niedziela, 5 stycznia 2014

14

- N-nie podoba mi się tutaj. – powiedział odrobinę przestraszony Louis, gdy wszedł za jakąś kobietą do białego pomieszczenia ze stolikiem na środku. Miał krótki rękawek i szare, dresowe spodnie. Nic innego nie mógłby ubrać przez bandaże, które miał na nogach. Rozejrzał się niespokojnie. Oprócz stołu i dwóch krzeseł w pokoju nie było kompletnie nic. Jedynie zakratowane okno, które nawet nie miało klamki i kamera zawieszona w kącie.

- Usiądź tam i czekaj. – odpowiedziała, całkowicie ignorując to co wcześniej powiedział. Louis stał chwilę nieruchomo, aż zauważył, że kobieta wciąż czeka, aż wykona jej polecenie, więc po prostu podszedł do krzesła i na nim usiadł.

Przez dłuższą chwilę patrzył na swoje zabandażowane po łokcie nadgarstki, aż wziął głęboki oddech i przeniósł swoje spojrzenie za okno. Czuł się fatalnie, a świadomość tego, że znajduje się w jakimś przeklętym szpitalu psychiatrycznym przyprawiała go o mdłości. I po co mu to było? Teraz wszyscy mają go za jakiegoś wariata z problemami.

A może rzeczywiście coś z nim było nie tak?

Podskoczył na krześle, gdy ktoś nagle szarpnął za klamkę. Do środka wszedł jakiś dziwnie wyglądający młody mężczyzna w białym ubraniu. Bez słowa usiadł przed Louisem i z wyraźną obojętnością zaczął przeglądać jakieś kartki. Szatyn obserwował go nic nie mówiąc. Facet nie zachowywał się tak jakby był lekarzem, a pacjentem tego szpitala. Wyjął z torby ołówek i strugaczkę i zaczął powoli go strugać, a odezwał się dopiero, gdy skończył i odstawił metalowy przedmiot na bok.

- Nazywam się doktor Rovers. – powiedział nie racząc nawet na niego spojrzeć – Powiedz mi jak się nazywasz, dobrze? Ile masz lat, gdzie się urodziłeś. – burknął, irytująco przeciągając niektóre słowa. Wszystko co robił, robił od niechcenia, a Louis zaczął się zastanawiać, dlaczego mówi do niego jakby był jakimś pieprzonym siedmiolatkiem.

- Przecież ma pan przed oczami moją kartę. Dlaczego mam się przedstawiać, skoro dobrze pan wie jak mam na imię? – zapytał czekając, aż ten na niego spojrzy – Nie jestem upośledzony, sam też wiem jak się nazywam.

- No dobrze. Niech będzie. – powiedział doktor zamykając plik z kartkami i w końcu na niego spoglądając – Louis. A więc czujesz się już lepiej, prawda? – zapytał normalnym tonem na co szatyn odrobinę się ucieszył. Przynajmniej nie był już traktowany jak jakiś świr.

- Tak, czuję się dobrze. – odpowiedział spokojnie, patrząc mu prosto w oczy – Tylko to miejsce mi się nie podoba. Chciałbym wrócić do domu.

- Żeby znów zrobić sobie krzywdę? – zapytał doktor, a on wciągnął głośno powietrze.

- N-nie zrobię tego. – szepnął cicho.

- Podobno wcześniej też to mówiłeś. – mruknął łagodnie – I co? Spójrz na swoje ręce. Zabandażowane po same łokcie. Twoje rany były tak głębokie, że musieli je szyć. Masz na rękach i nogach kilkadziesiąt szwów, wiesz o tym, prawda?

Louis przełknął cicho ślinę i spojrzał na swoje zabandażowane ręce. Nie, nie wiedział o tym. Był wtedy zbyt zdenerwowany żeby myśleć lub liczyć to co robi. Poczuł jak oczy wypełniają mu się łzami.

- Obiecuję. – szepnął.

- Mało brakowało, a straciłbyś życie. Nikt nie uwierzy w twoje obietnice i zapewnienia. Po raz kolejny udowodniłeś wszystkim, że nie można ci ufać. Wiesz przez co musiała przejść twoja ciocia?

Pokręcił przecząco głową, wciąż patrząc gdzieś w dół. Nagle poczuł się źle i beznadziejnie, a poczucie winy zalało całe jego ciało.

Ten doktor całkowicie różnił się od doktora Flyncha. Nie bał się wprost zapytać go o jego rodziców czy próby samobójcze. Nie żeby doktor Flynch się bał, nie. Po prostu różnili się od siebie. Mieli inne podejście do „pacjenta”. Flynch był trochę bardziej delikatny i ostrożny. Dawał Louisowi więcej czasu i przestrzeni. Nie zmuszał go do niczego i nie wywoływał okropnych wspomnień, o których chłopak nie chciał rozmawiać. Wolał poczekać, aż sam zacznie mówić. Teraz było inaczej. Mężczyzna, który rozmawiał z Louisem nie zawahał się ani chwili, by powiedzieć coś o jego zmarłych rodzicach czy siostrach. Byli w szpitalu, więc gdyby ewentualnie Louis wpadł w szał, doktor Roves dałby sobie z tym radę. Za drzwiami czekała cała masa lekarzy i pielęgniarek, które w każdej chwili mogły wbiec do środka i wstrzyknąć mu w coś na uspokojenie. Możliwe nawet, że ten lekarz na siłę próbował wywołać u niego jakieś emocje, może chodziło mu o krzyki, agresję, brak jakiejkolwiek reakcji… kto wie. Louis cierpiał, a każde słowo tego mężczyzny wbijało mu igłę w sam środek serca. To bolało.

- Przepraszam – powiedział po długiej chwili, cicho, ledwo dosłyszalnie, a jego twarz zaczęła zalewać się łzami – N-niech pan już… przestanie. – dodał łamiącym się szeptem, ukrywając twarz w dłoniach.

- Myślę, że na dzisiaj wystarczy. – powiedział spokojnym, zadowolonym z siebie głosem – Chcę żebyś się nad tym wszystkim zastanowił, dobrze? Jutro do tego wrócimy. I pokaż w końcu, że można ci ufać. – powiedział wyjmując z kieszeni paczkę chusteczek. Położył ją na stole przed Louisem, a potem wstał i wyszedł zostawiając go samego, w kompletnej rozsypce.

Louis sam nie wiedział jak długo tak chlipał. Jego ciało trzęsło się jakby dostał ataku padaczki, a jedyne o czym teraz myślał było jego ukochane pudełeczko żyletek, które pomogłyby mu uporać się z bólem, który wypełnił całe jego ciało. Może mógłby zdrapać jedną, nie głęboką ranę? Nie żeby się zabić, po prostu, by poczuć ulgę. Powoli przestawał dygotać, a podobne myśli wypełniły mu czaszkę. To naprawdę, by mu pomogło.

Boże, dlaczego jeszcze nikt po niego nie przyszedł i nie dał mu czegoś na uspokojenie? Ten otępiający stan wcale nie był taki zły. Przynajmniej nie zmagał się z tymi myślami. Teraz Louis bał się sam siebie. Bał się tego co może sobie zrobić pod wpływem impulsu. Bo to zawsze był impuls.

Starał się myśleć o swojej cioci, która i tak już bardzo się przez niego nacierpiała. Naprawdę nie chciał być dla niej problemem. Kochał ją, mimo, że nigdy nie okazywał swoich uczuć. Teraz była dla niego jedną z najważniejszych osób i nie chciał jej więcej krzywdzić.

Nie chcę jej krzywdzić. Nie zrobię tego, myślał usiłując się uspokoić.

Odsunął ręce od twarzy i przetarł oczy. Spojrzał na paczkę chusteczek leżących na stole i wtedy uświadomił sobie, że doktor Roves przez przypadek zostawił coś jeszcze. Oczy Louisa powiększyły się. Nie mógł oderwać wzroku od błyszczącej na stole, srebrnej, metalowej strugaczki. Fala szczęścia zalała całe jego ciało bo już wyobrażał sobie małe ostrze sunące po jego gładkiej skórze i zostawiające za sobą cieniutki ślad, który powoli wypełniał się krwią. Schowa ją do kieszeni i zrobi to później, by nikt nie widział. W łóżku.

Ale co z jego ciocią? Wtedy znowu ją zrani. Po raz kolejny się na nim zawiedzie, po raz kolejny będzie cierpieć.

Tylko jedno małe cięcie.

A co jeśli znów straci nad sobą kontrolę i nie będzie umiał tego powstrzymać? Po trzeciej próbie samobójczej nigdy nie wypuszczą go z tego okropnego miejsca. No… Chyba, że w końcu mu się uda.

Wyprostował się i już miał sięgnąć po strugaczkę, gdy coś sobie przypomniał.

Pokaż w końcu, że można ci ufać.

Przełknął ślinę i odsunął się na krześle zamykając na chwilę oczy. Pomyślał o cioci, wujku, o swoich rodzicach i siostrach, o Harrym. Otworzył oczy i wypuścił z siebie powietrze przypominając sobie wszystkie miłe chwile, które z nim spędził. To on sprawił, że przestał się ciąć, to on mu pomógł, mimo tego, że na początku go przerażał.

Nie potrzebuję tego, powiedział sobie w myślach i powtarzał w kółko dopóki ktoś nie przyszedł.

Drzwi otworzyły się i do środka weszła ta sama kobieta, która go tam wprowadziła. Zaczęła coś do niego mówić, ale on nawet jej nie słuchał. Jedynie przytakiwał tępo głową na wszystko co mówiła. Przeszli przez kilka par drzwi, a przy każdych z nich wpisywało się jakiś kod, by móc wejść. To go przeraziło.

Przeszli przez ostatnie drzwi i ruszyli długim korytarzem, po którym kręciło się trochę ludzi i Louis przyspieszył kroku, gdy kilku z nich zaczęło się w niego dziwnie wpatrywać. Niektórzy byli normalnie ubrani, niektórzy mieli na sobie piżamy, a jeszcze inni białe fartuchy. Ci musieli być lekarzami bo zachowywali się bardziej… normalnie.

Louis rozglądał się na boki, starając się nie utrzymywać z nikim kontaktu wzrokowego. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że jest w wariatkowie. Zostanie zamknięty w zakładzie psychiatrycznym. Poczuł dźgnięcie palcem na swojej prawej ręce, w miejscu, którym miał bandaż i podskoczył wystraszony. Gdy się odwrócił zobaczył, że idzie na nim jakiś duży chłopak z głupawą miną, którego zainteresowały bandaże na jego rękach. Chwycił się za łokcie i przyspieszył doganiając kobietę, za którą szedł.

- Tutaj. – usłyszał chwilę później i został wprowadzony do niewielkiej sali z czterema łóżkami. Pielęgniarka pokazała mu ostatnie, na samym końcu sali, które miało być jego i wskazała szafkę, gdzie było już kilka jego rzeczy, które musiała przekazać im Lindsay. Chciał zapytać ją o kilka rzeczy, ale gdy tylko skończyła mówić wyszła, zostawiając go samego.

Odwrócił się w stronę okna i spojrzał przez szybę na mały lasek oddalony o kilka kilometrów. Przypominał mu trochę ten, który widział, gdy był u Liama. Ten wydawał się mieć jednak trochę więcej drzew iglastych.

Syknął głośno z bólu, gdy po raz kolejny poczuł małe ściśnięcie na ręce. Odwrócił się szybko i znów zobaczył tego chłopaka, który całkowicie go przerażał. Cofnął się o kilka kroków delikatnie dotykając drugą dłonią bolącego miejsca.

- Przestań – powiedział Louis, a chłopak wyciągnął swoją rękę i wskazał na bandaż – To mnie boli, nie dotykaj mnie. – dodał odrobinę zdenerwowany, a gdy chłopak zrobił krok w jego stronę zdenerwował się jeszcze bardziej – Powiedziałem nie dotykaj mnie! – niemal krzyknął i wybiegł z sali czując jak łzy napływają mu do oczu. Był przestraszony, a wszystko wokół zaczęło go przytłaczać.

Nie był tu jeszcze dziesięciu minut, a już miał dość. Chciał do domu. Znienawidził to miejsce najbardziej na świecie. Pociągając cicho nosem wszedł do toalety, gdzie schował się w ostatniej kabinie i siedział dopóki nie znalazła go pielęgniarka. Najpierw nakrzyczała na niego, że siedzi na zimnej podłodze i powiedziała, że ma wrócić do sali, a później zrobiła to ponowie, gdy chciał przysunąć szafkę. Przez piętnaście minut tłumaczyła mu, że absolutnie nie wolno mu podnosić ani przesuwać żadnych ciężkich rzeczy bo pękną mu szwy. Louis zrozumiał za pierwszym razem, ale mimo wszystko nie przerywał jej jak postanowiła powtórzyć to jeszcze kilkanaście razy. Nie dziwił się jej nawet. W końcu musiała mieć go za debila. No dobra – za umysłowo chorego, ale mimo wszystko nie rozumiał po co krzyczała. Mogła powiedzieć to spokojnie.

Louis długo zastanawiał się czyje są pozostałe łóżka, a odpowiedź dostał dopiero wieczorem, gdy wszyscy musieli wrócić do swoich sal. Pierwsze z nich należało do bardzo chudej dziewczyny, której ręce były pokryte bliznami po przypalaniu papierosem. Miała długie czarne jak smoła włosy i nie odezwała się ani słowem. Weszła pod kołdrę i bardzo długo płakała. W pewnym momencie Louisowi zrobiło się jej żal i był nawet skłonny się odezwać, gdy do środka weszła kolejna osoba i zajęła łóżko obok niego. Starsza pani około osiemdziesiątki. Wyglądała makabrycznie, wręcz strasznie, a szatyn od razu domyślił się, że musi zmagać się z jedną z tych chorób, która tak często dopada ludzi w podeszłym wieku. Cały czas mamrotała coś do siebie mówiąc, że „oni wiedzą i przyjdą”, a Louis bał się nawet do niej odezwać. Siedział na łóżku po turecku patrząc w okno, gdy do środka wszedł ów duży chłopak, którego tak zainteresowały jego bandaże. Zatrzymał się na środku gapiąc na szatyna, aż weszła pielęgniarka i zmusiła go do położenia się w łóżku. Niedużo później roznosiła lekarstwa, a po tym światła zostały zgaszone.

Tej nocy Louis niewiele spał. Nie był pewien czy było to spowodowane myślami, które wciąż błądziły w jego głowie, czy tym, że nie dostał żadnych lekarstw. Pytał o to pielęgniarkę, ale zbyła go krótkim „doktor Roves tak zdecydował” i to musiało mu wystarczyć. Bał się. Bał się sam siebie.

*

Louis płakał. Przez pięć dni nie widział nikogo, ani Lindsay, ani Toma, ani Harry’ego… nikogo. Otaczali go jedynie lekarze w białych fartuchach i inni pacjenci, na których nie chciał nawet patrzeć. Powoli zaczął tracić nadzieję, że kiedykolwiek stąd wyjdzie. Czuł, że jest skłonny uwierzyć w to, że naprawdę jest z nim coś nie tak.

Doktor Rovers jednak był innego zdania. Wciąż nie dawał Louisowi lekarstw, męczył go pytaniami o jego rodzinę, o to co czuje, co myśli, o wszystko. To nie było łatwe, a parę razy skończyło się nawet tym, że szatyn stracił przytomność lub wymiotował. Jednak nawet to nie powstrzymało młodego lekarza od kontynuowania.

- Weź się w garść Louis. – powiedział któregoś dnia – Jest dobrze. Nie brałeś lekarstw, a zachowywałeś się całkiem przyzwoicie. To postęp, teraz powinno być tylko lepiej. Wszystko będzie dobrze. – powtórzył.

- Skąd pan to wie? Przecież nie można mi ufać. – powiedział cicho, z oczami pełnymi łez.

- Ufam ci odkąd pojawiłeś się tutaj pierwszego dnia. – stwierdził od niechcenia i zaczął przewracać jakieś kartki. Louis patrzył przez chwilę na niego.

- Powiedział pan, że nie można mi ufać.

- Powiedziałem, żebyś udowodnił mi, że można.

- Niczego panu nie udowadniałem.

- Nie zabrałeś ze stołu strugaczki, którą zostawiłem tam specjalnie. – na te słowa Louis podniósł głowę i spojrzał na niego wielkimi oczami – Tak, zaplanowałem to. W każdym razie w tamtej chwili pokazałeś mi, że jest dla ciebie szansa. I ja ci pomogę. Niewiele mówisz, ale ja już bardzo dużo o Tobie wiem. Wszystko można wyczytać z twojego zachowania. Nie jesteś nienormalny o czym na pewno ciągle myślisz. Mało sypiasz, wiem to bo doktor Flynch, z którym się kontaktowałem powiedział mi, że przepisywał ci leki nasenne… oprócz tego czujesz, że znajdujesz się w sytuacji bez wyjścia, męczy cię poczucie beznadziejności, jesteś przekonany, że jesteś dla wszystkich problemem, a przede wszystkim czujesz się winny przez co cały czas dążysz do poniesienia kary. Myślisz, że karanie siebie jest jedynym rozsądnym wyjściem, ale to nie prawda. Udowodnię ci to. – powiedział poważnie – Jeśli sam tego będziesz chciał i mi na to pozwolisz.

*

- To miejsce jest okropne. – powiedziała Eleanor, idąc razem z Harrym zobaczyć się z Louisem – Louis nie jest wariatem, nie powinni go tutaj trzymać. Takie właśnie miejsca robią ze zdrowych ludzi psycholi. – dodała, a lekarz, który ich mijał spojrzał na nią krzywo – Nie jeden lekarz kompletnie ześwirował. Kto wie czy ci są zdrowi. Na miejscu Lindsay zabrałabym go stąd jak najszybciej.

- Za dużo filmów oglądasz. – westchnął Harry – Atmosfera jest trochę… dziwna, to prawda, ale daj spokój. Lindsay wierzy, że mu tu pomogą więc i ja w to wierzę.

- Nie brzmisz przekonująco.

- Martwię się o niego. Odcięli go od wszystkich na cały tydzień. Boję się, że może z nim być trochę gorzej, chociaż wczoraj rozmawiałem z jego ciocią i powiedziała, że nie jest źle.

- To znaczy?

- Powiedziała, że lekarz, który się nim zajmuje mówi, że sobie z nim poradzi, ale jak sama weszła do jego sali to leżał zwinięty i się nie odzywał. Podobno pielęgniarki mówiły, że leży tak całymi dniami i nie chce z nikim rozmawiać. Tylko z lekarzem.

- Ciekawe czemu. – westchnęła Eleanor rozglądając się za właściwymi drzwiami.

- Nie ufa im. – stwierdził Harry – Mi też długo nie ufał. Trochę czasu minęło zanim się do mnie przekonał – To tutaj chyba? – zmarszczył brwi i zadzwonili do drzwi, które chwilę później zostały przez kogoś otworzone.

Zapytali się o salę, a potem ruszyli następnym korytarzem. Harry otworzył drzwi, ale El zatrzymała się.

- Idź pierwszy, dołączę za chwilę. – uśmiechnęła się znacząco, a Harry nie protestował. Odwzajemnił uśmiech i wszedł do środka.

Od razu dostrzegł Louisa. Siedział na łóżku skierowany w stronę okna, z podciągniętymi kolanami. Rękami trzymał się za kostki. W tej pozycji wyglądał na jeszcze bardziej drobniejszego niż był.

- Louis – powiedział Harry, a szatyn natychmiast się odwrócił.

Gdy tylko zobaczył Harry’ego wyraz jego twarzy zmienił się. Wstał z łóżka i podszedł do niego wsuwając ręce pod jego kurtkę i przytulając się.

- Heej, wszystko w porządku? – zapytał Harry obejmując go i gładząc po plecach. Nie spodziewał się takiej reakcji. Louis raczej rzadko wykonywał bliższy ruch jako pierwszy.

- Nie – usłyszał odrobinę zagłuszony jego koszulką głos.

- Louis co się dzieje? Powiedz mi. – dodał odsuwając od siebie małe ciało.

Poprawił na jego nosie okulary, które lekko się skrzywiły i podniósł palcem jego brodę, by utrzymać z nim kontakt wzrokowy.

- Harry proszę zabierz mnie stąd. – szepnął rozpaczliwie patrząc w zielone tęczówki, a Harry poczuł jak coś ciężkiego spada mu do żołądka bo jeszcze nigdy nie słyszał od niego takiej desperacji.

- Nawet nie wiesz jakbym chciał, ale nie mogę. – mruknął głaszcząc go delikatnie po policzkach.

- N-nie chcę tu być. T-tu jest okropnie Harry, ci ludzie są okropni. Pielęgniarki są niemiłe, krzyczą i powtarzają się jakbym był psychicznie chory, lekarze patrzą podejrzliwie i przeszukują rzeczy czy nie ma w nich czegoś ostrego lub czegoś czym mógłbym zrobić sobie krzywdę, a inni pacjenci przyglądają mi się dziwnie, jakiś chłopak cały czas łapie mnie za bandaże, nie wiem o co mu chodzi, nie wiem czego ode mnie chce, boję się zamknąć oczy bo ktoś może… - urwał, gdy Harry nachylił się i złączył ich usta w delikatnym pocałunku.

Louis na początku zesztywniał, ale po chwili się rozluźnił i zamknął oczy oddając się chwili. Zimne opuszki jego palców delikatnie przejechały po twarzy Harry’ego, a potem zsunęły się w dół. To nie trwało długo, raczej krótką chwilę, a pocałunek – choć był najzwyklejszy na świecie – znaczył dla obojga bardzo wiele.

Harry odsunął się powoli patrząc prosto w niebieskie oczy, na co Louis zamrugał kilka razy i wypuścił z siebie powietrze. Brunet uśmiechnął się widząc jak niższy chłopak odrobinę się uspokoił.

- Wiem, że nie chcesz tu być, nikt nie chce… ale uwierz mi, nikt nie chce dla ciebie źle, chcą ci pomóc. – wyjaśnił niskim głosem, odgarniając mu z twarzy kosmyki włosów – Pozwolisz sobie pomóc?

- Nie ufam im. – szepnął Louis ze łzami w oczach – Nie chcę się przed nikim z nich otwierać Harry.

- Pamiętasz co ci kiedyś powiedziałem, gdy odwiozłem cię do doktora Flyncha?

Louis spojrzał mu w oczy i po chwili kiwnął krótko głową.

- Że nie muszę mu ufać, by porozmawiać z nim o pogodzie. – mruknął cicho, a Harry uśmiechnął się szeroko bo naprawdę nie sądził, że Louis to zapamięta. Przesunął dłonią po jego policzku i również kiwnął głową.

- Spróbujesz? – zapytał cicho, uśmiechając się.

- Chyba… chyba mogę. – przytaknął, a Harry po raz kolejny poczęstował go swoim uśmiechem i zatopił się w cudownym błękicie jego tęczówek.

Powiedz mu, powiedz mu teraz, syknął głosik w jego mózgu. Kochasz go, wiec zrób to.

Jego serce zaczęło walić mu w klatce piersiowej jak szalone. Nawet nie przypuszczał, że to może być takie trudne. Otworzył usta i w tym samym momencie zaczął dzwonić jego telefon. Harry zdziwił się, gdy na wyświetlaczu zobaczył Lindsay.

- To twoja ciocia. – powiedział przenosząc wzrok na szatyna, który wpatrywał się w niego, a oczy miał tak bardzo niebieskie, że Harry niemal czuł jak miękną mu nogi – Mówiłem jej, że tu będę, więc pewnie dlatego dzwoni. Pójdę odebrać i zawołam El bo czeka na zewnątrz. – mruknął i wyszedł, a wcześniej przejechał dłonią po jego ramieniu.

Spodziewał się, że Lindsay będzie chciała, by po prostu przekazał coś Louisowi, zapytał czego potrzebuje lub coś w tym stylu, ale zamiast tego dowiedział się, że zabójca Tomlinsonów został złapany i za kilka dni odbędzie się rozprawa, na której Louis będzie musiał być obecny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz