić. Ściskała w dłoni telefon i dopiero, gdy Harry zaczął do niej mówić wróciła na ziemię.
- Louis – powiedziała próbując zatrzymać ręcznikiem krwawienie z jego ud – Boże, gdzie ta karetka?
Harry poklepał go delikatnie po twarzy. Jego powieki drgnęły unosząc się troszeczkę w górę, a później znów się zamknęły.
- Louis nie zasypiaj, słyszysz? – powtórzył – Otwórz oczy, proszę cię. – mówił lekko załamanym głosem.
Warga szatyna lekko drgnęła, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie dokończył bo najprawdopodobniej stracił przytomność.
*
- Jestem! – usłyszeli nad sobą i chwilę później przed nimi stanął Tom – Przepraszam, nie dałem rady wcześniej.
Harry od dobrej godziny siedział na szpitalnym korytarzu, obok Lindsay. Na początku chodził w tą i z powrotem, ale kobieta w końcu przekonała go, by usiadł. Siedzieli w ciszy, niecierpliwiąc się i zastanawiając dlaczego jeszcze nikt z nimi nie porozmawiał.
- Tom… - usłyszał łamiący się głos cioci Louisa, która wstała i przytuliła się do męża – Po raz kolejny nawaliłam, miałam go pilnować, a znów do tego dopuściłam, j-ja…
- Ciii. – uciszył ją mężczyzna – To nie twoja wina, słyszysz? Nie mogłaś przy nim być przez cały czas. To nie twoja wina. – powtórzył patrząc ponad jej ramieniem na Harry’ego – Wiadomo już coś? Co się w ogóle stało?
- Nic nie wiadomo. – powiedziała siadając na krześle – Louis leżał na łóżku, zaglądałam do niego co pół godziny, chciałam go namówić, żeby coś zjadł i wziął lekarstwa, ale ani drgnął. N-nie powinnam była… Boże, ja… ja wiedziałam, że nie wziął lekarstw i zostawiłam go samego Tom, nigdy sobie tego nie wybaczę, n-nigdy. Zeszłam na dół i wtedy przyszedł Harry… chciałam z nim chwilę porozmawiać, ale wtedy usłyszeliśmy dźwięk rozbijanego szkła na górze i-i… pobiegliśmy tam i… Louis zamknął się w łazience, nie dało się jej otworzyć, Boże, dlaczego nie zlikwidowaliśmy tego zamka Tom? – pociągnęła nosem – Jak mogliśmy o tym nie pomyśleć… Próbowaliśmy wyłamać zawiasy, ale się nie dało, aż w końcu Harry wywarzył drzwi… i Louis… Louis… on tam leżał, cały we krwi, z podciętymi żyłami i…
- Dobrze, ciii, uspokój się. – przerwał jej widząc, że cała się trzęsie – Wszystko będzie dobrze, tak? Na co teraz czekamy? Rozmawiał ktoś z wami?
- Nikt. Chyba… chyba szyją mu rany, n-nie wiem. Może…
- Pani Lindsay Tucker? – usłyszała za sobą, a gdy się odwróciła zobaczyła lekarza. Przytaknęła, a lekarz poprawił okulary i kontynuował – Z Louisem wszystko w porządku, jest jeszcze nieprzytomny, ale jego stan jest stabilny. Stracił bardzo dużo krwi, około dwóch litrów i baliśmy się, że może doznać wstrząsu krwotocznego, ale na szczęście udało mu się tego uniknąć. Zamierzamy poddać go dwudziestoczterogodzinnej hospitalizacji, a potem zadecydujemy co dalej. Proszę mi jeszcze odpowiedzieć na kilka pytań, zauważyliśmy, że Louis ma na ciele bardzo dużo starych ran ciętych…
Harry’emu krew odpłynęła z głowy. Był przerażony i zastanawiał się co się teraz stanie z Louisem. Lindsay powiedziała lekarzowi o jego poprzedniej próbie samobójczej, o tym, że czasami się ciął, chociaż obiecywał, że nie będzie tego robił, o tym jak stracił najlepszego przyjaciela, a pół roku później rodziców i siostry. Lekarz słuchał wszystkiego co jakiś czas przytakując głową.
- Z racji tego, że nie jest to jego pierwsza próba samobójcza najprawdopodobniej przeniesiemy go później na oddział psychiatryczny pod stałą obserwację. Czeka go konsultacja z psychiatrą i to on zadecyduje co dalej.
- To znaczy… to znaczy, że nie będzie mógł wrócić do domu?
- Nie jeśli zostanie stwierdzone, że bezpośrednio zagraża swojemu życiu lub zdrowiu. Louis jest niepełnoletni, więc żeby można było go przytrzymać będzie potrzebna pani zgoda. Jednak jeśli się pani nie zgodzi, a lekarze uznają, że zagraża swojemu życiu zostanie wszczęte postępowanie i…
- To nie będzie konieczne, oczywiście, że się zgodzimy. – przerwała mu Lindsay. Wiedziała mniej więcej jak to wszystko wygląda i nie chciała żeby wszystko skończyło się w sądzie. – Chcemy dla niego jak najlepiej. Na jak długo może zostać przytrzymany?
- Niestety nie ja o tym decyduję. Czasami pacjent zostaje zatrzymany na dziesięć dni, a czasami nawet na pół roku lub dłużej. Psychiatra, który będzie z nim wkrótce rozmawiał wszystko wam wytłumaczy. Wszystko przede wszystkim zależy od samego Louisa.
*
Louis otworzył oczy i zobaczył, że znajduje się w jakiejś białej sali, a gdzieś nad jego głową coś rytmicznie pika. Trochę minęło zanim uświadomił sobie co się stało i gdzie jest. Szpital. Znowu przeklęty szpital. Znowu mu się nie udało. Rozejrzał się niespokojnie i chciał ruszyć ręką, ale zdał sobie sprawę, że jest unieruchomiona.
O Boże. O mój Boże, pomyślał zaniepokojony.
Zaczął się denerwować, a jego serce przyspieszyło odrobinę, ale po chwili sam się uspokoił. Nie wiedział co się dzieje, ani czym go nafaszerowali, ale był spokojny. Przełknął ślinę i wziął głęboki oddech. Niemal podskoczył, gdy drzwi się otworzyły i do środka weszła jakaś pielęgniarka.
- O, widzę, że nasza śpiąca królewna się obudziła. – powiedziała z przyjaznym uśmiechem, ruszając jakieś dziwne rurki przy jego rękach – Wszystko dobrze? – zapytała wesoło, ale Louis nie odpowiedział. Jego niebieskie i przerażone oczy prześwietlały właśnie cały pokój – Chcesz się zobaczyć ze swoją ciocią i wujkiem? Zaraz ich do ciebie zawołam. Martwili się o ciebie kochanie.
Miał ochotę płakać. Czuł się jakby ktoś oblał go zimną wodą. Jego mózg był wyprany i nie wiedział co myśleć. Nie wiedział czy żałuje tego co zrobił, czy najchętniej zrobiłby to jeszcze raz. Nie wiedział czy chce żyć, czy jednak woli umrzeć. Był otępiały i bardzo, bardzo słaby, a to co się wydarzyło zdawało się być tylko głupim snem, z którego właśnie się obudził.
- Lou – usłyszał cichy i znajomy głos, który należał do siostry jego mamy. Przekręcił głowę w stronę drzwi i zobaczył jak wchodzi do środka, a za nią Tom i Harry – Jak się czujesz? – zapytała delikatnie.
Szatyn zastanowił się chwilę.
- Słabo. – odpowiedział cicho, a jego własny głos odbił się echem w jego głowie. Lindsay pogładziła go po włosach, a on przeniósł swoje spojrzenie na Harry’ego, który przejechał palcami po jego lewej dłoni.
- Potrzebujesz czegoś? – zapytał Tom zastanawiając się co może powiedzieć. W końcu lekarz powiedział im żeby na razie nie próbowali rozmawiać z Louisem o tym co się stało, dopóki sam nie zacznie mówić.
- N-nie. – mruknął zastanawiając się czemu się tak dziwnie zachowują – Kiedy mogę stąd wyjść?
- N…
- Nie wiemy. – powiedział szybko Tom przerywając swojej żonie i rzucając jej krótkie spojrzenie – Mamy nadzieję, że jak najszybciej. Na razie musi z tobą porozmawiać jakiś lekarz. Porozmawiasz z nim, dobrze?
- Dobrze – pokiwał tępo głową, a Harry poczuł, że pęka mu serce.
Louis w ogóle nie zdawał sobie z niczego sprawy. Nie wiedział, że mogą go zamknąć nawet na bardzo długo i właśnie ta jego nieświadomość bolała Harry’ego najbardziej. Jeszcze nawet nie dotarło do niego to co próbował zrobić, możliwe nawet, że w ogóle tego nie pamiętał, albo pamiętał ale nie rozumiał. Harry nieco mocniej ścisnął jego dłoń, a Louis znów na niego spojrzał. Jego oczy wydały się Harry’emu jeszcze bardziej niebieskie niż zwykle. Ich błękit był tak nieskazitelnie czysty, że przez chwilę zagubił się we własnych myślach. Zamrugał, a potem znów spojrzał na te wielkie oczy, które się w niego wpatrywały. Tym razem na twarzy Louisa pojawił się delikatny uśmiech, który prawie wywołał u Harry’ego łzy.
*
- Harry! – usłyszał za sobą następnego dnia, mniej więcej koło południa.
Był w szkole. Sam nie mógł w to uwierzyć. Nie wiedział, dlaczego przyszedł do tego pieprzonego liceum, przecież i tak cały czas myślał tylko o Louisie. Zatrzymał się słysząc za sobą wołanie, a chwilę później przed nim pojawiła się jego koleżanka, z którą siedział.
- El. – mruknął na przywitanie zmuszając się do lekkiego uśmiechu – Co jest?
- Gdzie jest Louis? Przyszłam do niego na garncarstwo i nie widziałam go. Jest chory?
- Tak jakby. – westchnął cicho Harry, wciskając swoje dłonie głębiej w kieszenie.
- To znaczy? – zmarszczyła brwi przyglądając mu się uważnie.
Harry stał chwilę nieruchomo, po prostu na nią patrząc.
- Jest w szpitalu. – odpowiedział w końcu, na co Eleanor wciągnęła głośno powietrze, a z jej ust wydostało się głośne „och” – I nie, nie mogę ci powiedzieć co się stało.
- Powiesz mi co się stało, albo wyciągnę to z ciebie siłą. – warknęła ze złością – Możesz sobie myśleć, że znasz go najlepiej, możesz myśleć, ze masz do niego jakieś większe prawa, możesz się nawet uważać za jego pieprzonego chłopaka, ale w tej chwili powiesz mi…
- Dobra, uspokój się! Niech będzie. – jęknął zrezygnowany – Tylko chodźmy stąd, dobrze? Nie wytrzymam w tej szkole ani pięciu minut dłużej.
- Okej. – przytaknęła od razu i chwilę później wymknęli się ze szkoły do parku, który oczywiście przypomniał Harry’emu pierwszy dzień w szkole Louisa, gdzie pod dużą bramą ciął sobie ręce.
Choć bardzo rzadko z nią wcześniej rozmawiał, okazała się być normalną, miłą osobą. Czuł się głupio, że tak jak inni myślał, że jest wariatką, która chodzi po szkole i opowiada głupie historie. Gdy powiedział jej co się stało z Louisem bardzo się przejęła. Może nawet bardziej niż Harry mógłby przypuszczać. W jednej chwili zadała mu tysiąc pytań, a najgorsze było to, że na żadne nie mógł odpowiedzieć. No. Prawie na żadne.
- Mój Boże, mam nadzieję, że nie będą go tam faszerować jakimś syfem, który go ogłupi… Boże, nie mogę w to uwierzyć, biedny Louis. Wiedziałam, ze się tnie, raz widziałam jego blizny na nadgarstku jak podwinął rękaw bluzy, ale nie przypuszczałam, że będzie mógł zrobić coś takiego… Nigdy nie rozmawialiśmy o jego rodzicach. – westchnęła, a Harry kiwnął krótko głową. On też nigdy nie rozmawiał o nich z Louisem. Unikał tego tematu.
- Boję się o niego. – mruknął bardziej do siebie, gdy zaczął kopać butami suche liście – Boję się, że znów będzie chciał zrobić sobie krzywdę i że… i że… - przełknął ślinę – I że w końcu mu się uda, a wtedy… wtedy… - urwał bo nie był nawet w stanie dokończyć zdania. Nie mógł opisać tego jakby się wtedy czuł.
Westchnął przeczesując ręką włosy i obiegając nerwowo wzrokiem pusty park.
- Kochasz go, prawda? – zapytała nagle, a to pytanie prawie zwaliło go z nóg. Poczuł się tak, jakby ktoś otworzył mu czaszkę i zajrzał do środka, odczytując wszystkie jego myśli. Myśli, które były tam od dawna, ale pozostały gdzieś na dnie. Myśli, nad którymi nawet się nie zastanawiał, o których nawet nie miał pojęcia, że tam są.
Zatrzymał się czując coś ciężkiego na dnie żołądka i spojrzał na nią kompletnie przerażony. Chwilę później przerażenie, które ogarnęło całe jego ciało zamieniło się w spokój i niewyobrażalną lekkość.
- Tak. – odpowiedział. Właśnie sobie to wszystko uświadomił. – Kocham go.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz